Hej hej! Przepraszam, zo to OGROMNE opóźnienie, ale wiecie - szkoła i te rzeczy - człowiek rzadko ma czas dla siebie ;) Ale w końcu udało mi się zasiaść do komputera i... doporwadzić wszystko do końca! A więc zapraszam was na ostatni rozdział "Światła"
Enjoy!
Rozdział 6 : W ciemnościach jest najpiękniej
- Cholera! – rozległ się krótki krzyk w ciemności, a po chwili dźwięk tłuczonego szkła.
John poderwał się z łóżka i usiadł na materacu. Zaspany, sięgnął do szafki, by spojrzeć na zegarek. Trzecia w nocy. Niech to szlag… co się stało? Czyżby ktoś się włamał? A może…
Mężczyzna zbiegł szybko po schodach, poważnie zaniepokojony. Wbiegł do kuchni, pospiesznie mijając salon. Światło było zapalone, a na środku kuchni stał… Sherlock, przyciskając ręcznik do oka, powoli nasiąkający szkarłatową krwią. U gołych stóp leżały odłamki jego ulubionego kubka.
- Chryste! Co się stało? – doktor podbiegł szybko do przyjaciela, delikatnie odejmując od jego twarzy zakrwawiony materiał. Na szczęście rana nie uszkodziła oka, tylko na łuku brwiowym widniało rozcięcie, które obficie krwawiło, ale nie było głębokie.
Sherlock stał bezradny, z rękami spuszczonymi wzdłuż boków, pozwalając Johnowi się zbadać. Doktor spojrzał w jego oczy – były puste, jak zwykle, ale dojrzał w nich coś na kształt… wstydu?
- Chciałem tylko zrobić sobie herbaty. Przepraszam, że cię obudziłem – powiedział głucho.
- Co ty mówisz? Sherlocku, nic się nie stało. Chodź, musimy cię opatrzyć. Bogu dzięki, że nie trzeba cię wieźć do szpitala.
- Bóg na pewno nie ma z tym nic wspólnego – mruknął Sherlock i skierował się do kanapy w salonie. John tymczasem wygrzebał z kuchennej szafki wszystkie potrzebne bandaże, plastry, spirytus i tym podobne.
- Okej, teraz się nie ruszaj – nakazał przyjacielowi, siadając naprzeciwko niego na stoliku i nasączając kawałek waty spirytusem – Może trochę zaszczypać – doktor popatrzył Sherlockowi w oczy, który tylko skinął głową, cały czas milcząc, więc John delikatnie przyłożył watę do rozcięcia i przejechał nią po całej długości. Podczas oczyszczania rany i opatrywania jej kawałkiem plastra, Sherlock nie powiedział ani słowa. Siedział na sofie nieruchomo, obojętny na wszystkie zabiegi, jakie na nim wykonywano.
- No, skończyłem. I jak się czujesz? Nadal boli? – odpowiedziało mu pokręcenie głową w przeczącym geście. – Sherlocku, wszystko dobrze? – zaniepokoił się John. Bał się, że wszystko znowu powróciło do punktu wyjścia. A tak bardzo tego nie chciał…
- Nigdy nie byłem dobrym człowiekiem – przerwał Sherlock rozmyślania Johna. – Nigdy nie zasłużyłem na nic, co dostałem. Popełniłem mnóstwo błędów, a jednak los wciąż daje mi drugą szansę.
- Nie jesteś złym człowiekiem. Jeśli tak mówisz, to chyba ta rana jakimś trafem zaszkodziła też twojemu mózgowi.
Sherlock uśmiechnął się delikatnie i skierował twarz w kierunku Johna. Jego puste oczy wbiły się w niego, jakby skrywały mnóstwo rzeczy, których nie chcą powiedzieć. Albo po prostu się boją.
- Nie zasłużyłem na to. Nie zasłużyłem na ciebie, John. Jak to w ogóle możliwe, że w ogóle cię spotkałem? Ja…
- Hej, hej, spokojnie, okej? Bo zaczynasz mnie trochę przerażać. Takie teksty nie są w twoim stylu, wiesz? – przerwał mu John z szerokim uśmiechem, klepiąc go przyjacielsko po ramieniu.
Sherlock siedział chwilę w ciszy, z rozchylonymi ustami i delikatnym rumieńcem na policzkach. W delikatnym świetle lampy wyglądał niemal jak dziecko. Niemal. Po chwili przerwał milczenie. Jego głos drżał, ale pobrzmiewała w nim jakaś nutka determinacji i zdecydowania.
- Tak. To nie jest w moim stylu. A… czy to jest? – po czym pochylił się i pocałował Johna prosto w usta. Pocałunek trwał nie dłużej niż sekundę, ale dla doktora wydawało się, jakby minęła cała wieczność. Sherlock od razu wyprostował się i nie spuszczał oczu z przyjaciela.
- To było… ciekawe. Cóż… na pewno ciekawe. – wydukał John, oszołomiony. Sherlock zmarszczył brwi i spuścił nieznacznie głowę.
- Przepraszam. Nie powinienem.
Doktor popatrzył na niego ze zdziwieniem
- Co? Przecież ty wcale…
- To się nie powinno zdarzyć. Ty tego nie chciałeś… nie chcesz, wciąż to powtarzasz.
- Sherlocku, uspokój się! To prawda, tak myślałem, ale…
- Jak w ogóle mógłbym od ciebie tego wymagać?! Pokochać inwalidę!
Sherlock wstał i skierował się szybko do sypialni, jednak John zatrzymał go, łapiąc mocno za ramię. Mężczyzna syknął z bólu, ale doktor w tym momencie miał to gdzieś.
- Zamknij się i mnie wysłuchaj, okej? Nie jesteś inwalidą. Nie jesteś żadnym inwalidą, rozumiesz? Jesteś sobą, Sherlockiem Holmesem. I uwierz mi, pokochać cię, to nic trudnego. Już dawno temu zdążyłem się o tym przekonać.
Po czym złapał Sherlocka i złączył ich usta w gwałtownym pocałunku. Sherlock odpowiedział na pocałunek i przytulił Johna mocno. Z ust wyrwało mu się westchnienie. John domyślił się, że było to westchnienie ulgi.
- Przepraszam… idiota ze mnie – dyszał między pocałunkami.
John zaśmiał się prosto w jego usta
- Zdążyłem przywyknąć. Ale teraz naprawdę się zamknij.
Mężczyźni wciąż nie odrywając od siebie rąk i ust, skierowali się w stronę sypialni, oboje niewidomi na wszystko inne dokoła, poza nimi samymi.
Ciepłe promienie słoneczne delikatnie sączyły się przez odsłonięte okno do sypialni Sherlocka, napełniając ją blaskiem i barwiąc na delikatny pomarańcz.
Mężczyźni leżeli obok siebie, nie śpiąc już od dłuższego czasu.
- Myliłem się.
- Hm?
- Mogę widzieć. Ty mnie tego nauczyłeś.
- Co masz na myśli?
- Otworzyłeś mi oczy, kiedy wydawało mi się, że nie będzie to już nigdy możliwe. Otworzyłeś mi oczy na miłość. Nawet nie wiedziałem, jak bardzo mi jej brakowało. Teraz jestem szczęśliwy. Dziękuję ci za to.
John tylko uśmiechnął się w odpowiedzi, splatając palce Sherlocka ze swoimi.
I leżeli tak jeszcze długo, otuleni ciszą, ciepłem słonecznych promieni i miłością która wkradła się do ich mieszkania zupełnie niepostrzeżenie. I została już na zawsze.
Teraz będzie wszystko dobrze, pomyślał John, wszystko będzie dobrze.
I pierwszy raz, od bardzo, bardzo dawna, nie mylił się.
KONIEC
PS. Dziękuję wszystkim czytelnikom za cierpliwość - kapryśna ze mnie pisarka, wiem ;)))
Au revoir!
xx
