Hey wam! Tęskniliście? Na pewno... ;) ja za wami bardzo! Ostrzegam, że teraz będziecie musieli trochę poczekać na następny rozdział – szkoła, moi drodzy, szkoła...
BTW baaardzo wam dziękuję za te wszystkie followsy i favourity i takie miłe recenzje – dajecie mi mnóstwo satysfakcji, i dzięki Wam chce mi się pisać Ok., już się zamykam! Miłego czytanka i zapraszam do „wyrażania swojego zdania" , że to tak ładnie ujmę – chce wiedzieć, co myślicie, co można zmienić, ulepszyć i wgl ;)
BTW po raz drugi – ostatnio zrobiło się trochę smutno, co nie? Nie martwcie się – będzie gorzej.
Enjoy!
Rozdział 5 : Wszystko co kochał, wszystko co stracił
Kolejne dni na Baker Street upłynęły w ciszy. Sherlock prawie wcale nie wychodził ze swojej sypialni, w ogóle nie rozmawiał z Johnem. W ciągu ostatnich kilku miesięcy przyjaciele bardzo się od siebie oddalili. John czuł się winny, patrząc jak były detektyw coraz bardziej niknie, zamyka się w sobie. Wiele by dał, aby cofnąć czas, żeby pokazać Sherlockowi, jak ten jest dla niego ważny. I żeby John z powrotem stał się ważny dla Sherlocka...
Był piątek wieczorem. John ubrał swój najlepszy garnitur i najlepszą koszulę – nawet krawat, choć za nim nie przepadał, ale zdecydował, że dla Mary się poświęci. W końcu nie widział się z nią już od bardzo dawna i zdążył się za nią porządnie stęsknić. Postanowił wynagrodzić jej te tygodnie, które spędził na opiece nad Sherlockiem – zresztą chyba wcale niedocenionej... W restauracji „The Oxo Tower Restaurant" czekał już na nich stolik ze świetnym widokiem na miasto. John musiał sporo zaoszczędzić, aby pozwolić sobie na taki luksus. Naprawdę sporo... Mężczyzna właśnie ostatni raz poprawiał krawat, gdy spostrzegł, że do salonu wszedł Sherlock.
- Idziesz na kolację. – stwierdził.
Doktor popatrzył na niego ze zdziwieniem.
- Skąd... – zaczął.
- Czuję wodę kolońską.
John uśmiechnął się. Sherlock chyba nigdy nie przestanie go zaskakiwać.
- Tak, zgadza się. Jestem umówiony z Mary. Pani Hudson do ciebie wpadnie, aby... – nie wiedział co dalej powiedzieć, aby nie urazić przyjaciela.
- Opiekować się mną? Nie wiedziałem, że pełni też funkcje niani.
Doktor przesunął ręką po twarzy. Znowu to samo.
- Sherlocku, wiesz, że to nie tak. Nie... daj dokończyć, przestań mi wciąż przerywać. Chcę dla ciebie jak najlepiej. Jesteś moim najlepszym przyjacielem i to, co się tobie przytrafiło, w dużym stopniu dotyczy także mnie. Czuję się za ciebie odpowiedzialny i nie chcę, żeby stała ci się znowu jakaś krzywda, rozumiesz? Dlatego przestań ciągle narzekać, bo dla mnie też to wcale nie jest łatwe!
Sherlock stał przez chwilę w milczeniu, z głową pochyloną, czarne loki opadały na jego oczy. Po chwili roześmiał się. Był to najsmutniejszy śmiech jaki John kiedykolwiek słyszał – pewien smutku, goryczy i... drwiny.
- Zawiodłem się na tobie, Johnie Watsonie. Naprawdę się zawiodłem. Myślałem, że jesteś troszkę mądrzejszy od tej szarej masy ludzi, którzy krążą po ulicach bez celu, z głowami wypełnionymi pierdołami. A okazuje się, że jesteś dokładnie taki sam. Wciąż nie rozumiesz, że dla mnie to jest już koniec? Ja umarłem – nic już nie mogę robić, całe swoje życie, wszystkie osiągnięcia, sukcesy - straciłem w ułamku sekundy. I to już nigdy nie wróci, nigdy.
- Oczywiście, że wróci! Po prostu pozwól sobie pomóc!
John tracił już cierpliwość – co ten człowiek wygadywał? Jak mógł się poddawać bez walki, jak ktoś słaby. A Sherlock przecież wcale taki nie był...
- Gdzieś mam twoją pomoc! Wracaj sobie do tej swojej żałosnej dziewczyny i żałosnego życia, a mnie zostaw w spokoju. – warknął mężczyzna.
Doktor patrzył na niego zszokowany. Kim był ten człowiek i co zrobił z jego najlepszym przyjacielem?
- Wiesz co? Należy ci się. Dobrze, że oślepłeś. Teraz przynajmniej wiem, jaki jesteś naprawdę. A jesteś skończonym dupkiem.
I wyszedł, trzaskając drzwiami. Sherlock stał w miejscu, pogrążony w ciszy i samotności.
„Należy ci się"... wymierzył pięścią w ścianę, przez przypadek rozbijając wazon i raniąc sobie rękę do krwi. Osunął się na podłogę, wściekły i bezsilny.
Ciemność. Wszechogarniająca ciemność, która powoli dusi, osłabia i pozostawia pokonanym i zrozpaczonym. Łzy, które na nic się już nie przydają, udowadniają tylko, jaki jesteś słaby i beznadziejny. Podnosi się gwałtownie, wściekłym ruchem ociera je z twarzy. Chce niszczyć, zniszczyć wszystko, co się da. Macha rękami na oślep, słyszy dźwięk tłuczonego szkła. Jeszcze więcej krwi. Jeszcze bardziej boli. Opiera się o ścianę, dysząc ciężko. Chowa twarz w dłoniach, obrzydzony samym sobą. Chce to skończyć. Po prostu już nie może, nie ma już siły. Waha się przez chwilę, ale w końcu podejmuje decyzję. Jakiś głos w jego podświadomości krzyczy „Nie rób tego, tylu rzeczy nie zdążyłeś jeszcze zrobić, tylu rzeczy powiedzieć. Nie rób tego." Sherlock z łatwością go uciszył, wykasował ze swojej głowy jak niemiłe wspomnienie. Już wie. Opuszcza dłonie i powoli kieruje się do kuchni, która niosła ze sobą tyle miłych przeżyć. Teraz nie ma już nic, i tak jest dobrze. Nie mogło być lepiej.
Otwiera szafkę, rękami błądzi po jej wnętrzu. Butelki i pudełeczka same znajdują się w jego dłoni – a więc wszechświat, czy cokolwiek nim kieruje, też uważa, że to dobra decyzja. Dłonie już mu nie drżą – od lat podejrzewał, że tak to się musi skończyć – jego nędzne, marne życie. Nie ma wiele nadziei dla takich, jak on. Miał wystarczająco dużo czasu, by się o tym przekonać. Zdecydowanym ruchem odkręca wszystkie opakowania jakie znalazł. Tabletki wysypują się na jego dłoń, gładkie i przyjemne w dotyku. Sherlock wiedział, że w domu trzymają parę ciężkich leków, które mogą być bardzo niebezpieczne. Miał nadzieję, że tyle wystarczy. Kieruje się do salonu, w garści trzyma tabletki. Potyka się i kilka rozsypuje się po podłodze, ale on tego nie zauważa. Klęka. Więc to już koniec. To już koniec.
Ręce znowu mu drżą. Nie chce odchodzić, nigdy tak naprawdę nie chciał, ale wie, że nie ma już innego wyjścia. Tak będzie najlepiej – dla wszystkich, dla niego. Powoli podnosi leki do ust. Oddech mu przyspiesza. Ostatnia myśl krąży mu wokół głowy jak natrętny owad. John...
Przepraszam John.
