Dziękuję wszystkim, którzy czytają tę historię. Jest to naprawdę mega motywujące.
W połowie października odbył się pierwszy mecz Quidditcha w tym roku szkolnym. Walczyli w nim Krukoni oraz Gryfoni. Po śniadaniu, poszłam wraz z Ginny oraz Ron'em na boisko, aby go obejrzeć. Po lekcjach latania na miotle, które, skromnie powiem, szły mi świetnie, byłam zafascynowana tym sportem. Szczególnie, że nie wyobrażałam sobie życia bez latania. Ron całkowicie podzielał moje zdanie, jednak Ginny kompletnie tego nie rozumiała.
-Musimy tam iść? Zimno jest… Po za tym tyle pracy domowej trzeba zrobić. - narzekała, jednak mojego entuzjazmu to nie ochłodziło. Wręcz przeciwnie. Jej narzekanie sprawiło, że jeszcze bardziej chciałam tam być.
Weszliśmy na trybuny kilkanaście minut przed meczem. Zawodnicy nie weszli jeszcze na boisko.
-Drodzy uczniowie i nauczyciele! Witam was na pierwszym meczu Quidditcha w tym sezonie. Gdyby ktoś nie wiedział, nazywam się Levi Shannon i jestem z Gryffindoru. Oczywiście podczas komentowania nie należę do żadnego domu, pani profesor. - powiedział chłopak, siedzący tuż obok McGonagall. Ze swojego miejsca widziałam, że popatrzyła na niego krzywo, jednak nic nie powiedziała. - Na boisko wchodzą już zawodnicy Ravenclawu. Szukającymi w tym spotkaniu będą: Olivia Lagen, która jest jednocześnie kapitanem, Milian Smith oraz Wiktor Raum. Jako pałkarze grać będą Andrew Cooper oraz Michael Hitchcock. Obrońcą w tym spotkaniu będzie John Pierce, a na pozycji szukającego Alan Harris. Powitajmy ich brawami! - rozległy się oklaski, które po chwili ustały, a na boisko weszła drużyna Gryffindoru. - Tak proszę państwa, teraz na boisko wchodzi drużyna Gryffinodru w składzie: ścigający: Mike Brown (nie mówił mi, że gra w Quidditcha!), Albert Ross oraz niezawodna Clary Davinson, pałkarze: Greg Hank i Gabe Volver. Jako obrońca grać będzie Steven Charms, który jest kapitanem drużyny gryfońskiej, a na pozycji szukającego zobaczymy Bob'a Nixon'a! Wielkie brawa! - sektor Gryfonów oszalał. Wszyscy wiwatowali.
-Wygramy. - stwierdził Ron bardziej do siebie niż do mnie.
-Zaczynajmy w końcu mecz! - wykrzyknął podekscytowany Levi. - Zaczynają Krukoni. Lagen przejmuje kafla, od razu szarżuje na pętle rzuca, ale Charms spokojnie broni. Ten to ma talent! Kafel w posiadaniu Gryfonów. Brown przejmuje kafla, podaje do Clary. Rzucaj! Tak! Pierwsze punkty na koncie Gryfonów! - mecz trwał w najlepsze. Emocje były nie do opisania. Żałowałam jednak, że to nie ja latam na miotle. Przysięgłam sobie, że w następnym roku spróbuję dostać się do drużyny. Krzyk Gryfonów wyrwał mnie z zamyślenia. Mieliśmy już sto siedemdziesiąt punktów przewagi. Nawet, gdyby Krukoni złapali Złotego Znicza i tak by nie wygrali. Gryfoni po prostu rozgromili przeciwników, z czego cieszyłam się przeogromnie. Po chwili Nixon oraz Harris ruszyli w pościg. Wydawało się, że ujrzeli Znicza. Wstrzymałam oddech. Nixon był na prowadzeniu, jednak była to różnica kilku centymetrów. Zacisnęłam kciuki wpatrując się w dwóch szukających.
-Nixon złapał Znicza! Ale chwila co się dzieje? - rozległ się głos Levi'ego. Spojrzałam na boisko. Pałkarz Ravenklawu posłał tłuczek w stronę gryfońskiego szukającego, który spadł z miotły.
-Czyżby Krukoni zaczęli grać równie nieczysto co Ślizgoni? - zapytał Levi. McGonagall nie zwróciła mu uwagi, bo sama była tym oburzona. Zawodnicy wylądowali, a Lwy od razu otoczyły rannego. Ktoś pobiegł po Pomfrey. Podeszłam najbliżej jak mogłam.
-Nie będzie mógł grać przynajmniej miesiąc. Jego ręka nie odzyska szybko dawnej sprawności, nawet przy użyciu magii. - powiedziała uzdrowicielka.
-Ale mamy mecz pod koniec października! - wykrzyknął Charms. - Bez niego nie wygramy.
-Przykro mi. Teraz muszę go zabrać. - powiedziała i odeszła. Kilka osób za nią niosło ledwie przytomnego Nixon'a.
-Kogo my teraz weźmiemy na pozycję szukającego? - zapytał z rozpaczą w głosie kapitan Gryfonów.
-Jakbym mogła zasugerować to panna Potter ma duży potencjał. - powiedziała pani Hooch, która pojawiła się znikąd.
-Pierwszoroczna. - zakpił.
-Gdyby nie to, że to czarownica, powiedziałabym, że urodziła się w powietrzu. Wiesz jakie zwroty robi na starej Zmiataczce? Daj jej chociaż szansę. - słysząc takie pochwały, poczułam, że się rumienię. Dyskretnie wróciłam na swoje miejsce. Nie musiałam długo czekać, żeby Charms i Hooch podeszli do mnie.
-Lily… Możemy porozmawiać? - zapytał mnie kapitan drużyny. Pokiwałam głową. - W takim razie chodź. - rozkazał. Posłusznie wstałam i udałam się za nim do szatni Gryfonów. W środku byli pozostali zawodnicy. Charms gestem wskazał mi krzesło. Usiadłam.
-Jest pomysł, żebyś zastąpiła tymczasowo Nixon'a, ponieważ nie będzie on mógł grać na najbliższym meczu, a pani Hooch twierdzi, że jesteś… - lekki kaszelek - ...niezła.
-I tak po prostu mnie przyjmiecie? - zapytałam podejrzliwie.
-No jasne, że nie! Najpierw musisz pokazać co umiesz. - powiedział kapitan. W jego głosie wyczułam nutkę pogardy.
-Kiedy? - zapytałam z mocnym postanowieniem pokazania tego, że chociaż jestem pierwszoroczna, nie jestem taka zła.
-Teraz. - odpowiedział krótko i wyszedł, a za nim podążyła reszta drużyny, która, chociaż zmęczona, spoglądała na mnie ciekawsko. W tym momencie trochę się zestresowałam, ale wzięłam jedną ze szkolnych mioteł i wyszłam na boisko, a po chwili byłam już w powietrzu. Najpierw zrobiłam kilka kółek, rozpędzając się najszybciej jak się dało, robiłam zwroty i akrobacje.
-Teraz wypuścimy znicza! Policz do 20 i złap go! - krzyknął Mike z ziemi. Poliiczyłam z myślach do 20, a potem zaczęłam wypatrywać małej, złotej kulki z białymi skrzydełkami. Już po kilku minutach ją dostrzegłam. Leciała dosyć szybko jakiś metr pod moją miotłą. Zacisnęłam nogi na Zmiataczce i przekręciłam się do góry nogami. Wyciągnęłam rękę w dół, złota piłeczka trzepotała w mojej dłoni, a ja próbowałam wrócić do normalnej pozycji na miotle. Gdy już mi się to udało, wylądowałam.
-I jak? - zapytałam, starając się, aby mój głos brzmiał normalnie.
-Gdzieś ty się tego nauczyła? - odpowiedziała pytaniem Clary.
-Lata zabawy na trzepaku. - odpowiedziałam. Osoby, które mieszkały u mugoli uśmiechnęły się, a te z czarodziejskich rodzin spojrzały po sobie niepewnie.
-Eee… Co to jest trzepak? - zapytał mnie Charms. W odpowiedzi pokręciłam jedynie głową.
-Lily Potter, wiesz jak to było niebezpieczne?! Jeszcze raz, a zabronię ci latać na miotle!- McGonagall podeszła do naszej grupy.
-Bez przesady. Całe dzieciństwo się to robiło. Może nie na takiej wysokości, ale to nie ma różnicy.
-Lily może mieć miotłę, prawda? - zapytał Steven. Ku mojemu zdumieniu, zgodziła się. - Jutro trening o 17, następny mecz jest dzień przed Haloween, więc do tego czasu będziemy trenować codziennie. Musimy wygrać ze Slytherinem. Lily, spraw sobie lepszą miotłę, a wszyscy teraz do łóżek! Jest już późno, a na treningu macie być wszyscy w pełni sił, zrozumiano?
-Tak jest, panie generale. - odpowiedziałam z uśmiechem i poszłam wraz z innymi do wieży Gryffindoru.
-I jak? - zapytał podekscytowany Ron, kiedy tylko weszliśmy przez dziurę za portretem.
-Zagram w następnym meczu jako szukająca! - wykrzyknęłam.
-Była niesamowita. - dodał Mike. Poczułam jak się rumienię.
-Nie przesadzaj. - odpowiedziałam.
-Nie przesadzam. - uśmiechnął się Gryfon i spojrzał na mnie swoimi błękitnymi oczami. Po chwili zwrócił jednak wzrok na moich przyjaciół i opowiedział im o moim „wyczynie". Gdy skończył, przewróciłam oczami.
-To nic takiego. - stwierdziłam. - Muszę napisać list, a potem idę spać. - poinformowałam i udałam się do dormitorium dziewcząt. Wzięłam pióro i pergamin, i naskrobałam szybko list do dziadka
Drogi dziadku,
będę grała jako szukająca w następnym meczu. Potrzebuję jednak nowej miotły, mógłbyś mi jakąś wysłać?
Co słychać u ciebie i rodziców?
Pozdrów ich ode mnie.
Lily
Pobiegłam do sowiarni i wysłałam Hedwigę. Gdy wielki, czarny kształt znikł z zasięgu wzroku, wróciłam do wieży. Pokój wspólny był już prawie pusty, udałam się więc do dormitorium i zasnęłam.
Następnego dnia zeszliśmy, jak zawsze, na śniadanie. Zostało dwadzieścia minut do lekcji, gdy do Wielkiej Sali wleciały sowy z codzienną pocztą. Zdziwiłam się, kiedy przede mną wylądowała podłużna paczka.
-Już masz miotłę? Jaką zamówiłaś? - zapytał mnie Steven.
-Wygląda na to, że już mam, chociaż do dziadka list wysłałam dopiero wczoraj wieczorem, więc to trochę dziwne. A co do drugiego pytania, to się okaże. - odpowiedziałam spokojnie, jednak w środku aż kipiałam z ciekawości. Pospiesznie zdjęłam papier.
-To Nimbus 3000! - wykrzyknął Charms. Wszystkie oczy w sali skierowały się na niego.
-Z tego co wiem to posiadanie mioteł przez pierwszorocznych jest zabronione. Szlaban na tydzień i minus sto dla Gryffindoru, a teraz proszę oddaj mi miotłę. - Snape, który pojawił się znikąd obok mnie, niemal wysyczał te słowa. Nie zdążyłam nawet otworzyć ust, gdy rozległ się głos McGonagall.
-Severusie, wszystko jest uzgodnione z dyrektorem. A teraz możesz zająć się dyscyplinowaniem sowich uczniów, a nie moich? - zapytała uprzejmie, wskazując na dwóch Ślizgonów, którzy zaczęli się bić. Mistrz Eliksirów odszedł bez słowa, chociaż w jego wzroku widać było złość. Muszę powiedzieć, że ten dzień zaczął się niespodziewanie dobrze. Przeszukałam paczkę w poszukiwaniu listu, jednak takiego nie było. Zdziwiło mnie to, ale pomyślałam, że dziadek nie miał czasu napisać. W końcu i tak szybko odpisał.
-Wiesz chociaż jak tego używać? Bo wbrew przekonaniom mugoli, to nie służy do sprzątania. - rzekł Malfoy, który właśnie podszedł do stołu.
-Widzę, że wiesz co nieco o mugolach. - zauważyłam. - A wszyscy myślą, że oni cię nic nie obchodzą, a tu taka niespodzianka. - odpowiedziałam. Chłopak poczerwieniał i po chwili odszedł, ja zaś pobiegłam do dormitorium zostawić miotłę, a potem skierowałam się do sali zaklęć, gdzie miała się odbyć moja pierwsza lekcja tamtego dnia.
W przeddzień Haloween obudziłam się wcześnie. Zdecydowanie za wcześnie. Zegar wskazywał 5:08, jednak ja nie mogłam spać z powodu stresu związanego z dzisiejszym meczem Quidditcha. Co prawda trenowałam codziennie i poznałam już nową miotłę, jednak w meczu z Hufflepuffem nie będę mogła pozwolić sobie na błędy.
Korzystając z dużej ilości czasu, która pozostała mi do śniadania, postanowiłam pójść do biblioteki, aby poprzeglądać książki. Zawsze lepsze to niż wyobrażanie sobie wszystkich okropnych rzeczy, które mogłyby się dzisiaj zdarzyć.
Po cichu przeszłam korytarzem i otworzyłam drzwi biblioteki. Była ona cały czas otwarta, jednak zazwyczaj nikt nie przychodził, gdy nie było pani Pince. Właściwie sama nie wiem czemu, ponieważ nie jest to niezgodne z regulaminem. Widocznie jest to jedna z niepisanych zasad Hogwartu.
Przechadzałam się przez chwilę między regałami pełnymi opasłych tomiszczy. Żaden z nich nie wyglądał zachęcająco, jednak przemogłam się i sięgnęłam po pierwszy z brzegu, i usiadłam przy stoliku. Spojrzałam na tytuł. Pojedynki magiczne. Porady i wskazówki. Nie ma to jak uczyć się pojedynków w teorii. Mimo niechęci, otworzyłam książkę i zaczęłam czytać. Z każdą stroną byłam coraz bardziej zafascynowana treścią i nie zwracałam uwagi na zegarek. Porady były naprawdę praktyczne. W życiu nie wpadłabym na pomysł, aby zastępować potężne zaklęcia tymi mniejszymi oraz jak kreatywnie można wykorzystać niektóre czary. Ponadto, autor radził odejść od typowych scenariuszy pojedynków (obrona – atak). Podobno lepiej unikać zaklęć i więcej atakować, przejmując tym samym inicjatywę.
-A co ty tu robisz? Dopiero ósma. - zapytała bibliotekarka, której wejścia nawet nie zauważyłam.
-Co?! Już ósma? - zdziwiłam się. - Mogę wypożyczyć tę książkę?
-Oczywiście. - odpowiedziała pani Pince. Po chwili, z książką w ręku, biegłam do dormitorium Gryffindoru.
-Lil, gdzie ty byłaś? - zapytała mnie Ginny, gdy tylko weszłam. Koło niej stał Ron rzucając zaciekawione spojrzenie.
-W bibliotece. - odpowiedziałam.
-Zmieniasz się w Ginny. - stwierdził chłopak. - W naszym trio jest kolejna kujonka.
-To, że chcę coś wiedzieć, nie znaczy, że jestem kujonką! - zaprotestowała Ginny. Postanowiłam nie przeszkadzać im w kłótni i udałam się na górę. Zostawiłam książkę, a zamiast niej wzięłam miotłę. Gdy zeszłam do Pokoju Wspólnego, zobaczyłam, że bliźniaki nadal się kłóciły.
-Och, chodźcie już! - rozkazałam. Spojrzeli na mnie dziwnie, ale sekundę później byliśmy już w drodze do Wielkiej Sali
Po śniadaniu, które zjadłam bardziej z rozsądku i rozkazów Ginny, niż z głodu, ruszyłam wraz z pozostałymi członkami zespołu do szatni Gryffindoru. Ze stresu nie słyszałam nawet ostatnich wskazówek Charmsa. Zamknęłam oczy i policzyłam do dziesięciu. Nie pomogło. Mimo to ruszyłam na boisko.
Po przedstawieniu członków zespołu przez Levi'ego, wsiedliśmy na miotły i na dźwięk gwizdka wystartowaliśmy.
Już po kilku chwilach Gryfoni prowadzili 10:0. Drużyna Hufflepuffu nie grała dobrze w Quidditch'a. Od trzydziestu lat nie zdobyli Pucharu, a od dwudziestu zajmowali ostatnie miejsce w tabeli. Po dziesięciu minutach Gryfoni prowadzili 60:20, co było miażdżącą przewagą. Jeszcze trochę i nie będę musiała łapać znicza, co by mi jak najbardziej odpowiadało. Leciałam ciągle metr nad innymi zawodnikami i wypatrywałam małej złotej kulki, której, jak na złość, nigdzie nie było widać.
Po pół godzinie było 100:50 dla Gryfonów, a Znicza nadal nigdzie nie było widać. Jednak w końcu go zobaczyłam. Błyszczał w słońcu po puchońskiej stronie boiska, niebezpiecznie blisko szukającego Hufflepuffu. Poleciałam tam z pełną prędkośćią. Znicz był może metr ode mnie, kiedy raptownie poleciał w górę. Skierowałam swoją miotłę za Zniczem i leciałam już pionowo w stronę nieba. Po kolejnej chwili Znicz skręcił za mnie, a ja, niewiele myśląc za nim. Teraz goniłam go do góry nogami. Byłam jednak coraz bliżej. Wyciągnęłam obie ręce i położyłam się na miotle, ciasno oplatając ją nogami. W tej chwili byłam tylko ja i ten przeklęty Złoty Znicz. W końcu poczułam go w ręku. Gwizdek zakończył spotkanie. Na trybunach, w sektorze Gryfonów, wzniósł się dziki ryk. Uśmiechnęłam się i wróciłam do normalnej pozycji na miotle. A raczej spróbowałam wrócić. Przerażona odkryłam, że mój Nimbus się mnie nie tylko nie słucha, ale także próbuje mnie zrzucić. Krzyknęłam ze strachem w głosie.
-Co się dzieje? - zapytał ktoś. Nie zdążyłam jednak odpowiedzieć, ponieważ poczułam, że osuwam się w nicość.
