Rozdział szesnasty
Kiedy odzyskuję przytomność czuję się jakby moje usta i uszy były pełne waty. Wokoło słyszę przytłumione głosy, ale nadal nic nie widzę. Staram się, jak mogę, ale nie potrafię otworzyć oczu. Czuję czyjś ruch i desperacko próbuję zobaczyć, kto to jest. Jeżeli nie widzę, to przynajmniej próbuję spytać.
Próbuję się odezwać, ale tylko się krztuszę.
Ból, który czuję w brzuchu jest ostry i niespodziewany. Odruchowo próbuję unieść rękę aby odnaleźć źródło bólu, ale moje ramię zdaje się ważyć tonę. Piekące otarcie, które czuję na skórze dłoni tylko powiększa moje uczucie niewygody.
Czuję na ramionach czyjeś dłonie kładące mnie ostrożnie na cienki materac. Uczucie gumy na skórze mówi mi, że ten ktoś ma na sobie rękawiczki. Słyszę ciche pikanie, ale tak bardzo boli mnie głowa, że nie mogę się na, nim skupić. Pojawiają się odgłosy kroków i przytłumione mruczenie zbliżające się do mojej twarzy.
-Chyba dochodzi do siebie.
Nie rozpoznaję tego głosu. Gdzie jestem?
-Nie, jeszcze na to za wcześnie. Ona potrzebuje jeszcze...
Czuję ostre ukłucie w ramię i ciepły czerwony kolor pod moimi powiekami zmienia się w czerń.
Kiedy się budzę, jestem sama.
Białe, fluorescencyjne światło lamp wiszących u sufitu, w połączeniu z bielą ścian i pościeli tworzy oślepiającą mnie kombinację. Moje z pewnością zaczerwienione i nabiegłe krwią oczy łzawią obficie, kiedy zmuszam je, żeby się otworzyły. Nie poznaję pomieszczenia, w którym jestem i natychmiast zaczynam panikować.
Gdzie jest Prim? Gdzie jest Peeta? Gdzie są Haymitch i Rory i cała reszta? Gdzie jestem ja?
Mam sucho w gardle, w którym czuję ucisk, kiedy usiłuję przełknąć. Kiedy unoszę ramię aby otrzeć oczy, w ostatnim momencie czuję kroplówkę. Powoli opuszczam ramię i najostrożniej jak mogę wyciągam z niego igłę. Na mojej dłoni pojawiają się kropelki krwi, które wycieram w przykrywające moje nogi prześcieradło.
Kiedy powoli siadam czuję ból, który nie jest na szczęście tak silny, jak poprzednio. Jednak, kiedy usiłuję przerzucić nogi przez brzeg łóżka ból przybiera na sile. Wymyka mi się ostry krzyk i przysięgam, że, kiedy zamykam oczy widzę gwiazdy pod powiekami.
Nie wiem, czy mi się przyglądał, czy po prostu ma świetne wyczucie czasu. Jednak, kiedy znowu otwieram oczy w pokoju pojawia się Haymitch. Jego szeroko otwarte oczy wydają się być zaczerwienione z braku snu, a nie nadmiaru alkoholu. Włosy sterczą mu w każdą stronę. Od wielu dni się nie golił.
Nigdy wcześniej nie cieszyłam się bardziej na jego widok.
Drzwi, w których stoi są otwarte, ale rozciągający się za nimi korytarz nie pozwala mi odgadnąć, gdzie jesteśmy. Widzę tylko więcej olśniewająco białych ścian rozciągających się w każdym kierunku.
-Na twoim miejscu nie próbowałbym jeszcze wstawać, Mała. - Mówi wskazując moje nogi dyndające nad krawędzią łóżka. - Od dawna ich nie używałaś.
Wreszcie udaje mi się zebrać w ustach trochę śliny i ją przełknąć. Nie czuję ulgi ani tego czego oczekiwałam, ale na razie wystarczy.
-Jak długo?
Mój głos łamie się nie na jednym, ale na obydwu słowach. Przyglądam się temu jak Haymitch przechodzi przez pokój w kierunku blatu po drugiej stronie. Muszę przekręcić głowę i, wtedy czuję znajome uczucie szwów założonych w moim boku.
Kiedy miałam, zaledwie osiem lat spadłam z naszej starej, rozpadającej się, werandy. Skutkiem mojego upadku była przerwa w treliażu otaczającym rabatkę mojej mamy i trzy szwy, które założono mi nad lewym okiem. Niewygoda, jaką czułam unosząc brew była bardzo podobna do tej, którą czuję teraz. Oczywiście wiem, że prawdopodobnie tym razem potrzebowałam więcej niż trzech szwów.
Słyszę odgłos odkręcanego kranu i widzę jak Haymitch napełnia wodą biały, plastikowy kubeczek. Odwraca się rozlewając trochę zawartości kubeczka i podchodzi do mnie. Podaje mi kubeczek a ja przyjmuję go i piję chciwie. Jestem tak spragniona, że czuję jak woda przesuwa się z moich ust w dół mojego gardła.
-Prawie miesiąc.
Natychmiast zaczynam się krztusić i opluwam wodą jego koszulę. Mój kaszel jest ostry i bolesny. Puszcza jeden szew w moim boku i syczę z bólu nadal kaszląc. Spoglądam w dół i widzę jak na koszuli pojawia się mała, ale ciągle rosnąca plamka czerwieni. Kiedy patrzę z powrotem na Haymicha on tylko macha lekceważąco ręką.
-Jeżeli nie zabiło cię kilka postrzałów, które pogruchotały ci kość biodrową, Mała, nie musisz martwić się rozerwanym szwem.
Czuję jak moje oczy rozszerzają się pod naporem natłoku informacji, ale nic nie mówię. Popijam z kubeczka i obserwuję Haymitcha znad jego krawędzi zastanawiając się co jeszcze mi powie. Wie, że szukam informacji, więc uparcie milczy.
-Gdzie są wszyscy. Co z nimi?
Mój głos nie przypomina mojego głosu.
-Z Prim wszystko w porządku. Z Rory'm też. Oczywiście twoja młodsza siostra prawie wydeptała ścieżkę pod tymi drzwiami. Może jak dowie się, że odzyskałaś przytomność wreszcie się uspokoi.- Milknie na chwilę i chichocze sam do siebie. - Jeżeli jej tutaj nie ma, prawdopodobnie skacze dookoła Finnicka. Wydaje mi się, że dzieciak Hawthorne'ów robi się o nią zazdrosny.
Milknie a ja czuję zimno. Czuję, że blednę. Nie chcę pytać. Nie chcę pytać, ale wiem, że on mnie do tego zmusi, Wiem, że sam nie potrafi o tym mówić.
-A co z Peetą?
Haymitch spuszcza wzrok i staje obok moich nóg. Kładzie swoją ciężką dłoń na plastikowej ramie łóżka, ale unika mojego wzroku.
-Doprowadzał tutejszych lekarzy do szału...- Rozpoczyna Haymitch, ale musi przerwać i przełyka. Pytanie 'tutejszych, to znaczy skąd?' pojawia się w mojej głowie, ale nie przykładam do tego większej uwagi. - Ciągle przesiadywał pod twoimi drzwiami Któregoś dnia ukradł krzesło i rozbił tu sobie mały obóz. Ale tydzień temu...
-Powiedz mi.
Mój głos jest ostry mimo mojego osłabienia. Haymitch spogląda na mnie po raz pierwszy, odkąd podjął temat.
-Jesteśmy w Trzynastce.
Czuję jak moje brwi znikają wśród moich włosów. Wiadomość, że dystrykt, który został zmieciony z powierzchni ziemi nadal istnieje jest szokująca. Bardzo. Ale w tym momencie naprawdę mnie to nie obchodzi.
-To, gdzie on jest?
-Poleciał pomóc przy ewakuacji Dwunastki. Dowiedzieliśmy się, że Snow planuje zrównać ją z ziemią. Nie chciał, ale powtarzaliśmy mu, że musi się czymś zająć.- Haymitch milknie i szczypie się w nos. Nie odzywam się, czekając aż sam skończy. - Tydzień temu w końcu dał się namówić i odleciał z resztą ekipy ratunkowej. Wiemy, że dolecieli bezpiecznie do Dwunastki. Byli tam tylko przez kilka godzin, ale wystarczająco długo, żeby poinformować nas o zachodzących zniszczeniach. Mieli wrócić następnego dnia.
Zimno, które czułam wcześniej zamienia mój żołądek w bryłę lodu. Spoglądam pytająco na Haymitcha, a on kładzie rękę na mojej brodzie, żeby powstrzymać jej drżenie i spuszcza wzrok.
-Jakąś godzinę po starcie z Dwunastki straciliśmy łączność z poduszkowcem.
Mija kolejny tydzień, zanim pozwalają mi wstać z łóżka.
Przy każdym ruchu czuję metalowe pręty, których użyto przy rekonstrukcji mojego biodra. Poruszam się o lasce, która przypomina tę, której używał Peeta tuż po powrocie do Dwunastki. Kuleję zupełnie jak Peeta.
Mam w sercu dziurę, która przypomina mi o Peecie każdej sekundzie każdego dnia.
Opatrunki na wlotowych i wylotowych ranach po kulach nie są już takie duże jak były, kiedy odzyskałam przytomność. Nie lubię patrzeć co jest pod spodem. Skóra nie jest do końca wygojona, wypukła i zaczerwieniona. Zostaną mi obrzydliwie wyglądające blizny.
Ciągle myślę o plecach Peety i o tym, że, kiedy wrócił do domu nie było na nich blizn, z którymi wyjechał. Medyczne wyposażenie Trzynaski nie jest na takim poziomie jak w Kapitolu. Powinnam się cieszyć, że w ogóle mają szpital. Ale teraz nie potrafię się cieszyć z niczego.
Niedługo po tym jak się odzyskałam przytomność odwiedziła mnie Effie. Przez chwilę starała się utrzymać swoją dawną osobowość, ale potem wybuchnęła płaczem. Haymitch nie wspomniał, że to ona namówiła Peetę, żeby poleciał do Dwunastki. Czuła się winna tego co się stało i patrzenie na nią niemal bolało.
Codziennie odwiedza mnie Prim i pomaga przy mojej rehabilitacji. Nie opuszcza mojego boku na wypadek, gdybym się potknęła. Gdyby nie to, jak bardzo ją kocham, powiedziałabym, żeby dała mi spokój. Wiem jednak , że stara się mną zaopiekować tak jak ja zawsze opiekowałam się nią.
Mało rozmawiamy. Na początku ciągle szczebiotała. Myślę, że to pomagało jej zająć czymś umysł i starała się zająć czymś także mnie. Jednak szybko zorientowała się, że nie jestem zbyt rozmowna.
Kiedy przypomina mi o mamie, zaczynam czuć się winna. Wspomniała o niej któregoś wieczora, po kolacji, którą ledwie udało mi się przełknąć. Właśnie wychodziła, ale w drzwiach odwróciła się i spojrzała na mnie trzymając się framugi. Jej głos był cichy i przypomniał mi małą dziewczynkę, którą przez lata uspokajałam, kiedy miała zły sen.
-Proszę cię Katniss, nie znikaj. Nie pozwól, żeby stało się z tobą to, co stało się Mamie, kiedy zginął tata.
Wydęłam usta i spojrzałam na nią z brwiami ściągniętymi w jedną linię. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnęła się lekko i wyszła.
Przez lata byłam dumna z tego jaka byłam silna, kiedy moja matka nie potrafiła się na to zdobyć. Teraz wiem, że nie rozumiałam, przez co przeszła. Jak mogę to wyjaśnić? Jak mam wytłumaczyć Prim, że, kiedy wspomniała o naszej mamie, przypomniała mi, tylko , że jestem jej winna przeprosiny, za to jak ją traktowałam, przeprosiny, na które teraz wiem, że zasługuje?
Czasami odwiedza mnie Rory. Doceniam jego towarzystwo, chociaż z początku nie wiedziałam czego się spodziewać. Najcieniściej siedzimy w ciszy, która nie jest dziwna i, której tak bardzo potrzebuję. Tak bardzo przypomina mi Gale'a, że czasami udaję, że jestem w domu i spędzam poranek w lesie.
Że nie wdepnęłam w to bagno. Że nic się nie zmieniło.
Dwa dni po tym ja się ocknęłam, wysłano do Dwunastki ekipę poszukiwawczą, w ślady poduszkowca, który nie wrócił. Poduszkowca na, którego pokładzie znajdował się Peeta razem z ponad dwanaściorgiem innych ludzi: Finnickiem Odair i Johanną Mason, kobietą o krótkich brązowych włosach, która pomogłą wyciągnąć na z ośrodka szkoleniowego.
Ekipa wróciła w zasadzie z niczym. Znaleźli rozbity poduszkowiec niedaleko granicy z Dwunastką. Nie znaleźli żadnych ciał, ale też nie znaleźli tych, którzy przeżyli.
Od tamtej pory wszyscy zwracają się do mnie jak do wdowy. Chociaż nie udowodniono jeszcze, że Peeta nie żyje.
Na początku byłam zbyt zmęczona i słaba, żeby się wściekać. Złość, którą czułam z powodu słyszanych kondolencji była instynktowna, ale udało mi się ją zdusić.
Tak naprawdę to przestałam cokolwiek zauważać.
Myślałam tylko o tym, żeby wyzdrowieć. Opuścić tę cholerną izbę chorych. Zdobyć dojście do wyższych poziomów, o których wspominałą Prim z Haymitchem. Chciałam przestać musieć używać tej cholernej laski i po prostu wyjść stąd o własnych siłach. Chcę się tutaj zadomowić, ale bez niego jest to nie możliwe.
Jeżeli, im nie chce się poszukać Peety, będę musiała zrobić to sama.
Planowałam to całymi dniami. A nawet tygodniami.
Więc oczywiście, kiedy tylko czuję, że jestem gotowa wykonać mój plan, wszystko ulega zniszczeniu.
-Nie myśl sobie Mała, że nie wiem, co masz zamiar zrobić.
Odwracam się na dźwięk głosu Haymitcha, który przekracza próg pomieszczenia, obok, którego właśnie przeszłam. Mało go ostatnio widywałam. Nie wiedziałam nawet czy on wiedział, że wczoraj wypisano mnie z izby chorych.
Jednak najwyraźniej obserwował mnie bardziej niż myślałam.
Przygląda się torbie przewieszonej przez moje ramię i pozwalam jej upaść na podłogę. Uderza o nią z hałasem, który niesie się po pustym korytarzu. Oczywiście, że zaczekał na mnie aż prawie dotarłam do celu. Jestem już prawie przy windzie.
-Haymitch. - Mówię, odkasłując. - Już myślałam, że przestało ci na mnie zależeć.
Nie sili się na odpowiedź, tylko parska.
-Chciałem się tylko dowiedzieć, jak zamierzasz wrócić do Dwunastki z tym twoim niedoleczonym biodrem.
Zamykam oczy i opieram się o ścianę. Cement jest zimny i natychmiast czuję gęsią skórkę. Cienka koszulka, którą dostałam w momencie wypisu raczej nie chroni mnie przez zimnem.
-Gdybyś nie myślała tylko o sobie prawdopodobnie słyszałabyś o porannym zamieszaniu.
Odwracam się do niego i otwieram oczy, kiedy moje serce przyspiesza.
-Jakim zamieszaniu? Co się stało?
Uśmiecha się do mnie krzywo i splata ramiona na piersi.
-Dobrze wiedzieć, że nadal możesz skupić uwagę na czymś innym, niż tylko na sobie.- Mruczy przez chwilę. - Mówię o rozbitkach, Mała. Wczoraj, późnym wieczorem grupa ludzi przekroczyła zachodnią granicę Trzynastki. Dzisiaj rano pojawili się w izbie chorych. Była wśród nich twoja matka. I ten twój kuzyn z rodziną.
Ciężar, który czułam na ramionach natychmiast znika.
Moja matka żyje. Gale żyje.
-Ale...- Mówię starając się nie myśleć zbyt pozytywnie. - Skąd oni wzięli się w Trzynastce. Skąd wiedzieli jak się tutaj dostać?
Usta Haymitcha powoli wyginają się w uśmiechu. Odwracam się do niego. W momencie, kiedy chce mi odpowiedzieć słyszę znajomy dźwięk windy zatrzymującej się na naszym piętrze. Jednak jego słowa są ważniejsze od wszystkiego innego.
-Powiedział, im ktoś, kto znał drogę.
Czuję nagły przypływ emocji i wbijam wzrok w podłogę. Moje oczy wypełniają się łzami, których w ogóle się nie spodziewałam. Mrugam i pocieram oczy dłońmi, zanim znowu patrzę na stojącego przede mną mężczyznę. On jednak patrzy na kogoś ponad moim ramieniem.
Najpierw tylko go czuję, czuję ciepło przepływające przez moje ciało w sposób jaki wydawał mi się niemożliwy. Potem słyszę tak bardzo znajomy pusty dźwięk jego protezy, do którego przyzwyczaiłam się przez ostatni rok. To może wydać się głupie, ale przysięgam, że czuję jego zapach, przypominający mi poranki w naszej ciepłej kuchni.
Serce wali mi jak oszalałe, ale, kiedy się odwracam zdaje się stanąć.
Peeta stoi przed zamkniętymi drzwiami windy na końcu korytarza. Jego oczy są szkliste i zaczerwienione. Jego włosy są dłuższe niż były, kiedy widziałam go ostatni raz i to w jaki sposób są skręcone odbiera mi oddech. Na jego czole, tuż nad prawym okiem widzę plaster, jedno ramię ma na temblaku a na jego ciele jest pełno zadrapań i siniaków.
Nigdy jednak nie wyglądał piękniej.
Nie zdaję sobie sprawy z tego, że się poruszam, dopóki nie czuję bolesnego przemieszczenia biodra, które prowadzi mnie do przodu. Moja laska leży zapomniana gdzieś na podłodze. Nawet, przy użyciu jednego sprawnego ramienia udaje mu się mnie złapać i czuję przy tym niesamowitą ulgę.
Kiedy stoję pewniej, jego ramię przyciąga mnie bliżej, przyciskając mnie mocno do jego ciała. Przesuwam lekko palcami po jego twarzy, pod grzywką i przeczesuję jego włosy. Muszę się upewnić, że jest prawdziwy. Miałam zbyt wiele snów, wywołanych lekami, które tak właśnie wyglądały. Moja dłoń zatrzymuje się na zakrzywieniu jego szyi i unoszę wzrok.
Niebieskie oczy Peety marszczą się trochę w kącikach, kiedy się do mnie uśmiecha. Patrzę jak z jego rzęs spada łza i toczy się w dół jego policzka.
-Cześć.
Jego głos jest cichy a ja czuję ukłucie w sercu. Wiem, że jeśli spróbuję się odezwać prawdopodobnie dostanę histerii, więc się nie odzywam. Zamiast tego unoszę głowę i przyciskam swoje usta do jego ust.
Pocałunek wyraża wszystko czego nie możemy wyrazić.
Oznacza 'tęskniłam/em za tobą', 'nigdy więcej tego nie rób', 'Nie potrafię bez ciebie żyć.' Oznacza 'kocham cię', 'nigdy nie przestanę cię kochać'. Wyraża więcej niż byłam zdolna czuć kiedykolwiek przedtem. Jest delikatny, desperacki, pospieszny i ostrożny jednocześnie.
Kiedy się kończy, opieram się o jego ciało w pustym korytarzu. Przyciskam ucho do jego klatki piersiowej i przez długą chwilę wsłuchuję się w bicie jego serca. Po jakimś czasie spoglądam w górę i ofiarowuję mu pełen łez uśmiech, który odwzajemnia a ja wyciągam rękę i obejmuję nią jego policzek.
-Cześć.
