Dziękuję Kumie za dodatkową betę ;*


Rozdział 3

Harry z niechęcią przysunął się do Malfoya, stając za nim. Szczerze mówiąc, przebywanie tak blisko Draco było gorsze niż to, co mogło czaić się w dole.

Miotły uniosły się. Harry chwycił się ramion mężczyzny, żeby złapać równowagę.

— Musisz się bardziej postarać, Potter, albo obaj skończymy martwi — skarcił go sucho Malfoy. Kpina w jego głosie podziałała na Harry'ego bardziej niż same słowa. Zaklął i przesunął się do przodu, wciskając w Malfoya, który prawie wylądował na jego kolanach. Harry objął go w pasie. Chociaż raz Draco zachował swoje charakterystyczne komentarze dla siebie i bez przeszkód mogli rozpocząć lot nad ziejącą otchłanią.

Nie do wiary, cóż to był za koszmar. Nie minęło kilka minut, a nagle jakaś namacalna siła zaczęła ciągnąć ich w głąb kanionu. Harry i Malfoy kurczowo próbowali utrzymać miotły na bezpiecznej wysokości i jednocześnie nie zbaczać z trasy. Nagle przyciąganie ustąpiło, a oni wystrzelili w powietrze. Pęd zepchnął ich na bok, wywołując zawrotny piruet. W końcu odzyskali równowagę.

Harry mocno przyciskał się do pasa Draco, otaczając go ramionami niczym mały koala. Mając twarz tuż przy karku Malfoya, mógł wyczuć każdą zmianę położenia i przewidzieć kolejny jego ruch.

Ledwo udało im się wydostać z korkociągu, Draco wszedł w kolejną zawrotną pętlę. Nagle popychającą ich siła znikła i zaczęli spadać w dół. Złowroga moc wydawała się tym równie zaskoczona jak Potter i na krótką chwilę przestała wywierać na nich nacisk. Nagle Harry zdecydował się zaufać Malfoyowi, powierzając mu swoje życie. Draco wykorzystał to, wznosząc miotłę ku krawędzi kanionu z taką szybkością, z jaką Harry nigdy nie leciał.

Wydostali się z rozpadliny. Harry czuł podążającą za nimi wyraźną aurę wściekłej frustracji. Kiedy wlecieli między drzewa, Potterem wstrząsnęło uczucie zwiewnej lekkości. Zaczęli spadać, nadal lecąc z niesamowitą prędkością.

Draco chwycił swoją różdżkę i zaklęciem zamortyzował upadek, zanim w ogóle uderzyli w drzewa. Lądowanie było jak wpadanie w zaspę śniegu — irytujące i dość bolesne, gdy w końcu zderzyli się w ziemią.

Wylądowali obok siebie i oszołomieni leżeli bez ruchu. Harry drżał z wysiłku i ociekał potem. Zamknął oczy, próbując złapać oddech. Słyszał sapanie Malfoya.

— Potter? —odezwał się Draco, gdy mogli już normalnie oddychać. Harry otworzył oczy i wpatrywał się w wierzchołki drzew oraz widoczne na niebie gwiazdy.

— Tak?

— Leżysz na moich włosach.

Jego słowa wstrząsnęły Harrym, uświadamiając mu, że nadal znajduje się nieprzyjemnie blisko Draco. Stykali się głowami, a srebrzyste włosy Malfoya były przygniecione przez Pottera. Płaszcz Draco również znajdował się pod nim. Harry szybko przeturlał się na bok i wstał. Malfoy podniósł się powoli.

— Rozwiąż miotły, a ja zorientuję się, gdzie jesteśmy — zarządził Malfoy, pedantycznie otrzepując się z ziemi. Harry zmrużył oczy, słysząc rozkazujący ton. Draco zauważył jego spojrzenie i posłał mu uśmieszek, który Potter widywał przez lata. — A może chcesz jeszcze wspólnie polatać? — zasugerował, przeciągając samogłoski.

— Dupek — odwarknął Harry. Gdy Malfoy zniknął już między drzewami, zaczął rozwiązywać węzły.

oOo

Draco ostrożnie przemierzał las, starając się zapamiętać drogę, by później móc wrócić po swoich śladach. Nie wyczuwał już żadnego niebezpieczeństwa — oddalenie się od rozpadliny skutecznie je odsunęło. Przeszukiwał las w nadziei, że uda mu się znaleźć sensowną polanę, gdzie mogliby rozbić obóz. Był wyczerpany załatwianiem spraw przed spotkaniem z Potterem, a także cała tą przeprawą przez kanion.

Skądś dobiegł miękki dźwięk, który sprawił, że zesztywniał. Odwrócił się i zaklęciem rozjaśnił przestrzeń między drzewami. O jedno z nich opierała się dziewczyna. Nie drgnęła, gdy padło na nią światło. Jej zielona suknia sięgała ziemi, a włosy w odcieniu miodowego brązu opadały aż do wąskiej talii. Uśmiech wykrzywiał jej czerwone niczym porzeczki usta.

— Cześć, przystojniaku — zamruczała. Draco obserwował ją z napięciem. Czające się w lesie w środku nocy, delikatnie wyglądające, dziewczę było podejrzane. Odsunęła się od drzewa.

— Witaj — ostrożnie przywitał ją Draco. — Kim jesteś?

— Betula — powiedziała, zatrzymując się. — Zbliż się, chcę cię lepiej widzieć.

Draco przesunął się o kilka kroków, trzymając różdżkę wysoko przed sobą.

Na jej wargach pojawił się uśmiech.

— Och, naprawdę jesteś przystojny! Skąd się tu wziąłeś?

— Przechodziłem obok. Szukam miejsca na obóz.

— Możesz odpocząć ze mną — zaoferowała i rozpostarła ramiona, jakby chciała go objąć. — Chodź. Pocałuj mnie.

Draco czuł przytłaczający przymus, który nakazywał mu postąpić zgodnie z jej życzeniem. Zwalczył go.

— Rozpalę ogień i zostanę przez chwilę — obiecał cicho. Cofnęła się z westchnieniem.

— O nie! Nie wolno ci! Żadnego ognia.

Draco zachichotał.

— Jesteś driadą.

Betula tupnęła gołą stopą i, z nadąsaną minką, zapytała:

— Nie pocałujesz mnie?

— Zdecydowanie nie — odpowiedział ze stalową nutą w głosie. Zrelaksował się i nieco opuścił różdżkę. Driada nie stanowiła niebezpieczeństwa, gdy stał daleko od jej drzewa. — Co jest najbardziej niebezpieczne w tym lesie?

Zrobiła kilka kroków, krążąc po okręgu wokół pnia.

— Nie jestem niebezpieczna, przystojniaku. Zbliż się, a udowodnię ci to.

— Nie, dziękuję. Nie zdradzisz mi niczego przydatnego o tym miejscu?

— Nie — padła rozdrażniona odpowiedź.

— W porządku. Żegnaj, driado. — Odwrócił się i zaczął odchodzić.

— Zaczekaj! — zawołała. Draco stłumił uśmiech i rzucił jej przez ramię spojrzenie. — Nie jedz i nie pij niczego, co znajdziesz w głębi lasu.

— Dziękuję, Betulo. Ta rada jest prawie warta pocałunku. Prawie.

— Zechcesz kiedyś do mnie wrócić?

— Jeśli tylko najdzie mnie ochota na spędzenie wieczności we wnętrzu drzewa — wtedy na pewno.

Przesłał jej całusa, po czym wrócił do wyczerpanego i zdesperowanego Pottera, który osunął się na ziemię. Draco zmierzył mężczyznę krytycznym spojrzeniem. Był bledszy niż kiedykolwiek i na pewno za chudy. Wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć — zdecydowanie potrzebował jedzenia i odpoczynku. Ich obecne położenie było zbyt odsłonięte, skaliste… i znajdowało się blisko driady.

Harry, jakby wyczuwając jego obecność, uniósł głowę i szybko poderwał się z ziemi.

— Musimy trochę się przejść — powiadomił go Draco.

— Nie możemy polecieć?

— Nie. Zauważyłeś, że spadliśmy? W tym lesie nie można latać. Musimy go przejść.

Potter nie skomentował, skinął tylko i zarzucił na plecy miecz, po czym podniósł miotłę. Draco podążył w jego ślady.

Poprowadził go niedaleko drzewa driady, zamierzając je szybko minąć. Nagle przed Potterem pojawiła się dziewczyna, łapiąc go w objęcia. Miała płomiennie czerwone włosy i gibkie, piękne ciało.

— Nazywam się Ilex — wymruczała. — Po co ten pośpiech?

— Nie całuj jej, o ile nie czujesz potrzeby zamieniania się w pień i porastania liśćmi — ostrzegł Draco, ale Potter sam zdążył się już cofnąć. Biedna driada, najwyraźniej czerwony nie był najlepszym wyborem. — Po zastanowieniu… to całkiem niezły pomysł, żeby nie całować niczego, co znajduje się w tym lesie.

— To nieuczciwe, przystojniaku — wołała za nimi Betula. — Nie powiedziałeś mi, że masz towarzystwo!

Draco na chwilę schował różdżkę, pogrążając ich w ciemności i sięgnął po dłoń Harry'ego, odciągając go od rudowłosej driady.

— Już możesz mnie puścić — powiedział Potter po kilku krokach.

Draco puścił jego rękę i ponownie sięgnął po różdżkę. Rzucił kolejne Lumos i poprowadził Harry'ego okrężną drogą między drzewami, unikając kolejnych driad.


Edytowano: 2011-09-20


Ewo, Lejlo - dziękuję za komentarze, wiele dla mnie znaczą. Najstraszniejsze jest podobno nieznane, tajemnica kanionu pozostanie tajemnicą.