Rozdział piętnasty

Nie wolno nam pożegnać się z rodzinami. Zamiast tego Strażnicy Pokoju wpychają nas do samochodu, który odwozi nas do pociągu. Nie ma tam nikogo, więc świadkiem naszego odjazdu będzie jedynie pusty peron. Effie, Haymitch i Peeta wsiadają za nami do pociągu. Nikt z naszej szóstki nie odezwał się słowem, odkąd odjechaliśmy spod Budynku Sprawiedliwości.

W tak podobny do siebie sposób Effie natychmiast zaczyna wymieniać wszystkie luksusy w otaczającym nas pociągu. Zawsze grzeczna Prim udaje, że kiwa z zainteresowaniem głową.

Spoglądam na Rory'ego, który tylko wpycha ręce w kieszenie i natychmiast uderza mnie to, jak bardzo przypomina swojego starszego brata nie tylko wyglądem, ale i zachowaniem. Nagle myślę tylko o tym, że jest w tej chwili tylko o rok młodszy niż Gale, kiedy go poznałam i muszę przytrzymać się stojącego niedaleko krzesła. Patrzę na to, jak spogląda na Prim, a potem podchodzi do okna.

Prawdopodobnie po raz ostatni spogląda na Dwunastkę.

Nagle czuję wściekłość tak silną, że niemal się przewracam. Ostrożnie patrzę na Prim stojącą obok Haymitcha i wiem, że nic jej nie będzie. Nogi szybko niosą mnie w kierunku przedziału, który dzieliłam z Peetą w trakcie tournée kilka miesięcy temu. Nie jestem pewna czy jesteśmy w tym samym pociągu. Rozkład pomieszczeń wydaje mi się jednak taki sam i wzdycham z ulgą, kiedy docieram do znajomego przedziału.

Wbiegając do łazienki niemal wpadam na zlew, kiedy sięgam aby odkręcić kurek. Kurczowo trzymam się, kiedy staram się uspokoić i zawisam nad zlewem z nisko opuszczoną głową i zgarbionymi plecami. Nabieram w dłonie chłodną wodę i ochlapuję nią twarz nie przywiązując uwagi do mokrych plam pojawiających się na jedwabnej sukience, którą mam na sobie. Kiedy moja twarz jest kompletnie przemoczona unoszę głowę i spoglądam w wiszące nad zlewem lustro.

Nie jestem zdziwiona tym, że widzę w nim odbicie Peety stojącego w drzwiach łazienki. Patrzy na mnie ze ściągniętymi ze zmartwienia brwiami.

Chcę coś powiedzieć, chcę zapewnić go, że nic mi nie jest. Tak bardzo chcę aby naprawdę tak było. Nigdy nie mogłam się zdobyć na to, aby okłamać Peetę. Więc, kiedy otwieram usta, wydobywający się z nich dźwięk przypomina raczej zduszony szloch.

W mgnieniu oka jest przy mnie i obejmuje ramieniem moje drżące ramiona. W mojej głowie kłębią się najróżniejsze myśli, które zawzięcie staram się uspokoić.Skupiam się na oddychaniu tak nieregularnym, że staram się zrównać je z Peetą. Peeta wzdycha a jego klatka piersiowa unosi się i przyciska do mojego policzka. Zamykam oczy pozwalając moim łzom spokojnie płynąć. Po chwili przemaczam mu koszulę i przez chwilę widzę w swoim umyśle niezadowoloną minę Effie.

Byłam na to przygotowana. Byłam prawie gotowa na to, co spotka Prim i mnie na arenie. Miałam wystarczająco dużo czasu, żeby się z tym oswoić. Jednak to , że dołączył do nas Rory kompletnie wytrąciło mnie z równowagi.

Gale nigdy mi nie wybaczy, jeżeli jego brat nie wróci do domu żywy. Nie przestanie mnie nienawidzić. Ale będzie mu z tym łatwiej, kiedy ja również wrócę do domu w drewnianej skrzyni.

Słyszę kojące bicie serca Peety. Jego ramiona nadal mocno mnie trzymają i powoli kołyszą mnie do przodu i do tyłu. Nie mówi nic, tylko od czasu do czasu całuje mnie w czubek głowy.

Gdy unoszę głowę i patrzę na niego delikatnie całuje mnie w czoło i odsuwa z niego kosmyki włosów. Kciukami ociera łzy z moich policzków, ale na ich miejsce natychmiast pojawiają się nowe.

Nadal nic nie mówiąc sięga w dół biorąc mnie na ręce. Nie protestuję, kiedy wynosi mnie z łazienki i układa na miękkim materacu łóżka i ostrożnie przykrywa. Kiedy odwraca się aby odejść czuję jak wzbiera we mnie panika. Łapię go za nadgarstek a on zatrzymuje się i odwraca do mnie. Unosi brew w niemym pytaniu.

-Zostaniesz ze mną?

Mój głos, a raczej szept, jest ledwie słyszalny, ale nadal słychać w, nim łzy. Peeta patrzy na mnie a jego spojrzenie łagodnieje. Siada na brzegu łóżka a ja przesuwam się, żeby zrobić mu miejsce. Kiedy opada na materac unosi nasze wciąź złączone dłonie do ust i całuje wewnętrzną część mojej dłoni.

-Zawsze.


Oglądamy retransmisję z Dożynek. Szybko orientuję się, że Snow ustawił grę tak, żeby los na pewno nam nie sprzyjał. Na sam widok trybutów z Jedynki mam ochotę zwymiotować. Dziewczyna, ochotniczka, wspina się na scenę. Widzę w jej oczach dziwny błysk, kiedy przerzuca przez ramię swoje długie truskawkowo blond włosy i czeka aż dołączy do niej brat.

Kiedy na scenie pojawia się drugi trybut, czuję jak siedzący obok mnie Peeta nagle sztywnieje. Jednak, dopiero kiedy kamera robi zbliżenie na jego twarz zaczynam rozumieć przerażenie Peety. Chłopak uśmiecha się krzywo, kiedy dołącza do niego rodzeństwo: trzech umięśnionych braci.

Luca Tyler jest tak podobny do swojego starszego, nieżyjącego, brata Cato, że to nawet nie jest śmieszne.

Spoglądam ukradkiem na Prim wciśniętą między Haymitcha i Rory'ego. Jej twarz nie wyraża żadnych emocji i jestem przerażona tym jak bardzo zaczyna przypominać mnie samą. Siedzący obok niej chłopiec trzyma ją mocno za rękę i przykrywa ich złączone dłonie drugą wolną ręką. Jego wzrok jest skupiony na profilu Prim i wiem, że ona go widzi, ale się nie odwraca.

Przełykam ślinę i spuszczam wzrok. Nawet, jeśli mój plan się powiedzie i ona wróci do domu żywa, już nigdy nie będzie taka sama. Już się zmieniła.

Ogólnie jest sześćdziesięciu siedmiu trybutów. Z żadnego dystryktu nie pochodzi jednak tak niewielu co z Dwunastki.


Peeta ostrzegł Rory'ego i Prim przed tym co się z nimi stanie w centrum odnowy. Ja jakoś się z tym pogodziłam, ponieważ miałam na to więcej czasu. Jednak nigdy nie pogodzę się z koniecznością stania nago w obecności obcych mi osób.

Kiedy odprowadzano Rory'ego złapałam go za rękę. Nie protestował. Nie odezwał się całą drogę, przynajmniej nie do mnie. Nie cierpi mnie, wiem o tym. Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały złapałam go na nadgarstek, zanim mógł się odsunąć, zauważyłam to w jego oczach.

Ma mi za złe to , że skrzywdziłam jego brata. Ma mi za złe to , że znalazł się w tej sytuacji z mojego powodu. Ale najbardziej nienawidzi mnie za to, że nie potrafiłam lepiej ochronić Prim.

-Portia jest wspaniała, Rory. Naprawdę. Na pewno się tobą zaopiekuje.

Moje słowa były ciche i pospieszne. Wiem, że on nie widział sensu w mojej próbie pocieszenia go. Pewnie to nie miało sensu. Oboje wiemy, że zrobimy wszystko aby Prim bezpiecznie wróciła do Dwunastki. A jednak czułam się wdzięczna, kiedy odchodząc kiwną głową i lekko się uśmiechnął.


Budzę się z krzykiem.

Kiedy otwieram oczy Peeta obejmuje mnie ramionami. Posadził mnie sobie na kolanach i delikatnie kołysze mnie do przodu i do tyłu podczas, kiedy jego dłoń kreśli uspokajające kółka na moich plecach. Pozwalam swemu ciału opaść na jego ciało i przyciskam policzek do jego klatki piersiowej. Po chwili jego gładka skóra jest mokra od łez.

-Juź dobrze Katniss. - Peeta szepcze mi do ucha. Mięśnie moich ramion i pleców powoli się rozluźniają i jestem zaskoczona tym jak szybko działają na mnie jego słowa. Peeta całuje mnie w skroń i powtarza, że już wszystko w porządku.

Jest środek nocy i znajdujemy się w chłodnej, dziwnie umeblowanej sypialni którą przeznaczył dla nas Kapitol w ośrodku szkoleniowym. Cieszę się, że domy w Wiosce Zwycięzców nie są umeblowane w ten sposób, chociaż jest to coś czym niedługo nie będę mogła się osobiście cieszyć. Ta myśl mnie otrzeźwia, ale tylko na moment, zanim przypominam sobie mój sen.

Nie, to nie był sen. To był koszmar.

Zaczął się normalnie tak jak wszystkie poprzednie. Od dnia, kiedy zginął mój ojciec.

Tylko, że tym razem zamiast wołać do niego, żeby uciekał uniosłam głowę i zobaczyłam desperacko starającą się mnie dosięgnąć Prim. Jej usta były otwarte w okrutnym, zdesperowanym krzyku, ale nie słyszałam żadnego dźwięku.

Byłyśmy w lesie i zbyt późno zauważyłam dłoń trzymającą ją za kostkę. Zbyt późno zareagowałam, długie palce zaciskały się coraz mocniej na jej ciele, dopóki zauważyłam krew. Z hukiem upadła na ziemię a jej usta otworzyły się w niemym krzyku. Mogłam się poruszyć, dopiero kiedy zniknęła za drzewem a na ziemi zostały jedynie ślady zrobione przez jej paznokcie.

Poszłam w kierunku, gdzie zniknęła Prim, ale nie mogłam jej nigdzie znaleźć. Zamiast tego zobaczyłam wykrzywione ciało Rory'ego leżące nieruchomo w leśnym poszyciu. Usłyszałam głośny niepowstrzymywany szloch i zobaczyłam siedzącą pod niedalekim drzewem Hazelle z ukrytą w dłoniach twarzą. Posy i Vick siedzieli obok niej i patrzyli przed siebie otępiałym wzrokiem.

Kiedy odwróciłam się w kierunku ciała Rory'ego pojawił się przede mną Gale. Tak blisko, że niemal stykaliśmy się nosami co wydawało mi się niemożliwe, ponieważ przecież on był o ponad głowę wyższy ode mnie. W koszmarze jednak patrzył mi prosto w oczy. Kiedy przemówił poczułam jego słowa na własnej twarzy. Jego głos był twardy i zimny.

-To wszystko twoja wina.

Moją uwagę odwrócił kolejny krzyk i następujący po, nim obrzydliwy trzask. Widziałam jedynie jej stopy, jej czarne skórzane buciki, które zakładała tylko na specjalne okazje, zwisające z gałęzi nad moją głową, zanim obok mnie z gracją wylądował Luca Tyler. Jego uśmieszek zniknął, kiedy jednak, kiedy w mojej dłoni pojawił się nóż. Nie wahałam się ani chwili, kiedy wyciągnęłam rękę i poderżnęłam mu gardło.

Nagle znalazłam się na scenie obok Ceasara Flickermana. Prezydent Snow przyniósł koronę zwycięzcy i włożył mi ją na głowę. Grzebienie, które miały ją przytrzymać wbiły mi się w głowę i poczułam krew ściekającą mi po czole.

-Przykro mi z powodu twojego ukochanego męża, Katniss.

Pytanie w moich oczach wywołało uśmiech na jego twarzy. Nie odpowiedział, tylko pozwolił pytaniu zawisnąć między nami. Kiedy spojrzał na coś lub kogoś ponad moim ramieniem, odwróciłam głowę.

Wysoko nad naszymi głowami, na balkonie stał Peeta w rozpiętej koszuli ukazującej jego nagą klatkę piersiową. U jego boku stała znajoma kobieta z tapirowanymi, sterczącymi we wszyskich kierunkach białymi włosami. Jednak rozpoznałam ją, dopiero kiedy pojawił się jej towarzysz o zaczesanych do tyłu nażelowanych seledynowych włosach. Para z bankietu w posiadłości Snow'a podczas zwycięskiego tournée Peety. Kobieta przesuwa paznokciami po klatce piersiowej Peety, a potem uśmiechnęła się do towarzysza. On złapał Peetę za ramię i zaczął ciągnąć go w kierunku drzwi, które nagle się za nimi pojawiły.

Peeta patrzył na mnie przez ułamek sekundy, zanim zaczął krzyczeć moje imię i błagać żebym go uratowała. Odwróciłam się i chciałam do niego biec, ale w tym momencie pojawiła się przede mną ściana ognia uniemożliwiając mi ucieczkę.

Upadłam z krzykiem na kolana i właśnie, wtedy się obudziłam.

Nawet nie zorientowałam się, że moje palce przesuwały się po całym jego ciele sprawdzając, czy rzeczywiście nic mu nie jest, dopóki on nie nakrył mojej dłoni swoją. Spoglądam na niego i wzdycham.

Kiedy unoszę dłoń, żeby otrzeć łzy z policzków odkrywam na nich krew. Peeta przygląda mi się, kiedy odkrywam na dłoniach skaleczenia w miejscu, gdzie ktoś trzymał je tak mocno, że zostały na nich ślady po paznokciach.

Ignoruję je, ignoruję rówież siniec, który pojawił się po wewnętrznej stronie mojego nadgarstka. Jest efektem mojego pierwszego dnia szkolenia i walki wręcz z kimś innym niż Peeta i Haymitch.

Odkąd przybyliśmy do Kapitolu trzymamy się rad Haymitcha.

Nikomu nie ufajcie. Nie zawierajcie nowych przyjaźni. Nie przyjmujcie ofert zawarcia sojuszu z nikim poza waszą trójką. Nie pokazujcie, im waszych mocnych stron, starajcie się, żeby myśleli, że jesteście dokładnie tak słabi i nieprzygotowani, jak oni myślą.

Więc, kiedy kazano mi walczyć ze szczególnie okrutną dziewczyną z Szóstki, pozwoliłam jej tak myśleć. Pozwoliłam jej myśleć, że jestem słaba i nieprzygotowana. Zamiast zadawać ciosy starałam się nieumiejętnie uniknąć jej ciosów. Zamiast blokować, zawsze spóźniałam się odrobinę. Przez to moje przedramiona i nadgarstki były teraz pokryte siniakami.

Pod koniec prawie się zdemaskowałam, kiedy nade mną stanęła, kiedy pochyliłam się trzymając się za bok.

-Szkoda, że za parę dni już nigdy nie spojrzy pani na tę piękną buźkę swojego męża, Pani Mellark.

Furia jaką w tamtej chwili poczułam sprawiła, że zapomniałam o jakiekolwiek strategii. Moja dłoń zacisnęła się mocno w pięść (Kciuki na zewnątrz, Mała. Podpowiedział mi głos Haymitcha.) i uderzyła ją tuż nad pępkiem. Usłyszałam jak z jej płuc gwałtownie uchodzi powietrze i wysunęłam gwałtownie nogę przewracając ja.

Ona zareagowała jednak błyskawicznie. Kiedy zorientowała się, że w zasadzie się zdemaskowałam w jej oczach pojawił się błysk wściekłości. Niemal powielając moje posunięcie podcięła mi nogi. Kiedy wstała, żeby mnie kopnąć zwinęłam się w pozycji embrionalnej udając bezbronną. Chyba mi się udało, ponieważ trener kazał nam przestać.

Pozwoliłam jej na uśmieszek. Pozwoliłam jej pomyśleć, że wygrała.

Wycieram zakrwawione dłonie w szorty. Peeta próbuje mi coś powiedzieć, ale zamykam mu usta pocałunkiem. Nie protestuje tylko natychmiast delikatnie oddaje mi pocałunek. Obejmuję go mocno starają cię zapewnić samą siebie, że jest bezpieczny.

Jakiś wewnętrzny głos szepcze na chwilę obecną i nie potrafię powstrzymać drżenia. Peeta również je czuje i przytula mnie mocniej. Kiedy przerywam pocałunek siedzimy opierając się o siebie czołami.

Zamykam oczy i widzę go, jego usta otwarte w niemym krzyku. Zmuszam się, żeby otworzyć oczy i biorę jego twarz w dłonie. Zmieniam pozycję na taką, w której właściwie siedzę na, nim okrakiem a nasze usta ocierają się o siebie, kiedy mówię.

-Wiesz, że cię kocham, prawda? - Pytam, mówiąc o rzeczy, którą starałam się, jak najlepiej ukazać przez to, co robiłam i której nigdy przedtem nie wyrażałam słowami. - Muszę być pewna, że o tym wiesz...Zanim...

Nie potrafię skończyć zdania. Pogodziłam się z losem, po prostu nie potrafię o tym otwarcie rozmawiać, ze sposobu w jaki na mnie patrzy wnioskuję, że Peeta również nie chce tego słyszeć.

Obejmuje mocno moje biodra i czuję mrowienie na skórze między koszulką i szortami. Zauważam w jego oczach cień uśmiechu jeszcze za, nim pojawia się on na jego ustach.

-Pierwszy raz mówisz o tym głośno.

Jego głos jest wesoły, zbyt wesoły biorąc pod uwagę powagę sytuacji. Wiem o tym. On też to wie. Wiem również dlaczego to robi. Peeta zawsze był dobry w odwracaniu mojej uwagi od trudnych tematów. Tym razem jestem skłonna mu na to pozwolić.

-Cóż, to prawda.- Pochylam się do przodu, chociaż w zasadzie nie muszę tego robić, ponieważ moje usta dotykają już jego ust. Mówię wprost do kolejnego pocałunku.- Kocham cię, Peeto Mellark.

Peeta popycha mnie, dopóki czuję pod sobą materac, a potem zawisa nade mną. Mięśnie jego przedramion napinają się i rozluźniają, kiedy przenosi na nie cały swój ciężar. Pochyla się aby znowu mnie pocałować i wzdycham.

-A ja kocham ciebie, Katniss Mellark.

Zamykam oczy i skupiam się na uczuciu jego ust przesuwających się po mojej skórze. Po moich ustach, policzku, szyi, obojczyku. Kiedy wyswobadzamy się z piżam myślę jak cudowne mogłoby być moje życie. Myślę o całym życiu wypełnionym miłością do Peety i tym, że on, by ją odwzajemniał. Wydaje mi się, że Peeta też o tym myśli. To co robimy jest zaprawione kroplą goryczy.

Los po prostu nam nie sprzyja.


Poprawiam spoconymi dłońmi broszkę z kosogłosem przypiętą do ramiączka mojej sukni. Gdyby nie to, że jest suknia jest uszyta z jasnego i lekkiego materiału prawdopodobnie wytarłabym je o nią. Ponieważ nie mogę tego zrobić zaczynam bawić się obrączką. Kiedy czuję dotyk Peety na moim przedramieniu, przestaję i odwracam się aby na niego spojrzeć.

Nie mówiąc nic Peeta obejmuje mnie i przyciąga do siebie. Opieram się o niego plecami i wpatruję w monitor na ścianie przede mną. Chłopiec z Jedenastki, który przybył z dwiema siostrami, właśnie kończy wywiad. Ceasar klepie trzynastolatka po ramieniu i wiem, że nadchodzi moja kolej.

Patrzę jak pobladły chłopiec schodzi ze sceny. Wywołują moje imię i nagle pojawia się asystent produkcji, który ciągnie mnie do przodu trzymając mnie za łokieć. Potykam się o rąbek sukni, ale jest przy mnie Peeta i nie pozwala mi upaść. Peeta stale przy mnie jest.

Podchodzi ze mną do kurtyny, która oddziela kulisy od sceny i kiedy widzi, że jestem w zasięgu publiczności i kamer pochyla się i delikatnie całuje mnie w usta. Publiczność szaleje.

Następną rzeczą jakiej jestem świadoma jest to, że siedzę na czymś miękkim i wygodnym i, że Ceasar pochyla się i kładzie swoją rękę na mojej dłoni. Nie pamiętam jak przeszłam przez scenę, żeby się tu dostać. Kiedy wreszcie przestaje mi dzwonić w uszach zmuszam się aby uśmiechnąć się do siedzącego przede mną mężczyzny, którego włosy przefarbowano tym razem na kolor żurawin, który wita się ze mną.

-Katniss Mellark. - Mówi a ja staram się rozszyfrować jego spojrzenie. Widzę w, nim coś podobnego do smutku, ale nie jestem tego pewna. - Muszę przyznać, że wyglądasz jeszcze piękniej niż podczas naszego ostatniego spotkania.

-Dziękuję Ceasarze. Mam nadzieję, że nie poczujesz się urażony, kiedy powiem, że miałam nadzieję, że już nigdy się nie zobaczymy.-Przełykam ślinę i znowu zaczynam bawić się obrączką. - Przynajmniej nie w takich okolicznościach.

Jego dłoń zaciska się na moich palcach zmuszając mnie bym na niego spojrzała. Znowu widzę to coś w jego spojrzeniu i teraz już jestem pewna, że to smutek. Ceasar Flickerman jest mieszkańcem Kapitolu, wygląda, brzmi i wydaje się być wcieleniem wszystkiego co uważam za przeciwnika. Ale nie jest przeciwko mnie.

Mam nadzieję, że zrozumie, że o tym wiem bez względu na to, jak wiele kłopotów sprowadzi na niego najbliższe kilka minut.

-Cóż, no tak. Nie wydaje mi się aby to byłą najlepsza okazja do ponownego spotkania.

Nie potrafię ukryć zaskoczenia. On musi wiedzieć, że jego słowa, chociaż brzmią niewinnie, nie zostaną zlekceważone przez siły wyższe. Sposób w jaki na mnie patrzy, układ jego ust i jak trzyma mnie za rękę mówią mi, że on jest tego całkowicie świadomy.

Jego zachowanie natychmiast się zmienia. Na jego twarzy pojawia się uśmiech, kiedy zadaje kolejne pytania.

-Katniss, wszyscy zastanawiają się, jak to możliwe, że udało ci się uzyskać jedenaście punktów. Zdradzisz nam swój sekret?

Uśmiecham się krzywo, kiedy przypominam sobie wyraz twarzy Organizatorów, kiedy strzeliłam z łuku do jabłka tkwiącego w pysku ich pieczonego prosięcia. Wszyscy stali wokół stołu z jedzeniem z szeroko otwartymi z zaskoczenia ustami. Kiedy przypominam sobie, jak jeden z mężczyzn wpadł do misy z ponczem prawie wybucham śmiechem.

-Wiesz przecież, że nie mogę o tym mówić.- Żartobliwie uderzam go w ramię i czuję mdłości. Kolejne zdanie wypowiadam kompletnie bezmyślnie. - Wszyscy wiemy, że powodowałam problemy jeszcze, zanim znalazłam się w Kapitolu.

Kiedy świdruje mnie oczami, niemal słyszę jego myśli. Za daleko się posuwasz. To nie może skończyć się dobrze. Ale ja już dawno o tym wiem.

Prezydent Snow już dawno upewnił się, że mój czas na arenie będzie dla mnie torturą. Mogę ogłosić wszem i wobec, że o tym wiem. Kogo więcej mogę skrzywdzić?

Kiedy powiedziałam Haymitchowi o mojej strategii powiedziałam mu także, iż boję się, że Snow zemści się na Prim. Na Peecie. Na mojej rodzinie. Nie wahałam się poinformować go, że on także zalicza się do mojej rodziny. Spojrzał na mnie dziwnie i kilka razy otworzył i zamknął usta, zanim był w stanie odpowiedzieć.

W końcu jednak położył swoją wielką dłoń na moim ramieniu i lekko je ścisnął. Mruknął coś o tym jaki to dobry plan. Coś o tym, że Snow zrozumie, iż zemsta za uczynki martwej dziewczyny nie będzie miałą sensu.

-Cóż, jeżeli mówiąc o kłopotach masz na myśli to , że udało ci się skraść serce naszego ukochanego Zwycięzcy. - Ceasar wybucha szczerym śmiechem a ja po chwili przyłączam się do niego.

Spoglądam przez ramię tam, gdzie Peeta chowa się w cieniu. Przesyłam mu zbolałe i zdesperowane spojrzenie i całuję koniuszki swoich palców aby po chwili przesłać mu całusa.

Odpowiadam na jeszcze kilka pytań, zanim pada to, na które czekałam. Gdy Ceasar pyta mnie czy mam strategię, która umożliwi mi wygraną pochylam się i widzę, że publiczność robi to samo.

-Cóż, Ceasarze. Ja wcale nie zamierzam wygrać.

Słyszę głośne westchnięcia i krzyki przerażenia dochodzące z publiczności i ku swemu zdumieniu czuję łzy pod powiekami. Nie dlatego , że ich reakcja wydaje się prawdziwa. Dlatego, że mówienie o tym sprawia, że przypominam sobie, że taka jest prawda.

-Katniss, kochanie, chyba nie mówisz poważnie.

W odpowiedzi kiwam głową. Myślę o mamie, która jest w domu, w Dwunastce, razem z Gale'em i Hawthorne'ami. Myślę o Prim. O twarzy Peety i o jego dotyku. Nie mogę jeszcze nic powiedzieć. Mrugam aby powstrzymać zbierające się pod moimi powiekami łzy.

-Nie możesz tak myśleć. Masz przecież do kogo wrócić...

Przerywam mu nie dbając o to jaka jestem niegrzeczna,

-Mylisz się Ceasarze. Nie jestem głupia i na pewno nie jestem ślepa. Los zdecydowanie mi nie sprzyja. On powiedział mi wyraźnie, że nie opuszczę areny, inaczej niż w drewnianej skrzyni.

W oczach Ceasara czai się pytanie, na które na pewno zna już odpowiedź, ale ja i tak cicho proszę aby je zadał. Wściekłość publiczności jest wyraźnie widoczna i zaczynam się zastanawiać jak długo będzie mi dane to ciągnąć.

Zapytaj mnie. Zapytaj.

Ceasar prostuje nogi i nerwowo otwiera i zamyka usta, kiedy pochyla się do przodu na łokciach. Słyszę bicie własnego serca.

-Kto ci tak powiedział, Katniss?

Specjalnie przesuwam wszystkie włosy przez prawe ramię. To pokazuje wszystkim moją broszkę z kosogłosem. Przelotnie jej dotykam jakby nic nie znaczyła.

-Prezydent Snow, oczywiście.

W tym momencie widownia zaczyna szaleć. Ich krzyki są niemal ogłuszające. Mimo to, zagłusza je bicie mojego własnego serca. Kilka sekund później pada rozkaz aby przerwać program, ale i tak jest już za późno.


Chciałabym móc czuć się tak samo nieustraszona, jaka prawdopodobnie wydawałam się na arenie.

Kiedy zagonili nas do windy Prim i Rory byli szczęśliwi, że nie muszą udzielać wywiadu. Haymitch od razu poinstruował nas żebyśmy zamknęli się w swoich pokojach i z nich nie wychodzili, pod żadnym pozorem.

Udało mi się utrzymać emocje na wodzy, kiedy przytuliłam Prim. Udało mi się powstrzymać moją dłoń przed drżeniem, kiedy z złąpałam Rory'ego za rękę. Jednak, kiedy trafiliśmy z powrotem do sypialni i byliśmy bezpieczni za jej zamkniętymi drzwiami, niemal rzuciłam się Peecie w ramiona. Nie płakałam, ale wyczerpanie wszystkim co się stało uderzyło we mnie z siłą tony cegieł.

Leżymy w łóżku mocno wtuleni w siebie. Przeleżeliśmy tak w ciszy całe godziny, więc, kiedy Peeta nagle się odzywa jestem tym zaskoczona.

-Wiesz, że gdybym mógł w mgnieniu oka zająłbym twoje miejsce, prawda?

-Nigdy bym ci na to nie pozwoliła. - Mówię automatycznie. Jednak moje słowa są prawdziwe. - Nie mogłabym żyć bez Prim. Ale nie mogę nawet znieść myśli o życiu bez ciebie. Nie jestem wystarczająco silna.

Peeta rozumie powagę mojego wyznania. Jeżeli istnieje coś z czego jestem dumna, to była, to moja siła. Siła do tego, żeby przełknąć rozpacz po śmierci ojca i ocalić rodzinę. Siła i odwaga, której potrzebowałam za każdym razem, kiedy przechodziłam przez płot. Siła aby otwarcie przeciwstawić się Kapitolowi i Prezydentowi Snow tego wieczora.

Peeta wzdycha a jego głos drży.

-To takie niesprawiedliwe. Nareszcie mogę kochać cię tak jak pragnąłem tego całe życie, ale w każdej chwili...W każdej chwili mogę cię stracić.

Nie wiem, co powiedzieć, więc po prostu przytulam go mocniej. Mijają kolejne godziny, ale nie możemy zasnąć.

Tuż nad ranem słyszymy hałas w korytarzu. Tuż za zamkniętymi drzwiami sypialni. Moje kości, obolałe brakiem snu oraz przeleżeniem ostatnich kilku godzin bez zmiany pozycji utwierdzają mnie w przekonaniu, że minęło trochę czasu, odkąd się tutaj zamknęliśmy.

Peeta podchodzi do drzwi, słabe światło wpadające do pokoju przez wielkie okno oświetla jego nagie plecy. Dołączam do niego, ale on wsuwa moje ciało między siebie a drzwi. Podłoga jest zimna i marzną mi stopy, więc myślę o włożeniu butów, ale powstrzymuje mnie mocny uścisk Peety na moim nadgastku i zapominam o niewygodzie.

Słyszymy hałas jakby korytarzem szedł mały oddział wojska; głośne kroki i szeptane rozkazy. Nagle słychać głośne walenie dochodzące z wejściowego korytarza. Peeta wlot pojmuje co się dzieje, na kilka sekund przede mną.

-Winda. Próbują dostać się do środka.

-Chyba raczej już się dostali.- Mówię unosząc brew i pokazując klamkę. - Wydaje mi się, że poszli na dach.

-Tak, ale...-Peeta znowu gorączkowo wpatruje się w drzwi i widzę jak zastanawia się czy powinien je otworzyć. - Wydaje mi się, że ktoś inny jest wściekły, że się zamknęliśmy.

Oboje odskakujemy, kiedy klamka w zaczyna się trząść. Słyszymy głośne pospieszne pukanie, a potem głos, który natychmiast nas uspokaja. Głośność jego głosu jest przytłumiona przez drzwi, ale nadal słychać jego naleganie.

-Pospieszcie się dzieciaki. Musimy uciekać.

Kiedy Peeta otwiera drzwi usta Haymitcha nadal są otwarte. Przez chwilę patrzy na nas ubranych w przygotowane dla nas przez Kapitol piżamy.

-Nie ma czasu na przebieranki, przepraszam.

Wolałabym moją zwykłą bokserkę i szorty od tej jedwabistej koszulki i szortów, które są zbyt krótkie, ale po komentarzu Haymitcha przestaję się tym przejmować. Nie mam nawet czasu przewrócić oczami, kiedy wyciąga nas na korytarz. Widzę przed sobą tył jasnej główki Prim i Rory'ego mocno trzymającego go za rękę i natychmiast czuję ulgę na ten widok.

Jesteśmy w połowie korytarza, kiedy walenie w drzwi windy staje się głośniejsze. Spoglądam przez ramię, kiedy słyszę znajome dźwięki metalu ocierającego o metal. Drzwi otwierają się, kiedy ich błyszcząca powierzchnia zaczyna uginać się w różnych kierunkach. Odwracam głowę i cieszę się, że Peeta ciągnie mnie korytarzem. Prawie dotarliśmy na dach.

Słyszę za sobą kroki i dźwięk odciąganych spustów pistoletów. Haymitch wypada przez drzwi pokonując schody szybciej niż myślałam, że jest do tego zdolny. Dłoń Peety zaciska się na mojej, kiedy docieramy do pierwszego schodka. Nad nami widzę jak kobieta o krótkich brązowych włosach pomaga Prim wspiąć się na ostatnie schodki trzymając ją za łokieć. Nie wiem kim jest ta kobieta, ale nie martwię się tym zbyt długo. Finnick Odair łapie Rory'ego. Nasze spojrzenia krzyżują się przez moment i wiem, że wszystko będzie w porządku.

Nie wiem, ile czasu zajmuje nam pokonanie drogi na dach, ale po dźwięku strzałów odbijających się za nami czuję, że mamy go za mało. Kiedy tylko wypadamy na dach owiewa mnie chłodne powietrze. Niedaleko widzę nieoznaczony poduszkowiec gotowy do lotu. Twarze otaczających go mężczyzn chronią hełmy uniemożliwiające ich rozpoznanie, hełmy są podobne do tych, które noszą Strażnicy Pokoju, tyle że są czarne. Ich broń jest wymierzona w drzwi prowadzące na dach. Patrzę jak ludzie, których nie znam pomagają tym, których znam (Rory'emu, Prim, Haymitchowi, Portii, Effie) jak najszybciej wsiąść do poduszkowca.

Peeta odwraca się do mnie aby pomóc mi wejść pierwszej, jedną ręką nadal ściska moją dłoń a drugą obejmuje mnie w pasie. Słyszę jak otwierają się drzwi, które dopiero co się za nami zamknęły otwierają się z łoskotem ciężkiego metalu uderzającego o marmurową ścianę.

Odruchowo odwracam głowę. Słyszę strzały padające z obydwu stron mojego ciała i z drzwi poduszkowca. Nagle czuję potworny ból emanujący od mojego żołądka. Kieruję oczy na Peetę i cieszę się, że dzwonienie jakie słyszę w uszach blokuje jego mrożący krew w żyłach krzyk.

Cierpienie jakie widzę w jego oczach, jest ostatnią rzeczą jaką pamiętam w momencie, kiedy tracę świadomość.