[AkaFuri]
Dla Shiyagi.
I dla mamy akafurałków, Weirdo.
Cicho zasunął za sobą drzwi, schodząc po drewnianych schodkach pensjonatu i kierując się w stronę betonowego boiska do gry oddalonego zaledwie parę kroków od budynku. Bawiąc się w dłoniach piłką do kosza wziął głęboki oddech, po raz pierwszy w ciągu ostatnich dwóch dób czując się względnie rozluźnionym. Granie, będąc otoczonym geniuszami koszykówki, nie należało do łatwych i bezstresowych. Tak właściwie to Furihata czuł się kompletnie nie na miejscu i tysiąc lat za nimi. I choć nigdy nie czuł się tak grając Seirin, to wspólny wyjazd i treningi z drużynami Pokolenia Cudów… To chyba było ponad jego siły i nerwy. Im bardziej zacięte pojedynki oni toczyli, tym bardziej on sam czuł się jak wystraszona mysz, która za chwilę nie będzie w stanie utrzymać piłki, bo tak trzęsą jej się ręce i nogi…
Furihata nienawidził tego uczucia, jednak czuł je za każdym razem, gdy blask Pokolenia Cudów padał na nich, zwykłych zjadaczy chleba, pozbawionych tych specjalnych, wyjątkowych talentów. I chociaż obiektywnie patrząc na siebie, Furihata nie uważał się za jakiegoś gamonia – gdyby tak było, nigdy nie zasiliłby szeregów drużyny przecież – to jednak podczas tych wspólnych treningów czuł się, jakby pierwszy raz na oczy widział mecz koszykówki i nie wiedział, co robić z piłką. Frustrujące. Stresujące. A przede wszystkim sprawiające, że miał ochotę zwymiotować na samą myśl o kolejnym, wspólnym treningu i byciu ponownie narażonym na oceniające spojrzenia innych, o niebo lepszych od siebie, po stokroć bardziej od niego utalentowanych, wybitniejszych, bardziej…
- Zamierzasz w końcu rzucić czy będziesz tak stał przez całą noc?
Spokojne, zadane lekkim, niemal beztroskim tonem pytanie sprawiło, że Furihata omal nie podskoczył ze strachu. I chociaż zdołał powtrzymać tę mało męską reakcję, to serce i tak ruszyło mu do galopu, a włoski na ciele stanęły dęba.
Każdego mógł spotkać - w pensjonacie przebywało ich około setki osób – ale on, Furihata Kouki, musiał spotkać właśnie jego, osobę, której nie miał ochoty spotykać, a już zwłaszcza, gdy wokół panował nocny mrok jak teraz.
Akashi Seijuro był przerażającą osobą i nie chodziło nawet o jego niemal nieludzki talent do koszykówki. Jego dominująca osobowość i atmosfera władzy absolutnej jaką wokół siebie roztaczał, bardzo źle działały na samopoczucie i stan pewności siebie Furihaty. Akashi go po prostu przerażał. Był zbyt gładki, zbyt spokojny, jak na osobę normalną, po której wiadomo czego się spodziewać. Zaliczał się raczej do osób zdecydowanie nieprzewidywalnych. I chyba to było w nim tak straszne…
- Ja… - Kouki zaciął się, przełykając ciężko ślinę, przyglądając się jak Akashi, w luźnym szarym dresie, wolno wchodzi na boisko. Furihata miał wrażenie, jakby każdy krok chłopaka sprawiał, że powietrze stawało się gęściejsze.
- Ty – przytaknął łaskawie Akashi, zatrzymując się może ze trzy kroki przed Furihatą, któremu wydawało się, że albo skurczył się w końcu do rozmiarów tej przeklętej myszy, albo Akashi ma w rodzinie jakiś gigantów.
- Przyglądam ci się od piętnastu minut i naprawdę zastanawia mnie, co w tej piłce jest takiego fascynującego, że tak się jej przypatrujesz. – Lekko zmrużone, przenikliwe oczy Akashiego wbijały się w Furihatę, jakby nie miały pojęcia o tym, że chłopak czuje się właśnie jak ofiara, która dostrzegła polującego na nią drapieżnika.
- Ale rozczarowałem się – westchnął krótko. – Ta piłka jest normalna, a ty się po prostu obijasz.
- Nie obijam się – burknął niezbyt uprzejmie Kouki, urażony do głębi tą uwagą. No sorry wielkie, co jak co, ale na pewno nie należał do osób, które się obijają. To że nie jest cholernym geniuszem z talentem wielkości góry Fudżi to naprawdę nie jego wina.
Jego złość najwyraźniej odmalowała mu się na twarzy, bo brwi Akashiego powędrowały do góry.
- Czyżby to były nowe techniki treningu Seirin? Zaklinanie piłki?
On sobie z niego kpił. Naprawdę sobie z niego kpił, do licha.
- N-nie – odparł, zaciskając dłonie na piłce.
- Nie?
- Nie – powtórzył stanowczo. – Ja… P-przeszkadzasz. Trenuję – powiedział, kierując wzrok na kosz i starając się zignorować głupią myśl, że chyba zaczyna bawić się w samobójcę.
- To rzucaj.
- N-nie rozkazuj mi. – Chrząknął, denerwując się jeszcze bardziej, że głos mu się załamał. Taaak, równie dobrze mógłby mówić grizzly „rozkazuje ci mnie nie jeść", na pewno by posłuchał. Zerknął kątem oka na Akashiego, lecz szybko odwrócił spojrzenie, bo oczy chłopaka wpatrywały się w niego uważnie.
Furihata czuł, jak z nerwów zwilgotniały mu dłonie, jednak zamiast jak najszybciej ulotnić się do swojego pokoju, wycelował i rzucił tę przeklętą piłkę. Która okręciła się kilka razy po obręczy i spadła. Tylko nie po tej stronie, po której powinna.
Czując się jak kompletny idiota i głupek poszedł po piłkę, starając się nie myśleć, że jego twarz przypomina pewnie kolorytem dorodnego buraka. Zamierzał bez słowa wrócić do pensjonatu, jednak Akashi chyba czytał w jego myślach, bo gdy tylko ona pojawiła się w jego umyśle chłopak się odezwał.
- Musisz poprawić technikę.
Jego głos był zwodniczo spokojny i Furihata spojrzał na Akashiego z mieszaniną tego okropnego strachu, wstydu i nieufności. Brwi Akashiego były zmarszczone, a palec jednej z dłoni stukał o brodę jakby w zamyśleniu.
- Stań tutaj jeszcze raz. – Skinął głową.
- P-po co? – spytał i ponownie odchrząknął w nerwowym tiku.
- Stań. – Głos Akashiego był spokojny jednak nie szło nie uchwycić tej subtelnej stalowej nuty nieznoszącej sprzeciwu. A Furihata miał zbyt słabą wolę, gdy w grę wchodziła osoba kapitana Pokolenia Cudów i po prostu zrobił to, co ten głos chciał.
- Stań w pozycji do rzutu – nakazał obchodząc go. – Rozstaw szerzej nogi i ugnij bardziej w kolanach. Powiedziałem ugnij bardziej, Kouki – skarcił go, a Furihata nie wiedział, czy zemdleje zaraz ze strachu czy z powodu tego, że Akashi nazwał go po imieniu. Że w ogóle je znał!
- Rzucaj – polecił, a Furihata nie zastanawiając się wyskoczył i rzucił. Piłka odbiła się mocno od tablicy i poturlała z powrotem w jego stronę. Okeeej. Może nie trafił, ale faktem jest, że jeszcze tak mocno nie rzucił z dystansu.
- Jeszcze raz – rozkazał Akashi, a Furihata lekko drżącymi dłońmi wziął piłkę i stanął tak jak poprzednio, wyskakując i rzucając piłkę. Która znowu nie wpadła za obręcz a uderzyła w bok tablicy. Tym razem to Akashi przechwycił piłkę i podszedł do Furihaty. Na tyle blisko, by chłopak z trudem powstrzymał odruch odskoczenia od niego jak oparzony.
- Złap piłkę. – Wyciągnął dłoń w jego stronę.
- Co? – spytał zbity z pantałyku.
- Złap ją. Tak jak trzymasz ją do rzutu.
Furihata wziął z jego rąk piłkę chyba po raz pierwszy patrząc w oczy Akashiego. Które były ani wesołe, ani smutne, zabarwione nutą zamyślenia i czymś jeszcze. Jakby fascynacji…
Kouki potrząsnął głową, łapiąc piłkę tak, jak zazwyczaj rzucał.
- Przesuń prawą dłoń. Jeszcze. Nie tak.
Zniecierpliwienie w głosie tylko spotęgowało nerwowość Furihaty, który nie był już w stanie zapytać „jak", bo chyba żaden dźwięk nie byłby w stanie wydostać się z jego gardła. Jednak jego milczenie sprawiło tylko to, że Akashi sam przestawił jego dłonie w odpowiednią pozycję.
- Przy rzucie usztywnij nadgarstek – mruknął. – Żeby dłoń nie zbijała piłki za bardzo w dół.
Furihata spojrzał na Akashiego po raz pierwszy dostrzegając, że są właściwie tego samego wzrostu, a chłopak ma na nosie piegi, które wydały mu się nagle zabawne i o zgrozo, urocze, gdy tak przebywały sobie spokojnie na prostym nosie wiecznie opanowanego kapitana-tyrana.
- Na co się patrzysz? – spytał Akashi, a jego oczy wbiły się prosto w oczy Furihaty, któremu serce zamarło na kilka dramatycznych sekund.
- N-na nic – pospiesznie odpowiedział i stanął, tak jak poprzednio i celując w obręcz kosza wyskoczył i rzucił. A piłka gładko wpadła do kosza.
Furihata gapił się przez chwilę jak ciele na malowane wrota, nie dostrzegając cienia uśmiechu na ustach Akashiego.
- Przyłóż się do treningów, Kouki – powiedział z niemal niepasującą mu beztroską, kładąc na moment dłoń na jego ramieniu, po czym ruszył spokojnie do pensjonatu. – Twoja drużyna będzie miała z ciebie spory pożytek, jak tego nie zmarnujecie.
Furihata przeniósł spojrzenie na oddalającego się chłopaka, czując, że jak nie usiądzie, to naprawdę w końcu zemdleje.
