To już piąty rozdział tej hostorii. Przepraszam, że musieliście czekać na niego trochę dłużej, ale po śmierci Alana Rickmana złapał mnie brak weny. Kolejnym problemem było to, że ten rozdział miał być zabawny, a kiedy tylko pisałam "Snape", cała radość gdzieś ulatniała się z tego rozdziału. Dlatego nie będzie on pewnie za śmieszny i wybitnie dobry, ale mam nadzieję, że i tak Wam się spodoba. Dziękuję także z całego serca za komentarze i followy.

Enjoy!

Następnego dnia wstałam dużo wcześniej niż zwykle. Było to spowodowane zapewne tym, że nie mogłam doczekać się dzisiejszej zemsty na Ślizgonach. Jako, że do śniadania zostały jeszcze dwie godziny, postanowiłam zacząć pisać esej na jutrzejsze eliksiry.

-Lil, ty już nie śpisz? - zapytała mnie Ginny za plecami. Od razu poznałam, że to ona, bo tylko ona mówi do mnie „Lil". Próbowałam ją tego oduczyć, ale póki co każda z moich prób kończyła się niepowodzeniem.

-Nie widać? - uśmiechnęłam się i postawiłam ostatnią kropkę na pergaminie. - O! Już skończyłam.

-Ale co skończyłaś? - zapytała dziewczyna.

-Esej na eliksiry. - wytłumaczyłam.

-Pff… Ja napisałam go już trzy dni temu. - Ginny machnęła ręką i poszła się szykować. Po kilkunastu minutach byłyśmy już z Ronem w drodze do Wielkiej Sali.

Przyszliśmy na śniadanie jako jedni z pierwszych. Przy stołach siedziało już kilku Krukonów i Puchonów oraz Snape i McCain. Usiedliśmy na swoich miejscach i, jak gdyby nigdy nic, zaczęliśmy jeść. W przeciągu następnych piętnastu minut przyszła pozostała część nauczycieli i uczniów, jednak na sali wciąż nie było Ślizgonów. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że przynajmniej część mojego planu się udała. Rozsiadłam się wygodniej na krześle i uśmiechnęłam się do siebie.

-Lily, co ty wykombinowałaś? - zapytał podejrzliwie Ron i obdarzył mnie prześwietlającym spojrzeniem. Nie miało jednak ono wielkiej mocy, więc nie poczułam się nawet niekomfortowo.

-Niespodzianka. - odpowiedziałam niemalże beztrosko i wróciłam do picia kawy z wielkiego, żółtego kubka. Po kilku minutach młodzi czarodzieje zaczęli szeptać i snuć teorie na temat przyczyny nieobecności Węży. Niektóre sprawiały, że ledwo się powstrzymywałam od śmiechu. Nauczyciele także zauważyli brak uczniów.

-Czy ktoś wie co się dzieje ze Ślizgonami? - Dumbledore wstał.

-Może się zgubili. - odpowiedział Mike, co wywołało krótki śmiech. Snape spojrzał na chłopaka nieprzyjaźnie. Miałam właśnie podzielić się swoimi przypuszczeniami, jednak przeszkodziła mi w tym grupka pierwszorocznych Ślizgonów, która właśnie weszła na salę. Uczniowie, widząc ich, na początku zaniemówili, ale po chwili wszyscy zaczęli się śmiać. Flitwick i McGonagall także śmiali się w głos, a przez twarz Dumbledore'a przemknął ledwo widoczny uśmieszek.

-Co wy macie na sobie? - zapytała jedyna, oprócz Ślizgonów, osoba której nie było do śmiechu. Mistrz Eliksirów spojrzał na swoich podopiecznych, którzy mieli… różowe włosy i ubrania z napisem „Kocham Gryffindor". Zamiast „o" było wielkie serce, a w nim herb mojego domu.

-Malfoy, świetne ciuchy skąd je macie? - zapytałam, udając ekscytację. Chłopak zignorował mnie.

-Potter, cicho! - wykrzyknął rozzłoszczony Snape. Naprawdę tak łatwo go zdenerwować?

-Severusie, spokojnie. Ja też bym chciała wiedzieć skąd mają te ubrania. Może też sobie takie sprawię? - stwierdziła McGonagall.

-Profesorze. - zwróciła się do Snape'a jeden ze Ślizgonów, Ryan. - Rano obudziliśmy się i tak już było. A najgorsze jest to, że tych napisów i włosów nie da się zasłonić. - poskarżył się chłopak.

-W dodatku ściany w naszym dormitorium są różowe. - powiedziała jedna ze Ślizgońskich bliźniaczek. Cather, z tego co pamiętam.

-I wszędzie są tęcze, jednorożce i herby Gryffindoru. - dodała druga bliźniaczka, Megan. Przysłuchujący się tej rozmowie uczniowie i niektórzy nauczyciele śmiali się coraz głośniej, a Snape robił się czerwony.

-Potter! - wykrzyknął w końcu.

-Słucham? - zapytałam niewinnym głosem.

-Ty to zrobiłaś. - oskarżył mnie.

-Nie! - zaprotestowałam. - Zresztą jak, kiedy i po co? Pan ma jakąś manię prześladowczą na moim punkcie.

-Dyrektorze, to chyba odpowiedni moment, aby uruchomić nasz Namiar, a wtedy z pewnością okaże się, że to panna Potte do dormitorium Ślizgonów i rzuciła jakieś nielegalne czary. - Snape wyraźnie zaakcentował słowo „wleciała".

-On powiedział wleciała?

-Tak! Tak powiedział!

Wszędzie wokół mnie dało się słyszeć takie szepty. Skrzywiłam się. Snape zrobił to specjalnie, aby odwrócić uwagę od jego uczniów. Marna zagrywka, ale jak to mówią, tonący brzytwy się chwyta. Postanowiłam jednak nie pozwolić mu nawet na ten kiepski ratunek. Skupiłam w sobie swoją moc i uniosłam się w powietrze. Oczy uczniów skierowały się na mnie.

-Zapewniam pana, że nigdzie wczoraj nie wlatywałam. Ale trzeba sprawdzić kto zrobił to Ślizgonom. Te różowe włosy strasznie mnie denerwują. W dodatku te napisy na ich ubraniach są ujmą dla Gryffindoru. - Powiedziałam dumnie. Uwaga uczniów była teraz podzielona pomiędzy mnie, wciąż latającą w powietrzu, coraz bardziej czerwonego Snape'a i zagubionych Ślizgonów.

-Tak, chodźmy zobaczyć. - zgodził się dyrektor. - Niech wszyscy zostaną tam, gdzie są. - rozkazał uczniom i wyszedł wraz ze Snape'em i kilkoma innymi nauczycielami. Podeszłam do swojego miejsca przy stole.

-Będziesz czekać posłusznie? - zapytał mnie zdziwiony Ron.

-Coś ty! - odpowiedziałam, wyjmując wcześniej przygotowaną pelerynę-niewidkę. Narzuciłam ją szybko na siebie i wybiegłam z sali. Na korytarzu wzniosłam się w powietrze i poleciałam do gabinetu dyrektora najszybciej, jak umiałam. Na szczęście zdążyłam i weszłam razem z nimi, a raczej wleciałam nad nimi, do owalnego pomieszczenia.

-To musi być Potter. Jest taka sama jak jej ojciec chrzestny. Odziedziczyła po nim same najgorsze cechy.- powiedział Snape, gdy tylko drzwi się zamknęły.

-Simon był dużo gorszy. Chociaż jeżeli ten numer to faktycznie sprawka Potter, to chyba pobiła nawet jego. - stwierdził Dumbledore, śmiejąc się.

-Ty uważasz, że to śmieszne? - oburzył się Mistrz Eliksirów.

-Szczerze mówiąc, to tak. - odpowiedział.

-Dobra sprawdźmy ten Namiar. - Snape, jak nie on, odpuścił sobie kłótnie.

-Nie było żadnych podejrzanych czarów w lochach przez ostatnie… 4 lata. - Po kilku minutach stwierdził Dumbledore.

-Czyli nie możemy nikogo ukarać. - podsumowała McGonagall. Snape się wściekł.

-Na pewno zostawiła jakieś ślady w dormitorium Slytherinu! - wykrzyknął. Nauczyciele pokiwali głową, ale widać było, że nie są przekonani. Mimo to wszyscy udali się w stronę lochów, a ja poleciałam za nimi.

Po chwili staliśmy już przed wejściem do Gniazda Węży, jak określali to Gryfoni. Snape wypowiedział cicho hasło, a drzwi odsunęły się. Nauczyciel wszedł do pomieszczenia. Ledwo powstrzymałam się od śmiechu. Włosy Snape'a stały się różowe, a na jego ubraniu widniały napisy „Kocham Gryffindor". Nauczyciele wybuchnęli śmiechem, a Mistrz Eliksirów spojrzał na nich jak na idiotów.

-Nawet nie zobaczyliśmy jeszcze tego, co Potter zmalowała, a wy już się śmiejecie. - stwierdził. McGonagall, wciąż się śmiejąc, wyczarowała lustro i podsunęła je Snape'owi.

-Cholera! Zabiję ją! - nauczyciel zaczął wrzeszczeć jak opętany.

-Severusie, uspokój się. Dzięki temu wiemy już dwie rzeczy. - stwierdził Dubledore, starając się zachować uwagę.

-Jakie? - zapytał zdziwiony Flitwick.

-To jaki czar jaki został rzucony i jak go zdjąć.

-Jak go zdjąć? - zapytał zniecierpliwiony Snape z nutką nadziei w głosie.

-Wystarczy powiedzieć hasło, które ustaliła osoba, która rzuciła urok, do dezaktywacji zaklęcia. Ale, jeżeli to faktycznie Potter, to zapewne ustanowiła jakieś zaklęcia utrudniające. - odpowiedział Dumbledore. Aż tak łatwo mnie przejrzeć? Zapytałam siebie w myślach. - Póki co powinniśmy wrócić do Wielkiej Sali. - dodał dyrektor. Słysząc te słowa, poleciałam jak najszybciej, by dotrzeć tam przed nauczycielami. Na szczęście udało mi się.

-O czym gadali? - zapytał mnie Ron, gdy już siedziałam, jak każdy uczeń.

-Potem. - odpowiedziałam krótko, ponieważ nauczyciele już wchodzili. Gdy wszedł ostatni z nich salę wypełnił śmiech i niedowierzanie.

-Wiedziałem, że on tak naprawdę nas nie nienawidzi! - krzyknęła Gryfonka z piątego roku.

-Jak to mówią. Od nienawiści niedaleko do miłości. - rzuciłam. Uczniowie naśmiewali się jeszcze chwilę, ale ja już nie słuchałam. Patrzyłam na zdenerwowanego Snape'a, napawając się tryumfem.

-Lily, czy możemy porozmawiać? - dyrektor podszedł do mnie. Kiwnęłam głową i poszłam za nim do jego gabinetu.

-Rozumiem twoją złość na profesora Snape'a, ale on naprawdę ma swoje powody. - Dumbledore zaczął „prosto z mostu"

-Co to ma do rzeczy? - zapytałam.

-To, że czasami należy odpuścić. Jesteś osobą dominującą, masz duszę przywódcy i wiem, że to będzie dla ciebie ciężkie, jednak proszę cię, przystopuj czasami. - powiedział dyrektor, patrząc na mnie swoimi niebieskimi oczami. Dużo słów używał z języka potocznego. Pewnie po to, abym odniosła wrażenie, że jest to przyjacielska rada. Analizowałam.

-Ja mam odpuścić? To nie ja znęcam się na uczniach za nazwisko czy przynależność do domu. - zauważyłam spokojnie.

-Lily, wiem. Jednak on się łatwo nie zmieni. Pracuję nad tym, ale ty trochę to utrudniasz.

-Jak?

-To jeszcze nie czas, aby o tym mówić. Zresztą to profesor Snape powinien o tym powiedzieć, ja nie znam wszystkich szczegółów. - wytłumaczył. Postanowiłam nie drążyć tematu. - A teraz jak brzmi hasło dezaktywujące.

-Jakie ha…

-Tylko nie udawaj, że nie wiesz. - przerwał mi dyrektor. - Żaden inny uczeń nie zna magii bezróżdżkowej. Po za tym twoim ojcem chrzestnym jest Simon. Obiecuję, że nie wyciągnę konsekwencji.

-Krzyknięcie trzy razy Kocham Gryffindor. - powiedziałam.

-Tylko tyle? - zdziwił się dyrektor. - Myślałem, że będzie to coś gorszego…

-Ale musi to zrobić Snape…

-Profesor Snape – poprawił mnie dyrektor.

-… profesor Snape w Wielkiej Sali. - dokończyłam. Mogę przysiąść, że dyrektor przez chwilę był tym rozbawiony.

-Tak… To wiele wyjaśnia. - dodał dyrektor. - Twój dziadek kazał przekazać, że zapozna cię z twoim ojcem chrzestnym w przerwie świątecznej.

-Wiem, ale mam pytanie… Bo ja mam rodziców chrzestnych w mugolskim świecie, to jak to możliwe, że mam jeszcze jednego ojca chrzestnego?

-Magiczny ojciec chrzestny to co innego. Składa on przysięgę i wtedy chrześniak odziedzicza jakieś cechy po ojcu chrzestnym. Oczywiście mówimy o cechach charakteru. Przez to, że Simon jest twoim ojcem chrzestnym, wszyscy spodziewali się problemów z tobą, bo chociaż był on zdolny i dosyć potężny, to był także mistrzem żartów. Wiele rekordów z Uczniowskiej Księgi Rekordów Hogwartu należy do niego. - Dumbledore wyjaśnił.

-Kto ma tę księgę? - zapytałam zaintrygowana.

-Każdy dom ma jeden egzemplarz. Wszystkie one są zaczarowane, tak, że jeżeli jakiś rekord zostanie pobity, to sam się zmienia. Możesz sprawdzić czy pobiłaś Simona w najlepszym żarcie.

-A co jaki numer on wykręcił?

-Niech lepiej sam ci powie. - uśmiechnął się dyrektor. - Wróćmy już do Wielkiej Sali. - rozkazał. Jak powiedział, tak zrobiliśmy. Usiadłam przy stole, koło moich przyjaciół. Prawie wszyscy dookoła mnie rzucali ciekawskie spojrzenia, jednak skutecznie to ignorowałam.

-Drodzy uczniowie! Ze względu na… ekhem… problemy techniczne, odwołuję dzisiejsze lekcje. Aha. I wstęp na Wielką salę jest wzbroniony do odwołania. - powiedział Dumbledore, wywołując okrzyki radości. Następnym razem muszę zaznaczyć, że w sali muszą być wszyscy uczniowie. Skarciłam się w myślach. Po chwili wraz z wszytskimi uczniami opuściłam Wielką Salę.

-Chodźcie do Pokoju Życzeń. - powiedziałam Ginny i Ron'owi.

-Jak ty to wszystko zrobiłaś? - zapytała mnie dziewczyna, kiedy już dotarliśmy na miejsce.

-Kilka prostych zaklęć. - odpowiedziałam.

-Co powiedział ci Dumbledore? - zaciekawił się chłopak. Opowiedziałam o całej wizycie w gabinecie. - I nie będziemy oglądać jak Snape to krzyczy?

-Myślisz, że ominęłabym takie przestawienie? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie. - Rzuciłam zaklęcie nagrywające. Szkoda tylko, że zapomniałam zaznaczyć, że Wielka Sala ma być pełna. No cóż, następnym razem na pewno zrobię to lepiej.

-Co teraz? - zapytała Ginny.

-Och… Teraz sprawdzimy Uczniowską Księgę Rekordów Hogwartu. - odpowiedziałam. - Ktoś wie gdzie ona jest?

-Ma ją prefekt naczelny każdego z domów. - odpowiedziała Ginny. - Ma się rozumieć, że teraz do niego będziemy iść.

-Zgadza się. - odpowiedziałam. Wyszliśmy z Pokoju Życzeń i udaliśmy się do dormitorium. Na szczęście zastaliśmy tam prefekta naczelnego.

-Czy mogłabym zobaczyć UKRH? - zapytałam miłym głosem.

-Dużo punktów odjęli za ten twój dzisiejszy numer? - chłopak zmienił temat.

-Powiem ci jak mi dasz tę księgę. - Sam popatrzył chwilę na mnie, ale posłusznie podał mi opasłe tomiszcze.

-Nic nie straciliśmy. - odpowiedziałam zgodnie z umową i skierowałam się w kąt pomieszczenia. Za mną poszło kilku innych Gryfonów, w tym Ron, Ginny i Mike. Usiadłam po turecku na podłodze i otworzyłam ciężką, oprawioną w skórę, księgę. Na pierwszej stronie widniał napis Uczniowska Księga Rekordów Hogwartu, a w tle widoczny był lew Gryffinforu. Przewracałam kolejne strony. Wszędzie były zapisane kategorie rekordów, nazwiska uczniów i ich wyniki. Najwięcej rekordów pobił niejaki Simon Wild. Domyśliłam się, że to właśnie mój ojciec chrzestny. Królował w takich kategoriach jak: utrata największej liczny punktów w ciągu jednej lekcji, największe zdenerwowanie Snape'a, czy najdłuższy szlaban. Ciekawiło mnie co zrobił Snape'owi, skoro jego numer rozzłościł Mistrza Eliksirów bardziej niż mój. Z niecierpliwością czekałam na kategorię najlepszy żart. Znalazłam ją dopiero na ostatniej stronie. Ku mojemu zdziwieniu widniało przy niej moje nazwisko.

-Czyli to ty wykręciłaś ten numer! - wykrzyknął odkrywczo Mike.

-Dopiero na to wpadłeś? - zapytałam z wyższością w głosie.

-Nie. - zaprzeczył wesoło chłopak. - Może spacer na uczczenie nowego rekordu?

-Chętnie. - odpowiedziałam. Chłopak wziął mnie za rękę i wyszliśmy na błonia.

-Jak wpadłaś na ten pomysł? - zapytał po chwili milczenia chłopak.

-Tajemnica biznesowa. - odpowiedziałam. Mike zrobił obrażoną minę, na co tylko się zaśmiałam. Znów spacerowaliśmy w ciszy.

-Ała! - krzyknęłam nagle.

-Co się stało? - zapytał zaniepokojony chłopak.

-Różdżka mnie parz… Aha! Zaczęło się. - powiedziałam podekscytowana, nie przejmując się tym, że Gryfon niczego nie rozumie. Wyjęłam różdżkę i nią machnęłam. Przed nami pojawił się obraz z Wielkiej Sali. Stał tam tylko Dumbledore i Snape.

-Nie zrobię tego. - powiedział nauczyciel Eliksirów.

-Wolisz tak chodzić do końca życia? - zapytał dyrektor.

-Nie… A skąd wiesz, że to zadziała?

-Złamałem ten czar. Ktoś niedoświadczony go rzucał. W każdym bądź razie znam zaklęcie dezaktywujące.

-No dobra… - powiedział Snape. - Kocham Gryffindor! Kocham Gryffindor! Kocham Gryffindor! - krzyczał nauczyciel. Wraz z Mike'em, śmialiśmy się z powodu jego cierpiętniczej miny. Po chwili obraz się rozmył.

-To była część twojego planu, prawda? - Ni to stwierdził, ni zapytał chłopak. Potaknęłam, kiwając głową. - Jesteś cudowna. - stwierdził.

-Nie mów tak, bo jeszcze się zarumienię. - odpowiedziałam, uśmiechając się. Potem znów zaczęliśmy spacerować. Reszta dnia minęła zadziwiająco szybko.