Dziękuję Kumie za zerknięcie i poprawienie. Reszta błędów moja ;)


Rozdział 4

Z każdym kolejnym krokiem zarośla stawały się coraz bujniejsze. Draco, używając różdżki, na przemian oświetlał lub torował im drogę, ścinając je energicznie. Miał nadzieję, że, nim padnie z wyczerpania, uda mu się znaleźć jakieś przyzwoite miejsce do założenia obozu. Wystarczyłaby jakakolwiek polana bez kolczastych krzewów i pałętających się driad.

Dobiegający skądś dziwny dźwięk, zatrzymał Draco. Instynktownie szepnął Nox i wyciągnął rękę, żeby uciszyć ewentualne pytania Pottera, który dreptał za nim, jakby był w jakimś transie. Harry zatrzymał się dopiero wtedy, gdy dłoń Draco wylądowała na jego piersi. W słabym świetle księżyca, prześlizgującym się między drzewami, twarz Pottera wyglądała blado.

— Zostań — wyszeptał do niego Malfoy.

Draco zaczął przepychać się przez kolejne zarośla, wyczulony na każdy dźwięk. Nagle zamarł. Ledwo słyszalny syk ostrzegł go przed atakiem. Draco padł na ziemię, opierając się o nią kolanem.. Nad jego głową śmignęła strzała. Utkwiła w pobliskim drzewie.

Draco poderwał się płynnym ruchem. Rzucając zaklęciami, ruszył w stronę napastnika Serię strzałów skończył stłumiony okrzyk bólu, gdy któryś z uroków w końcu go trafił.

Draco nie zatrzymał się, nie chcąc stać się tarczą strzelniczą. Musiał też odciągnąć potencjalne niebezpieczeństwo od Pottera, który nie mógł się bronić.

Oczywiście Harry, Gryfon do szpiku kości, miał inny pomysł. Wyskoczył przed Malfoya z wyciągniętą różdżką. Szczęśliwie dla Pottera, który nie został zaatakowany kolejną serią strzał, zaklęcie Draco unieruchomiło napastnika.

Malfoy przepchnął się do przodu, docierając do spetryfikowanego centaura, wlepiającego w niego spojrzenie. Draco przeklął głośno. Centaury zwykle poruszały się w grupach. Odwrócił się i popędził do Pottera.

— Musimy się stąd wynosić! — rzucił, chwytając koszulę Harry'ego i chaotycznie ciągnąc mężczyznę między drzewami. Mieli szczęście — centaur był prawdopodobnie sam i na dodatek udało się go na jakiś czas unieruchomić. nie wiedział, jak skutecznie działały zaklęcia na tę rasę — wydawało mu się jednak, że wszelkie koniopodobne stworzenia były dość odporne na magię.

Biegli tak długo, aż Potter potknął się i prawie zwalił Draco z nóg. Malfoy zatrzymał się, żeby pomóc mu odzyskać równowagę. Obaj dyszeli, wykończeni. Potter rzucił miotłę na ziemię.

— Mam dość — wysapał. Draco położył swoją obok jego i zdjął torbę. Pomógł Harry'emu ściągnąć bagaże. — Malfoy, ty krwawisz — zauważył Potter zmęczonym głosem.

Dopiero wtedy Draco poczuł kłucie. Jedna ze strzał musiała go zranić. Po bicepsie spływała krew.

— A niech to szlag! — Malfoy rozejrzał się uważnie. Stali na małej, wyglądającej wręcz nienaturalnie spokojnie, polanie.. Draco wytężył słuch, ale nie dobiegł go żaden dźwięk, który mógłby oznaczać pościg. Nie słyszał nic poza ciężkim oddechem Pottera. — Możemy chwilę odpocząć. — Rozpiął koszulę. Potter zrobił kilka kroków i z wdzięcznością ułożył się na miękkiej kępie trawy.

— Jak myślisz, która jest godzina? — zapytał między nieregularnymi oddechami.

Draco spojrzał na niebo, po czym opuścił wzrok z powrotem na koszulę. Rękaw przykleił się do rany.

— Koło pierwszej — odpowiedział i pociągnął materiał. Skrzywił się, gdy tkanina oderwała się od rozcięcia. Nie wyglądało na głębokie, ale było wystarczająco poważne, żeby krwawił jak zarzynany świniak.

— Dzikie poziomki — zauważył Harry. Draco odwrócił się w jego stronę, zastanawiając się, czy Potter ma urojenia. Gdy Harry wrzucił garść jagód do ust, krew w żyłach Malfoya zamieniła się w lód.

— Nie! — krzyknął i przeskoczył dzielącą ich przestrzeń, żeby uderzyć otwartą dłonią w plecy mężczyzny.

Kilka małych poziomek wyleciało Harry'emu z ust i poturlało się po trawie. Potter kaszlnął kilka razy i dopiero wtedy spojrzał na Draco.

— Co jest, do cholery, Malfoy?

— Driada zakazała jedzenia i picia w głębi lasu.

— Mogłeś o tym wspomnieć! — wybuchnął głośno Potter. — Och, nie…

— Byliśmy dość zajęci… co to znaczy: „Och, nie"?

— Połknąłem jedną.

Draco poczuł, że robi mu się niedobrze. Przez chwilę, w zupełnych ciemnościach, wpatrywali się w siebie.

— Miejmy nadzieję, że nie dotarliśmy jeszcze do niebezpiecznej strefy. Jak się czujesz? — zapytał Draco.

— Dobrze — padła odpowiedź. — Chociaż nadal jestem trochę głodny.

Draco cofnął się do swojej torby w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Złapał suszoną wołowinę, chleb i ser, po czym wrócił do leżącego na trawie Pottera.

— Wiesz co? W sumie… nie jestem już tak głodny… po prostu zmęczony… tak niewiarygodnie zmęczony…

Draco złapał Pottera za koszulę i pociągnął w górę do pozycji siedzącej.

— Nie, nie jesteś. Stado centaurów może podążać naszym tropem. Nie mamy pojęcia, jakie jeszcze niebezpieczeństwa czają się w tym lesie!". Siadaj i jedz. Później odpoczniemy.

Potter ledwie pokiwał głową i zjadł wszystko, co podał mu Draco, ale było widać, że się do tego zmusza. Posłusznie upił trochę wody z bukłaka Malfoya.

— Musimy ruszać dalej — oświadczył Draco, gdy zapakował jedzenie do torby. Złapał Pottera za ramiona i pociągnął, próbując udawać, że nie widzi, jak chwiejnie stoi mężczyzna. Zarzucił na ramię miecz Gryffindora i pomógł Harry'emu założyć torbę. Rzucił zaklęcie lewitujące na miotły, żeby podążały za nimi niczym psy.

Malfoy wyznaczał drogę, a Potter szedł po jego śladach niczym inferius. Co jakiś czas Draco odwracał się, żeby skontrolować, jak radzi sobie Harry. Po jakiś kwadransie Potter odezwał się:

— Malfoy? Słyszysz muzykę?

Draco zatrzymał się, uważnie nasłuchując. Nic. Nawet cykającego świerszcza czy rechocącej żaby. Żadnych dźwięków.

— Nie, Potter, nie słyszę muzyki. Chodź, wydostańmy się z tego piekielnego lasu.

Szli coraz szybciej i szybciej, popędzani ponagleniami Pottera.

— Staje się coraz głośniejsza — zauważył po jakimś czasie Harry. — Taka piękna… nie słyszałem nigdy czegoś takiego.

— Nie słuchaj jej! — warknął Draco, czując zimne kleszcze strachu ściskające jego klatkę piersiową. Złapał Pottera za ramiona i potrząsnął nim. Na czole Harry'ego połyskiwały krople potu. Draco przełknął ślinę. Musiał znaleźć dla niego jakieś schronienie i sposób, żeby zwalczyć to coś. Klął po nosem. Nigdy jeszcze nie stracił klienta. Tym bardziej nie miał zamiaru tracić bohatera czarodziejskiego świata.

Rozejrzał się gorączkowo po okolicy. Teren stał się nieco górzysty — przy odrobinie szczęścia, może udałoby im się znaleźć jakąś jaskinię albo coś…

Nagle błysk światła wpadł mu w oko. Zamrugał i spojrzał w kierunku, z którego dobiegło. Nic. Wzruszył ramionami. Obojętne, w którą stronę pójdą. Westchnął i zarzucił ramię Pottera na swoje, pomagając mu utrzymać równowagę. Harry nawet tego nie zauważył. Jego oczy wpatrywały się w coś w oddali.


Edytowano: 2011-09-20