To już drugi rozdział opowiadania. Dziękuję za komentarze. Zrezygnowałam na razie z bety, bo prawie wcale nie betowała. Teraz to ja przejęłam jej obowiązki, więc za wszelkie literówki i błędy przepraszam! Po raz kolejny proszę o komentarze, które będą dla mnie drogowskazem. A teraz miłego czytania!

Enjoy!

Obudziłam się około siódmej. Przynajmniej tą godzinę wskazywał zegar. Nie miałam pojęcia, co teraz robić, więc wzięłam Historię Magii i po raz kolejny zaczęłam czytać rozdziały o wojnie z Voldemortem.

Tom Riddle urodził się 1926 roku. Znany jest jako Lord Voldemort, Czarny Pan lub Sam-Wiesz-Kto. W czasie pierwszej wojny pokonany został przez Harry'ego Potter'a, który odbił zaklęcie śmierci w stronę Sami-Wiecie-Kogo, którego to znacznie osłabiło, ale nie zabiło. Podczas drugiej już wojny, siedemnaście lat później, Harry zniszczył jego pięć horkruksów, a Czarny Pan zabił Potter'a, w którym znajdowała się cząstka jego samego. Sami-Wiecie-Kto był bardzo osłabiony straceniem takiej ilości duszy, więc Hermiona Granger i Ron Weasley z łatwością go zabili. Jednak został jeszcze jeden niezniszczony horkruks – Wąż Nagini – który przetrwał. Gdzie znajduje się teraz Czarny Pan? To wiedzą jedynie Śmierciożercy z Wewnętrznego Kręgu.

Nie za wiele napisali, jak na wojnę, która miała zmienić czarodziejski świat. Przeczytałam ten krótki opis po raz kolejny. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że Voldemort musi mieć teraz prawie… 200 lat! To jest niemożliwe! W tej chwili rozległo się pukanie do drzwi.

-Proszę! - krzyknęłam. Drzwi otworzyły się i do środka wszedł dziadek.

-Cieszę się, że już nie śpisz. Nie lubię budzić ludzi. - starzec uśmiechnął się - Przyniosłem śniadanie. - poinformował i położył tacę z jedzeniem na stole. Usiadł na jednym z krzeseł, a ja zrobiłam to samo.

-Czemu wczoraj zrobiło się takie zamieszanie? - zapytałam.

-Bo sytuacja, mimo że Voldemorta na razie nie ma, jest bardzo ciężka. Śmierciożercy wciąż zabijają i rabują. Ponadto rozpowiadają plotki o wszystkich dobrych, potężnych czarodziejach jakoby mieli być źli i robić to wszystko dla swojej korzyści. Niektórzy w to wierzą, niektórzy nie. I jeśli jedni spotkają się z drugimi i ktoś roznieci iskrę nieporozumienia dochodzi do takich sytuacji.

-A jak to możliwe, że Voldemort żyje? Przecież musiałby mieć teraz prawie dwieście lat? - zapytałam już po śniadaniu.

-Bo widzisz Lily, to ciało się starzeje, nie dusza. Dusza zdobywa doświadczenie i mądrość.

-Więc przenosząc się z ciała do ciała jest się nieśmiertelnym?

-Tak, ale to jest bardzo trudne i wymaga wielkich uzdolnień magicznych. Chyba zaraz będziemy musieli iść, zbliża się jedenasta. - stwierdził dziadek. - Mam jednak jeszcze jedną rzecz do zrobienia. Twoje dziedzictwo, czy tam prezenty. Nazywaj to jak chcesz. Peleryna-niewidka, Mapa Huncwotów i trochę pieniędzy wędruje w twoje ręce.

-Dziękuję! - ucieszyłam się.

-Teraz naprawdę musimy iść. - powiedział dziadek i ruszyliśmy w stronę dworca.

Po kilkunastu minutach spaceru dotarliśmy na stację. Potem przeszliśmy na peron 9 ¾, gdzie stała już wielka czarno-czerwona lokomotywa parowa. Taka jaką mugole zazwyczaj widują w muzeach.

-Do zobaczenia, Lily. - powiedział dziadek

-Do zobaczenia. - odpowiedziałam i poszłam w stronę wagonów, gdzie czekało na mnie nowe życie i nowy świat. Wsiadłam do jednego z wagonów i zaczęłam poszukiwać wolnego przedziału. Jednak szybko zrozumiałam, że to bez sensu, bo uczniów było naprawdę dużo. Swoje poszukiwania przekierowałam na znalezienie przedziału z w miło wyglądającymi osobami. Po chwili znalazłam swój cel. W przedziale siedziały jedynie dwie osoby. Dziewczyna z brązowymi, nieokiełznanymi włosami i rudowłosy chłopak.

-Cześć. Można się dosiąść? - zapytałam. Starałam się brzmieć jak najuprzejmiej. Nie mogę przecież spalić się na starcie.

-Jasne. Jestem Ginny Weasley. - przedstawiła się dziewczyna – A to mój brat-bliźniak – Ron. Jesteśmy z pierwszej klasy.

-Siema. - rzucił chłopak.

-Miło mi was poznać. Jestem Lily Potter i też idę do pierwszej klasy. - również się przedstawiłam.

-Jesteś TĄ Lily Potter? - zapytał Ron. Zrobiłam głupią minę i nie odzywałam się chwilę, więc chłopak kontynuował – Tą, która ma jedenasty poziom mocy i tą która jest naszą ostatnią nadzieją.

-Tą, ale nie jestem do końca pewna czy tą. - odpowiedziałam. Teraz to chłopak zrobił głupią minę. Uśmiechnęłam się. - Jestem tą Lily Potter, ale raczej nie ja pokonam Voldemorta i wątpię, że mam jedenasty poziom mocy, bo do tej pory nie przejawiłam żadnych uzdolnień magicznych. - wytłumaczyłam.

-Ale… - zaczęła Ginny.

-Naprawdę nie macie innych tematów? Nie bardzo lubię o tym gadać, szczególnie, że dowiedziałam się o magii i czarodziejach dwa dni temu.

-Rozumiemy. - odpowiedział chłopak. Westchnęłam z ulgą. Pierwsze koty za płoty.

-Do jakiego domu chcecie zostać przydzieleni? - zapytałam, aby nie zapadła nieznośna cisza.

-Najbardziej to w Gryffindorze, a jeżeli nie tam to może być jeszcze Ravenclaw, no ostatecznie Hufflepuff. Byle nie Slytherin. - stwierdziła dziewczyna.

-Wszystko byle nie Slytherin – zgodził się chłopak. Pokiwałam głową ze zrozumieniem.

-Ktoś tu ma chyba uprzedzenia do Slytherinu. - stwierdził blondyn, który nie wiadomo kiedy pojawił się w drzwiach przedziału. - Ciekawe kto to? A no tak mugol i dwoje biedaków. Żałosne.

-Nikt cię tu nie zapraszał, Malfoy. - stwierdził Ron.

-I co z tego? - zapytał chłopak.

-I to, że masz stąd wyjść. - powiedziałam. Może nie ujawniam magicznych zdolności, ale kiedy jeszcze wiodłam mugolskie życie, które wydało mi się takie odległe, chodziłam na zajęcia z karate.

-Bo co? Bo rzucisz na mnie zaklęcie? Chwila... Zapomniałem... Jesteś zwykłym mugolem. - zadrwił chłopak.

-I zrobię to po mugolsku. - odpowiedziałam i wycelowałam pięścią w szczękę Malfoy'a, który nie wykonał żadnego ruchu, by się obronić. - A teraz z łaski swojej idź już.

-Jeszcze zobaczysz, Potter. - syknął Draco i odszedł.

-To było dobre. - powiedział Ron.

-Nie powinnaś się bić w pociągu. - zganiła mnie Ginny. - Jeszcze będziemy mieć kłopoty.

-Daj spokój. Wolałabyś, żeby on tak ciągle gadał? - zapytałam.

-Można było pójść po nauczycieli. - stwierdziła.

-I być spalonym na starcie. Nie, dzięki.

-Ginny, ona ma rację. - powiedział Ron, a dziewczyna odwróciła się obrażona. Przewróciłam oczami.

-Malfoy sobie zasłużył i bardzo dobrze o tym wiesz. A skarżenie i pozwalanie się zastraszać nie przyniesie nam żadnych korzyści. Trzeba od razu pokazać, że z nami się nie zadziera. - wytłumaczyłam jej na spokojnie.

-Zaraz będziemy w Hogwarcie. - rozległ się głos na korytarzu - Uczniowie proszeni są o przebranie się w szaty szkolne. - zrobiliśmy to co kazano. Po jakiś pięciu minutach pociąg zatrzymał się. Wzięliśmy bagaże i wraz z tłumem uczniów wyszliśmy z pociągu.

-Pirwszoroczni do mnie! - krzyknął olbrzym. A raczej, co wiedziałam z książek, półolbrzym. Wraz z bliźniakami poszliśmy w stronę Hagrida. - Bagaże połóżcie tutaj – rozkazał, pokazując ręką na chodnik. - A potem za mną. - zrobiliśmy jak mówił. Ciekawe czy będziemy płynąć łodziami, jak to Rowling opisała? Po chwili okazało się, że tak. Na jeziorze było strasznie zimno. Dobrze, że nie padało. Po pół godzinie dopłynęliśmy do wrót zamku.

-Uczniowie za mną! - powiedziała nauczycielka. Pewnie McGonagall. Ruszyliśmy posłusznie za nią. Przeszliśmy przez niezliczoną ilość korytarzy i schodów, aby w końcu dojść do Wielkiej Sali, gdzie miała odbyć się Ceremonia Przydziału. Tiara tradycyjnie najpierw odśpiewała swoją pieśń, a potem zaczęło się przydzielanie uczniów. Gdy połowa pierwszaków siedziała już przy stołach swoich domów McGonagall krzyknęła:

-Potter, Lily! - uczniowie zaczęli szeptać pomiędzy sobą, a gdy podeszłam do krzesła i na nim usiadłam, rozległa się, dla odmiany, nieskazitelna cisza.

-Ciężka sprawa... - powiedział głos w mojej głowie – Dzielna jak Gryfon, przebiegła jak Ślizgon, mądra jak Krukon i lojalna jak Puchon. - Długo, wręcz bardzo długo, nic się nie działo. Wszystko jakby stanęło w miejscu. W końcu Tiara krzyknęła:

-Nie wiem! Pasuje do każdego domu! - nie wiem jakim cudem, ale w sali zrobiło się jeszcze ciszej. Przełknęłam ślinę.

-Co teraz? - zapytałam. W tym samym czasie rozległy się szepty.

-Nigdy wcześniej się tak nie zdarzyło. - odpowiedziała profesorka. - Muszę porozmawiać z dyrektorem. - podeszła do stołu przy którym siedzieli nauczyciele. Dochodziły stamtąd głosy świadczące o dosyć ostrej dyskusji. Postanowiłam nie podsłuchiwać, tylko siedzieć na krześle z Tiarą Przydziału na głowie.

-Czemu nie wiesz, gdzie mnie przyporządkować? - pomyślałam.

-Masz cechy, odpowiadające każdemu z domów. I te cechy są rozłożone równomiernie. W przyszłości będziesz świetną czarownicą, bo posiadasz dobrą mieszankę cech, ale teraz stanowisz ciężki orzech do zgryzienia.

-Dlaczego nie przyporządkowałaś mnie do byle jakiego domu? - w myślach zadałam tiarze kolejne pytanie

-Bo nie mogę. Magia każe mi dopasowywać do domu zgodnie z charakterem. Gdzie najwięcej twoich cech pasuje, tam trafiasz. U ciebie nie ma najwięcej. - wyjaśniła. Nie miałam więcej pytań, więc rozejrzałam się po sali. Sufit wyglądał tak, jakby go nie było. Świeciły na nim gwiazdy i przesuwały chmury. Na ścianach wisiały obrazy i różne bronie. Stoły domów ułożone były równolegle do siebie, a stół nauczycielski prostopadle do nich. Na tym ostatnim skupiła się moja uwaga.

-Powinniśmy pozwolić jej wybrać. - powiedział niski nauczyciel. Flitwick.

-Zgadzam się. - poparła go McGonagall.

-W ogóle nie powinniśmy jej przyjmować. Ale jak już tu jest to dyrektor powinien jej wybrać dom, skoro ta stara czapka nie umie. - stwierdził nauczyciel z czarnymi tłustymi włosami. Od razu go rozpoznałam. Snape.

-Uspokójcie się. - westchnął dyrektor i przemówił głośniej. - Drodzy uczniowie. Z taką sytuacją spotykamy się po raz pierwszy, dlatego musieliśmy zastanowić się co mamy zrobić. Panna Potter pasuje do wszystkich domów w równym stopniu, dlatego sama powinna zdecydować, co jest dla niej najważniejsze i wybrać swój dom. - dyrektor zakończył przemowę i spojrzał na mnie. Podobnie jak inni nauczyciele i uczniowie.

-Gryffindor. - powiedziałam krótko.

-Tak więc Lily Potter trafia do Gryffindoru! - podsumowała McGonagall, a ja poszłam do stołu mojego domu, gdzie czekali na mnie radośni uczniowie. Usiadłam na wskazanym mi miejscu. Po chwili dołączyli do mnie Ginny i Ron oraz osoby, których jeszcze nie znałam.

-Wszyscy pierwszoroczni zostali przydzielenie do swoich domów, więc czas abyście poznali zasady panujące w Hogwarcie. - dyrektor rozpoczął przemowę – Surowo zabronione jest chodzenie do Zakazanego Lasu, wychodzenie poza granice zamku oraz wychodzenie z pokoi po godzinie dwudziestej trzeciej. A teraz smacznego. - dyrektor usiadł, a na stoły zapełniły się jedzeniem. Dopiero wtedy poczułam, że jestem głodna. Wszyscy zabrali się do jedzenia.

Po kolacji rozeszliśmy się do dormitoriów. Jako, że do ciszy nocnej pozostało jeszcze półtorej godziny, postanowiłam się przejść i przemyśleć mój wybór. Trochę późno, ale ja zawsze najpierw robię, potem myślę. Spacerowałam po zamku zagłębiona w swych rozmyślaniach, gdy natknęłam się na grupę uczniów. Chciałam ich wyminąć, ale nie pozwolili mi na to.

-Nie tak szybko, Potter. Mówiłem, że się odwdzięczę. - powiedział Malfoy. Koło niego stało jeszcze pięć osób, a na końcu korytarza zobaczyłam przyglądającego się sytuacji nauczyciela. Tylko czemu on nic nie robił?

-Aż tak się boisz, że musiało z tobą iść aż pięć osób? - odpowiedziałam.

-Zamknij się. - powiedział.

-Jak odpowiesz mi na pytanie. - przekomarzałam się z nim z uśmiechem. Draco zrobił się cały czerwony.

-Drętwota! - krzyknął w odpowiedzi. Odsunęłam się, a zaklęcie uderzyło w ścianę za mną. Byłam zadowolona, że chodziłam na to karate. Nauczyłam się dzięki temu refleksu.

-Już koniec? - zapytałam.

-Drętwota! Drętwota! Drętwota! - „odpowiedział" Malfoy. Za każdym razem omijałam zaklęcie. - Chyba trzeba to zrobić po mugolsku. Przecież ona inaczej nie umie. - zadrwił rozzłoszczony Malfoy. Towarzysze roześmieli się.

-Powtórka z pociągu? - zapytałam. Grupa Ślizgonów zaczęła się zbliżać. Pierwszy podszedł chłopak wyglądający jak goryl. Z tego co pamiętam nazywał się Ryan. Był dużo większy i silniejszy, ale jedno kopnięcie w przeponę wystarczyło, aby się przewrócił. Jeden z głowy. Jako kolejne podeszły dwie dziewczyny. Bliźniaczki. Uderzyłam je kilka razy i dołączyły do Ryan'a. Wokoło było już trochę krwi. Wtedy nauczyciel podbiegł. Był to Snape, opiekun Slytherinu.

-Potter! Minus pięćdziesiąt dla Gryffindoru! - wykrzyknął.

-Za co? Przecież oni zaczęli i pan to widział. - odpowiedziałam. Chyba nie przywykł, że uczniowie się mu przeciwstawiają, bo zrobił na chwilę zdziwioną minę. Jednak szybko doszedł do siebie.

-Nic nie widziałem. Po za tym zeszłaś do lochów, a to terytorium Ślizgonów. - powiedział.

-Nie sądzę. - odpowiedziałam. - Dyrektor nic o tym nie mówił, nie ma żadnych znaków, które by na to wskazywały i…

-Gryffindor kolejne minus pięćdziesiąt. - przerwał mi Snape. Uczniowie jego domu podeszli do ściany, udając ofiary. Poczułam wściekłość.

-To nie spra-wie-dli-we! - krzyknęłam. Każda sylaba oznaczała klątwę, która poleciała w stronę Snape'a. Nie przeszkadzał mi w tym nawet brak różdżki, która leżała jeszcze w moim kufrze. Wtedy o tym nie myślałam. Nauczyciel zasłaniał się przed uderzeniami i rzucił we mnie zaklęciem rozbrajającym. Nie miałam różdżki, więc nic to nie dało. Po chwili spróbował drętwoty. Ominęłam ją z łatwością. Byłam gotowa do rzucenia kolejnej klątwy.

-Co tu się dzieje? - zapytał ktoś, stojący za mną. Odwróciłam się. Stała tam McGonagall.

-Twoja uczennica zaatakowała moich uczniów. - powiedział Snape.

-Było na odwrót i dobrze pan o tym wie! - zaprotestowałam.

-Wątpię by Lily zaatakowała sama sześcioro uczniów. - stwierdziła McGoangall, opiekunka Gryffindoru – Ale to nie wyjaśnia czemu atakowałeś uczennicę.

-Jakbyś nie zauważyła ja tylko się broniłem.

-Rzuciłeś w nią drętwotę. - zauważyła McGonagall.

-A ona we mnie… Właściwie co to było? - Snape spojrzał na mnie podejrzliwie. - Zaklęcia niewerbalne? W tak młodym wieku? I czemu nie zadziałało zaklęcie rozbrajające? - Snape zasypał mnie pytaniami. McGonagall obdarzyła mnie pytającym spojrzeniem.

-Nie wiem co to było. Po prostu samo poleciało, bo mnie pan, delikatnie mówiąc, zdenerwował. A zaklęcie rozbrajające nie zadziałało, bo nie mam różdżki przy sobie. - wyjaśniłam lekko sarkastycznie.

-To jak ty ich załatwiłaś? - zapytała mnie nauczycielka.

-Mugolską techniką. Może czarodzieje nią gardzą, ale jest niezwykle skuteczna.

-A czym cię Severus zdenerwował?

-Widział, że to ja zostałam zaatakowana, ale staną w obronie Ślizgonów, odjął sto punktów i zaczął wymyślać punkty regulaminu.

-Jakie punkty regulaminu?

-Chociażby to, że lochy to teren Slytherinu i uczniowie z innych domów nie mogą tam wchodzić. - wyjaśniłam.

-Sto punktów i tak zostaje odjęte Gryffindorowi Za zaatakowanie nauczyciela. - uparł się Snape.

-I pięćdziesiąt punktów Slytherinowi za zaatakowanie nauczyciela - Snape zrobił zdziwioną minę. - Od osoby. Oraz sto za zachowanie opiekuna domu. - dodała nauczycielka i odeszła.

-Potter masz przerąbane. - powiedział Snape, gdy tylko McGonagall odeszła na odległość, z której nie mogła usłyszeć Snape'a.

-A ja myślałam, że po takiej akcji pan pokocha Gryffindor. - moja wypowiedź była tak przesiąknięta ironią, że bardziej się nie dało. Zanim nauczyciel zdążył cokolwiek odpowiedzieć, ja już byłam w drodze do dormitorium. Dotarłam tam dosyć szybko, mimo że nie chodziłam wiele po tym zamku. Po chwili byłam już w dormitorium, gdzie przywitał mnie prefekt naczelny, Sam.

-Gryffindor stracił sto punktów. Wiesz coś o tym? - zapytał ze złością.

-Tak jakby. - odpowiedziałam niewinnie.

-Pierwszego dnia? I to jeszcze tak dużo? - zapytał zawiedziony.

-Daj spokój Sam. - jakiś brunet stanął w mojej obronie. - Ustanowiła nowy rekord Hogwartu. Największa ilość punktów stracona pierwszego dnia. Tak poza tym jestem Mike.

-Lily. - przedstawiłam się. - Muszę cię zmartwić, ale rekord należy do Slytherinu. Właśnie stracili czterysta punktów. - odpowiedziałam uprzejmie. Z tej wiadomości wszyscy się ucieszyli, nawet Sam.

-Kurde… - Mike udał zawiedzionego. Roześmiałam się. - Opowiadaj co się stało. - rozkazał. Posłusznie zaczęłam swoją opowieść. Gdy już skończyłam wszyscy patrzyli na mnie zdziwieni.

-Pobiłaś szóstkę Ślizgonów, nagadałaś i zaatakowałaś Snape'a, któremu McGonagall zabrała sto punktów i on odjął ci tylkosto punktów? Jesteś genialna. - skwitował Mike.

-Dzięki. - odpowiedziałam i podeszłam do bliźniaków Weasley.

-Lily ty użyłaś magii bezróżdżkowej! Jak? To niemal niemożliwe! - powiedziała Ginny, gdy tylko podeszłam.

-Samo jakoś wyszło. - odpowiedziałam. - Zmęczona jestem. Idę spać. - poinformowałam dziewczynę. Trochę skłamałam. Byłam zmęczona, ale nie szłam spać tylko zastanowić się nad magią bezróżdżkową.

Skoro jest niemal niemożliwa dlaczego mi wyszło? I to bez żadnego treningu? Pewnie dlatego, że byłam wściekła i nie kontrolowałam się. Ciekawe czy dałoby się nad tym zapanować... I co dzięki niej da się zrobić? Poszłam spać czując, że głowa pęka mi od nadmiaru pytań.