[AoKaga]
Dla Shiyagi i Kiri.
Był już późny wieczór, gdy Kagami poszedł po biegać. Myślał by kto, że niemal całodzienny trening pozbawi go energii. Chyba w marzeniach. Na pewno nie, gdy wciąż i wciąż musiał dbać o zwiększenie swojej wytrzymałości. A po resztą niczego tak nie lubił, jak biegania wzdłuż plaży. Przyjemny wiatr chłodził rozgrzane ciało, a piasek pod stopami był jak kolejny przeciwnik do pokonania. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ta cholerna, upierdliwa obecność intruza kilkanaście metrów za nim.
Jasne, Kagami nie mógł zabronić nikomu robienia tego samego co on, ale był nawet więcej niż pewny, że jego niechciany intruz robi to z pełną premedytacją i świadomością, że Taiga doskonale wie, kogo ma za plecami.
Aomine Daiki potrafił być tak wkurzający, jak nikt inny na świecie i Kagami był osobą, która ciągle i na okrągło przekonywała się o tym. Jakby Aomine powziął sobie za cel sprezentowanie mu całego swojego wachlarza zdolności, jak posłać kogoś do psychiatryka. I najwyraźniej był całkowicie głuchy i obojętny na to, że Kagami Taiga nie ma najmniejszej, absolutnie najmniejszej ochoty przebywać w jego towarzystwie, a już zwłaszcza od… No właśnie, od tamtego czasu, gdy ich dziwna pokręcona rywalizacja, zmieniła naturę… Całkowicie przez przypadek! Kagami dałby się pokroić w zapewnieniach, że w tamtej chwili był całkowicie niepoczytalny a do tego odurzony przez alkohol!
To było… To było… To było żenujące. Żenujące, zawstydzające i ze wszech miar przerażające. A najgorsze było to, że powinien czuć trwałe obrzydzenie. A czuł. Jak sobie je wmówił…
Kagami przyspieszył, mając wrażenie, jakby ścigał się z drapieżcą, co było o tyle paradoksalne, że zamiast czystego strachu, czuł lęk pomieszany z ekscytacją.
Kagami Taiga, powinieneś się leczyć na głowę – zawyrokował w myślach i mając dość własnej głupoty skręcił i wbiegł z rozmachem do morza.
Woda była zimna, ale nie lodowata, za to skutecznie ochłodziła jego durne myśli. Nie przeszkadzały mu ubrania ciężkie od wody i przez jakiś czas zmagał się z falami w duchu mając cichą nadzieję, że gdy wyjdzie na brzeg, nie będzie tam nikogo, prócz niego samego.
Nic bardziej mylnego, Aomine potrafił być uparty jak sam diabeł.
- Mało masz wody z łazience? – Zaczepny, pełen ironii głos Aomine przywitał go, gdy tylko wyszedł z wody.
- Mało – burknął, siadając na piasku i mierzwiąc mokre włosy. – Czego chcesz?
- Biegam.
Kutas.
- To biegnij stąd jak najszybciej – warknął, postanawiając w duchu, że nie da się sprowokować i będzie go po prostu ignorować.
Westchnięcie Aomine było czymś pomiędzy znużeniem a rozbawieniem.
- Zachowujesz się jak cnotka niewydymka – stwierdził z szerokim, paskudnym uśmiechem, kopiąc stopą w piasek, który obsypał Taigę.
- Spierdalaj – warknął, ignorując kolejne sypnięcie.
- Normalnie jak niedoruchana dziewica – roześmiał się ochryple, a Kagami w końcu nie wytrzymał i złapał za jego nogę, która po raz kolejny obsypała go piaskiem, i szarpnął, chcąc go wywrócić. Jednak Aomine nie dość, że się nie przewrócił, to jeszcze uśmiechał coraz bardziej wrednie jakby wprost proporcjonalnie do mieszaniny złości i zażenowania jakie czuł Taiga. Dupek.
- Wal się, gnoju.
- Z tobą wszystko, kochanie – zamruczał seksownie z kurwikami rozbawienia w oczach.
Kagami nie wytrzymał. Już zamierzał wstać i odejść jak najdalej od tej genetycznej pomyłki, gdy znienacka wylądował twarzą w piasku, w jego plecy wbijało się kolano Aomine, a ręce chłopaka wykręcały jego własne.
- No i co się szarpiesz? – zaśmiał się ubawiony. – Czyżbyś bał się o swoją cnotę?
- Puszczaj mnie – wywarczał wściekle.
- Jak przestaniesz zachowywać się jak wierzgający idiota…
- Sam jesteś idiotą!
- … a po resztą to ty po całowałeś mnie, więc to chyba ja powinienem chcieć ci obić buźkę.
- Ja… co? CO?! Wcale cię nie pocałowałem! A do tego byliśmy PIJANI, zjebie, PIJANI! – wrzasnął ze złością.
- Chyba ty byłeś – Daiki wyszczerzył się jak kot nad miską śmietanki.
- I to TY pocałowałeś MNIE!
- Chciałbyś, co? – Pochylił się nad nim, dmuchając mu do ucha.
Kagami wizgnął dziko w panice, jednak ręce Aomine unieruchamiały go skutecznie. Czuł się cholernie niekomfortowo w sytuacji jaka zaistniała, a do tego nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać o tym, o czym najwyraźniej Aomine bardzo chciał.
Kwiknął cienko, gdy poczuł gorący język na swoim karku, który sprawił, że… że obudziły się rejony, które NIE MIAŁY PRAWA się budzić! W każdym razie nie pod wpływem jakiejkolwiek części ciała tego pieprzonego zboka.
- Puść mnie – wydyszał, czując, że na ciele pojawia mu się gęsia skórka.
- Mmm… Nie – mruknął Aomine wprost do ucha Taigi, posyłając tym samym dreszcze po jego ciele.
- Jestem facetem… ty też… - sapnął, gdy zęby zacisnęły się na jego uchu.
- No i?
Do licha, czemu ten przeklęty drań mruczał tak seksownie. O dobrzy bogowie…
Gdy Kagami nie odpowiadał cichy, niski śmiech rozbrzmiał w jego uchu, sprawiając, że pełen napięcia węzeł zacisnął się w brzuchu Taigi.
- Wracamy do pensjonatu, czy zamierzasz kontynuować tutaj? – spytał lekkim tonem, co sprawiło, ze Kagami ponownie się zezłościł. Próbował go zrzucić z siebie co skończyło się tym, że tym razem wylądował na plecach z Aomine siedzącym mu na brzuchu z durnym uśmiechem zadowolonego z siebie palanta.
- Dupek – zawarczał z wściekłością.
- Dupe masz niezłą, fakt – parsknął, pochylając się nad Kagamim
- Pierdolony zbok – wydyszał, czując się jak sparaliżowany pod tym hipnotycznym, pociągającym spojrzeniem granatowych tęczówek.
- To jest nas dwóch – stwierdził. – Tym razem lepiej zapamiętuj, głąbie, już nie jesteśmy pijani.
Zdecydowanie nie byli. Chociaż Kagami tak się właśnie czuł, gdy usta Aomine dotknęły jego własnych, a on odpowiedział na pocałunek.
No kurwa mać.
