Przedstawiam Wam trzeci rozdział. Dziękuję za komentarze, które są bardzo motywujące. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że dziedziczenie imion nie było najlepszym pomysłem, aczkolwiek wydaje mi się, że Hogwart z kompletnie innymi imionami i nazwiskami nie byłby już taki sam. :)

Enjoy!

Wstałam, ale czułam się jakbym ostatnie trzy dni spędziła na imprezie. I to naprawdę ostrej imprezie. Głowa mi pękała, źle się czułam i nie byłam w stanie myśleć.

-Rany! Lily! Wyglądasz jak siedem nieszczęść! - krzyknęła, z nutką przerażenia w głosie, Ginny, gdy tylko mnie zobaczyła. Mruknęłam coś w odpowiedzi i ziewnęłam. Wciąż zaspana doprowadziłam się do względnego porządku i zeszłam wraz z przyjaciółką i jej bratem na śniadanie. Wypiłam wielki kubek kawy i od razu poczułam się lepiej. Może nie idealnie, ale lepiej.

-Witajcie uczniowie. - zagrzmiał głos dyrektora – Teraz rozdam wam plany lekcji. Naukę zaczynacie o ósmej. - w chwili, gdy to mówił, w ręku każdego z uczniów pojawiła się mała kartka. Zerknęłam co mamy dzisiaj.

ęcia

przed czarną magią

-Pierwszy dzień i podwójne eliksiry. Super. - mruknęłam.

-Za pięć minut zaczynają się zaklęcia. Chodźcie. - powiedziała Ginny.

-A wiesz gdzie jest klasa? - zapytałam. Ginny pokręciła niepewnie głową. Ona czegoś nie wie! Koniec świata!

-Trzeba kogoś zapytać. - stwierdził Ron. Rozejrzałam się po Wielkiej Sali i zobaczyłam Mike'a.

-Hej, Mike! - zawołałam, a chłopak się obrócił. Podeszłam do niego. - Wiesz może jak trafić na zaklęcia? - zapytałam z uśmiechem na ustach.

-Wiem. - odpowiedział – Jak wyjdziesz z Wielkiej Sali, musisz pójść w prawo, potem schodami na górę i drugie… nie, trzecie drzwi po lewej to sala Flitwick'a. - odpowiedział – A teraz wybacz mam eliksiry, a chociaż wolałabym pogadać z tobą, Snape nie daruje mi spóźnienia. - Chłopak skrzywił się.

-Dziękuję. - odpowiedziałam. Poszłam po przyjaciół i zaprowadziłam ich do sali. Weszliśmy tuż przed profesorem, który okazał się niskim człowiekiem w okularach.

-Witajcie pierwszaki. Jestem profesor Flitwick i będę was uczył zaklęć. Jakieś pytania? - przywitał się nauczyciel. Nikt się nie zgłosił. - Na początku będziemy się uczyć prostych i łatwych zaklęć. Z czasem będą one trudniejsze i będą wymagały większej mocy, zaangażowania i skupienia. Ale na pewno wszystkim się uda. - w tym momencie moja ręka powędrowała do góry. - Tak, panno Potter?

-Czy magia ma jakieś ograniczenia? - zapytałam trochę zbita z tropu, bo profesor znał moje nazwisko.

-Ciekawe pytanie. - powiedział – Jakby się głębiej zastanowić to… nie. Magia nie ma ograniczeń. To czarodziej ją ogranicza własną mocą i wyobraźnią. Co ja to miałem… A! Dyrektor kazał mi poinformować was, że używanie przez niepełnoletnich magii poza Hogwartem jest surowo zabronione. A dla tych, którzy nie wierzą i chcą się przekonać, dodam, że wasze różdżki mają Namiar, więc łatwo odnajdzie się tego, kto złamał przepis. - moja ręka znów powędrowała do góry. - Słucham?

-Nie można używać różdżki czy magii? - zapytałam, błogosławiąc się w duchu, że wypiłam rano kawę. Trochę mnie rozbudziła. Co z człowiekiem robi kofeina...

-A co to za róż… Aha! - Flitwick doznał olśnienia i chyba zrozumiał o co mi chodzi. - Panno Potter, proszę, by została pani po lekcji. A co do pytanie to nie wolno używać magii. A teraz przejdźmy do właściwego tematu lekcji… - dalej wszystko toczyło się normalnie. Ciekawa byłam co profesor ma mi do powiedzenia, więc nie skupiałam się zbytnio na ćwiczeniu zaklęć. Jednak, co dziwne, one mi i tak wychodziły. Nawet, gdy Ginny stwierdziła, że źle macham różdżką. Na szczęście w tym momencie zadzwonił dzwonek, więc nie musiałam zastanawiać się co jej odpowiedzieć. Gdy wszyscy już wyszli podeszłam do biurka.

-Kazał pan mi zostać. - powiedziałam.

-Wiem. - odpowiedział – Mniemam, że zadałaś dzisiejszy pytania, z powodu wczorajszej sytuacji, o której słyszałem. McGonagall opowiadała, że Snape był bardzo zaskoczony swoją porażką. - nauczyciel zaśmiał się – A zawsze uważał się za najlepszego… Ale wracając do tematu. Interesuje cię magia bezróżdżkowa?

-Trochę. - przyznałam.

-Więc odpowiem ci na pytania. Pierwszą odpowiedź już znasz, więc czas na drugą. Każdy kupuje różdżkę w wieku piętnastu lat. Namiar działa przez pięć. Aktywuje się go specjalnym zaklęciem tuż przed sprzedażą. Dzięki temu ministerstwo wie jakie zaklęcia, gdzie i kiedy rzuciłaś. Ale używania magii już nie wykrywają. Więc jeżeli nauczyłabyś się magii bezróżdżkowej, nikt by jej nie wykrył. Co prawda żaden uczeń jeszcze tego nie dokonał, ale jeśli chcesz mogę ci pomóc spróbować. Sporo czytałem na ten temat, bo sam niegdyś chciałem mieć taką umiejętność, jestem jednak zbyt słabym czarodziejem. - westchnął. - Ty raczej nie będziesz miała tego problemu. Na początku musisz nauczyć się zbierać w sobie moc na zawołanie, że tak powiem. Najlepiej uczy się to robić podczas medytacji. Kiedy będziesz umiała przywołać szybko swoją moc, zajmiemy się kolejnym etapem edukacji.

-Dobrze. - dopowiedziałam. - Do widzenia. - pożegnałam się i wyszłam. Powlokłam się niechętnie na eliksiry. Przeczuwałam, że to nie będzie lekka lekcja.

Snape wszedł do klasy i obdarzył wszystkich Gryfonów lekceważącym spojrzeniem. Na Ślizgonów, którzy mieli z nami lekcje spojrzał z tolerancją w oczach. Od razu wiadomo kto na tych lekcjach będzie miał lepiej. Westchnęłam.

-Nazywam się Severus Snape i będę was uczył eliksirów. Na swoich lekcjach nie toleruję błaznowania i lekceważenia nauczyciela. Nie toleruję również spóźniania się. - mówił to jednak tak, jakby swoją wypowiedź kierował tylko do Gryfonów. Jakby już ostrzegał, że mają przewalone.

-Nie toleruję Gryffindoru. - mruknął Ron. Roześmiałam się. Okazało się jednak, że trochę za głośno.

-Czy panna Potter ma coś do dodania? - zapytał Snape patrząc na mnie lodowatym spojrzeniem. Ślizgoni zaśmiali się. Szybko zastanowiłam się czy przeprosić czy popyskować. Jeżeli przeproszę on uzna, że wygra, a bardziej nienawidzić to się chyba nie da…

-Zastanawiałam się czy pan cokolwiek toleruje na swoich lekcjach. - wypaliłam. Snape zrobił zdziwioną minę. Czyli wygrałam.

-Potter szlaban. - Snape wycedził przez zęby.

-Ale za co? - zapytałam niewinnie. - Przecież ja tylko zadałam pytanie.

-Dobrze wiesz za co. - odpowiedział nauczyciel.

-Chyba jednak nie wiem. - stwierdziłam.

-Nie denerwuj mnie! - Snape wybuchnął.

-Ale ja pana nie denerwuję. Zapytałam się czy pan coś toleruje na swoich lekcjach, a potem za co dostałam szlaban. To chyba nie przestępstwo?

-Dobra... Odwołuję szlaban tylko zamknij się! - nauczyciel tracił nad sobą kontrolę. To było widać. Psychika chyba siada. Ale osiągnęłam to co chciałam - zwycięstwo i to jeszcze bez większych strat.

-Jasne. - zgodziłam się łaskawie i rozsiadłam się wygodnie na krześle. Snape mówił dalej o bezpieczeństwie podczas warzenia i właściwościach różnych składników, ale nie słuchałam go za bardzo. Wolałam napawać się swoim zwycięstwem. Nauczyciel zaś ignorował mnie przez całe podwójne eliksiry.

Kolejną lekcją była obrona przed czarną magią. Do sali wszedł wysoki, dobrze zbudowany brunet.

-Witam. Nazywam się Milius McCain i, jak zapewne wiecie, będę was uczył obrony przed czarną magią. W dzisiejszych czasach jest to przedmiot niezwykle ważny, więc jeżeli chcecie przeżyć radzę wam się przyłożyć do nauki. - nauczyciel wszystko powiedział spokojnym tonem. - Może zaczniemy od razu. Pierwszym zaklęciem jakiego się nauczymy będzie zaklęcie rozbrajające… Expelliarmus! - nauczyciel krzyknął i skierował różdżkę w moją stronę. Różdżka wypadła mi z ręki. Tylko dlaczego akurat we mnie wycelował? Jeżeli to jest znowu związane z tym, że jestem Lily Potter to mam już dosyć tego bycia jakimś celebrytą. Dlaczego nie mogę być zwykłym uczniem, który jest traktowany jak zwykły uczeń i wymaga się od niego tyle co od zwykłego ucznia? Dlaczego? Byłam rozgoryczona, zła i chciałam pokazać wszystkim, żeby dali mi spokój. Chciałam pokazać, że jestem silna i lepiej zostawić mnie w spokoju. Chciałam im pokazać, że potrafię. Gdy tylko o tym pomyślałam różdżka do mnie wróciła. Kiedy znów poczułam ją w dłoni, uśmiechnęłam się.

-Jak to zrobiłaś? - zapytał szczerze zdziwiony nauczyciel.

-Nie wiem. - odpowiedziałam. - Samo wyszło.

-To zdumiewające. - podsumował nauczyciel. - A teraz przejdźmy do ćwiczeń. - przez całą lekcję ćwiczyliśmy zajęcia rozbrajające. Podobnie jak na zaklęciach, szło mi bardzo dobrze, mimo że nie przykładałam się do tego za bardzo, bo myślałam o tym, że znów udało mi się coś zrobić bez różdżki.

Na ostatniej lekcji, którą była transmutacja, nie wydarzyło się nic ciekawego. Właściwe dowiedziałam się jedynie, że „transmutacja to bardzo trudna dziedzina magii i nie wszyscy są uzdolnieni w tym kierunku".

Po całym dniu lekcji udaliśmy się na obiad. Gdy tylko usiadłam do stołu wszyscy zaczęli się pytać o moje dzisiejsze eliksiry i o to, co na nich powiedziałam Snape'owi. Plotki naprawdę szybko się rozchodzą. Zerknęłam na stół nauczycielski, bo chciałam zobaczyć minę Mistrza Eliksirów, ale żadnego z nauczycieli nie było na sali.

Nagle do naszego stołu podeszło kilku Ślizgonów.

-Snape jej odpuścił? - prychnął Malfoy – Błagała go prawie na kolanach, więc co miał zrobić?

-Nieprawda. - odpowiedziałam.

-Naprawdę? - zapytał Draco – Jesteś zwykłą szlamą. Zrobił to z litości.

-Nie musiał. Daję sobie radę sama. A jak już skończyłeś to spadaj.

-Dobrze, ale ukłoń się mi tak, jak to szlama powinna zrobić przed czarodziejem czystej krwi. - wszyscy uczniowie z sali przyglądali się naszej kłótni.

-Chyba coś ci się poprzestawiało w tym twoim małym móżdżku, Malfoy. - powiedziałam i odwróciłam się od niego na znak, że już z nim skończyłam.

-Teraz! Expelliarmus! Drętwota! - krzyknął Malfoy. Ostatnie zaklęcie powtórzyła trójka Ślizgonów, która z przyszła z Draco. Różdżka wypadła mi z ręki.

-Protego! - usłyszałam głos Mike'a. Obróciłam się i oceniłam sytuację. Czary rzucone przez uczniów Slytherinu napierały na tarczę stworzoną przez Gryfona. Nie była jednak ona w stanie zatrzymać ich na długo. Wiedziałam, a raczej czułam, że zaraz się rozpadnie i czary trafią we mnie. Ja z kolei nie mogłam się ruszyć. I nie tylko dlatego, że sparaliżował mnie strach, ale tarcza uniemożliwiała mi ucieczkę. Gdzie są ci cholerni nauczyciele kiedy są potrzebni? W końcu przyszli. Jednak zanim zdążyli zareagować, tarcza rozpadła się.

-Protego! - Kolejna tarcza pojawiła się przede mną.

-Dosyć! - krzyknął dyrektor, a Ślizgoni przestali atakować. Spojrzałam w bok, aby zobaczyć kto mnie uratował.