Helloł! Okej, czas na chwilę prawdy. Znacie to uczucie, gdy kochacie jakiś serial na zabój, a potem nic do niego już nie czujecie? Jakby zgasła jakaś serialowa zapałka, głęboko w Waszym sercu? No, to ja tak mam teraz. Ale, ale, uno momento. Wiele razy ( za wiele! ) spotkałam się z fanficami (które mi się podobały, co gorsza) , których autorki/autorzy postanowili nie dokańczać, bo już im się skończyła chęć czy wena. Ja jednak postaram się Was nie zawieść, i doprowadzić tą całą historię do końca. For ya, guys ;) To co, lecimy z tym koksem?
xxx
PS Pojedźcie koniecznie do Wenecji! Wenecja jest świetna!
Rozdział 5: Uśmiech nie ma znaczenia
Pierwsze promienie słońca delikatnie zaczęły przebijać się przez szyby mieszkania na Baker Street. Po kuchni, a po chwili także w salonie rozszedł się zapach świeżo parzonej kawy i dopiero co kupionego pieczywa.
Zapach.
Sherlock otworzył oczy i usiadł niepewnie na łóżku. Nieco bolała go głowa, ale poza tym czuł się dobrze. Poczuł, jak słońce delikatnie łaskocze go w policzek i poczuł przyjemne ciepło. O wielu rzeczach zdążył zapomnieć – między innymi o słońcu. Teraz ono samo o sobie przypomniało. I to sprawiło mężczyźnie ogromną przyjemność.
Usłyszał brzęk wyjmowanych z kuchennej szafki kubków i szuranie kapci po posadzce. John.
I nagle wszystkie wydarzenia z poprzedniej nocy uderzyły w jego pamięć tak mocno, że z powrotem runął na łóżko z ciężkim westchnieniem. Już wiedział, że to co zrobił, a raczej to, co próbował zrobić – nie ujdzie mu na sucho. Nigdy nie uchodziło mu to na sucho, głównie z powodu Mycrofta, który każdy jego wyskok karał najsurowiej, jak potrafił. A potrafił bardzo dobrze...
Przemyślenia przerwało ciche pukanie do drzwi i po chwili ich ciche skrzypienie.
- Sherlocku? Wszystko dobrze?
- W jak najlepszym.
- Musimy porozmawiać.
Kolejne westchnienie. Ugięcie się materaca gdzieś po prawej stronie jego łóżka, dźwięk stawianych na stoliku kubków.
- Więc... cóż. Obaj dobrze wiemy co się wczoraj wydarzyło i... chcę, żeby wszystko było jasne. Nie jestem twoim ojcem, i Bogu za to dzięki, więc nie jestem odpowiednią osobą, by ci mówić co masz robić, a co nie. Chcę ci tylko powiedzieć, że postępując tak, niczego nie zmienisz, niczego nie naprawisz. Tylko jeszcze bardziej się pogrążysz...
- I to całe kazanie prowadzi do...
- Do powiedzenia ci, że jeśli jeszcze raz będziesz próbował coś takiego zrobić, albo jeśli.. w ogóle ci się uda... ja sobie nigdy nie wybaczę.
Sherlock obrócił głowę w kierunku, z którego słyszał głos, więc tam, gdzie powinna znajdować się twarz Johna.
- O czym ty mówisz? Czemu to ma dotyczyć ciebie?
- Już ci to wcześniej tłumaczyłem. Nie słuchałeś, zresztą, nic dziwnego. Mówiłem ci, że czuję się za ciebie odpowiedzialny i nie chcę, żeby stała ci się jakaś krzywda. Więc jeśli się stanie, to będzie moja wina.
Sherlock uniósł brwi ze zdziwieniem. O co w tym wszystkim chodzi? W takich sytuacjach był przyzwyczajony do krzyków, agresji, gróźb, że zostanie wysłany na terapię ( grupową, by go jeszcze bardziej upokorzyć... kochany Mycroft ) , ale na pewno nie do czegoś takiego. Nawet nie umiał tego do końca nazwać... troska?głupota? Chyba na jedno wychodzi, prawda? A może wcale nie...
Uniósł rękę i poszukał ją ramienia Johna. Nieśmiało ja na nim położył.
- John. Przepraszam. Obiecuję, że już nigdy tak nie postąpię... będę się starał.
- Nie. Nie będziesz się starał. Po prostu już tego nie zrobisz, jasne?
Mężczyzna opuścił głowę ze wstydem, jak skarcony przez nauczyciela uczniak.
- Tak. Jasne.
- Czyli... mamy to już za sobą? – zapytał po chwili milczenia. Doktor spojrzał na niego pełen... nawet sam nie wiedział czego... troski?uczucia? Chyba na jedno wychodzi, prawda? A może wcale nie...
- Tak, za sobą. Głodny?
- O dziwo, chyba tak.
John pomógł przyjacielowi wstać i w milczeniu udali się do kuchni.
- To chyba największe śniadanie, jakie zjesz, od czasu naszej znajomości – powiedział John z uśmiechem, patrząc, jak przyjaciel nakłada sobie na talerz kolejną porcję jajecznicy.
- Niedoszłe samobójstwo zaostrza apetyt, nie wiedziałeś o tym?
John spoważniał i opuścił oczy na gazetę, której wcale nie czytał.
- Niestety, nie wiem. Nie mam takiego doświadczenia jak ty.
Sherlock zawstydził się nieco i upił łyka herbaty. Między mężczyznami zapadła niezręczna cisza.
- Ja... nie powiedziałem ci czegoś John. Już od dawna chciałem ci to powiedzieć, jednak nie było ku temu okazji. A jest to rzecz, którą powinieneś wiedzieć już od dawna.
Doktor popatrzył na niego z zaskoczeniem w oczach.
- Tak? O co chodzi?
- Spaliłem twój ulubiony sweter, ten beżowy. Przez przypadek oczywiście, wynik nieudanego eksperymentu. Powinienem ci powiedzieć wcześniej, ale..
- Sherlocku. Mój sweter przepadł jak kamień w wodę prawie rok temu. Uwierz, nie jestem taki głupi, zdążyłem się domyślić, że to twoja sprawka – odparł John z nutą rozbawienia w głosie. Sherlock uśmiechnął się do niego półgębkiem
- Nigdy nie uważałem cię za aż tak głupiego – powiedział Sherlock wciąż się uśmiechając.
- Dobrze wiedzieć.
Znowu cisza. Sherlock poczuł, jak na jego policzki oprócz słońca, wylewa się rumieniec. Przełknął ślinę, teraz już naprawdę zażenowany.
- Właściwie... chciałem ci powiedzieć coś jeszcze.
- Tak? – głos doktora był zamyślony, pewnie przerwał mu udawane czytanie gazety...
- Dziękuję. Że pomimo tych wszystkich świństw, tego wszystkiego co ci powiedziałem, co ci zrobiłem, ty tu wciąż jesteś.
John uśmiechnął się do niego, najcieplej, jak umiał. Po chwili zdał sobie jednak sprawę, że dla jego przyjaciela to nie ma żadnego znaczenia. Wstał więc, podszedł do Sherlocka i delikatnie go objął, zdając sobie sprawę z tego, że dla byłego detektywa kontakt fizyczny sprawiał więcej kłopotu, niż innym ludziom.
- Ja tu zawsze będę. Bez względu na wszystko i bez względu na nic. Pamiętaj o tym i nigdy nie zapomnij.
- Nie zapominam niczego, co ważne.
Po chwili John przerwał uścisk i oboje wrócili do przerwanego śniadania. Jak gdyby nigdy nic.
