Rozdział osiemnasty

Moja lista warunków jest krótka. Być może, gdybym miała więcej czasu byłaby dłuższa i bardziej szczegółowa. A jednak stoję tutaj z kartką papieru w jednej ręce i Almą Coin w drugiej na kartce którą trzymam są tylko trzy linijki odręcznie zapisanego tekstu.

1. Peeta musi towarzyszyć mi na każdym kroku.
2. Moja rodzina ma mieć zapewnioną ochronę podczas i po zakończeniu tej wojny.
3. To ja zabiję Snowa.

Kiedy jej oczy odczytują pierwsze żądanie widzę jak oddycha z ulgą. Wie tak samo dobrze, jak ja, że moje słowa i uczynki to jedno. Bez udziału Peety, jego łatwości mówienia i ogólnej dobroci żadna rebelia się nie utrzyma.

Kiedy przenosi się na drugie żądanie jej oczy lekko się zwężają. Czekam aż zacznie protestować, że zapewnienie mojej rodzinie dodatkowej ochrony opóźni działania wojenne. Oczekuję, że zacznie protestować i przekonywać mnie, że odbieram jej żołnierzy potrzebnych na froncie i zmieniam ich w świetnie wyszkolonych ochroniarzy.

Czekam na rezultaty negocjacji i jestem zaskoczona, kiedy nic się nie dzieje.

Zamiast tego widzę jak kącik jej ust unosi się, kiedy czyta ostatnie żądanie. Patrzy na mnie i myślę, że czuje jakieś poczucie koleżeństwa. Nie odwzajemniam go.

-W porządku. - Mówi odkładając kartkę. - Kiedy przyjdzie czas na to trzecie żądanie...rzucimy monetą.


Ekipa kamerzystów, której przykazano towarzyszyć nam w naszej podróży do Dwunastki jest na tyle pełna szacunku, że zostawiają nas samych, kiedy przekraczamy próg naszego starego domu w Wiosce Zwycięzców. Jestem zaskoczona, że ta część Dwunastki jest praktycznie nienaruszona. Wydaje mi się, że moje zaskoczenie jest naiwne.

To takie niesprawiedliwe, te domy były puste, odkąd je zbudowano i nadal tam stoją, chociaż domów stojących nieco dalej nic nie zostało. Z domu Burmistrza Undersee, domu Madge. Pięknej, słodkiej Madge, która lubiła truskawki i była przy mnie podczas mojego ślubu.

Czuję ucisk w gardle i łzy pod powiekami. Kiedy tylko przekraczamy próg domu Peeta obejmuje mnie i przyciska mocno do swojego ciała. Chwilę później jego koszula jest mokra od łez.

Bez żadnego wysiłku bierze mnie na ręce i po chwili siedzimy na podłodze przed zimnym kamiennym kominkiem. Nagle czuję ciepło i zapach opieczonego chleba. Peeta sadza mnie sobie na kolanach i mocno obejmuje mnie ramionami. Na chwilę opadam na niego i cieszę się tym, że jest tu ze mną, że jest przy mnie i nie muszę radzić sobie z tym wszystkim sama.

Dopiero, kiedy czuję delikatne drżenie jego ciała i słyszę jak pociąga nosem dociera do mnie, że znowu jestem samolubna. Ciągle powtarzam ten sam błąd.

Cała jego rodzina przestała istnieć. Prawdopodobnie zginęli w płomieniach, kiedy spadły pierwsze bomby. Zapominam o tym, ponieważ on nie chce o tym rozmawiać. Pomaga w działaniach bojowych i stara się nie myśleć o tym, że jesteśmy jedynymi Mellarkami, którzy przeżyli zniszczenie Dwunastki.

-Peeto. - Szepczę odwracając się do niego. Jego oczy są zamknięte a oczy łzy, które zatrzymały się na jego rzęsach spływają mu po policzkach. Unoszę palce, żeby je otrzeć i Peeta łapie mnie za rękę i przytula ją do swojego policzka. Patrzę w jego oczy, które teraz wydają się być jeszcze bardziej niebiekie, ponieważ są przekrwione, kiedy nasze spojrzenia się krzyżują Peeta dosłownie rozpada się na kawałki przed moimi oczami. Natychmiast odwracam się przodem do niego i obejmuję go kolanami.

Nie chciał patrzeć na szczątki jego rodzinnej piekarni. Kiedy Cressida i Pollux bezdusznie to zaproponowali niemal dosłownie zabiłam ich, za to wzrokiem.

Rozmawiali na temat 'podejścia' do tego proposa i jak, gdyby nigdy nic dorzucili, że powinniśmy przejść się do tego co zostało z piekarni Mellarków a ja ledwie mogłam to znieść. Musiałam sobie przypomnieć kim byli i, że nigdy nie odczuli na własnej skórze, co to znaczy stracić członka, a w przypadku Peety wszystkich członków, rodziny.

Wtedy jeszcze Peeta nieświadomy niczego po prostu kiwnął głową. Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech, który dla mnie wyglądał na sztuczny i maskował całkowitą głębię tego co w tamtym momencie czuł Peeta. Jeżeli byłoby, inaczej nie poprzestałabym jedynie na nienawistnych spojrzeniach. Powiedział, im cicho, że już raz widział te ruiny i, że jeden raz wystarczy.

Teraz wiem jak wiele to dla niego znaczyło.

A, więc siedzimy tutaj, wtuleni w siebie na podłodze naszego domu. Peeta trzyma się mnie kurczowo i to w jaki sposób całym jego ciałem wstrząsa szloch sprawia, że czuję ucisk w sercu. Przypominam sobie to, jak Prim wtulała się we mnie po każdym koszmarze i zaczynam go lekko kołysać.

Peeta wtula twarz w zgięcie mojej szyi i mnie w palcach moją koszulę. Pozwala swoim łzom swobodnie płynąć. Nie mówimy nic.

Peeta opłakuje swojego ojca a ja wspominam tego łagodnego człowieka, który zawsze był dla mnie miły. Myślę, że on przecież kochał moją matkę i dlatego całkowicie normalne byłoby, gdyby traktował dziecko, które urodziła innemu mężczyźnie z niechęcią, a nawet pogardą. Ale on zawsze witał mnie z uśmiechem i miłym słowem. A, kiedy nadszedł czas, przyjął mnie do rodziny z otwartymi ramionami.

Opłakuje Chorda i Leifa, swoich braci, których ja powinnam była postarać się poznać lepiej. Pamiętam moje poranne wizyty w piekarni, jeszcze sprzed ślubu i sprzed Dożynek. Wszyscy mężczyźni z rodu Mellarków zawsze wcześnie wstawali i pamiętam tępy ból, który czułam patrząc na nich i na to, jak weseli i szczęśliwi byli, kiedy mogli razem pracować. Na początku byłam nawet trochę zazdrosna o to, ile czasu spędzają ze sobą jako rodzeństwo. Nie chodziło o to, że nienawidziłam tego, przez co musiałam przejść, żeby zapewnić byt mojej siostrze. Bardziej chodziło o to, że Prim i ja nie mogłyśmy spędzać razem czasu tak jak Peeta spędzał go z braćmi.

Teraz jestem wdzięczna, że był tak bardzo związany z braćmi. Czuję się winna, ponieważ moja rodzina jest bezpieczna w Trzynastce i czeka na nasz powrót.

Opłakuje też matkę, chociaż wiem, że Peeta powstrzymałby się, gdyby mógł. Wiem, że Peeta ją kochał, ale nie w sposób w jaki dziecko powinno kochać swoją matkę. Kochał ją z powodu umiejętności odczuwania współczucia do każdego, nawet do najstraszniejszych osób. Może, gdyby kochała go tak jak matka powinna kochać swoje potomstwo teraz byłoby mu łatwiej. Chociaż pewnie byłoby mu jeszcze trudniej. Miałby, wtedy inne życie, które zmienił jego obecny żal w punkt sporny. Takie jest jego życie.

Nie wiem, jak długo siedzimy skłębieni na podłodze bardziej przypominając jedną osobę niż dwie. Zaczynają mnie boleć plecy, ale chętnie zostanę w tej pozycji przez następnych kilka godzin, jeżeli Peeta będzie tego wymagał. Na szczęście powoli przestaje się trząść a jego oddech powoli się normalizuje.

Unosi głowę z mojego ramienia i spogląda na mnie. Zdejmuję dłonie z jego pleców i biorę w nie jego twarz kreśląc kciukami kółeczka na jego policzkach. Opierając się czołem o moje czoło zakrywa moje dłonie swoimi. Jego oczy nie są już takie czerwone, ale nadal widać w nich ślady łez.

-Dziękuję ci. - Szepcze załamany i bardziej zmęczony niż kiedykolwiek.

-Nadal masz rodzinę, Peeto. Masz mnie, moją mamę i Prim. Wszystkie jesteśmy twoją rodziną. I nie musisz mi, za to dziękować. - Nie jestem pewna co mu powiedzieć, więc mówię pierwszą rzecz jaka przychodzi mi na myśl.

Wydaje mi się jednak, że to właśnie chciał usłyszeć, ponieważ ledwie kończę mówić, kiedy on przyciska swoje usta do moich ust.

Jego dłonie ręce przenoszą się na tył mojej głowy i zaciskają w moich włosach przyciągając mnie bliżej. Moje usta przylegają do jego ust w mile widziany, chociaż kompletnie nie znany mi sposób. Czułam żar pożądania Peety, ale nigdy w ten sposób. Nigdy przedtem nie było pełne smutku, cierpienia, głodu i wdzięczności jednocześnie. Jestem zaskoczona tym jak bardzo przyzwyczailiśmy się do swojego dotyku, ale jeszcze bardziej zaskakuje mnie to , że ten pocałunek jest inny niż wszystkie poprzednie.

Najwyraźniej rozpacz działa różnie na różnych ludzi.

Kiedy czuję dłonie Peety przesuwające się po moich bokach, wewnętrzny monolog, który stara się wyjaśnić przyczyny jego zachowania natychmiast milknie. W jakiś sposób, z protezą i bez względu na to , że siedzę na, nim całym ciężarem, udaje mu się wstać. Odrywam usta aby zaprotestować, ale on zamyka je pocałunkiem, który sprawia, że zapominam o wszystkim co chciałam powiedzieć.

Nie stawia mnie na ziemi, dopóki nie docieramy do szczytu schodów. Kiedy uwalniam ręce i nie muszę już się go trzymać zdejmuję z niego koszulę. Włosy sterczą mu we wszystkich kierunkach, ale, w słabym świetle wpadającym do domu przez okno na końcu korytarza, bardziej mnie to podnieca niż rozśmiesza.

Droga do sypialni jest oznaczona szlakiem zrzucanych przez nas ubrań.

Kiedy dotykam plecami miękkiego, wygodnego materaca niemal jęczę z powodu tego jak jest mi wygodnie. Nasze łóżko w Trzynastce jest praktyczne: wąskie i na tyle twarde , że nie odczuwamy ulgi po szkoleniu, które odbywamy dzień po dniu.

Czuję usta Peety wyginające się w uśmiechu tam, gdzie teraz mnie dotykają, tuż pod pępkiem i nad ostatnią częścią garderoby, którą jeszcze mam na sobie. Żar w moim brzuchu staje się silniejszy i oplatam go nogami, krzyżując je za jego plecami. On wie czego chcę i odwraca nas na bok podczas, kiedy ja poruszam biodrami. Odsuwając się ode mnie na tyle, by móc spojrzeć mi w oczy zaczyna obsypywać pocałunkami moją twarz. Zamykając oczy, jestem pewna, że wkrótce na jego torsie będzie roiło się od zadrapań.

Czuję nacisk jego dłoni w dole pleców powodujący to , że nasze biodra zderzają się ze sobą. Dopiero, kiedy czuję, go w sobie dociera do mnie, że był zbyt niecierpliwy, by zdjąć ze mnie bieliznę i po prostu użył drugiej dłoni aby ją przesunąć.


Za chwilę wyświetlą pierwszego proposa. Peeta i ja byliśmy zaskoczeni, że tak szybko, zaledwie dzień po naszych odwiedzinach w Dwunastce, zmontowali coś, co ich zdaniem będzie 'inspirujące' i 'zachęcające'. Jedyną rzeczą, która powstrzymuje mnie przed stwierdzeniem, że te słowa mają to samo znaczenie jest sójka, którą Peeta wymierzył w mój bok jak, gdyby nigdy nic. Uśmiecham się krzywo.

Wszyscy siedzimy na twardych plastikowych krzesełkach, rozproszonych po pokoju, który jest właściwie pusty z wyjątkiem wielkiego ekranu wiszącego na jednej ze ścian. Wszyscy wstrzymujemy oddech, kiedy pojawia się na, nim godło Kapitolu. Po trzydziestu sekundach hymnu Panem, ekran robi się czarny. Kiedy czerń przekształca się w zmienioną operacyjne twarz Prezydenta Snowa, która ma mu zapewnić więcej poparcia, czuję jak dłoń Peety zaciska się wokół mojej dłoni.

Wiemy o czym mówi, informując obywateli o powstaniu i o tym, że żadna próba przejęcia władzy w Kapitolu się nie uda. Zaskakuje mnie jednak to , że sam o tym mówi, zamiast pozwolić aby zrobiły to za niego dzienniki telewizyjne. Przez chwilę zastanawiam się, gdzie podział się Ceasar Flickerman, ale moje rozmyślania przerywa głośny trzask zakłóceń dochodzący ze strony ekranu. Zakłócenia trwaja przez chwilę, a potem na ekranie pojawia się wielki symbol kosogłosa.

-A to sukinsyn, jednak mu się udało, - z mojej prawej strony dobiega pełen podziwu szept Gale'a. Spoglądam na niego przez ułamek sekundy w słabo oświetlonym pokoju. - Beetee jest geniuszem.

Gale zaczął ostatnio spędzać dużo czasu z cichym zwycięzcą z Trójki. Przez ostatnich kilka tygodni siedzieli zamknięci w zbrojowni i pracowali nad bóg wie czym. Cieszyłam się, że Gale znalazł sobie jakieś zajęcie tutaj w Trzynastce, oczywiście poza szkoleniem, w którym także bierze udział. Jednak, kiedy jego oczy przez moment spoglądają na moją dłoń i połączoną z nią dłoń Peety, znowu pojawia się w nich ból. Wzdycham, bardziej drżąco niż powinnam i kładę wolną dłoń na jego przedramieniu. Uśmiech jakim mi odpowiada sprawia, że czuję się odrobinę lepiej.

Skupiam uwagę na ekranie.

Na początku niewiele widać i słychać, ale po chwili jest lepiej i słyszę głos komentatora, spokojny płynny głos Peety wypowiadający ledwie przećwiczone, ale niezwykle inspirujące słowa wybrane aby opisać horror tej sytuacji. Słowa mówiące o tym jakie to wszystko jest niesprawiedliwe. Jak bardzo nie w porządku jest to, że pewna grupa ludzi uważa się za lepszą od innych i pozwala aby ich zadufanie w sobie sprawiło, że myślą, iż wolno, im decydować jak mają żyć inni. Decydować jak życie innych ludzi się skończy.

Widzimy widok z lotu ptaka na to, co zostało z Dwunastki, a potem ujęcie przedstawiające mnie i Peetę spacerujących wśród gruzów. Odwracam wzrok od ekranu nie chcąc przeżywać tego na nowo. Usunięcie kurzu i popiołu, który wniknął w szczeliny w podeszwach moich butów zajęło mi całe godziny.

Siedzę wpatrzona w moją dłoń schowaną w uścisku dłoni Peety i słucham jego głosu dobiegającego z ekranu telewizora. On leniwie przesuwa swoim kciukiem wokoło mojego kciuka w sposób, do którego już się przyzwyczaiłam. Nie jestem jednak przygotowana na to, co widzę, kiedy spoglądam na ekran, ale słysząc głośne sapnięcie mojego męża i czuję jak jego dłoń mocno zaciska się wokół mojej, nie mogę się powstrzymać.

Widzę zbliżenie uśmiechu na twarzy Peety, kiedy potrząsa głową. Kolory są rozmyte i to sprawia, że jego kryształowo niebieskie oczy wydają się być pokryte kurzem.

-Już raz to widziałem, i to mi wystarczyło.

Ujęcie piekarni, dużych czarnych liter składających się na słowo MELLARK'S. Jak udało, im się znaleźć zdjęcie piekarni sprzed bombardowania? Zdjęcie rozmywa się ukazując to, co zostało z budynku, w którym Peeta mieszkał i pracował przez prawie całe życie. Widać jedynie szeroką cementową werandę, która biegła wzdłuż frontu budynku, całą reszta zmieniła się w gruz.

Słyszę jak nierówny staje się oddech Peety.

To co widzimy zmienia się, ale nadal słyszę jego głos. Nie potrafię jednak się na, nim skoncentrować. Z daleka widać jak wchodzimy po schodkach na werandę naszego starego domu i słychać trzask zamykających się za nami drzwi. Dopiero, kiedy kroki kamerzysty przybliżają kamerę do domu, zaczyna do mnie docierać co się za chwilę stanie. Obraz na ekranie jest niewyraźny i podskakuje podczas, kiedy kamerzysta wchodzi na werandę, ale nieruchomieje, kiedy kamera dociera do okna, przez, które może zajrzeć do salonu naszeo domu.

Nagle całe Panem widzi tamten bardzo intymny moment. Chcę odwrócić wzrok, ale nie potrafię oderwać go od ekranu. Z tego miejsca widać jak mocno jesteśmy w siebie wtuleni, mokrą plamę na utworzoną przez łzy Peety na moim ramieniu i niekontrolowane drżenie jego ciała.

-Nikt nie powinien mieć takiej kontroli. - Mówi cichy głos Peety stanowiący tło dla tego co dzieje się na ekranie. - Kontrolowanie ludzi sprawia, że wiesz jak ich złamać.

Ekran gaśnie i ktoś zapala światła w pomieszczeniu. Spoglądam na Peetę i widzę, że jego oczy są tak samo zaczerwienione i szkliste jak moje. Ludzie zaczynają szeptać między sobą ostrożnie unikając patrzenia na nas. Słyszę niezbyt cichy szept Messalli. Messalla trzyma Cressidę mocno za nadgarstki z wyrazem radości na twarzy.

-To było idealne. Naprawdę rewelacyjne. Takie realistyczne. Takie wiarygodne.

Wstaję i na chwilę pochylam się nad Peetą. On dostaje całusa. Messalla dostaje ode mnie w pysk.


Z biegiem czasu robię się coraz bardziej podejrzliwa wobec zamiarów Coin.

Kręcimy i nadajemy więcej proposów. Kiedy jesteśmy w Ósemce, gdzie odwiedzamy ofiary bombardowania podobnego do tego jakie zniszczyło Dwunastkę jesteśmy kompletnie nie przygotowani to zbrojnego starcia. Kamery nadal kręcą, chociaż czuję, że nie powinny. Lepiej byłoby, gdyby ekipa po prostu się schowała, ale trochę ich podziwiam okazują się być bardziej oddani sprawie niż myślałam.

Po tamtym proposie apatia, którą do tej pory okazywała mi Coin zmieniła się w coś innego. Gale mówi, że mam przywidzenia, ale ja wiem lepiej. Jest tak zajęty tym, że rzeczywiście wybuchło powstanie, że nie przykłada uwagi do szczegółów. Nie mam mu tego za złe. Spędziłam wystarczająco dużo czasu w lesie słuchając jego tyrad przeciwko Kapitolowi, by wiedzieć jakie to wszystko jest dla niego ważne.

Kiedy po nakręceniu kolejnego proposa weszłam do Centum Dowodzenia Coin nawet na mnie nie spojrzała. Następnego dnia rano ktoś przyniósł nam pismo, z którego jasno wynikało, że wstęp to Centrum mają jedynie określone osoby. Ku mojemu zdziwieniu na liście upoważnionych zabrakło Kosogłosa i jej małżonka.

Wyjeżdżamy do Dwójki. Patrzymy jak upada Orzech a jego pracownicy atakują Strażników Pokoju. Przemawiam, chociaż wiem, że nie powinnam. Słyszę dochodzący z tłumu odgłos strzału i tracę przytomność.

Kiedy ją odzyskuję jestem w pokoju w izbie chorych i siedzi przy mnie Gale. Pochrapuje cicho na stojącym blisko łóżka krześle. Jednak, kiedy słyszy moje jęki natychmiast się budzi.

-Obudziłaś się! Potrzebujesz czegoś?

-Chciałabym, żeby ludzie przestali do mnie strzelać. - Chrypię. - Gdzie jest Peeta?

Nie podoba mi się spojrzenie Gale'a. Wiem, że Peeta byłby przy mnie, gdyby tylko mógł, więc, jeżeli nie mógł...Wbijam wzrok w siedzącego przede mną ciemnowłosego mężczyznę i wiem, że nie spodoba mi się to, co od niego usłyszę.

-Został aresztowany.

Aresztowany? Wiem, że Gale widzi wzbierającą we mnie furię, więc mówi dalej nie pozwalając mi przerwać.

-Najwidoczniej Coin nie znosi, kiedy krzyczą na nią podwładni. Kiedy wróciliście Peeta niemal wyszedł z siebie. Wpadł jak burza do Centrum Dowodzenia krzycząc coś o tym, że specjalnie naraziła cię na niebezpieczeństwo. O dziwnych okolicznościach strzelaniny. Obiecałem mu, że będę przy tobie, kiedy się ockniesz. Nie chciał, żebyś była sama.

Gale odwraca ode mnie wzrok, chociaż widzę jego wahanie. Nigdy otwarcie nie zgodziłby się z Peetą, ale widzę, że jego wiara w prawość poczynań Coin również została zachwiana.

-Wyślij kogoś do Prezydent Coin z wiadomością, że Kosogłos chce się z nią rozmówić.

-Pani Mellark. - Mówi Coin stając w progu mojej sali. - Nie często zdarza się aby ktoś piastujący moje stanowisko słuchał zachcianek kogoś takiego jak ty. Nie dziwię się, im jednak.

Odwracam głowę aby na nią spojrzeć. Nadal się do mnie nie zbliża.

-Tak, cóż nie powiedziałabym, że jestem w stanie odwiedzić panią w Centrum Dowodzenia.

Przez chwile jej niemiłe spojrzenie krzyżuje się z moim, ale potem mnie unika.

-Według twojego męża jest to stan za, który jestem odpowiedzialna.

-A nie jest pani? - Pytam wprost i ona natychmiast skupia na mnie całą swoją uwagę. Po chwili wydaje z siebie prychnięcie i przekrzywia głowę jakby chciała powiedzieć 'dobrze, masz rację'.

-Bardzo łatwo mogłabym pozbyć się ciebie i twojego złego nastawienia. - Zatyka sobie kosmyk włosów za ucho. - Na szczęście, kiedy wygramy tę wojnę nie będziemy już miały ze sobą nic wspólnego.

Jej słowa mnie nie zaskakują, bardziej zaskakuje mnie dreszcz i zimno, które nagle mnie ogarnia. Nie ukrywam swojej niechęci do niej. Dlaczego miałabym to robić, skoro ona okazuje mi taką samą niechęć?

-Proszę natychmiast wypuścić mojego męża z aresztu. Jego miejsce jest teraz przy mnie. - Unoszę palec, kiedy zaczyna protestować. Trochę za bardzo bawi mnie k0nieczność przypomnienia jej o tym. - Pierwszy warunek naszej umowy. Pamięta pani?

Przez chwilę stoi w milczeniu nie patrząc na mnie i zaciskając w pięści wyciągnięte przez siebie ramiona. W końcu jednak odzywa się, nadal wpatrując się w ścianę.

-Dobrze. Pozwól mi przypomnieć ci, że, jeżeli zdarzy się kolejny wypadek, zawsze mogę cofnąć zgodę na twój drugi warunek.

Gdybym nie nienawidziła już Coin, w tym momencie na pewno bym zaczęła.


Przygotowujemy szturm na Kapitol i postanawiamy użyć proposa jako zasłony dymnej. Skoro nasze prywatne sprawy stały się sprawą wagi państwowej postanawiamy odkryć przed ludnością Panem kolejny sekret administracji rządu Prezydenta Snow'a. Postanawiamy wyjawić im, że nikt tak naprawdę nie wygrywa Głodowych Igrzysk.

Nazywam się Haymitch Abernathy. Zwyciężyłem w Pięćdziesiątych dorocznych Głodowych Igrzyskach. Z powodu tego w jaki sposób wygrałem Ćwierćwiecze Poskromienia moja matka, mój młodszy brat oraz moja dziewczyna zostali zamordowani przez ludzi Prezydenta Snow'a dwa tygodnie po tym jak ogłoszono mnie zwycięzcą. Przez ostatnie dwadzieścia cztery lata byłem mentorem czterdzieściorga ośmiorga dzieci. Widziałem jak ginie czterdzieścioro sześcioro z nich. Nadal pamiętam imiona ich wszystkich. I ich twarze.

Nazywam się Finnick Odair. Wygrałem Sześćdziesiąte Piąte doroczne Głodowe Igrzyska, kiedy miałem, zaledwie czternaście lat. Miałem tyle samo lat, kiedy Prezydent Snow po raz pierwszy sprzedał mnie temu, kto był gotów zapłacić za mnie najwyższą cenę. Ostatnie dziesięć lat byłem zmuszany przez Kapitol do prostytucji. Tym co trzymało mnie przy życiu była myśl o tym, że jedyną osobą trzymającą mnie przy życiu jest kobieta czekająca na mnie w Czwartym Dystrykcie. Przezydent Snow starał się odebrać mi ją podczas Siedemdziesiątych Igrzysk. Gdyby mu się udało nie wiem czy stałbym teraz przed wami.

Jestem Johanna Mason. Po Siedemdziesiątych Pierwszych Igrzyskach Prezydent Snow chciał zrobić ze mnie kolejną zabaweczkę dla elit Kapitolu. Chciał mnie sprzedawać i kontrolować poza areną tak samo, jak kontrolował mnie, kiedy byłam na arenie. Kiedy odmówiłam, rozkazał zabić całą moją rodzinę. Nie ocalał nikt kogo kiedykolwiek kochałam.

Nazywam się Peeta Mellark. Zwycięzca Igrzysk, który nikogo nie zabił jest ostatnią rzeczą jakiej pragnie Kapitol, ale ja właśnie, nim jestem. Nie oznacza to , że zapomniałem o tych, którzy zginęli. Nadal czuję się winny, ponieważ przeżyłem a oni nie. Kiedy Prezydentowi Snow nie udało się zrobić ze mną tego, co jak sami słyszeliście przed chwilą uwielbia robić ze zwyciezcami, postanowił zranić mnie tam, gdzie zaboli mnie najbardziej. Jestem pewien, że w kuli zawierającej setki nazwisk podczas tegorocznych Dożynek, na wszystkich kawałkach papieru znajdowało się jedynie nazwisko Katniss Mellark.

Nie oglądamy proposa, kiedy zostaje nadany. Zamiast tego znajdujemy się w samym centrum strefy walki. Zaskoczyliśmy ich, ale oni mają po swojej stronie wszelkie dostępne w Kapitolu nowinki techniczne, pola siłowe i zmiechy wyprodukowane w hurtowych ilościach. Zdobycie nawet najmniejszej przewagi zajmuje nam niespodziewanie dużo czasu.

Po dwóch dniach pluton 451 nazywany Plutonem Gwiazd wyłamuje się od innych. Reszta żołnierzy ściera się z wojskami wroga, ale my powoli docieramy do posiadłości Prezydenta.

Po drodze na piersi Peety pojawia się czerwone oczko lasera naprowadzającego karabin myśliwski. Peeta odwraca się do mnie krzycząc coś przez ramię i zauważam ją w tym samym momencie do nasz dowódca, szorstki, ale sympatyczny mężczyzna o imieniu Boggs. Nagle rzuca się do przodu jednocześnie odpychając mnie do tyłu. Przewraca Peetę na ziemię na dosłownie kilka sekund przed padnięciem strzału. Snajper pozostaje niewidzialny. Jedynym dowodem jego istnienia jest kula tkwiąca w cementowej ścianie niedaleko nas.

Nie mam szans mu podziękować. Nadal leżę na ziemi z dłońmi szczypiącymi od nowych otarć, kiedy on rozglądając się za snajperem następuje na bombę, która odrywa mu obie nogi.

-Peeto, nie sądzę, że powinieneś iść ze mną.

Peeta zatrzymuje mnie kładąc dłoń na moim ramieniu. Kiedy się do niego odwracam, zaczynam się wahać.

-Katniss, wiesz dobrze , że nie pozwolę ci iść tam samej.
Wyciąga rękę i kładzie ją na mojej twarzy a ja wtulam się w jego dotyk. Jestem taka zmęczona i chciałabym, żeby świat się zatrzymał, chociaż na chwilę. Peeta pochyla się i całuje mnie w czubek nosa.

Chwytam mocno dłoń którą trzyma moją twarz. Kiedy tylko zamykam oczy nadal widzę spadające z nieba srebrne spadochrony. Czuję terror jaki opanował moje ciało, kiedy zobaczyłam Prim wśród medyków śpieszących na ratunek. Czuję to sam okropny strach na widok radości na twarzach dzieci, które myślały, że dostaną prezenty.

Wiedziałam, że będzie, inaczej. Kiedy spojrzałam na Gale'a po drugiej stronie ścieżki dotarło do mnie, że on także to wiedział. Wiedział co miało się za chwilę stać. W końcu pomagał przy budowie tych bomb.

Nadal słyszę jego ochrypły krzyk; krzyk ostrzeżenia, wołanie abyśmy wszyscy uciekali. Znieruchomiała patrzyłam jak biegnie w kierunku dzieci, które nie zdążyły uciec. Spojrzał na mnie a ja zrobiłam krok w jego stronę. Gotowa mu pomóc. Jego oczy rozszerzyły się i, mimo że hałas na placu był zbyt wielki abym mogła go usłyszeć zauważyłam wydobywające się z jego ust słowo [i]Uciekaj![/i]. Chciałam protestować, ale powstrzymała mnie dłoń Finnicka zaciskająca się na moim przedramieniu. Odbiegliśmy w kierunku wcześniej obranego celu.

Odwróciłam się akurat w momencie, by to zobaczyć. Strach i zdziwienie Prim na widok biegnącego ku niej Gale'a. I to, jak odepchnął ją od siebie najdalej jak tylko mógł. To była ostatnia rzecz jaką zrobił.

Peeta ściska mocniej moją dłoń przywołując mnie do chwili obecnej. Szkoda, tylko, że powietrze nadal pachnie dymem.

Rozglądam się po korytarzu, który właśnie przebyliśmy, niedaleko leży obezwładniony przez Peetę strażnik, nie wygląda na to, żeby miał wkrótce odzyskać przytomność. Mrugam kilka razy i spoglądam na niego. Peeta zatyka mi kosmyk włosów za ucho i mówi cicho i gorliwie.

-Zostaliśmy tylko ty i ja.

-Obiecujesz? - Pytam.

-Zawsze.

Przytakuję, a potem odwracam się w kierunku ciężkich, rzeźbionych drzwi przed, którymi stoję. Poprawiając zwisający mi z ramienia łuk i kołczan popycham gładkie drewno. Muszę powstrzymać odruch wymiotny, kiedy nagle otacza mnie zapach róż.