- Jak tam spotkanie Severusie?

- Wyjątkowo miło było…tylko dwoma Cruciatusami oberwałem…

- Skoro było tak miło to skąd ta ironia w twoim głosie?

- Ironia? W moim głosie? O co ty mnie posądzasz Albusie? Przecież ja nawet nie wiem co to ironia czy sarkazm.

- Taa…właśnie słyszę. Ale nie prosiłem cię tutaj by dyskutować o tym jak mówisz. Co tam się działo na zebraniu Wewnętrznego Kręgu?

- W dalszym ciągu jest głośno o Persefonie. Tylko, że teraz chodzą pogłoski o tym, że jest szlamą.

- Szlamą mówisz? A to ciekawe…

- Tak. Czarny Pan zaczyna się zastanawiać jakby to było gdyby potężne osoby z rodziny mugoli wychowywało by się od małego na służących. Uważa, że taka pomoc domowa byłaby o wiele wydajna. No i sądzi też, że jeśli jakiś arystokrata by miał w domu taką dziewczynę to nie tylko miał by porządek w swojej posiadłości ale sam mógłby czerpać z tego dodatkowo wiele…eee rozkoszy.

- Widzę, że Voldemort w końcu zaczął rozsądnie myśleć. Severusie! Przestań się wzdrygać na dźwięk jego imienia…Pfu. To nawet nie imię tylko pseudonim.

- Jedno licho.

- To nie to samo synu. Zresztą mniejsza o to. Co tam jeszcze słychać u naszej kochanej Persefony?

- To, że jest o niej głośno nie znaczy, że dużo o niej wiadomo. Ona jest jak burza. Słychać ją wszędzie ale nie wiadomo skąd dochodzi dźwięk.

- Nie spodziewałem się u ciebie tak poetyckich porównań.

- Za dużo ostatnio czytam mugolskich książek.

- Ooo… nie podejrzewałbym cię o to.

- Wstyd się przyznać ale mam słabość do „Zbrodni i kary".

- Czyżby twoim idolem był Raskolnikow?

- Nie. On jest słaby. Nie potrafi nawet porządnie zabić.

- No tak. Wiesz, mało kto ma tak obojętny stosunek do zabijania drugiej osoby jak ty. Również prawie nikt, w przeciwieństwie do ciebie nie potrafi bez mrugnięcia okiem rzucić w kogoś Avadę.

- Nie wiem czy moje skromne ego wytrzyma taką liczbę komplementów.

- Od kiedy ono jest skromne…

- Od kiedy zadaję się z tobą. Tak mi przez ciebie zbrzydły miłe słowa, że aż mi się odechciewa słuchać.

- Nie przesadzaj mój drogi.

- Teraz drogi a szybciej posyłasz mnie na pastwę Czarnego Pana.

- Bo jesteś tam potrzebny. Ale nie martw się. Staram ci się pomóc. Niedługo nie będziesz tam sam chociaż i tak tobie Riddle będzie ufał o wiele bardziej…

- Bardziej od kogo?

- Czy to ważne Severusie?

- Dla mnie tak.

- Od kiedy ty się innymi przejmujesz?

- Kiedyś trzeba zacząć. A skoro ty masz gdzieś ludzi i traktujesz je jak szachowe pionki to chyba najlepszy moment by zacząć się tym interesować.

- A wiesz, że twoje słowa nic nie zdziałają więc po co się wysilasz?

- Bo zawsze żądasz ode mnie niemożliwego. A teraz skoro nie masz do mnie więcej pytań żegnam.

- Słodkich snów Sev.

- Taa…niech ci się przyśnią koszmary ze mną w roli głównej najlepiej jak rzucam w ciebie Cruciatusami…

xxx

- Jak ci idzie twoje zadanie?

- Beznadziejnie.

- Widocznie za mało się starasz.

- Widocznie jest to mission impossible.

- Nie ma rzeczy niemożliwych Hermiono.

- Rozczaruje pana ale są.

- A ja ci udowodnię, że nie.

- Skąd ta pewność?

- O twoich działaniach zaczyna być głośno…

- Nie ma się z czego cieszyć.

- Skąd ta złość w twoim głosie dziecinko?

- A dlaczego nagle jest pan dla mnie taki miły, co profesorze Dumbledore?

- Ja zawsze byłem dla ciebie miły. A teraz do widzenia. Twoje zadanie nie może czekać.

- Tak. Do rychłego zobaczenia.

xxx

Dziewczyna w samotności przemierzała drogę do swojego tymczasowego mieszkania. Tak przez swoje zadanie spędzała wakacje w Hogwarcie i bardzo się z tego cieszyła. W końcu była w miejscu które mogła nazwać domem. Miała dość Dumbledora i jego głupich umoralniających przemówień. Teraz zrobił jej wykład, że jej zadanie jest najważniejsze, że od niego zależy zdrowie a nawet życie wielu osób a ona w ogóle się nie stara. „gdzie ty masz sumienie dziewczyno? Naprawdę uważasz, że twoje widzi mi się jest ważniejsze od życia tych wszystkich ludzi to się grubo mylisz". Taa…kto tu jest immoralny…sam do prowadzasz do śmierci wielu ludzi choć zasłaniasz się górnolotnymi ideami. Chyba się ten stary dureń za dużo Machiavellego naczytał… - mimo swoich rozmyślań zdążyła zauważyć rąbek czarnej szaty zanim coś a raczej ktoś przyszpilił ją do ściany.

- Profesorze Snape! Nie może się pan po ludzku przywitać! Od tego ciągłego przygniatania do ściany bolą mnie już plecy!

- I dobrze. Chociaż jakaś kara spotka cię za twoją głupotę panno Granger. Trzeba było się nie zgadzać na przysięgę.

- Dobrze profesor wie, że nie miałam wyboru.

- Wybór jest zawsze.

- No co pan nie powie. Prawi mi pan wyrzuty a sam jest pieskiem Dumbledora, który ślepo wykonuje polecenia swojego pana wesoło merdając ogonkiem.

- Nie tym tonem Granger.

- Bo co? Rzuci pan we mnie Cruciatusem? Naprawdę myśli pan, że się przestraszę?

- Od razu Cruciatusem… są o wiele subtelniejsze metody by wystraszyć takie niewinne dziewczynki jak ty – przy tych słowach jego usta niebezpiecznie zbliżyły się do szyi dziewczyny a jego oddech sprawił, że przeszły ją dreszcze – czyżbyś już zaczynała się mnie bać – szepnął delikatnie muskając płatek jej ucha.

- Chciałby profesor. Trzeba o wiele więcej bym uciekła stąd z krzykiem.

- Wiesz, że igrasz z ogniem Granger?

- Wie profesor, że porywa się z motyką na słońce?

- Zaraz się przekonamy – a jego wargi rozpoczęły wędrówkę po szyi dziewczyny.

- Czyżby pogłoski o tym, że jest pan wampirem były prawdziwe? Bo inaczej dlaczego profesor badałby tak dokładnie moją szyję. Nie wiedziałam, że moje żyły są aż tak słabo wyczuwalne.

- Jak z tobą skończę, to uwierz mi, wolałabyś bym był jakimś cholernym krwiopijcą.

- Przekonamy się, bo jak na razie profesor w ogóle nie jest straszny. Śmiem nawet stwierdzić, że jest pan dość zaba… - nie zdążyła dokończyć gdyż mężczyzna zamknął jej usta brutalnym pocałunkiem. Niestety ku własnej rozpaczy brązowooka nie zdążyła się nim nacieszyć, ponieważ Snape odwrócił ją twarzą do ściany kontynuując wędrówkę po jej szyi - wystarczyło powiedzieć, że mam się zamknąć – powiedziała w miarę spokojnie dziewczyna mimo, że wewnątrz cała się gotowała. Chciała znów stanąć z nim twarzą w twarz…chciała znów poczuć jego wargi na swoich…chciała…

- Jeszcze nie masz ochoty uciekać?

- Po co?

- Nie wiem co może ci chodzić po twojej durnej łepetynie. Chociaż powinnaś raczej zadać sobie pytanie jak uciec… - a jego ręce zaczęły poznawać ciało Hermiony. Brązowowłosa bała się aż pomyśleć do czego jego smukłe palce są zdolne…jaką rozkosz i jednocześnie ból potrafią zadać…chciała by non stop spotykało ją to pierwsze.

- Jeszcze się profesor zdziwi…

- Szczerze w to wątpię. Nigdy ci się to nie uda.

- Nigdy nie należy mówić nigdy profesorze – powiedziała dziewczyna wykorzystując nieuwagę swojego nauczyciela by ponownie stanąć nim twarzą w twarz.

- Czyżbyś próbowała zmienić moje zasady gry? Wiesz, że tego nie lubię, a za twoje nie posłuszeństwo czeka cię kara? – i nie wahając się ani chwili dłużej mocniej przycisnął dziewczynę do ściany nie zostawiając miedzy ich ciałami żadnej wolnej przestrzeni.

- A nie pomyślał pan, że ja już mam dość pana zasad i chce je zmienić na swoje? – szepnęła mu do ucha jednocześnie dosięgając dłonią jego męskości…mężczyzna odskoczył jak oparzony - a nie mówiłam, że uda mi się wydostać? A profesor wątpił w moje umiejętności. Jak na razie 1:0 dla mnie.

- Nie ciesz się za bardzo. To tylko stan przejściowy. A teraz natychmiast zmiataj do swojego dormitorium chyba, że marzysz o wakacyjnym szlabanie.

- I tak spędzam większość wieczorów na ważeniu z profesorem eliksirów dla Zakonu…

- Żegnam.

- Do widzenia i miłych snów profesorze.

- Radziłbym ci się martwić o swoje sny nie moje.