Słaby punkt

Rozdział 4

Harry zapukał do drzwi gabinetu Toma. Po nieco niechętnym „proszę" wsunął głowę do pomieszczenia. Tom, o dziwo, nie wydawał się pracować. Siedział na ciemnozielonej sofie przed kominkiem i czytał jakąś opasłą księgę. Miał założoną nogę na nogę i koszulę, zamiast swojej zwyczajowej czarnej szaty. Zaś na stoliku obok niego stała filiżanka z kawą. Gdyby nie jego pytające spojrzenie, Harry z całą pewnością straciłby głowę do tego, po co do niego przyszedł.

– Wychodzę z Draco, do Hogsmeade.

– Nie powinieneś.

– A co, jesteś zazdrosny? – zażartował Harry.

Tom posłał mu spojrzenie pełne (z całą pewnością wymuszonej) cierpliwości.

– To twoje pierwsze wyjście, odkąd odrzuciłeś propozycję Zakonu. Wciąż nie wiemy, jaki ruch wykona Dumbledore w związku z twoją decyzją.

– Iskierka mówi, że Hogsmeade powoli powraca do normalności. Otworzono już większość zamkniętych sklepów.

– Powoli.

– Och, przestań. Chyba nie zamierzasz zamknąć mnie w klatce?

– Nie – przyznał Tom cierpko. – I tak nie istnieje żadna klatka, która zatrzymałaby cię na dłużej.

– Uznam to za komplement. Mogę już iść?

– Zaczekaj – zatrzymał go Tom. Wstał z sofy, kierując się w stronę biurka.

Otworzył jedną z szuflad i wyjął z niej jakiś niewielki przedmiot. Harry dostrzegł to dopiero po chwili, bowiem był zbyt skupiony na obserwowaniu twarzy mężczyzny. Uchylił bardziej drzwi, a Tom do niego podszedł i wyciągnął ku niemu dłoń. Leżał na niej sygnet z czarnym kamieniem. Był prosty, jednak sprawiał wrażenie eleganckiego i kosztownego.

– To świstoklik, który przeniesie cię tutaj w każdym momencie. Aktywuje się na słowo „dwór". Nie zdejmuj go ani na moment, rozumiesz?

Harry wziął go od mężczyzny. Nie sądził, by czuł się podobnie nawet wtedy, gdy w wieku dziewięciu lat otrzymał od Toma sowę. Był to bez wątpienia jeden z tych nielicznych momentów, w których czuł, że ten się o niego troszczy. Założył sygnet. Pasował idealnie na jego wskazujący palec, tak jakby Tom pomyślał nawet i o tym.

– Dziękuję – powiedział. Czuł się cokolwiek głupio, ponieważ „dziękuję" wydawało się nie odzwierciedlać dostatecznie jego wdzięczności. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie miał najmniejszego pojęcia, co byłoby odpowiednie. Spojrzał mężczyźnie w oczy. – Ale naprawdę sądzę, że to zbędne. Będę bezpieczny.

– Wolałbym, by tak było, jednak i tak miej go przy sobie – odrzekł Tom.

Harry spojrzał jeszcze raz na świstoklik i uderzyło go coś jeszcze: Tom musiał spędzić nad nim bardzo dużo czasu. Tworzenie świstoklików do ogólnodostępnych miejsc było wyjątkowo czasochłonnym zajęciem. Już nie wspominając o tworzeniu ich do miejsc takich jak Riddle Manor, nienanoszalnych, z mnóstwem barier ochronnych i innych maskujących zaklęć.

– Muszę już iść. – Z każdą sekundą czuł się coraz bardziej niezręcznie. – Jeszcze raz dziękuję, Tom. Naprawdę mi się podoba.

Tom wyglądał tak, jakby odczuwał szczerą ochotę powiedzenia mu, że sygnet nie musi mu się podobać, bo nie jest ozdobą, a świstoklikiem, który w każdej chwili może uratować mu życie. Nie powiedział jednak niczego złośliwego, a zamiast tego rzucił tylko:

– Baw się dobrze.

–––

Draco zmarszczył brwi i jeszcze raz obrzucił spojrzeniem witrynę nowotworzonego sklepu. Znajdowało się na niej kilka magicznych bestsellerów (minimum Podróże z wampirami Gilderoya Lockharta i Rozkochać bez amortencji Anny Wharton), ale również półtuzina… mugolskich tomików poezji i powieści. Co więcej właściciel księgarni – niejaki Barnes – wcale nie próbował kryć się ze swoim asortymentem. Księgarnia czarodziejsko–mugolska Barnesa – prowokacyjnie głosiła tabliczka za szybą.

– Ten cały Barnes sam zakłada sobie pętle na szyję – powiedział Draco. Harry wydawał się zbyt pochłonięty czytaniem kolejnych tytułów, by zaszczycić komentarzem podobną uwagę. – Jeżeli ktoś nas tu zobaczy… Co powiedziałby Czarny Pan, wiedząc o twoich, ekhm, tendencjach?

– Jakich znowu tendencjach? – Harry spojrzał na niego wilkiem.

– To nie pierwszy raz, kiedy fascynują cię mugole. Ta nauczycielka… Fletcher, czy jak tam miała na nazwisko, znam tę historię od ojca.

– Nie mówiłeś mi, że o tym wiesz.

– Tak jakbyś ty sam chciał łaskawie mi o tym powiedzieć – zauważył z nutą irytacji Draco. – Nie odwróciłbym się od ciebie za czytanie tych bzdur, nawet jeżeli go nie popieram. Naprawdę niczego cię to nie nauczyło?

– Nie jestem Śmierciożercą. Nie obowiązują mnie te same zasady co was.

– Mieszkasz z Czarnym Panem. Obowiązuje cię coś znacznie bardziej wiążącego niż nas.

– Tom daje mi wolną rękę. Nie jestem jego podnóżkiem.

– Od kiedy jesteście na „ty"? – spytał Draco. Powiedział to takim tonem, jakby sama myśl o nazywaniu Voldemorta Tomem wzbudzała w nim niesmak.

– Od zawsze – odpowiedział Harry. Był zły na siebie za to zapomnienie się, jednak nie miał najmniejszego zamiaru zaprzeczać. – Chyba nie sądzisz, że mieszkając z nim nazywam go Voldemortem?

– Nazywasz go w ten sposób przy mnie.

– Bo wiedziałem, że zaczniesz to komentować.

– Rozumiem to – powiedział niechętnie Draco. – Jednak to… dziwne. Wyobrażać sobie, że Czarny Pan pozwala komukolwiek zwracać się do niego po imieniu. I że ktokolwiek chce zwracać się do niego w ten sposób.

– Staram się to oddzielać – odparł Harry, odwracając wzrok w stronę książek. – Toma i Voldemorta. Ale to bardzo ciężkie, kiedy jedynie dla mnie jest Tomem, a dla wszystkich innych Voldemortem.

Draco nie skomentował tych słów w żaden sposób, jedynie posłał mu nieokreślone spojrzenie.

– Chciałbym wejść do środka. Jeżeli ktoś miał nas tutaj zobaczyć, to i tak już nas zobaczył.

– Więc Zakon ci zagroził – skwitował Draco. Harry powiedział mu o spotkaniu Syriusza Blacka na ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Wyszli już z księgarni Barnesa (Harry lżejszy o kilka galeonów, ku ostatecznej rezygnacji Draco) i skierowali się do sklepu Zonka.

– Nie sądzę, żeby to była groźba. Raczej ostatnia deska ratunku dla Zakonu. Może naprawdę sądzili, że dołączę do nich dopiero po postawieniu mi ultimatum.

– Jak zareagował na to Czarny Pan?

– Powiedział, że powinienem zmienić szkołę na Durmstrang.

Draco spojrzał na niego, marszcząc brwi.

– Przecież powiedziałeś jednoznacznie, że możesz do niego dołączyć.

Harry wzruszył ramionami, przyglądając się mijanym wystawom.

– I na dodatek Durmstrang – kontynuował Draco. – Czarny Pan chyba naprawdę się o ciebie… martwi.

– Raczej uważa, że i tak okazałbym się bezużyteczny.

– Byłbyś godnym przeciwnikiem dla mojego ojca, a jest jego lewą ręką. Sam mówiłeś, że cię trenował. Nigdy nie miałby też żadnych obiekcji wobec twojej lojalności. Mówienie, że uważa cię za bezużytecznego jest co najmniej niedorzeczne.

– Nie myślałem o tym… w ten sposób – mruknął Harry.

Myśl o tym, że Tom mógłby troszczyć się o niego aż tak bardzo, wydawała mu się nadzwyczaj nierealna. A jednocześnie, gdyby faktycznie tak było, równałoby się to z tym, że mężczyzna… przekładał go nawet nad swoją władzę. Jego puls zdradliwie przyśpieszył.

– W każdym razie nie powinieneś ignorować Zakonu. Wojna pomiędzy Czarnym Panem a jasną stroną nie jest żartem – powiedział Draco, nagle wyjątkowo poważny. – Atak na Hogsmeade przypominał piekło. I aurorzy wcale nie pozostawali dłużni Śmierciożercom.

–––

Znaleźli się na ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Draco niespokojnie rozejrzał się na boki, jednak ani czarownica ze swoim gruchoczącym po kocich łbach stoiskiem na kółkach, ani czarodzieje wytaczający się z jednego z pubów nie wydawali się stanowić dla nich jakiegokolwiek zagrożenia. Nokturn był jednak pełen cuchnących, mrocznych zaułków, z których w każdej chwili czułeś się obserwowany.

– Powiesz mi wreszcie, dlaczego tak się rozglądasz od pięciu minut? – spytał Harry. – Ktoś nas śledzi?

– Nie jestem pewny – powiedział Draco. – Mam wrażenie, że od pewnego czasu kręci się za nami jakiś facet.

– Najwidoczniej jest cienki, skoro zdołałeś go zauważyć. – Zaraz po tym Harry miał ochotę ugryźć się w język: sam był tak zaoferowany myślami o Tomie, że nawet nie spostrzegł, że byli śledzeni.

– Może chciał, żebym go za… – Draco nie zdążył dokończyć zdania. Weszli w zaułek, który prowadził do sklepu Borgina i Burkesa, gdy nagle na jego końcu pojawiła się trójka mężczyzn.

Mieli na sobie zwykłe, czarne szaty, jednak Harry miał więcej niż tylko niepokojące przeczucie, że ci byli aurorami. Trzymali w dłoniach różdżki, wykrzykując kolejne zaklęcia. Harry zobaczył kątem oka, że za nim i Draco pojawiła się kolejna dwójka. Wszystko wydawało się trwać ułamki chwil.

W innych okolicznościach aurorzy nie stanowiliby dla nich prawdziwego zagrożenia, jednak element zaskoczenia, osaczenie i znalezienie się wewnątrz cienkiego przejścia sprawiało, że ci zyskali nad Ślizgonami druzgoczącą przewagę.

Zaczęli odbijać klątwy i miotać własnymi – jednak i tak wydawało się, że zaledwie się bronią. Harry przypomniał sobie o świstokliku Toma w chwili, gdy Draco potężnie się zachwiał. Chłopak spojrzał przerażony na bok jego przepalonej koszuli i wykwitającą na niej plamę czerwieni.

– Idiota – syknął jeden z mężczyzn. – Co jeżeli trafiłbyś tym Pottera?! Ma zostać schwytany żywy!

Harry chwycił chwiejącego się przyjaciela i nie czekając ani chwili dłużej, krzyknął:

– Dwór!

–––

Świstoklik przeniósł ich wprost do gabinetu Toma. Gdy tylko znaleźli się na dywanie przed kominkiem, Harry zachwiał się pod ciężarem Draco. Jego skóra stała się biała, a rana u jego boku nie przestawała krwawić, wydzielając jakąś czarną smolistą substancję.

Harry od dawna nie był równie przerażony. Cokolwiek trafiło jego przyjaciela, nie mogło być zwykłym zaklęciem tnącym; ten stracił już przytomność.

– Tom, pomóż mi! – powiedział. Miał ochotę dziękować wszystkim bóstwom, że mężczyzna wciąż przebywał w swoim gabinecie.

Tom zerwał się z sofy, a Harry mógł przysiąc, że na jego twarzy przez moment widniał najprawdziwszy strach. Coś, czego chłopak nigdy nie miał okazji u niego zobaczyć.

– Jesteś ranny? – spytał. Nie czekając na odpowiedź, obrzucił badawczym spojrzeniem całą sylwetkę Harry'ego. Wydawał się nieco uspokoić, gdy jego wzrok nie natrafił na jakąkolwiek ranę. Jedyna krew, którą ubrudzona była koszula chłopaka, należała do Draco.

– Nie – odparł Harry łamiącym się głosem. – Ale Draco… pomóż mu.

–––

– Jestem takim idiotą – powiedział po raz piąty Harry, siedząc przy łóżku Draco. – Mogłem posłuchać Toma. Jak zwykle miał rację. Jedynie wciągnąłem cię w to wszystko.

Drugi Ślizgon jedynie nieco mocniej zacisnął powieki na te słowa. Wciąż był pogrążony w głębokim śnie po przyjęciu szeregu różnych eliksirów. Zaklęcie, które go trafiło, stanowiło kombinację klątwy tnącej i zatruwającej tkanki. Nawet niewielkie, zadane w ten sposób obrażenia mogły po kilku dniach przyczynić się do czyjejś śmierci. Gdyby nie szybka reakcja Toma i rozpoznanie rzuconego zaklęcia, już by nie żył.

W pomieszczeniu przypominającym znacznie mniejsze skrzydło szpitalne, które specjalnie wydzielono do tego zadania w Malfoy Manor, rozległy się męskie kroki.

– Jeszcze się nie obudził? – spytał beznamiętnym tonem Severus Snape, stawając obok niego. Rzucił uważne spojrzenie blademu chłopakowi leżącemu w łóżku.

Pomyślał, że mężczyzna pragnie jedynie wciągnąć go w jedną ze swoich rozmów. W końcu dobrze wiedział, jakie eliksiry przyjął Draco i że przez najbliższe trzy dni nie istniały jakiegokolwiek szanse, by wybudził się ze snu.

Harry nie odpowiedział na pytanie, ani nie spojrzał na nauczyciela.

– Teraz już do nas dołączysz? – padło kolejne pytanie.

– Tak – odpowiedział wreszcie Harry. Czuł na sobie wwiercające się w niego spojrzenie onyksowych oczu.

– Przemyśl to dobrze.

Harry spojrzał na niego.

– Dlaczego?

– Nie musisz tego robić.

– Chcę to zrobić – powiedział ostrym tonem Harry. – Nie mam zamiaru patrzeć bezczynnie, jak krzywdzi się moich bliskich. A może według pana powinien wybrać inną, właściwą stronę?

– Sugerujesz, Potter, że jestem po stronie Zakonu?

Przez moment patrzyli na siebie w całkowitej ciszy. Nagle, w świetle naftowej lampy ustawionej na szafce przy łóżku, mężczyzna wydał się Harry'emu znacznie starszy i jeszcze bardziej wyniszczony przez życie.

– Sądzę, że jest pan.

Mężczyzna prychnął.

– Od zawsze byłem po twojej stronie, Potter.

– Po mojej – powtórzył z niedowierzaniem chłopak. Dodał z nieznacznym szyderstwem: – Przez moją matkę, tak?

– Nie przez twoją matkę. Kiedyś tak. Teraz już nie.

Wyraz twarzy mężczyzny był równie nieokreślony co ton jego głosu.

– Nic nas nie łączy. Nie musi czuć się pan zobowiązany do podzielania mojej strony.

W pomieszczeniu ponownie rozległy się kroki. Harry zaobserwował, jak mężczyzna tężeje, po czym schyla głowę w wyrazie uniżenia. Poniekąd poczuł ulgę, że Tom przerwał ich rozmowę. Nie potrafił odgadnąć prawdziwego sensu słów nauczyciela, jednak wszystkie tropy wzbudzały w nim nadzwyczajny niesmak.

– Panie – powiedział Severus Snape.

– Severusie – odparł znużonym tonem Tom. Obrzucił spojrzeniem mężczyznę i łóżko z Draco, po czym to skupiło się na Harrym. Położył dłoń na jego ramieniu. Severus Snape obserwował to z zaciśniętymi wargami. Gest ten miał w sobie pewną zaborczość, jakby Czarny Pan doskonale zdawał sobie sprawę z niedorzecznych nadziei mężczyzny. – Wracamy do domu, Harry. Siedzisz tu już od ponad dziesięciu godzin.

Severus Snape spodziewał się tego, że chłopak zacznie się przeciwstawiać, jednak ten posłał Czarnemu Panu jedynie jedno z tych swoich niejasnych, przeciągłych spojrzeń, po czym z nieznacznym westchnięciem wstał ze swojego miejsca.

Mistrz Eliksirów nie potrafiłby powiedzieć, która z tych rzeczy miała bardziej gorzki posmak: sposób, w jaki Harry opuścił pomieszczenie z Czarnym Panem, idąc z nim ramię w ramię, jakby pragnąc jego bliskości, to, że Voldemort przepuścił go w drzwiach, czy może spojrzenie, które mężczyzna posłał mu z wyjścia. Prawdopodobnie pełne pogardy i triumfu.

–––

Gdy Harry opuścił sieć Fiuu w gabinecie Toma, poczuł się nagle wyjątkowo zmęczony. Jednocześnie był zbyt zmartwiony i wciąż zdenerwowany, by zasnąć od razu po położeniu się spać. Cały poprzedni dzień wydawał mu się absurdalnym snem, z którego za moment miał się wybudzić. Bez słowa wyjął kryształową szklankę z barku, stojącego w kącie pomieszczenia, po czym butelkę z bursztynowym trunkiem: Starą Ognistą Whisky Ogdena.

– Masz zamiar pić na pusty żołądek? – spytał Tom. Brzmiał niemal miękko. – Za chwilę będziesz pijany.

– Jestem zmęczony – odparł Harry, jakby te słowa stanowiły jakieś wytłumaczenie.

Wypił trzema haustami zawartość szklanki, jedynie nieznacznie się przy tym krzywiąc. Mężczyzna obserwował przez moment jego poruszające się jabłko Adama, po czym podszedł do chłopaka i spokojnie zabrał szklankę z jego dłoni, odstawiając na barek.

– To nie sprawi, że poczujesz się lepiej – powiedział. – Lepiej powiedzieć skrzatu, by przygotował dla ciebie ciepłą kąpiel i coś lekkiego do jedzenia.

– Nie. – Spojrzał mężczyźnie w oczy. Z wielkim trudem nie odwrócił spojrzenia: żadne inne nie peszyło go równie mocno. Na dodatek tak bliska odległość pomiędzy nimi i światło padające ze ściennego świecznika sprawiały, że podobny wzrokowy kontakt stawał się niemal intymny. – Dziękuję. Za świstoklik i uratowanie Draco. Za… – urwał na moment, szukając odpowiednich słów, jednak żadne nie wydawały się dostatecznie właściwe – po prostu za wszystko. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.

– Nie wiesz – powtórzył głucho mężczyzna, jakby nie do końca w to dowierzał.

– Dlatego chcę ci pomóc – przyznał Harry. Poczuł się nagle wyjątkowo zażenowany swoją szczerością. Być może był to efekt alkoholu, który krążył już w jego krwi, a być może Harry tak po prostu pragnął wreszcie wyrzucić z siebie to, co od tak dawna nie dawało mu spokoju. – Chcę wiedzieć, że będziesz bezpieczny.

Tom pokręcił nieznacznie głową, jakby usłyszał coś niedorzecznego. Uśmiechnął się słabo, a Harry zdał sobie sprawę z tego, że nigdy nie widział u niego podobnego uśmiechu. Sięgał nawet jego ciemnobrązowych oczu, choć w tych i tak czaiła się jakaś melancholijna nuta.

– Ty głupi chłopaku, nie musisz mnie chronić.

– Ty też nie musisz mnie chronić, a to robisz. To dlatego uważasz, że powinienem zmienić szkołę?

– To co innego. W porównaniu do ciebie jestem w stanie cię ochronić. Nigdy nie widziałeś na oczy prawdziwej wojny i tak powinno pozostać.

W Harrym coś się ścisnęło na te słowa: Tom nigdy nie uważał go za bezużytecznego, po prostu się o niego troszczył.

Kierowany nieokreślonym impulsem i z sercem wyrywającym się z klatki piersiowej, zrobił krok w jego stronę. Nigdy nie pragnął pocałować go równie mocno. Musiał unieść głowę, by spojrzeć mężczyźnie w oczy. Był gotów postawić wszystko na jedną kartę, nawet gdyby w ostateczności ta miała kosztować go odrzucenie.

– To też nie sprawi, że poczujesz się lepiej – powiedział Tom, jakby doskonale zdawał sobie sprawę z jeog myśli. Wciąż jednak nie spuszczał z niego spojrzenia. Wydawało się, że patrzenie mu w oczy, zamiast na kawałek odkrytej przez niedopiętą koszulę skóry lub jego wargi, kosztuje go całą, skrzętnie budowaną samokontrolę.

– Muszę się nie zgodzić.

Gdy jego dłonie owinęły się wokół Toma, a on sam stanął na palcach, przybliżając do niego swoją twarz, tak nieporadnie, Tom pomyślał, że oto jest całkowicie i nieodwracalne zgubiony.

I choć mężczyzna miał ochotę posunąć się znacznie dalej, zaczynając od pchnięcia chłopaka na ścianę, wsłuchiwania się w towarzyszący temu bolesny jęk i brutalnego pokazania Harry'emu tego, jak powinno się całować, wyznaczenia na szyi ścieżki śladów, dzięki którym nikt nie miałby wątpliwości wobec tego, że Harry jest już czyjąś własnością, nie wykonał żadnej z tych rzeczy.

Co więcej zamiast tego zrobił coś całkowicie wbrew sobie i palącym pragnieniom – jedynie go objął, pozwalając na to, by Harry schował twarz w zagłębieniu jego szyi.