Dziękuję za wszystkie komentarze, obserwacje i dodawanie do ulubionych tej hstorii, nawet nie wiecie ule to dla mnie znaczy!

Halfbloodprinsess - wiem, że podkreślam potęgę LIly, ale jej potęga jest niezbędna do tej historii. Postaram się to jednak mniej podkreślać.

PILNE! Poszukuję bety. Tyle z wstępu, teraz zapraszam do czytania rozdziału.

Enjoy

Otworzyłam powoli oczy i jęknęłam. Wszystko mnie bolało, a światło strasznie raziło w oczy. Mrugałam szybko, aby przyzwyczaić się do światła. Przemknęło mi przez myśl, że jestem w niebie, ale rozsadzający moją głowę od środka ból szybko rozwiał te przypuszczenia.

-Obudziłaś się! - usłyszałam dziewczęcy głos. Minęła chwila zanim dopasowałam go do Ginny.

-Ile? - zapytałam krótko. Mój głos brzmiał strasznie słabo.

-Co ile? - zapytała zdziwiona dziewczyna.

-Ile byłam nieprzytomna?

-Dwa dni.

-Co się stało? - zadałam kolejne pytanie.

-Spadłaś z miotły i…

-To pamiętam. - przerwałam. - Chodzi mi o to, dlaczego to się stało.

-Dumbledore wie, ale nie chciał nam powiedzieć. Stwierdził, że musi o tym porozmawiać z tobą i wtedy ty zadecydujesz czy chcesz nam powiedzieć, czy nie.

-Powiedziałem mu, że to bez sensu, bo i tak nam powiesz, ale nie zmienił zdania. - stwierdził, siedzący dotychczas cicho, rudzielec.

-I zdania nie zmienię. - zagrzmiał głos Dumbleodre'a, który stał tuż nad chłopakiem. Ron zrobił skruszono-zdziwiono-przerażoną minę. - Czy moglibyście wyjść? Musimy porozmawiać z Lily. - słowo „musimy" zmusiło mnie do rozejrzenia się po sali. Dopiero po chwili dostrzegłam stojącego w cieniu dziadka.

Bliźniaki posłusznie wyszły.

-Eee… To o co chodzi? - zapytałam się, ignorując ból rozsadzający mi głowę.

-To nie ja wysłałem ci miotłę. - powiedział zmartwionym głosem dziadek. - Nawet nie doszedł do mnie twój list.

-To kto mi ją wysłał?

-Nie wiadomo. - odpowiedział Dumbledore. - Wiadomo natomiast, że było na nią nałożone kilka czarnomagicznych zaklęć, przez które straciłaś kontrolę nad nią. Najprawdopodobniej ktoś przechwycił twój list i wysłał ci przeklętą miotłę. Gdy wyjdziesz ze szpitala, pan Flitwick nauczy cię kilku zaklęć wykrywających, rzucaj je na każdą rzecz, którą dostaniesz. No, muszę iść. Zdrowia. - powiedział Dumbledore.

-Dziękuję. - tylko tyle dałam radę powiedzieć. Nawet nie myślałam o tym, co usłyszałam, głowa bolała mnie coraz bardziej. Po chwili ogarnęła mnie ciemność.

Otworzyłam oczy. W sali szpitalnej było dosyć ciemno. Jednak, gdy przyzwyczaiłam się do braku światła, zobaczyłam dwie osoby siedzące przy moim łóżku.

-Co się stało? - zapytałam. Mój głos był już mocniejszy i pewniejszy. Ucieszyła mnie ta poprawa.

-Straciłaś przytomność. Na szczęście tylko na dwie godziny. - wyjaśniła Ginny.

-Co ci powiedział Dumbledore? - zapytał od razu Ron. Opowiedziałam im o wszystkim.

-To znaczy, że ktoś próbował cię zabić?! - dziewczyna była przerażona. Muszę przyznać, że aż do tamtego momentu nie myślałam w ten sposób. Przyjęłam to raczej jako głupi żart, ale czarna magia i żarty nie szły ze sobą w parze.

-Na to wygląda. - odpowiedziałam.

-Już późno. Musicie wyjść. Lily potrzebuje odpoczynku. - powiedziała wysoka kobieta po pięćdziesiątce. Zapewne Pomfrey.

-Chwilka. - powiedziałam. - U mnie w skrzyni jest książka z biblioteki, przynieś mi ją, Ginny. - poprosiłam. Skoro i tak tu zostaję, to równie dobrze mogę zrobić coś pożytecznego i się pouczyć.

-Dobrze. - zgodziła się i wyszła z sali.

-Długo jeszcze będę musiała zostać? - zapytałam Pomfrey.

-Ze dwa dni. - słysząc to, zrobiłam cierpiętniczą minę. - Spadłaś z ponad dwudziestu metrów. Gdyby nie Dumbledore byś już nie żyła. - powiedziała, gdy zauważyła mój wyraz twarzy.

-Co? - tylko tyle zdołałam z siebie wykrztusić.

-Dyrektor użył zaklęcia zwalniającego. Spadłaś z mniejszą prędkością. Gdyby nie to, byłoby już po tobie. - powiedziała. W tym momencie weszła Ginny. Podała mi ksiażkę, pożegnała się, życzyła dobrej nocy i wyszła. Tak samo jak Pomfrey. Jednak ja długo nie mogłam zasnąć.

Dwa dni w szpitalu minęły mi błyskawicznie. Po śniadaniu zaczynałam czytać i nie przerywałam, dopóki Ginny i Ron nie przyszli. Wtedy uzupełniałam lekcje, rozmawialiśmy i robiliśmy prace domowe. Kiedy bliźniaki odchodziły na kolację, ja ponownie brałam się za czytanie. Z każdą przeczytaną stroną coraz bardziej chciałam uczyć się i zdobywać wiedzę ponadprogramową ze wszystkich przedmiotów. Nawet historii magii! Moją piętą achillesową pozostały jednak eliksiry. Mimo że, Ginny wybrała mi, jej zdaniem, najciekawszą książkę, nie mogłam się przekonać do tego przedmiotu. Te wszystkie właściwości składników, skomplikowane przepisy i dziwne zależności. Kompletnie nie mogłam tego zrozumieć. Widocznie ten przedmiot nie leżał w mojej naturze, ewentualnie miałam jakieś psychiczne zahamowania. W każdym bądź razie eliksiry nie były moją mocną stroną.

Trzy dni po wypadku mogłam wrócić na lekcje. Pierwszą z nich była Obrona przed Czarną Magią.

-Drodzy uczniowie, dzisiaj przejdziemy do części praktycznej, czyli do pojedynków. Znacie podstawowe zaklęcia, więc możemy zacząć ćwiczyć. Dobierzcie się teraz w pary… - nareszcie coś ciekawego! Byłam podekscytowana tym, że będę mogła wykorzystać, zdobytą dzięki książkom, wiedzę w praktyce. Stanęłam w parze z Ginny, jednak Ron został sam.

-Lily, ty musisz się oszczędzać po wypadku, możesz poćwiczyć ze mną, a Ron z Ginny. - nie byłam z tego powodu zbytnio zadowolona, no ale cóż…

-Co trzeba zrobić żeby wygrać? - zapytał Ted, niewyróżniający się niczym Gryfon.

-Zdobyć różdżkę przeciwnika lub przeciwnik musi się poddać. - powiedział nauczyciel. - Trzy punkty dla osoby która wygra. Jeszcze jakieś pytania? - nikt się nie zgłosił. - Więc zaczynajmy. - wszyscy uczniowie rozeszli się po sali, szukając dla siebie miejsca. Kiedy pozostali zaczęli się pojedynkować, ustawiłam się naprzeciwko McCain'a i wyciągnęłam różdżkę. Nauczyciel stał gotowy przede mną.

-Expelliarmus! - krzyknął od razu. Zrobiłam szybki unik.

-Aquamenti! Duratus! - krzyknęłam wskazując na skrawek podłogi, na którym stał nauczyciel. Momentalnie powierzchnia pokryła się lodem, a McCain ledwo złapał równowagę. - Expelliarmus! - niestety nie udało mi się rozbroić nauczyciela, ponieważ zdążył stworzyć tarczę. Była ona jednak na tyle słaba, że McCain musiał poświęcić siły na utrzymanie różdżki w ręku.

-Drętwota! - krzyknął nauczyciel.

-Accio krzesło! - przywołałam przed siebie krzesło, w które uderzyła klątwa. Profesor spojrzał zaskoczony.

-Tarantallegra! - krzyknął nauczyciel, a moje nogi zaczęły poruszać się na wszystkie strony. Nie minęła sekunda a już upadłam. - Expelliarmus! - krzyknął nauczyciel, a różdżka wypadła mi z ręki. Przywołałam ją, używając magii bezróżdżkowej.

-Finite. - mruknęłam wskazując na swoje nogi. Po chwili znów mogłam je kontrolować.

-Dobry pojedynek. - stwierdził nauczyciel, pomagając mi wstać.

-Nie było tarantallegry na zajęciach. - zauważyłam.

-Prawda, ale tymi co były, w życiu bym cię nie pokonał. Zresztą w trakcie pojedynku wszystkie chwyty są dozwolone. - uśmiechnął się McCain.

-Gdybym wiedziała… - zaczęłam.

-Wiem. - przerwał mi. - Dlatego ci nie mówiłem. Rzadko komu udaje się pokonać magię bezróżdżkową, różdżkową. - Wiedziałam, że nie było to do końca sprawiedliwe, ale już się nie odzywałam. Rozumiałam, że McCain, jako nauczyciel, musi mieć autorytet, a gdyby przegrał z pierwszakiem, nie miałby najlepszej opinii. - W każdym bądź razie dziesięć punktów dla Gryffindoru za użycie ciekawych trików w pojedynku. Możesz powiedzieć jakich? - nauczyciel skierował się do całej klasy. Z tego co widziałam, skończyłam się pojedynkować jako ostatnia.

-Eee… Używanie zaklęć, które wymagają mniej mocy i wykorzystywanie prostych zaklęć, które, z pozoru, nic nie robią. - powiedziałam niepewnie.

-Właśnie. Jak widzicie w pojedynku liczy się przede wszystkim kreatywność. Zwykłe accio może uratować ci życie, a zaklęcie mrożące przesądzić losy pojedynku. Jako pracę domową napiszecie dwie stopy pergaminu o taktykach stosowanych w pojedynkach. A teraz możecie iść. - powiedział nauczyciel. Wyszłam z klasy i udałam się na kolejna lekcje.

Po zajęciach poszłam na drugie piętro, do gabinetu Flitwicka. Zapukałam.

-Proszę! - usłyszałam głos karłowatego nauczyciela. Otworzyłam drzwi i weszłam.

-Dzień dobry. Dyrektor kazał mi przyjść, aby…

-Wiem po co kazał. - odpowiedział. - Zacznijmy od razu. Zaklęcie wykrywające czarną magię to Invenire. Spróbuj. - rzuciłam je na książkę, a po chwili zobaczyłam wokół niej zieloną poświatę.

-I co? - zapytał nauczyciel.

-Pojawiła się zielona poświata. Nie widzi pan?

-Nie. Te zaklęcia pokazują wynik tylko tobie. Ja nie mogę ich zobaczyć. - wytłumaczył. - ale skoro jest zielona poświata, to w porządku. Teraz zaklęcie wykrywające transmutację. Incipies. Próbuj.

-Incipies. - powtórzyłam, po raz kolejny wskazując książkę. Tym razem pojawiła się czerwona poświata. - Jest czerwona poświata.

-Co? - zdziwił się nauczyciel.

-Wokół książki pojawiła się czerwona poświata. - powtórzyłam.

-Niemożliwe! - krzyknął nauczyciel, jednak po chwili sam sprawdził. - To dlatego ta księga nie działała tak jak powinna. Ugh… Przeklęta Minerwa. - powiedział nauczyciel. Spojrzałam na niego zdziwiona, ale się nie odezwałam. Flitwick zaś, wziął jakiś kawałek pergaminu i napisał coś na nim. - Przekaż to proszę profesor McGonagall. A teraz, skoro już znasz zaklęcia to możesz iść. - powiedział, tym samym kończąc ten błyskawiczny kurs. Pożegnałam się więc i wyszłam.

W drodze do wieży spotkałam opiekunkę domu.

-Profesor McGonagall! - krzyknęłam. Kobieta zatrzymała się i odwróciła w moją stronę. - Profesor Flitwick kazał przekazać pani ten liścik. - powiedziałam i podałam jej kawałek pergaminu. Wzięła go, przeczytała i zaczęła się śmiać. - Ach ten Filius! - powiedziała… figlarnie? Dobra. To było dziwne. - Dziękuję, Lily. - uśmiechnęła się i poszła dalej. Wróciłam do wieży, gdzie spotkałam Ron'a i Ginny.

-Musimy pogadać. - stwierdziłam. Poszliśmy do naszego kąta dormitorium i opowiedziałam im o Flitwicku i McGonagall.

-Co? McGonagall i Flitwick? - Zdziwił się Ron. - przecież ona jest o dwie głowy wyższa.

-To jeszcze nic nie znaczy. - zaprotestowała Ginny.

-Nie? Przecież on będzie musiał na drabinie stawać, żeby móc jej spojrzeć w oczy albo ją pocałować. - powiedział chłopak. Parsknęłam śmiechem.

-Przestań. - powiedziałam.

-Może oni są po prostu przyjaciółmi? - zastanowiła się Ginny. - Ravenklaw i Gryffindor są w dosyć przyjaznych stosunkach, więc to możliwe.

-Nie sądzę. - odpowiedział Ron. - Ale zobaczymy w Walentynki. Wtedy wszystko się okaże.

-Ale to dopiero za trzy miesiące. - odpowiedziałam zasmucona. Nigdy nie należałam do cierpliwych osób. Trzy miesiące wydawały mi się wiecznością.

-Zobaczysz, że szybko zleci. - powiedziała Ginny. - Póki co nie ma innego sposobu.

-No dobra… - zgodziłam się niechętnie. - Może zagramy w eksplodującego durnia?

Kilka dni później, podczas rozdawania poczty, dwie paczki wylądowały na stole, przede mną. Jednak była podłużna, a druga bardziej kwadratowa. Postanowiłam zacząć od tej pierwszej. Rzuciłam zaklęcia, których nauczył mnie Flitwick, jednak nie wykryły one nic nadzwyczajnego. Zaczęłam więc odpakowywać paczkę.

-Znowu miotła. Oby tym razem skończyło się to lepiej. - powiedziałam do Ginny i Ron'a, którzy rzucali zaciekawione spojrzenia w moją stronę.

-Mam nadzieję. W skrzydle szpitalnym nie za wygodnie się odrabia lekcje. - powiedziała dziewczyna i uśmiechnęła się.

-Wiesz jaka to miotła?! - wykrzyknął Ron, kiedy tylko przyjrzał się dokładniej zawartości paczki. - Przecież to Huragan 2000!

-I co z tego? - zapytałam. Nie znałam się za dobrze na miotłach, mimo że interesował mnie quidditch. Jednak wolałam sam sport, niż sprzęt do niego.

-To najlepsza miotła jaka istnieje! Kosztuje fortunę! - chłopak był podekscytowany. Gdy usłyszałam o tym otworzyłam szerzej oczy.

-Dlaczego ktoś miałby mi wysyłać taką miotłę? - zapytałam.

-Tu jest liścik. - powiedziała Ginny. Wzięłam mały kawałek pergaminu i przeczytałam list.

Kochana Lily,

Tym razem to naprawdę ja wysyłam ci tę miotłę. Za te wszystkie zaległe lata.

Dziadek.

-Super! - wykrzyknął Ron, kiedy pokazałam mu i Ginny liścik. - Będę mógł chwilę polatać?

-Tak, ale teraz będziemy mieć lekcje.

-Masz nową miotłę? - zapytał się chłopak, stojący za mną. Był to Charms.

-Tak. - powiedziałam bez większych emocji, chociaż w środku byłam lekko poddenerwowana. Przeszkadzało mi to całe zainteresowanie. Przechodząc korytarzem zawsze czułam na sobie wzrok innych, jakby oglądali jakiegoś zwierzaka w zoo. Nawet teraz, kiedy dostałam paczkę, co zdarza się wszystkim uczniom, wiele spojrzeń było utkwionych we mnie. Nie czułam się dobrze z tą całą „sławą". Wolałabym być zwykłą czarownicą.

-Jaką? - dopytywał Charms, wyrywając mnie ze swoich rozmyślań

-Tornado 2000 – odpowiedział za mnie Ron, zanim jeszcze otworzyłam buzię.

-Serio? Nie wierzę! - powiedział chłopak. Podałam mu miotłę bez słowa, a on zaczął ją dokładnie oglądać. -Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę. - powtarzał dosyć głośno. Przewróciłam oczami.

-Co się stało, panie Charms? - zapytała McGonagall, pojawiając się znikąd.

-Ona dostała Tornado 2000. - powiedział Steven, pokazując nauczycielce miotłę.

-Musimy ją zbadać. - powiedziała.

-Nie. - zaprotestowałam.

-Ale…

-Po pierwsze sprawdziłam ją zaklęciem Invenire, po drugie dostałam ją od dziadka, a po trzecie żaden idiota nie próbowałby mnie zabić dwa razy w ten sam sposób. - powiedziałam, starając się nie wybuchnąć. Nie wyszło mi to tak dobrze, jak chciałam. Jednak podziałało. McGonagall odwróciła się i odeszła ostentacyjnym krokiem.

-Dobrze, że Snape'a nie ma, bo za ten wybuch na McGonagall, by cię jeszcze polubił. - stwierdził Ron. Roześmiałam się. Humor zepsuły mi jednak komentarze osób, podchodzących do stołu, aby zobaczyć Tornado 2000.

-Mogę potrzymać?

-A czy ona jest prawdziwa?

-Będę mógł chwilę polatać?
-Skąd masz tę miotłę?

I wiele innych. Próbowałam ugasić entuzjazm uczniów, mówiąc, że przecież to jest tylko miotła, ale oczywiście nie działało. Pomyślałam, że jeżeli ci ludzie zaraz się nie rozejdą to nie skończy się za dobrze. Moja złość zbyt szybko zbliżała się do poziomu krytycznego. Wtedy pojawiło się niskie, człekokształtne stworzenie. Odziane było w połataną szatę, miało duże, niebieskie oczy i zieloną skórę.

-Czy Stworek może pomóc pani Lily? - zapytało stworzenie.

-Stworek? - to imię od razu skojarzyło mi się ze skrzatem domowym Black'ów. -Czy ty służyłeś Black'om?

-Tak, ale teraz Stworek należy do Potter'ów. Pan Syriusz przepisał go w testamencie panu Harry'emu. Niestety pan Harry zginął, a Stworek zaczął służyć w Hogwarcie. Ale teraz pani Lily jest tutaj, więc Stworek znowu ma panią! - powiedział skrzat. W ostatnim zdaniu mogłam wyczuć radość w jego głosie.

-Stworku, chciałabym, żebyś robił to, co chcesz i uważasz za słuszne, a nie to co ci każę. Nie chcę być twoją panią.- powiedziałam.

-Ale Stworek będzie dobrym skrzatem. Stworek obiecuje. - stworzenie zasmuciło się. Chyba nie do końca się zrozumieliśmy, ale nie miałam siły tłumaczyć idei wolności, komuś, kto ewidentnie jej nie chce.

-Dobrze Stworku, w takim razie mógłbyś odnieść miotłę do mojego kufra? - zapytałam.

-Tak, pani. - powiedziało stworzenie. Stworek wziął miotłę i się deportował. Uczniowie spoglądali na mnie podejrzliwie.

-O co chodzi? - zapytałam ich.

-Byłaś miła dla skrzata domowego. - wyjaśnił Ron.

-I co z tego? - nie bardzo rozumiałam Ron'a.

-Skrzaty domowe są traktowane jako… stworzenia gorszego sortu.

-Dlaczego? - w końcu przypomniałam sobie o WESZ-u, założonym przez Hermionę. No tak skrzaty nie mają za dobrze w świecie czarodziejów.

-Eee… Właściwie to nie wiem. - powiedział chłopak, rumieniąc się.

-No właśnie. - podsumowałam z triumfalnym uśmiechem na twarzy.

-A co jest w drugiej paczce? - zapytała Ginny, przerywając rozmowę moją i Ron'a. W związku z całym zamieszaniem zupełnie o niej zapomniałam. Przyjrzałam się uważnie sześciennemu pudełku i rzuciłam zaklęcia wykrywające. Wyszło, że w paczce znajduje się coś transmutowanego. Zdziwiłam się, ale pospiesznie otworzyłam przesyłkę. Gdy ujrzałam zawartość, ogarnął mnie niepohamowany śmiech.