Rozdział dziewiętnasty
Stoję na zimnym wietrze, który wyszarpuje włosy z mojego warkocza, jednak zupełnie go nie czuję, prawie zupełnie. Jestem całkowicie skupiona na trzymanym w dłoniach łuku. Nigdy nie wydawał mi się cięższy i bardziej obcy niż w tym momencie.
Dłoń Peety właśnie opuściła zgięcie mojego łokcia, ale nadal czuję tam jego dotyk. Odwracam głowę lekko w lewo i patrzę na niego stojącego u mojego boku. Chociaż, kiedy zauważam jego przerażone i lekko zamglone spojrzenie, z którym przygląda się otaczającym nas ludziom wydaje mi się, że jest na odwrót. Sama już nie wiem, ale teraz nie jest to dla mnie takie istotne.
Cały czas wydawało mi się, że nasze wzajemne wsparcie było swego rodzaju wymianą. Musiały minąć lata żebym zrozumiała, że nie wszystko opiera się na zasadzie spłacania długów. Trudno było mi zaakceptować to, że on był przy mnie tylko dlatego, że po prostu tego chciał. Stało się to łatwiejsze, kiedy odkryłam, że do końca życia chcę robić dla niego to samo.
Więc, kiedy łapię jego spojrzenie delikatnie ujmuję jego palce swoimi. Mam nadzieję, że łzawy pół-uśmiech pół-grymas przekaże mu to, co chcę mu powiedzieć.
Dziękuję ci. Dziękuję ci za przywilej bycia z tobą. Dziękuję ci za to, że zawsze przy mnie jesteś. Za to, że rozumiesz co muszę zrobić.
Przełykam ślinę i mrugam aby powstrzymać zbieranie się wilgoci w moich oczach.
Po mojej prawej stronie widzę Johannę stojącą w lekkim rozkroku ze splecionymi na plecach dłońmi. Nie patrzy na mnie. Jest całkowicie skupiona na związanym mężczyźnie kilka metrów od nas, mężczyźnie, który odebrał jej wszystkich, których kochała. Bardzo stara się zachować spokój, ale widzę jej napięte mięśnie i to jak mocno zaciska szczękę.
Może ona to zrobi. Może to ona go zabije. Powinna to zrobić.
Stojący niedaleko Johanny Finnick sprawia, że zaczynam zastanawiać się nad swoją decyzją. Wojna nie odebrała ani nie zmieniła jego fizycznego piękna. Nawet brudny i spocony z włosami przyklejonymi do czoła nadal jest piękny. Jego piękno przypomina mi o życiu jakie był zmuszony wieść. Życiu, które wiódł aby ochronić ukochane osoby. Finnick Odair podobnie jak ja wie, co, to znaczy poświęcić się dla rodziny.
Może, więc to on, to zrobi. Może to on go zabije. Należy mu się.
Tłum stłoczony pod werandą składa się głównie z brudnych i zmęczonych wojowników rebelii. Wśród nich dostrzegam jednak Prim wtuloną mocno w Rory'ego Hawthorne'a. Tuż za nimi stoi wpatrujący się we mnie Haymitch. Nie mogę się jednak poddać jego spojrzeniu, nie teraz.
Nie potrafię tego zrobić, ponieważ, kiedy patrzę na moją siostrę i chłopca, w którym szuka wsparcia, widzę siebie i czternastoletniego Gale'a, którego poznałam w lesie kilka miesięcy po tym jak oboje straciliśmy ojców. Widzę chłopca z sidłami, który pomógł mi utrzymać przy życiu rodzinę. I który wyrósł na mężczyznę, który oddał życie za moją młodszą siostrę.
Primrose już nigdy nie będzie taka sama. Opatrunki kiedyś znikną z jej twarzy. Blizny, które po nich pozostaną, będą mi ciągle przypominać o tym, że ktoś kiedyś próbował mi ją odebrać.
Przełykam ślinę i staram się nie myśleć o szarych oczach i o tym jak marszczyły się ich kąciki, kiedy się śmiał. Od powrotu Peety oddaliliśmy się od siebie, ale na zawsze zapamiętam to, że Gale Hawthorne kochał mnie tak bardzo, że nie wahał się poświęcić życie dla kogoś bez kogo kompletnie bym się załamała.
Gdyby to Snow stał za atakiem bomb, sama bym to zrobiła. Z chęcią zabiłabym go własnymi rękoma.
Przez chwilę patrzę mu w oczy. To tylko chwila, ale wystarczy. On już wie, że go nie zabiję. Uśmieszek, który pojawia się na jego twarzy jest tak pewny siebie, że przez chwilę rozważam zmianę decyzji.
Przypominam sobie jego oczy świdrujące mnie, kiedy tańczyłam z Peetą podczas naszej wizyty w Kapitolu w trakcie jego zwycięskiego tournée. Naszą rozmowę w pustym korytarzu, która potwierdziła wszelkie moje obawy co do przyszłości jaką zaplanował Peecie. Kwiaty, które przysłał nam dzień po naszych zaręczynach. Myślę o moim imieniu wyciągniętym z kuli podczas Dożynek i tym jak mały skrawek papieru zniszczył nie tylko moje życie, ale także życie tych, których kochałam.
A potem myślę o tym, że, chociaż siedzącemu przede mną mężczyźnie daleko do niewinności to nie on w tej chwili jest najbardziej niebezpieczną osobą w całym Panem.
Poprawiając naramiennik nadal słyszę w swojej głowie jego głos.
Ach, Państwo Mellark. Zastanawiałem się, kiedy tutaj dotrzecie.
Niewielki sekator do przycinania róż, który trzymał w dłoni, kiedy go znaleźliśmy sprawił, że spanikowałam i rzuciłam się przed Peetę. A on się roześmiał. Wiedział, po co tam przyszliśmy. Wiedział, że czeka go niechybna śmierć. I się roześmiał.
Uważaj, uważaj Katniss. Zawsze tak szybko rzucasz się do obrony. Oboje wiemy, że to nie w moim stylu. I, jeśli cokolwiek miałoby się stać tobie lub panu Mellarkowi na pewno nie stałoby się to z mojej ręki.
Sięgam za plecy i wyciągam strzałę ze zwisającego tam kołczana.
Powiedzcie mi...Ufacie jej?...Mojej przyszłej następczyni?
Ustawiam się. Nogi w lekkim rozkroku, tak jak nauczono mnie tego przed laty. Tak jak ja uczyłam tego Gale'a w czasie lekcji jakich udzielałam mu w lesie. Pozwalam oczom unieść się odrobinę. Coin patrzy zimno na zebrany tłum i zauważam, że jej włosy ani drgną na wietrze.
Mogę z całą pewnością stwierdzić, że twój ojciec jej nie ufał, Pani Mellark. W tym momencie to mało ważne. Słyszałem o twoim kuzynie i chciałbym złożyć ci najszczersze wyrazy współczucia.
Zakładam strzałę i owijam wokół niej palce. Leży w dobrze wyprofilowanym odcisku między moim wskazującym i środkowym palcem, myślę o tym jak dumny był ze mnie ojciec, kiedy odkrył jak podobne stają się do siebie nasze dłonie.
Wiecie, chciałem się oficjalnie poddać, kiedy pojawiły się spadochrony.
Zamilkł patrząc na to, jak Peeta zacisnął pięści a ja kiwałam głową.
Nie sądziliście, chyba , że to moja sprawka? Chociaż muszę przyznać, że Coin miała świetny pomysł. Kto stanąłby w mojej obronie, jeżeli wszyscy myśleliby, że kazałem zbombardować niewinnych cywili?
Unoszę łuk i odciągam cięciwę najdalej jak się da. Cięciwa ociera trochę moją twarz. Przypominam sobie, jak Prim przypatrywała się temu jak usiłowałam znaleźć najlepsze ułożenie łuku. Kiedy zapytała mnie czy boję się trzymać łuk tak blisko twarzy, powiedziałam jej, że nie. Chwilę później ona stwierdziła, że na moim miejscu bałaby się. Wspomnienie tego, jak mówię jej, że ją rozumiem i, że jej twarz jest zbyt śliczna na zranienia wywołuje ucisk w moim sercu.
Przegrałem, ponieważ zlekceważyłem jej plan. Pozwolić aby Dystrykty i Kapitol wyniszczyły się nawzajem podczas, kiedy jej ukochana Trzynastka nadal świetnie funkcjonowała. Zawsze chciała zająć moje miejsce. I prawie się jej udało, ponieważ pozwoliła naszej trójce rozproszyć siebie nawzajem.
Robię głęboki wdech i zamykam lewe oko. Celuję w różę wpiętą idealnie w lewą stronę jego klatki piersiowej tuż nad sercem. Znowu patrzę mu w oczy. Patrzę w oczy człowieka, który, odkąd pamiętam niszczył życie nam wszystkim, przez, którego wszyscy przeszliśmy istne piekło. Kaszle a na jego ustach pojawia się krew. Przypomina mi, że on i tak niedługo umrze, z pomocą mojej strzały lub bez.
Ona obawia się was bardziej niż ja kiedykolwiek się was bałem. Rozkochaliście w sobie ten naród podczas, kiedy ona siedziała pod ziemią. Ma teraz o wiele więcej do stracenia. Boję się myśleć do czego posunęłaby się aby zapewnić sobie stanowisko przywódcy tego kraju.
Na jego twarzy pojawia się uśmieszek rozbawienia. Bez mrugnięcia okiem przesuwam grot strzały nieco wyżej i wypuszczam cięciwę. Patrzę jak ciało Coin upada na ziemię. Plac zamiera w głuchej ciszy. Po chwili jednak moje otoczenie pogrąża się w chaosie.
Mój proces, którego większość spędzam w pustej celi skupiona na gonitwie myśli wypełniających moją głowę, trwa dwa dni. Mam wrócić do ruin tego co pozostało z Dwunastki. Dostaję zakaz ich opuszczenia.
Kiedy wsiadam do poduszkowca, który ma za zadanie odwieźć mnie do domu, potrzebuję leków uspakajających, kiedy odkrywam, że jedyną towarzyszącą mi w tej podróży osobą jest Haymitch. Drapię go paznokciami domagając się tego aby powiedział mi, gdzie jest Peeta, gdzie są moja matka i Prim. Wkrótce mój głos cichnie i nie potrafię oprzeć się ciemności wypełniającej moje pole widzenia.
Mija tydzień, zanim dołączają do mnie Mama i Prim. Ich przybycie jest dla mnie niespodzianką, Haymitch nic o tym nie wspominał.
Oczywiście, nie odwiedzał mnie, odkąd zostawił mnie siedzącą na podłodze przed dawno wygasłym kominkiem siedem dni temu. To pierwszy tydzień, odkąd nie musimy bać się Kapitolu a ja spędziłam go całkiem sama.
Przed swoim tygodniowym zniknięciem, Haymitch wyjaśnił mi, że lekarze myśleli, że lepiej byłoby, gdyby członkowie mojej rodziny zostali dłużej w Kapitolu. Rozumiałam to ze względu na Prim. Na pewno mogli zrobić coś aby usunąć z jej twarzy blizny jakie na pewno się na niej utworzyły. Przypomniałam sobie tors mojego męża, kompletnie pozbawiony blizn pozostawionych na, nim przez jego matkę i czas jaki spędził na arenie. Może mogliby zrobić to samo dla Prim.
Jeżeli chodzi o Peetę...nadal pamiętam moment, kiedy widziałam go po raz ostatni; do jego dłoni owijającej się wokół mojego nadgarstka, kiedy ubrani w szare mundury mężczyźni starali się mnie odciągnąć. Było, wtedy głośno, tak niesamowicie głośno. Ale, mimo to widziałam jak jego usta wypowiedziały moje imię.
Czy go skrzywdzili? Co się z nim stało?
Ledwie otworzyłam usta aby go zapytać, kiedy Haymitch, bardziej trzeźwy niż zwykle, uniósł dłoń. Stwierdził, że musiałam zauważyć, że mój mąż nie jest już szesnastolatkiem, dla którego stworzono protezę, którą nosił. Potrzebne były poprawki. W Kapitolu były najlepsze szpitale a on potrzebował teraz tego co najlepsze. Kiwnęłam tylko głową nie mogąc wydobyć z siebie głosu.
Kilka godzin temu otworzyły się drzwi i pozwoliłam sobie się ucieszyć słysząc mamę i Prim. Chociaż usłyszałam jedynie kroki dwóch osób miałam nadzieję, że usłyszę także nierówne kroki Peety.
Przybyły same.
Mama przytuliła mnie mocno tracąc oddech, kiedy jej odwzajemniłam jej uścisk. Uścisk Prim niemal pozbawił mnie tchu. Cofnęłam się trochę aby spojrzeć na jej twarz i odetchnęłam z ulgą. Blizny były nadal widoczne, ale nie tak straszne, jak się tego spodziewałam.
Samotność robi z ludźmi dziwne rzeczy.
Spędziłam cały tydzień zastanawiając się dlaczego się ze mną nie kontaktuje. Sprawdziłam czy telefon działa i czy przypadkiem linia telefoniczna nie została zniszczona podczas bombardowania. Było to całkowicie możliwe, ale sygnał, który usłyszałam, kiedy podniosłam słuchawkę udowodnił mi, że się myliłam. Zadzwoniłam nawet do Haymitcha, ale odłożyłam słuchawkę, zanim odebrał, wiedziałam jednak , że domyślił się, że to ja.
Pierwszą noc spędziłam na podłodze w salonie owinięta w koc z naszego łóżka wyobrażając sobie, że jest ze mną. Drugiej nocy myślałam o, nim leżącym w szpitalnym łóżku i wyobrażającego sobie, że przy nim jestem. Kiedy minęło więcej dni bez jakiejkolwiek próby kontaktu. Myślałam o, nim tylko czasami zastanawiającym się co u mnie słychać. Piątej czy szóstej nocy zaczęłam się zastanawiać czy w ogóle o mnie myśli.
Może bał się powrotu do Dwunastki pełnej wspomnień o jego rodzinie i przyjaciołach. Może jego nowa rodzina, złożona ze mnie, mojej matki, Prim i Haymitcha jednak mu nie wystarczała. Byłam pewna, że Peeta nadal mnie kochał, ale być może miłość przegrała z tymi dwoma rzeczami.
Mimo, że mama i Prim powtarzały mi, że były pewne, że on niedługo wróci, zaczęłam wątpić w ich słowa. Więc teraz siedzę skulona na kanapie, która nie wydaje się taka wielka i pusta jak łóżko w sypialni na górze. Zamykam oczy a w moim umyśle obija się jedna myśl.
Może on jednak nie wróci.
Kiedy podnoszę słuchawkę, ze zdziwieniem stwierdzam jak bardzo cieszę się słysząc w niej głos Effie Trinket. Kiedy nie marnuje czasu na bzdury odkrywam także, że ta kobieta wreszcie zorientowała się, jak należy ze mną rozmawiać. Sama myśl o tym, że zależy mi na byłej opiekunce Dwunastego Dystryktu jest czymś o czym szesnastoletnia Katniss nawet, by nie pomyślała.
-Telefony tutaj nie działały zbyt dobrze. W innym wypadku już dawno bym do ciebie zadzwoniła. Lekarze musieli naprawić kilka usterek w protezie Peety, które przeoczył poprzedni zajmujący się nim zespół. Potem oczywiście potrzebował rehabilitacji...- Informuje mnie swoim precyzyjnym głosem podczas, kiedy ja nerwowo okręcam przedramię kablem telefonicznym. - Ale radziłabym żebyś wyszła na dworzec. Dzisiaj o trzeciej przyjedzie tam pociąg z Kapitolu.
Upewnia się, że oddycham i że nadal jestem przy telefonie, zanim znowu się odzywa.
-Radzę ci włożyć coś ładnego, kochanie. Przed tobą wielki, wielki, wielki dzień.
Potem rozłącza się a ja nagle nie potrafię przestać się uśmiechać.
Stoję na peronie o całe pół godziny za wcześnie ubrana w sukienkę którą założyłam i zdjęłam z sześć razy, zanim przypomniałam sobie to, jak na mnie patrzył, kiedy ostatni raz miałam ją na sobie. Przypominam sobie to, jak jego palce rozpostarły się na moich plecach, kiedy uklękłam obok niego aby go pocałować. Nie mogę się doczekać aż znowu poczuję jego dotyk.
Czas strasznie się wlecze, ale ja jestem gotowa czekać całą wieczność, jeżeli będę musiała.
W oddali gwiżdże pociąg a ja nagle zmieniam się w dziewczynę stojącą w tym samym miejscu prawie dwa lata wcześniej. Tym razem nie ma tutaj żadnych kamerzystów ani tłumu, ale jestem tutaj ja znowu nerwowo przestępująca z nogi na nogę. Moje dłonie drżą i żebym nie wiem jak spokojnie oddychała nie potrafię uspokoić szaleńczego bicia mojego serca.
Patrzę na zwalniający pociąg i dźwięk jego hamulców sprawia, że podskakuję przerażona. Oczywiście ostatnio było tutaj zbyt wielu ludzi żebym je usłyszała. Moje mięśnie napinają się i pozostają napięte, dopóki syk otwierających się drzwi pociągu nie powoduje tego, że odruchowo robię krok do przodu.
Tym razem nikt nie zapowiada jego przybycia. Kiedy pojawia się w moim polu widzenia, przez chwilę znowu widzę chłopca wracającego do domu z Siedemdziesiątych Czwartych Głodowych Igrzysk. Widzę sine podkówki pod jego oczami i to jak bardzo schudł. Widzę jak kuleje...
Ale potem się uśmiecha, od ucha do ucha, i kiedy mrugam chłopiec znika. Mężczyzna wysiadający z pociągu uśmiecha się jednak w ten sam sposób.
Czuję ból policzków i odkrywam, że ja również szeroko się uśmiecham. Teraz mamy dla siebie całą wieczność. Mimo to podbiegam do niego i rzucam mu się w ramiona, zanim mogę się powstrzymać. Owijam ramiona wokół jego szyi a on unosi mnie do góry. Nie zdolna, by wydobyć z siebie głos, chowam na chwilę twarz w zgięciu jego szyi.
Pachnie domem. Nie chodzi o budynek w Wiosce Zwycięzców. Jego zapach jest taki jak zawsze: ciepły, uspokajający i tak znajomy, że aż czuję ucisk w gardle na myśl o tym jak bardzo tęskniłam za tym zapachem.
Peeta odsuwa się na chwilę i opiera się czołem o moje czoło. Po chwili moje usta stykają się z jego ustami. Poruszają się niespiesznie przez bardzo długą chwilę, podczas, kiedy ja trzymam w dłoniach jego twarz a jego palce przeczesują moje włosy. Kiedy dotykają nagiej skóry moich pleców, czuję jak kąciki jego ust unoszą się w uśmiechu.
Przerywamy pocałunek i przesuwam palcami po jego twarzy. Patrzę jak jego szkliste i zaczerwienione oczy zamykają się na moment a jego grdyka porusza się w górę i w dół, kiedy przełyka. Pochylam się i składam pocałunek na boku jego szyi. Odsuwam się pozostając na tyle blisko , że nadal czuję jego oddech na mojej twarzy.
Zanim mogę się powstrzymać wypowiadam słowa, które pierwsze przychodzą mi na myśl.
-Już myślałam, że nie wrócisz.
Oczami wyobraźni widzę dziewczynę ubraną w wyblakłą jasnoniebieską sukienkę należącą do jej matki mówiącą te same słowa do chłopca o krzywym uśmieszku.
Peeta uśmiecha się krzywo i unosi dłonie biorąc w nie moją twarz. Przygryzam od wewnątrz policzek, kiedy wyczuwam co zaraz nastąpi. Znowu zamyka dystans między naszymi ustami i na chwilę obejmuje zębami moją dolną wargę. Sekundę później czuję jego ciepły oddech na moim uchu i nie wiem czy słyszę swoje serce, czy to jego serce bije tak głośno, kiedy on szepcze.
-W takim razie jesteś głupsza niż myślałem.
Koniec
