Rozdział siedemnasty

Mamy dwa dni na to, żeby się sobą nacieszyć, a potem zostajemy wraz z Peetą wezwani do Punktu Dowodzenia.

Przez te dwa dni niemal udaje nam się zapomnieć o wydarzeniach, dzięki, którym w ogóle znaleźliśmy się w tej sytuacji. Nie myśleliśmy o zniszczeniu Dwunastki ani o toczącej się wojnie. Nie myśleliśmy o Prezydencie Snow ani o niebezpieczeństwie jakie wciąż stwarzał.

Zamiast tego wtuliliśmy się w kokon jaki wokół siebie stworzyliśmy.

Urzędnicy z Trzynastki przydzielili nam kwaterę podobną do tych, w których mieszkali inni. Cztery białe ściany i łóżko. Była tam także łazienka z prysznicem pod, którym, ledwo mieściła się jedna osoba. Ale Peeta i ja wykorzystywaliśmy go do ostatnich możliwości. Strach przed kolejną rozłąką o tym, że wystarczy mrugnąć aby któreś z nas zniknęło, był dla nas zbyt prawdziwy.

Powiedziano nam, że mamy jeść posiłki w dużej stołówce i o wyznaczonych porach. Jednak ja nie byłam na to jeszcze gotowa i w jakiś sposób udało mi się namówić Haymitcha, żeby namówił kogoś do przynoszenia nam jedzenia do pokoju. Wiedzieliśmy, że Haymitch nie jest tutaj nikim ważnym i, że nasza prośba spowoduje kłopoty. Wiedzieliśmy, że ulga którą odczuwaliśmy była tymczasowa, więc staraliśmy się wykorzystać ją jak najlepiej.

Kiedy mocno trzymając się za ręce zmierzamy w kierunku Centrum Dowodzenia, myślę jednak o pierwszej nocy po naszym ponownym spotkaniu.


Nie potrafiliśmy przestać się dotykać. Nie, kiedy w korytarzu znowu pojawił się Haymitch, nie podczas spotkania potrzebnego aby uzyskać zakwaterowanie i na pewno nie, kiedy zamknęły się za nami drzwi. Nie potrafiłam przestać się w niego wpatrywać a on nie przestawał przesuwać palcami po mojej twarzy.

-Nie przydzielili ci kwatery, zanim poleciałeś do Dwunastki? - Zapytałam sama nie wiem dlaczego. Peeta mrugnął kilka razy przerywając obserwację nowej blizny na moim podbródku. Powiedziano mi, że jest ona rezultatem tego, że przewróciłam się po tym jak mnie postrzelono. Zaprzeczył potrząsając głową.

-Nie. Próbowali. Powiedziałem, im jasno i dobitnie, że tego nie potrzebuję.- Powiedział wpatrując się w moje oczy tak intensywnie, że czuję jak w moim wnętrzu coś się roztapia. - Dodałem, że nie mógłbym zasnąć nigdzie poza twoją salą albo korytarzem przed nią.

Nie rozmawiamy o tym, kto i dlaczego, namówił go do przerwania nie zawsze cichego czuwania u mojego boku i do opuszczenia Trzynastki. Nie chcieliśmy przeżywać na nowo naszej rozłąki, nawet tylko o niej rozmawiając. Wiedzieliśmy, że któregoś dnia będziemy musieli to zrobić.

Usiedliśmy ostrożnie na łóżku, które zdawało się być zbyt wąskie aby pomieścić dwoje ludzi, ale my nigdy nie potrzebowaliśmy dużo miejsca. Materac był cienki i dużo twardszy niż byśmy sobie tego życzyli. Nie narzekaliśmy jednak. Nigdy nie narzekalibyśmy na coś tak głupiego. Szczególnie nie po wszystkim, przez co przeszliśmy i czego świadkami byliśmy ostatnio.

Pochyliłam się, żeby zdjąć buty. Niestety, była to jedna z tych rzeczy, które nadal sprawiały mi problemy. Nie chciałam, żeby Peeta zauważył ból, który czułam, ale wiedziałam, że nic przed, nim nie ukryję. Ukląkł u moich stóp za, nim miałam szansę zaprotestować. Nie mówiąc nic patrzyłam jak rozwiązuje moje buty i zsuwa je z moich stóp. Nie było to najłatwiejsze z zadań do wykonania jedną ręką i jakby tego było mało, ręka, którą miał unieruchomioną na temblaku praktycznie uniemożliwia mu zmianę pozycji.

Widząc to zrzuciłam poduszki na podłogę i wstałam, zanim miał szansę zaprotestować. Zdarłam z materaca prześcieradło i koc i przygotowałam z nich dla nas prowizoryczne legowisko. Jego dłoń delikatnie trzymała dół moich pleców, kiedy ostrożnie dołączyłam do niego na wytartej wykładzinie. Ułożyliśmy się w najwygodniejszej dla nas w tamtym momencie pozycji: ja na plecach z nogami przerzuconymi przez jego biodro a on na boku i zdrowym ramieniu. Kiedy zauważyłam jak wyciągnął rękę w moją stronę natychmiast go złapałam.

Ułożyliśmy poduszki podwójnie tak, że nasze głowy były na jednym poziomie, czoła stykały i, że niemal stykaliśmy się nosami. Peeta był wyczerpany, czego dowodem były sińce pod jego oczami oraz ziewanie, które bezskutecznie starał się ukryć. Potrzebował snu, czy to mu się podobało, czy nie.

Przeczesałam palcami jego włosy, odsuwając je z jego twarzy i w końcu poddał się i zamknął oczy. Wiercąc się trochę usiłował przyjąć pozycję w jakiej zwykle zasypialiśmy w domu w Dwunastce. Wiedziałam, że to moja wina, że nie mógł jej przyjąć. Westchnęłam a moje palce zatrzymały się zaplątane w jego grzywkę. Peeta otworzył oczy i spojrzał na mnie spod rzęs.

-Przepraszam.- Powiedziałam nagle sfrustrowana. - Po prostu...skoro nie doszłam jeszcze tak naprawdę do siebie, spanie na boku i na brzuchu odpada.

To prawda. W każdej z tych pozycji tępy ból, który towarzyszy mi cały czas stawał się nie do zniesienia. I jest to przykre, ponieważ nigdy nie potrafiłam zasnąć leżąc na plecach. W dodatku ostatnie dwa tygodnie spędziłam na zamartwianiu się o Peetę, więc nie było mowy o tym, żebym się porządnie wyspała. A, kiedy już był przy mnie, nie mogłam przytulić się do niego tak jak tego oboje chcieliśmy. Jak tego potrzebowaliśmy.

Zauważyłam, kiedy na jego twarzy pojawił się wyraz zrozumienia. Uśmiechnął się i przysunął bliżej puszczając moją rękę, żeby móc zdjąć temblak. Otworzyłam usta, ale to w jaki sposób na mnie spojrzał uciszyło mój sprzeciw. Powiedział mi, że jego ramię nie jest złamane i, że dostał temblak na wszelki wypadek. A, poza tym swędziała go skóra. Roześmiałam się cicho a on pochylił się, żeby mnie pocałować.

Peeta wsunął swoje zdrowe ramię pod moje ciało przysuwając się do mnie bliżej. Ułożył nowo uwolnione ramię nad moim sercem i pocałował skórę tuż za moim uchem. Uśmiechnęłam się czując mimowolny dreszcz. Zaczął całować moją skórę od ucha przez żuchwę, szyję aż do miejsca na obojczyku, który to pocałunek sprawił, że moja dłoń zacisnęła się w pięść wokół koszuli którą mia ł na sobie Peeta.

-Nie martw się. - Stwierdził między kolejnymi pocałunkami. - Nie przeszkadza mi to , że tej nocy to ja będę kurczowo trzymał się ciebie.


Kaszel Haymitcha wyrywa mnie z rozmyślania. Stoi półtora metra od nas z dłonią na klamce bezgłośnie pytając czy jesteśmy na to gotowi. Zaciskam mocniej palce wokół dłoni Peety a on przytakuje.

Haymitch otwiera drzwi i uderza mnie powietrze chłodniejsze od tego w korytarzu. Czuję jak mimowolnie napinają mi się mięśnie a Peeta uspokajająco pociera kciukiem bok mojego kciuka. Od strony grupy ludzi stłoczonych wokół dużego kwadratowego stołu stojącego na środku pokoju słyszymy srogi kobiecy głos.

-Spóźniliście się, Panie Abernathy.

Spoglądam na wiszący na ścianie zegar. Jest dopiero kilka minut po siódmej rano. Czekam, że mentor się odgryzie i jestem zaskoczona, kiedy tego nie robi i przeprasza za nasze spóźnienie. Spogłądam na Peetę, ale on tylko wzrusza ramionami.

Kobieta, która najwyraźniej jest tu szefem odwraca się do nas. Jest zwyczajna i ubrana w zwyczajny szary kostium, pasujący do jej oczu. Jej siwe włosy są upięte w ciasny kok i nie podoba mi się sposób w jaki na mnie patrzy. Na nas. Nie podoba mi się to jak się we mnie wpatruje.

Lekko się odwraca i odzywa do Haymitcha.

-Może pan odejść.

Próba grzecznego uśmiechu raczej jej nie wychodzi. Czuję jak mój żołądek tężeje, kiedy widzę jak on słucha jej rozkazu. Znowu zaciskam palce wokół dłoni Peety. Jej wzrok pada na nasze połączone dłonie i jej brew unosi się na, tyle , że to zauważam.

-Panie Mellark, Panno Everdeen.

Gdyby nie podobało mi się to jak odezwała się do Haymitcha, teraz jestem na nią wkurzona. Przełykam i robię krok do przodu.

-Właściwie, moje nazwisko brzmi Mellark.

-Czyżby? - Pyta w roztargnieniu przeglądając jakieś papiery.

Nie odpowiadam jej tak szybko, jak prawdopodobnie jest do tego przyzwyczajona. Nie wiem dlaczego tak bardzo chcę się jej postawić, ale jest to silniejsze ode mnie. Nie poddam się. Jej usta zaciskają się w cienką kreskę.

-Powinnaś wiedzieć, że przede mną nie musicie udawać. Wiem co Kapitol robi ze swoimi [i]zabaweczkami[/i]. I rozumiem twoją potrzebę ochrony pewnych rzeczy.

Niemal gotuję się ze złości. Chociaż w pewnym sensie ma rację i nasze małżeństwo zostało zawarte aby chronić Peetę stwierdzenie, że jest dla mnie po prostu 'czymś ważnym' działa na mnie jak płachta na byka. Uczucie jego kciuka kreślącego nieregularne kształty po wewnętrznej stronie mojego nadgarstka trochę mnie uspokaja.

-Zapewniam panią, że mam na nazwisko Mellark.

Stara się wyglądać nonszalancko, ale jej spojrzenie poważnieje a w pokoju nagle robi się jeszcze chłodniej. Kobieta wysuwa sprzed stołu krzesło i pokazuje nam dwa miejsca po drugiej stronie blatu.

-Usiądźcie proszę.- Mówi, sama zajmując miejsce przy stole. Czuję jak świdruje nas oczami przez chwilę, kiedy robimy to, o co nas prosiła. - Pozwólcie, że zacznę od tego jak bardzo cieszymy się z tego, że oboje jesteście tutaj z nami cali i zdrowi.

Nie wygląda na szczęśliwą z tego powodu, Mimo to i tak kiwam głową.

-Dobrze, więc pozwólcie, że przejdę od razu do sedna sprawy. Zapewne, powiedziano ci, że wszystkie dystrykty zbuntowały się przeciwko Kapitolowi. Powstanie idzie pełną parą dzięki wam. - Milknie i unosi do ust stojącą przed nią wysoką szklankę wody, a potem odstawia ją na stół. - Wierzymy, że ważne jest aby rebelianci mieli swego rodzaju rzecznika prasowego. Kogoś, kto zbierze poparcie powstańców i utrzyma ich entuzjazm do walki. Kogoś, kto wzbudzi w nich wolę walki. I chcielibyśmy, żebyś to ty była tym kimś, Katniss.

Czuję jak opada mi szczęka. Peeta odwraca się do mnie zaskoczony. Nie odpowiadam, więc Coin mówi dalej.

-Nie będę owijać w bawełnę. To prawda, że pan, Panie Mellark jest z was bardziej lubiany, to, co pan zrobił, pański incydent z jagodami, tylko podsycił płomienie. Słowa Katniss dolały oliwy do ognia. Jej wywiad z Ceasarem Flickermanem nie zostanie prędko zapomniany.

Jej głos nie jest okrutny, Po prostu informuje nas o tym co się dzieje. Jak, gdyby rozmawiała z kimś innym, a nie z ludźmi, o których mówi.

Jestem zaskoczona, kiedy Peeta parska zupełnie nie wesołym śmiechem. Pochyla się do przodu, ale nie puszcza mojej ręki.

-Nie jest pani zbyt miła, jak na kogoś, kto prosi nas o pomoc.

Na jej twarzy pojawia się coś na kształt uśmiechu.

-Bycie miłym to twój sposób na załatwianie spraw. - Odpowiada Coin, a potem zwraca się do mnie. - Znałam twojego ojca, Katniss. Wszyscy żyjący obecnie przywódcy rebeliantów nadal go pamiętają. Skłamałabym, gdybym stwierdziła, że to czyją jesteś córką nie wpłynęło na moją decyzję. A ty skłamałabyś mówiąc, że nie wierzysz w to samo w co on wierzył.

Potem wstaje odpychając się od stołu. Idzie do drzwi nie mówiąc nam czy mamy iść za nią. Szybko wstaję i gwałtowny ruch wzmaga ból w moim biodrze. Peeta szybko idzie moim śladem i również wstaje ostrożnie obejmując mnie w talii ramieniem i razem wychodzimy na korytarz.

-Przemyśl to. - Mówi Coin kładąc zimną dłoń na moim przedramieniu. Powstrzymuję chęć aby ją strząsnąć.

-Jeżeli się na to zdecyduję...-Mówię nie wiedząc dlaczego. - Będę miała pewne warunki.

Kobieta odwraca się w kierunku pokoju, z którego właśnie wyszliśmy. Odpowiada mi przez ramię.

-Byłabym zawiedziona gdybyś ich nie miała.


-Wiesz, twój ojciec nigdy nie przepadał zbytnio za Almą Coin.

Słowa mamy wcinają się w ciszę panującą w pomieszczeniu. Jest już późno i wpadłam do niej z wizytą, podczas gdy Peeta pomaga Haymitchowi przeprowadzić się z jego oryginalnej kwatery bliżej nas.

Trzy dni temu dostał zgodę na zdjęcie temblaka. Od spotkania z Coin minął prawie tydzień.

Mama wie, o co zostałam poproszona przez kobietę, która jest tutaj szefową. Wyjaśniłam to jej, jak również Prim, Haymitchowi, Gale'owi i reszcie rodziny Hawthorne. Zareagowali w różny sposób, ale mama nie podzieliła się ze mną od razu swoimi myślami na ten temat. Dopiero, kiedy o tym mówi, stwierdzam, że to właśnie chciałam usłyszeć.

Odwracam się do niej, ale ona nie podnosi wzroku znad rąbka spódnicy, który obrębia, ponieważ wie, że jej słucham.

-Zawsze mówił, że jest zbyt żądna władzy. Że jest bezlitosna. Powiedział, że, chociaż cieszy się z tego, że ona walczy po [i]naszej[/i] stronie jej powody ku temu nie są tak szlachetne, jak wszyscy myślą.

Kiwam głową a ona unosi wzrok i patrzy na mnie przez chwilę, kiedy siedzę naprzeciwko niej. Nagle czuję mocny ból w klatce piersiowej, ale, dopiero kiedy mimowolnie pociągam nosem odkrywam jak bliska jestem łez. Mama siada obok mnie na łóżku, w którym co noc sypia Prim. Kiedy pochyla się i całuje mnie w czoło czuję się jeszcze gorzej.

-Jak myślisz co zrobiłby tata? - Pytam napiętym głosem. - Gdyby był na moim miejscu.

-Na pewno, by się zgodził. Co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Wiem także, że jeśli byłby na miejscu Prezydent Coin nigdy nie poprosiłby cię o coś takiego. - Jej palce przesuwają się po broszce z kosogłosem, która stała się częścią mojej garderoby. - Twój ojciec walczył o ciebie, o Prim i o inne dzieci, tak żebyście wy nie musieli walczyć. Zdałby sobie sprawę z tego, że to, o co poprosiła cię Coin nie różni się niczym od walki na arenie. To tylko inny rodzaj walki.


Budzę się z krzykiem błagając ojca aby uciekał.

Minęły miesiące od ostatniej nocy, kiedy przyśnił mi się ten koszmar. Tym razem nie jest aż tak źle. Wszystkie pamiątki mamy zostały w Dwunastce. To pierwsza noc, kiedy zobaczyłam jego twarz, odkąd wywieziono na do Kapitolu na Ćwierćwiecze Poskromienia. Tęskniłam za jego twarzą, nawet, jeśli widuję ją tylko w koszmarach.

Peeta obejmuje mnie ramionami a ja wtulam się w jego klatkę piersiową. Jego dłonie przesuwają się w górę i w dół po moich plecach i równam mój oddech z jego oddechem powoli się uspokajając. Czuję jak moje serce zwalnia. Uśmiecham się myśląc o pierwszej nocy, kiedy pomógł mi uspokoić się po tym koszmarze.

-Kocham cię, Peeto. - Mówię lekko zdartym glosem. Całuję jego nagą klatkę piersiową tuż pod obojczykiem i cofam się, żeby móc na niego spojrzeć.

-Ja też cię kocham. - Odpowiada cicho tonem, który rozpoznałam jako ten należący tylko do mnie. - Wszystko w porządku?

-Już mi lepiej. - Potwierdzam skinieniem głowy. - Zawsze jest mi lepiej, kiedy jesteś przy mnie.

Kiedy myślę o osobie, którą byłam, zanim Peeta wrócił do domu jako Zwycięzca te słowa wydają mi się obce. Tamta osoba już nie istnieje, a raczej nie jest już taka sama. Na pewno nie wyciągałaby teraz szyi aby pocałować swojego męża.

Peeta oddaje mi pocałunek w powolny, czuły sposób, którego nauczyłam się pragnąć. Jego dłonie przestają kreślić uspokajające okręgi na moich plecach i przyciągają mnie bliżej do niego. Jedna przesuwa się niżej paląc mnie przez materiał koszuli i zatrzymuje się tuż nad gumką mojej bielizny.

Cieszę się, że nie przeciążam rannej strony mojego ciała, kiedy czuję wypełniające mój żołądek ciepło.

Podczas pocałunku delikatnie przygryzam jego dolną wargę i uśmiecham się słysząc warczenie wydobywające się z głębi jego gardła. Ciepło jego ciała nagle znika i przez chwilę jestem zagubiona, ale, kiedy otwieram oczy odkrywam, że pochyla się nade mną. Kładzie się na mnie powoli i ostrożnie a ja stwierdzam, że nie mogę dłużej czekać. Jednocześnie wyginam ciało w łuk aby spotkać się z, nim wpół drogi i pociągam go na siebie. Kiedy opadamy razem na poduszkę pod moją głową czuję cały ciężar jego ciała, jego ciepło i spokój jaki mi przynosi.

Jego usta zaczynają podróż w dół od moich ust; przez skórę mojego podbródka, krzywiznę mojej szyi, do wgłębienia pod obojczykiem. Moje palce wpijają się głęboko w skórę jego pleców, kiedy Peeta zsuwa ramiączko mojej koszulki i całuje górną część mojej klatki piersiowej. Mój oddech staje się płytszy, kiedy usta Peety przesuwają się jeszcze niżej, kiedy czuję ich dotyk na niemal całkowicie zagojonej bliźnie na moim biodrze na chwilę tracę oddech. Kiedy Peeta unosi na chwilę głowę, przygryzam dolną wargę widząc jak bardzo pociemniały mu oczy.

Wyciągam dłoń i przeczesuję jego włosy a on pochyla się do mojego dotyku. Znowu czuję głód, który pojawia się we mnie co raz częściej. Oboje go czujemy i oboje dajemy mu się ponieść.

Nigdy nie myślałam, o sobie jako o dziewczynie, która spędzałaby noce wtulona w ukochanego chłopca. Nie mogłam sobie wyobrazi sobie [i]istnienia[/i] chłopca, którego pokochałabym tak mocno. Żyłabym; nadąsana, uparta i samotna. Po jakimś czasie pewnie przekonałabym samą siebie, że jest mi z tym dobrze.

Jednak teraz, kiedy wiem lepiej..., kiedy znam to uczucie: cudowne i radosne, niesamowicie niebezpieczne a jednocześnie bezpieczniejsze niż czułam się kiedykolwiek przedtem, wiem, że to co było już nie wróci. Życie wypełnione ciągłym przekonywaniem się, że jestem szczęśliwa było niczym w porównaniu z życiem jakie wiodłam teraz.

Myślę o tym, co powiedziała mi mama. O tym, że mój ojciec walczył o swoje dzieci.

Moje poglądy w sprawie rodzicielstwa przez lata były takie same jak moje poglądy na temat miłości. Teraz patrzę na Peetę, zaspokojonego i ociężałego od snu i myślę o tym jak bardzo się myliłam. Miłość nie czyni ludzi słabymi, ale daje, im coś, o co warto walczyć. Coś co daje ci siłę. Jeżeli myliłam się w sprawie miłości, może mylę się także w sprawie wychowywania dzieci?

Oczami wyobraźni widzę nagle małego chłopca z jasnymi loczkami Peety i moimi oczami Złożyska. Myślę o jego małej rączce uczepionej dłoni jego ojca, kiedy idą przede mną drogą.

Przełykam ślinę i przeczesuję włosy mojego śpiącego męża. To nie była straszna rzecz. Skłamałabym, gdybym zaprzeczyła, że nie poczułam ucisku w sercu, który może być jedynie potrzebą. I, chociaż nadal nie wiem czy w przyszłości będę miała dzieci, czy będziemy mieli dzieci, nie mogę zaprzeczyć temu co czuję.

Więc zrobię to. Zostanę Kosogłosem Coin, twarzą i ustami rewolucji. Będę walczyć o potrzebę, która obudziła się wewnątrz mnie, tak jak wiem, że mój ojciec walczyłby o swoje dzieci.