Podziękowania za dodatkową betę wędrują do Kumy ;* Miłego czytania!


Rozdział 2

W taki o to sposób Harry Potter wylądował na gołej ziemi na obrzeżach Londynu, z miotłą w dłoni i sporym mieczem przywiązanym do pleców. Miał na sobie długi, ciemny płaszcz, a przez ramię przewieszoną torbę.

Zmierzchało, gdy z pochmurnego nieba wyłoniła się miotła, z której zeskoczył leciutki niczym piórko Draco Malfoy. Dwóch starych wrogów mierzyło się podejrzliwymi spojrzeniami.

Malfoy wyglądał inaczej niż kiedyś. Wydawał się wyższy, szczuplejszy i bardziej umięśniony. Platynowe włosy były dłuższe, sięgały mu do ramion, a grzywka prawie przysłaniała szare oczy. Jednak jego twarz się nie zmieniła — jak zawsze lodowato piękna. Miał na sobie strój wyraźnie zainspirowany ubraniami do quidditcha: czarne spodnie ze skórzaną lamówką, wpuszczone w wysokie, ciemne buty, powycieraną na łokciach szmaragdową koszulę i narzucony na wierzch płaszcz z kapturem, opadającym mu na plecy. Dłonie, ubrane w czarne, skórzane rękawiczki, zaciskał na miotle.

— Potter — przywitał się wreszcie beznamiętnie.

— Malfoy. — Harry odpowiedział mu tym samym tonem.

— Naszym celem jest Hogwart, tak?

— Niezupełnie.

Malfoy uniósł brew, ale nie skomentował tego.

— Muszę dotrzeć w okolice Norwich.

— Niebezpieczny rejon — zauważył ostrożnie Malfoy.

— Zapłacę ci dwukrotnie więcej, niż ustaliłeś z Lupinem.

— Trzykrotnie.

Harry skrzywił się, świadomy, że Malfoy wcale nie potrzebuje pieniędzy. Był po prostu zwykłym dupkiem.

— W porządku — warknął.

Malfoy wzruszył ramionami i wsiadł na miotłę. Harry również dosiadł swojej i przez chwilę rozkoszował się nieopisaną radością, jaką dawało mu latanie. Dzięki Bogu, że ta umiejętność go nie opuściła.

— Jeśli wzniesiemy się za wysoko, może zrobić się niebezpiecznie. Leć nisko.

Po wygłoszeniu zagadkowego ostrzeżenia, Malfoy odleciał. Harry pośpieszył za nim, trzymając się na tej samej wysokości — nie więcej niż dwa metry nad ziemią. Przez prawie godzinę podróż przebiegała bez zakłóceń, dlatego też Harry nie był przygotowany na nagłe szarpnięcie. Puścił miotłę, wylatując w powietrze. Spadł wprost w skupisko wrzosów.

Przez chwilę leżał spokojnie, odzyskując oddech. Nagle pojawiła się przed nim twarz Malfoya.

— Żyjesz, Potter? — zapytał z ciekawością. Harry spiorunował go wzrokiem i podniósł się.

— Mogłeś uprzedzić, że będzie próbowało wyrwać mi miotłę z rąk — warknął. Cofnął się po nią, Zaczerwienił się bezwiednie, nie mogąc jej przywołać za pomocą „Accio".

Malfoy zawahał się.

— To nie tak… Wir czasami wysyła w górę albo zakręca dookoła osi, ale może też odwrócić do góry nogami. A czasami nic nie robi — jest nieprzewidywalny.

Harry'ego trochę zaskoczyła ta poważna odpowiedź — po Malfoyu spodziewał się raczej gwizdów i żartów. Wszedł na miotłę i po chwili wznieśli się w powietrze.

Harry był już na to przygotowany, kiedy, po niedługim czasie, miotła nagle zaczęła szarpać na boki. Zdołał nad nią zapanować. Jego miotła wykonała trzy pełne, przypominające wirujące łopatki wentylatora obroty dookoła własnej osi. Malfoy cudem z niej nie spadł. Udało mu się nawet odzyskać nad nią kontrolę. Draco naprawdę umiał latać, Harry musiał to przyznać. Malfoy rzucił mu przez ramię spojrzenie, szorstko skinął i kontynuował lot. Kiedy dotarli do nieznanego Harry'emu punktu orientacyjnego, Draco bez słowa wzniósł się wyżej. Harry założył, że minęli już niebezpieczną strefę i podążył za nim.

Lecieli, póki nie zapadła całkowita ciemność i nie było już widać charakterystycznych punktów orientacyjnych w terenie. Malfoy podleciał do Harry'ego i machnięciem nakazał mu lądować. Potter skierował się w tamtą stronę.

— Księżyc niedługo wzejdzie, wtedy będzie wystarczająco jasno, by kontynuować lot. Jesteś głodny?

Pytanie było tylko formalnością. Harry zdawał sobie sprawę, że Malfoya nie obchodziło, czy jest najedzony czy nie, ale zdawał się być zdeterminowany traktować Pottera jak każdego innego klienta.

— Czuję się świetnie — odpowiedział, rozglądając się. Znajdowali się w małej kotlinie, przez którą płynął strumyk. Harry ukląkł przy brzegu i obmył dłonie, po czym wstał i zaczął przyglądać się Malfoyowi, suszącemu swój płaszcz. Mężczyzna zdjął go z ramion, tak samo jak torbę, i zaczął strzepywać wygniecenia.

Harry podążył jego śladem, ściągając wierzchnie okrycie. Zrzucił torbę na ziemię i odpiął miecz Gryffindora. Harry stłumił westchnienie ulgi. To cholerstwo było ciężkie. Kiedy Malfoy odwrócił się, żeby zająć się swoim bagażem, Potter usiadł na ziemi, krzyżując nogi. Pozwolił sobie na chwilę relaksu, opuszczając głowę i rozmasowując kark, żeby dać chwilę wytchnienia napiętym mięśniom. Cieszył się z chwili przerwy.

oOo

Draco przyglądał się Harry'emu, który osunął się na ziemię niczym sterany cień. Wcale nie przypominał bohatera magicznego świata. Prawie charłak. Lupin opowiedział mu o utracie mocy przez Pottera. Draco zastanawiał się, czy Harry uważał, że było warto. Voldemort zniknął — ale ta cena… niewyobrażalna. Być może jednak dla Pottera, który przez jedenaście lat wychował się wśród mugoli, było łatwiej znieść utratę magicznych zdolności, niż dla czarodzieja, wychowującego się od urodzenia w magicznej rodzinie.

Draco potrząsnął głową. Przytrafiło się to odpowiedniej osobie — wiedział, że ta myśl była okropna. Ale gdyby musiał kogoś wskazać, Harry Potter byłby pierwszy na jego liście. Drań jednak naprawdę umiał latać. Draco również utrzymał się na miotle, choć nie było to łatwe.

Potter nie ruszył się z miejsca, ciągle siedząc z opuszczoną głową w medytacyjnej pozycji. Draco wyciągnął bukłak z torby, napił się porządnie i podszedł do strumyka, żeby go uzupełnić. Gdy mijał Pottera, ciemna głowa uniosła się, ale Harry nic nie powiedział, obserwując go tylko.

Draco zakorkował bukłak, obserwując pojawiający się na horyzoncie zarys księżyca. Westchnął. To będzie długa, milcząca podróż. Nie, żeby chciał coś powiedzieć Wybrańcowi, ale nadal świadomość, że nie może go nawet porządnie obrazić, wprawiała w rozdrażnienie. Jak Potter mógł mu oddać? Rzucając Zaklęcie Żądlące? To przykre.

Gdy księżyc już jaśniał nad horyzontem, Draco założył torbę i płaszcz. Potter, bez żadnego komentarza, poderwał się z ziemi i przygotował się do podróży, zakładając na początek miecz. Draco podszedł do swojej miotły, zastanawiając się, czy ostrzec Pottera, że musieli minąć dość niebezpieczny teren, a później czekał ich jeszcze godzinny lot. To nie będzie łatwe. Wyobraził sobie uparte spojrzenie, jakie rzuciłby mu Potter i zrozumiał, że to strata oddechu.

W milczeniu wznieśli się w nocne powietrze.

Coś było nie tak… Draco zwolnił — zdążył się bowiem nauczyć, w dość bolesny sposób, że przeczuć nie wolno ignorować. Od dawna nie podróżował przez wschodnie tereny i nie znał czających się w tej okolicy niebezpieczeństw.

Ostrym gestem nakazał Potterowi zwolnić, czego mężczyzna posłuchał od razu. Dobrze, że upadek czegoś go nauczył. Malfoy zahamował. Dziwne przeczucie urosło w prawdziwy niepokój, dlatego zatrzymał się i zszedł z miotły. Harry zrobił to samo, nie zadając żadnych pytań, co było na rękę Draco, który nie wiedziałby, co mu powiedzieć.

Malfoy zostawił miotłę na ziemi i nakazał Potterowi zostać w tyle. Sam ostrożnie ruszył naprzód. Sześć metrów… dziesięć… a wtem ogromna przepaść, rozciągająca się w świetle księżyca niczym piekielna gardziel. Draco czuł wzywający go zew, zachęcający, żeby zbliżył się jeszcze bardziej — prosto do kanionu. Zmarszczył brwi i wrócił do Pottera.

— Nieciekawie — nie owijał w bawełnę. — Tylko raz widziałem coś podobnego. To magiczny kanion, w którym czai się coś obrzydliwego i głodnego. Nie mam pojęcia, co to jest, nigdy nie zbliżyłem się wystarczająco blisko, żeby sprawdzić. To coś chwyci się każdego sposobu, żeby wciągnąć nas w dół.

— Nie możemy tego obejść? — zasugerował Harry.

— Wie o naszej obecności i podąży za nami — pokręcił przecząco głową.

Kanionpodąży za nami?

Draco nie odpowiedział. Potter najwyraźniej nie miał pojęcia, jakie magiczne obrzydlistwa pojawiły się na świecie w ciągu ostatnich kilku lat.

— Jeśli go przekroczymy, dlaczego nie pójdzie za nami dalej? — naciskał Harry.

— Las po drugiej stronie — przyznał Draco. — Ma pewną sławę.

— Ma złąsławę, to masz na myśli, prawda?

— To ty chciałeś iść w tym kierunku, Potter. Podróż do Hogwartu byłaby bułką z masłem.

Harry głośno westchnął.

— Nie mam wyboru. W jaki sposób przekroczymy kanion?

W odpowiedzi, Malfoy zrzucił swój płaszcz i torbę. Wiedział, że Potterowi nie spodoba się jego plan, tak samo jak nie odpowiadał jemu samemu.

— Robiąc coś nieoczekiwanego. Podaj swoją miotłę.

Potter oddał mu ją bez słowa. Draco rzucił kilka zaklęć, wiążąc obie miotły ze sobą, przywiązał na przedzie swoją torbę, po czym to samo zrobił z bagażem Harry'ego, umieszczając go z tyłu. Wylewitował konstrukcję, sprawdzając, czy zachowana jest równowaga. Potter wyglądał na mało zachwyconego.

— Chcesz, żebyśmy polecieli na tym razem? — dopytywał się.

— Też nie jestem zachwycony, Potter. Ale to coś wyłapie nas jak ropucha muchy nad stawem, jeśli spróbujemy samotnie przemierzyć kanion. Gdy połączymy nasze umiejętności, uda nam się przeżyć — oczywiście, jeśli będziesz posłuszny. Nawet, jeżeli będziemy współpracować, ominięcie tego czegoś nie będzie łatwe.

Kiedy miotły wyglądały na wystarczająco bezpieczne, zadowolony z efektów Draco, obrzucił Harry'ego spojrzeniem.

— Upewnij się, że miecz jest ciasno owinięty i nie wypadnie z pochwy, jeśli zrobimy wywrotkę.

Harry zmarszczył brwi, ale jeszcze ściślej przywiązał miecz. Gdy już nie mógł dłużej opóźniać podróży, Draco zbliżył się do mioteł.

— Miejmy to już za sobą — oznajmił z rezygnacją.


Edytowano: 2011-09-20


Ewo - dziękuję za komentarz. Mam nadzieję, że kolejna część ci się spodoba ;)