Przepraszam, że taki krótki rozdział, ale nie chciałam go rozciągać, bo straciłby swoją dynamikę. NADAL POSZUKUJĘ BETY!
Miłego czytania i enjoy!
Rozpoczęły się ferie świąteczne. Byłam z tego powodu przeszczęśliwa. W końcu nie będę musiała odrabiać prac domowych, słuchać obelg Snape'a na eliksirach i chodzić na szlabany, bo oczywiście nieodpyskowanie Mistrzowi Eliksirów jest ponad moje siły. Wreszcie mogłam odpocząć również od quidditcha. Co prawda kocham ten sport i w życiu nie zrezygnowałabym z grania w drużynie, ale Charms na treningach wyciskał z nas siódme poty i robi wszystko po to, abyśmy mieli quidditch'a po dziurki w nosie.
Pierwszego dnia ferii wstałam bardzo wcześnie. Z dwóch powodów. Chciałam pożegnać się z Ron'em i Ginny, którzy na święta wracali do domu oraz ze względu na to, że lekko denerwowałam się tym, iż tego właśnie dnia miałam poznać swojego ojca chrzestnego. Tuż po śniadaniu podeszłam do bliźniaków.
-Masz do nas pisać. - powiedziała dziewczyna do mnie.
-Jasne. - odpowiedziałam z uśmiechem. - Tylko nie wiem czy zauważyłaś, ale za dwa tygodnie wracacie. - dodałam.
-Och wiem, ale będę tak bardzo tęsknić. - przyjaciółka przytuliła mnie. Byłam trochę zaskoczona tą jej nagłą demonstracją uczuć.
-Ja też. - odpowiedziałam jednak.
-Ale nie zapomnij pisać. - przypomniała mi dziewczyna.
-Nie zapomnę. I tak nie będzie nic lepszego do roboty, bo w zamku zostaje kilku uczniów.
-Przynajmniej będziesz miała wieżę Gryfonów całą dla siebie.
-Pocieszyłaś mnie niesamowicie. - odpowiedziałam. Dziewczyna ciągle mnie przytulała i, szczerze mówiąc, robiło się to już trochę dziwne.
-Przestańcie, bo zaraz się porzygam. - powiedział zniesmaczony Ron. - Chodź Ginny, bo głodny już jestem.
-Ron, czy ty myślisz tylko żołądkiem?! - zapytała.
-Tak. Do zobaczenia, Lily. - powiedział tylko i zaprowadził siostrę do kominka, skąd uczniowie, siecią Fiuu, wracali do domu. Kiedy zobaczyłam jak przyjaciele znikają w płomieniach, westchnęłam cicho i poszłam szykować się na spotkanie z dziadkiem i ojcem chrzestnym. Potem czytałam trochę książkę i odrabiałam prace domowe, chociaż myślami byłam ciągle przy czekającym mnie spotkaniu. Równo o dwunastej w drzwiach Pokoju Wspólnego Gryfonów pojawił się dziadek.
-Witaj, Lily. Wszystko jest uzgodnione z dyrektorem, więc możemy już ruszać do Hogsmeade. - powiedział i wyszliśmy z zamku. Szliśmy spacerkiem jakieś pół godzinki. Rozglądałam się po Hogsmeade z zaciekawieniem, w końcu mieszkali tu sami czarodzieje. W końcy weszliśmy do Gospody Pod Świńskim Łbem. Nazwa raczej nie zachęcała do odwiedzenia, a sam wystrój wnętrza był dość… specyficzny. W każdym bądź razie nie miałam nawet najmniejszej ochoty tam wchodzić. Mimo to weszłam do środka za dziadkiem i udałam się do stolika, który zajmował dosyć młody, wysoki, z krótko przyciętymi, brązowymi włosami czarodziej. Siedział na krześle, jakby to był jego tron i popijał piwo ze sporych rozmiarów kufla.
-Eee… Dzień dobry. - powiedziałam.
-Siemka, Lily. - odpowiedział. - Jestem Simon Wild – osoba, która najbardziej zdenerwowała Snape'a, utraciła najwięcej punktów w czasie jednej lekcji, miała najdłuższy szlaban i zrobiła najlepszy numer w dziejach Hogwartu. - przedstawił się. Jego postawa emanowała dumą.
-Najlepszy numer w dziejach Hogwartu należy do mnie. - zauważyłam ze złośliwym uśmiechem na twarzy.
-Na pewno nie przebiłaś mojego! - zaprotestował mój chrzestny tak, jakbyśmy się sprzeczali co najmniej o fotel Ministra Magii.
-Przykro mi, ale jednak przebiłam. - powiedziałam z uśmiechem na twarzy.
-Ale co ty takiego zrobiłaś? Przecież pobiłem nawet Huncwotów. - jęknął. Dziadek słuchał naszej rozmowy z uśmiechem na twarzy. Opowiedziałam im o swoim numerze.
-Naprawdę, Snape krzyczący kocham Gryffindor, czemu ja tego nie widziałem? - powiedział z udawanym smutkiem najstarszy z naszej trójki, a potem roześmiał się.
-Bardziej mnie ciekawi co ty zrobiłeś, skoro nie wkurzyłam Snape'a tak bardzo jak ty. - stwierdziłam podejrzliwie.
-Przez to co zrobiłem pobiłem trzy rekordy jednego dnia. - mówił powoli, popijając co chwila piwo i napawając się trzymaniem mnie w niepewności.
-Czyli co? - niecierpliwiłam się.
-Ech… Psujesz całe napięcie. - stwierdził z goryczą w głosie. Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem. Miał szczęście, że spojrzenie nie może zabijać. Chociaż gdyby poszukać w odpowiednich książkach... - No dobra, już dobra... Przykleiłem Snape'a do McGonagall na trzy dni. - wykrztusił w końcu.
-Co zrobiłeś? - zapytałam przez śmiech.
-Przecież słyszałaś. - powiedział.
-To jak oni prowadzili lekcje, i jak spali i… o Merlinie! Jak oni chodzili do toalety!? - zastanowiłam się na głos.
-Robili to... – odchrząknięcie – ...razem.
-Chyba nie chciałam tego wiedzieć. - powiedziałam. Nie mogłam jednak pozbyć się widoków kreowanych przez moje myśli. Nic dziwnego, że Snape'a to wkurzyło. Sama dałabym nieźle popalić sprawcy tego całego zamieszania. - W sumie dziwię się, że jeszcze żyjesz. - powiedziałam.
-Dumbledore wymusił na Snape'ie obietnicę, że mnie nie zabije i jak widać dotrzymał jej. Dał mi jednak dwumiesięczny, codzienny szlaban, tak samo jak McGonagall zresztą i odjął pięćset punktów. Dobrze, że ówczesny prefekt miał poczucie humoru, bo Gryfoni inaczej by mnie zabili. A dzięki niemu docenili mój genialny pomysł.
-Naprawdę uważasz, że to był genialny pomysł? - zapytałam z powątpiewaniem. Numer był na pewno niezły, ale na pewno istniały lepsze sposoby na zdenerwowanie Mistrza Eliksirów.
-Sama lepszego byś nie znalazła. - odpowiedział.
-Tak myślisz? - upewniłam się.
-Jeżeli zdenerwujesz Snape'a bardziej ode mnie, zrobię jedną rzecz, jaką zechcesz, a jeśli ci się to nie uda to ty zrobisz jedną rzecz, którą ja ci rozkażę. Powiedzmy, że masz czas do końca roku szkolnego. Co ty na to? - zapytał, rzucając rękawicę. Z wielką ochotą ją przyjęłam.
-Stoi. - odpowiedziałam z uśmiechem.- Ej chwila! - krzyknęłam, przypominając sobie o czymś. - Dumbledore kazał mi przystopować ze znęcaniem się nad Snape'em. Jak ja mam wykręcić ten numer.
-Twój problem. - stwierdził z uśmiechem chrzestny. - Za późno na zmianą zdania. No chyba, że chcesz się od razu poddać.
-Nigdy. - powiedziałam
-Skończyliście już się licytować? - zapytał, siedzący dotychczas cicho dziadek z nutką zniecierpliwienia w głosie.
-Tak. - odpowiedziałam..
-A jak ci idzie nauka? - zapytał Simon.
-Dobrze. No może oprócz eliksirów. Snape jest okropny. Ciągle pyta mnie z czegoś czego nie było i wlepia szlabany. Prawie każda lekcja kończy się tym, że następnego wieczora muszę szorować kociołki, a ja naprawdę nic mu nie robię! No dobra, staram się nic nie mu nie robić, ale czasami to jest ponad moje siły. - pożaliłam się. - A tak w ogóle to ile masz lat? - zapytałam, zmieniając temat. Może nie było to kulturalne, ale zżerała mnie ciekawość.
-O wiek się nie pyta. Przynajmniej tak twierdzą mugole. - powiedział z uśmiechem.
-Ale tylko kobiet. - odpowiedziałam. - No więc?
-Trzydzieści dwa. - powiedział w końcu. Czyli został moim ojcem chrzestnym w wieku… siedemnastu lat.
-A dlaczego akurat ty jesteś moim ojcem chrzestnym? - zapytałam.
-Simon jest synem mojego nieżyjącego już brata-bliźniaka. To był… hołd dla niego. - odpowiedział mi dziadek. - Zawsze chciał by jego syn wreszcie dorósł i kiedy dowiedział się, że mam magiczną wnuczkę, poprosił mnie o to, myślał, że dzięki temu wydorośleje. Niestety pomylił się.
-Pff… Dzięki. - odpowiedział z pretensją w głosie. - Jakbyś nie zauważył jestem dorosły.
-Nie jesteś dorosły, jesteś pełnoletni, a to wielka różnica. - zaprzeczył starzec.
-Nie filozofuj już. - powiedział mój chrzestny, przewracając oczami.
-A co się stało z dziadka bratem? - zmieniłam temat. Chociaż byłam też zwyczajnie ciekawa. Nie wiedziałam nic o historii mojej magicznej rodziny, a ten temat bardzo mnie interesował. Właściwie to niewiele wiedziałam również o mojej mugolskiej rodzinie. Miałam rodziców, kilku przyszywanych wujków i ciotek, ale to tyle. Nie znałam matki taty, bo umarła tuż po moim urodzeniu. O rodzinie mojej mamy nic się nie mówiło, właściwie sama nie wiem czemu. Zawsze miałam przez to problem w szkole, gdy trzeba było opisywać swoją rodzinę, bo tak naprawdę oprócz rodziców nie miałam nikogo. Zawsze mnie to bolało.
-Śmierciożercy. - odpowiedział jedynie dziadek, wyrywając mnie ze wspomnień. Posmutniałam, ale i zezłościłam się. Śmierciożercy wpływają na moje życie bardziej niż ja sama. Rodzice muszą się ukrywać, wymordowali mi pół rodziny, a ja sama żyję w ciągłym niebezpieczeństwie. No może nie w ciągłym, bo Hogwart jest dobrze zabezpieczony, ale Śmierciożercy na pewno nie siedzą bezczynnie i nie czekają na cudowny powrót Voldemorta.
-Słyszałem, że jesteś szukającą w Quidditchu. - rzucił, ni z tego, ni z owego, Simon, po chwili ciężkiego milczenia.
-Zgadza się. - powiedziałam tylko.
-Ja też byłem szukającym. - powiedział mój ojciec chrzestny i zagłębiliśmy się w rozmowie o tajnikach tej pozycji. Chrzestny opowiedział mi o wielu trikach związanych z szukaniem znicza i strategiach, które sam stosował. Muszę przyznać, że były naprawdę niezłe i byłam pewna, że z wielu sama skorzystam, ponieważ póki co miałam talent, ale nie miałam praktyki. Ale to drugie zawsze mogłam zmienić. Postanowiłam, że po powrocie do zamku będę ćwiczyć jeszcze więcej, a nie tak jak planowałam, obijać się przez całe ferie świąteczne.
-Lily, musisz wracać już do zamku. - powiedział dziadek, po około godzinnych rozmowach o quidditch'u. Naprawdę nie sądziłam, że tyle można gadać o sporcie, a, prawdę mówiąc, miałam jeszcze miliony pytań dotyczących tego sportu.
-Już? - zasmuciłam się.
-Niestety. - powiedział dziadek. Szczęśliwa nie byłam, ale jak trzeba to trzeba.
-Lily, poczekaj chwilę. - powiedział mój chrzestny i zaczął grzebać w kieszeni kurtki, w końcu wyjął z niej naszyjnik z zielonym kamieniem. Podał mi go.
-Jeżeli będziesz w potrzebie, po prostu stłucz go. - powiedział. Taki prezent nie pasował mi do Simon'a, który kreował się raczej na dowcipnego i beztroskiego, ale przyjęłam podarek i zawiesiłam go sobie na szyi.
-Dziękuję. - odpowiedziałam. Potem pożegnałam się i wyszłam razem z dziadkiem. Nie zdążyliśmy wyjść nawet z Hogsmeade, gdy koło mojego lewego ucha przeleciało czerwone światło. Odwróciłam się i ujrzałam dziesięciu czarodziejów w czarnych pelerynach i maskach.
-Lily uciekaj! - krzyknął dziadek.
-Już za późno. - powiedział jeden ze Śmierciożerców. - Crucio! - krzyknął. Czerwone światło poleciało w moim kierunku. Po chwili ogarnął mnie potworny ból. Upadłam,a różdżka wypadła mi z ręki. Moje ciało płonęło od środka żywym ogniem. Kości łamały się i momentalnie zrastały, po to, by po chwili znów się połamać. Żołądek podchodził mi do gardła, głowa dosłownie pękała, a na całym ciele czułam uderzenia. Słyszałam śmiech Śmieciożerców i widziałam jak dziadek próbował nas uratować. Po chwili, która byłą dla mnie wiecznością, ból ustał. Nadal leżałam na ziemi i ciężko oddychałam. Przypomniałam sobie o naszyjniku, który niedawno dostałam, ale czułam, że to jeszcze nie pora. Zresztą dziwnie byłoby korzystać z takiego prezentu tuż po jego otrzymaniu. Wyciągnęłam więc rękę i przywołałam do siebie różdżkę. Nikt tego nie zauważył. Podziękowałam sobie w duchu za to, że przez tyle czasu ćwiczyłam magię bezróżdżkową i przeglądałam księgi z zaklęciami.
-Drętwota! - krzyknęłam i czarodziej, który jeszcze niedawno mnie torturował leżał na ziemi. Wstałam, a każdy mój ruch sprawiał ból. Powtarzałam sobie jednak, że jestem silna i dam radę. Pomogło. Spojrzałam w bok i zobaczyłam, że dziadek pokonał dwóch Śmierciożerców. Zostało siedmiu.
-Aquamenti! Duratus! - wykorzystałam tą samą taktykę co na OPCM, z tą różnicą, że prawie połowa Śmierciożerców, w przeciwieństwie do McCain'a, skończyła na ziemi. - Drętwota! Drętwota! Drętwota! - szybko ich unieruchomiłam. Nie zdołałam jednak uchylić się przed kolejnym Cruciatusem. Tym razem ból był silniejszy. Znowu upadłam. Krzyczałam, a do oczu napłynęły łzy. Oczy zaczęły mi się zamykać. Jak przez mgłę widziałam walkę toczącą się tuż obok. Trzech Śmierciożerców walczyło z dziadkiem, a czwarty trzymał mnie pod Cruciatusem i śmiał się szyderczo.
-Najpotężniejsza czarownica. - zakpił. To przelało czarę upokorzenia, które mogłam znieść. Moja złość osiągnęła apogeum. Chwyciłam mocniej różdżkę i, starając się zapomnieć o bólu, rzuciłam zaklęcie rozbrajające, a zaraz potem drętwotę. Śmierciożerca, który mnie torturował, upadł obok pozostałych.
-Avada Kedavra! - krzyknął jeden z ostatnich walczących przeciwników, a ja zobaczyłam jak zielone światło trafia dziadka, który upada.
-NIE! - krzyknęłam. Było jednak za późno. Poczułam się pusta w środku, a po chwili wypełniła mnie złość, która zaczęła mną sterować. - Drętwota! Drętwota! Drętwota! - krzyknęłam, instynktownie omijając zaklęcie rzucane przez przeciwników. Poszło mi to zadziwiająco łatwo Trzech ostatnich Śmierciożerców zostało pokonanych, a ja znowu upadłam. Tym razem jednak nie dałam rady się podnieść. Zamknęłam oczy i poczułam jak odpływam w nicość, zostawiając za sobą ból i smutek.
