Słaby punkt

Rozdział 5

– Co robisz? – Harry objął Toma od tyłu, zaglądając mu przez ramię na opasłą książkę. Nie mógł rozszyfrować treści strony; ta z całą pewnością nie była pisana w języku angielskim, a słowa i zdania nie wydawały się zresztą pasować do żadnego innego, którego znał.

Miał ochotę westchnąć. Cała jego wiedza zawsze była niczym w porównaniu z tą mężczyzny. Zresztą jak mogłaby z nią konkurować, skoro nie był w stanie zwyciężyć choćby i z Hermioną Granger, dziewczyną wychowaną w mugolskiej rodzinie?

– Czytam. Nudzisz się, co?

– Trochę. Okropnie pada.

Deszcz uderzający o szybę stał się intensywniejszy, jakby na potwierdzenie tych słów. Widok z okna biblioteki zlewał się w jedną mokrą smugę, w której nie można było rozróżnić ani niewielkiego jeziora położonego na skraju posiadłości, ani chluby ogrodowych skrzatów – miniaturowego, różanego labiryntu.

– Twoje zdolności dedukcji są dzisiaj cokolwiek imponujące.

Harry przytulił policzek do policzka Toma. Podobne złośliwości nie wywierały na nim najmniejszego wrażenia, a już szczególnie tego dnia. Draco już niemal wyzdrowiał (czego ostatecznym dowodem było to, że zaczynał marudzić, nie mogąc jeszcze przez jeden dzień opuszczać łóżka). Zaś Tom nie odrzucił go i nie wyśmiał – a co więcej w jakiś sposób sam odwzajemniał jego uczucia.

Czego więc mógł chcieć więcej? Oczywiście, wciąż istniała wojna i kwestia podjętej przez niego decyzji – ale przynajmniej na tę jedną chwilę żadna z tych rzeczy nie miała znaczenia.

– Więc co czytasz? – spytał Harry. – Pewnie coś okropnie, okropnie czarnomagicznego?

Tom odsunął nieco krzesło, po czym lekko złapał go za kościsty przegub ręki i przeciągnął tak, że Harry znalazł się na jego kolanach. Zaraz po tym pocałował go w usta, kładąc dłoń na jego plecach. Harry miał szczerą nadzieję, że poprzestaną wyłącznie na tym jednym pocałunku. Dostanie erekcji na kolanach Toma z całą pewnością nie było czymś, co można zaliczyć do idei nieśpieszenia się z niczym.

Mężczyzna musiał zauważyć jego speszenie, bowiem nie pocałował go już więcej, a jedynie postukał palcem w książkę leżącą na stole.

– Wspomina o istnieniu starożytnego rytuału, dzięki któremu można zyskać nieśmiertelność – powiedział Tom. – Jednak odnalezienie jego formuły graniczy z cudem.

Harry spojrzał mu w oczy i westchnął.

– Naprawdę nigdy nie dasz temu spokoju?

– Możemy dokonać tego razem.

– Nigdy nie interesowała mnie wieczność – odparł ponuro Harry. – Dlaczego tak bardzo boisz się śmierci?

– Nie boję się jej. – Tom zabrzmiał przez moment wyjątkowo chłodno, jednak pod wpływem spojrzenia Harry'ego wydawał się zreflektować, bowiem dodał znacznie łagodniej: – Wciąż mam wiele do zrobienia.

– W porządku. – Harry nie miał już najmniejszej ochoty drążyć tematu strachu przed śmiercią mężczyzny. Dobrze wiedział, że go odczuwał. Po doświadczeniu drugiej wojny światowej, będąc tak młodym i jednocześnie samotnym, wydawało się to zresztą uzasadnione. Spojrzał w okno. – Mam nadzieję, że nigdy ci to do końca nie uda. Skazałbyś się na potworną samotność.

– Być może zmienisz jeszcze zdanie.

Harry pokręcił nieznacznie głową ze słabym uśmiechem.

– Nie zmienię. Wieczność i ekspansja świata nigdy nie leżały w kręgu moich zainteresowań – powiedział.

– To twoja decyzja – odrzekł Tom. Na moment zapadła pomiędzy nimi cisza. Harry wpatrywał się w kołnierz koszuli mężczyzny, starając się nie myśleć o tym, że obsesja Toma na punkcie wieczności ma dla niego jeszcze bardziej gorzki posmak niż jego metody zdobywania władzy i krew na rękach. – Sądzisz, że to wszystko rozwija się zbyt szybko?

Harry spojrzał na niego, zaskoczony. Nigdy nie słyszał o tym, by Tom choć przez sekundę zastanawiał się nad tym, czy coś było niewłaściwe. Ciężko było nazwać go człowiekiem ze skrupułami. Jeżeli czegoś pragnął, po prostu po to sięgał. Z drugiej strony mężczyzna wydawał się jednak czekać na pierwszy ruch Harry'ego – to Harry pocałował go pierwszy, choć wyglądało na to, że sam Tom miał na to ochotę już znacznie wcześniej. A teraz, choć mógłby posunąć się jeszcze dalej niż jedynie subtelny dotyk, był w stosunku do niego zaskakująco przyzwoity.

– Nie – odparł. – Naprawdę nie. Musiałem czuć się w ten sposób już w Hogwarcie. Wysyłałeś mi raz na dwa tygodnie te swoje cholerne kilkuzdaniowe wiadomości, kiedy ja całymi dniami zastanawiałem się, czy może przypadkiem nie jesteś już martwy. – Był naprawdę zły na siebie za tak szczere wyznanie, jednak pytanie Toma również mu się takie wydawało, jakby pomiędzy jego słowami kryło się coś znacznie więcej, niczym zaszyfrowana wiadomość.

– Hm – skwitował jego wyznanie Tom. Przez chwilę wydawał się czymś zamyślony, po czym odpowiedział niechętnie: – Miałem powody, by pisać tak krótkie wiadomości.

– Wiem o tym – mruknął Harry. – Dumbledore.

– Nie tylko on. Część mnie miała naiwną nadzieję, że zrezygnujesz.

– Dlaczego? – Harry czuł się skrępowany świadomością tego, że Tom przejrzał go znacznie wcześniej niż on sam siebie, jednak nie poświęcał temu uczuciu zbyt wiele uwagi. Nieco zaniepokoiła go odpowiedź Toma: dlaczego chciał, by z niego zrezygnował?

Tom parsknął cicho, jednak w tym dźwięku nie pobrzmiewało nic wesołego.

– Jestem mordercą twoich rodziców i wujostwa. Już nie wspominając o dzielącej nas różnicy wieku – powiedział. – Miałem trzydzieści cztery lata w dniu narodzin twojej matki. Jak niewłaściwe jest to?

– Ale z ciebie dureń – mruknął miękko Harry. Jedna z brwi Toma uniosła się w mimowolnym zaskoczeniu. Z całą pewnością nikt jeszcze nie podważył tak dosadnie podważyć jego inteligencji. – Dureń. Słowo daję. I z tego powodu, nawet mogąc to zrobić, nie napisałeś w swoich wiadomościach czegokolwiek, co nie miałoby związku z twoimi Śmierciożercami lub Dumbledore'em?

– Naprawdę jesteś zbyt zuchwały. Wiesz o tym?

– Stwierdzam fakty – powiedział Harry, patrząc na niego wilkiem. – Nie pamiętam swoich rodziców i wujostwa. Nigdy nie potrafiłem cię nienawidzić za to, że ich zabiłeś. Odkąd tylko pamiętam, wydawali mi się jedynie opowieściami i zdjęciami, jakbym słuchał o obcych mi ludziach, kiedy ty zawsze byłeś gdzieś obok mnie. – Na koniec sarknął: – A w porównaniu do twoich Śmierciożerczyń potrafię liczyć i to całkiem nieźle, naprawdę. Nigdy nie zwiódł mnie twój wygląd.

– Nie mówiłem ci, kiedy się urodziłem – zauważył Tom.

– Szkolne albumy – przyznał Harry tonem złapanego na gorącym uczynku dziecka.

– Ach. – Tom posłał mu jeden ze swoich złośliwych uśmieszków, po czym przyciągnął mocniej do siebie. – Zadałeś sobie bardzo wiele trudu, aby dowiedzieć się, ile naprawdę mam lat. Wiesz, że wystarczyło zapytać?

– Oglądanie dziesiątek twoich zdjęć było znacznie ciekawsze. – Harry wzruszył lekko ramionami. Zaraz po tym odwzajemnił jego uśmieszek i dodał: – Szczególnie tych z przedstawienia Fontanny Szczęśliwego Losu*… baronie Pechowcu. Czarny Pan grający mugolskiego rycerza z takim oddaniem. Co, wiedząc o tym, powiedzieliby twoi wyznawcy, kochanie?

Tom nie odpowiedział, a jedynie wpił się w jego usta. Harry dotknął palcami szyi mężczyzny, odwzajemniając zachłanny pocałunek i całkowicie tracąc czujność. Cóż, to był błąd. W końcu Tom nie byłby tym Tomem, gdyby nie postanowił zrobić czegoś nieprzewidywalnego. Sapnął z bólu, gdy ten – bez jakiegokolwiek pardonu – ugryzł go w dolną wargę.

– Bezczelny smarkacz – odparł Tom, przesuwając palcem po jego ustach. Na jego własnych tańczył tryumfujący uśmieszek. – To była jedna z głównych ról.

–––

– Mogliśmy wziąć ze sobą miotły – odezwał się Draco.

Gdy po trzech godzinach wreszcie przestało padać, opuścili Malfoy Manor, by nieco się przejść. Harry patrzył z pewną dozą wątpliwości w ciemne chmury, wciąż wiszące nad posiadłością. Miał nadzieję, że nie rozpada się ponownie, bowiem Draco – przez kilkudniowe uziemienie w łóżku – stawał się już niemal nie do wytrzymania, będąc zmuszony do dalszego przebywania wyłącznie w domu.

– A czy przypadkiem twój uzdrowiciel nie powiedział czegoś o odpuszczeniu sobie latania przynajmniej na trzy dni? – zauważył Harry.

Draco spojrzał na niego wilkiem. Wyglądał już znacznie lepiej, choć wciąż był jeszcze bledszy niż zwykle, a pod jego szarymi oczami widniały ciemne cienie.

– Czuję się już dobrze.

– Zaklęcie zatruwające swoją drogą, ale i bez niego nieźle oberwałeś. Powinieneś się oszczędzać.

– Tylko cię proszę, nie matkuj mi – wymamrotał Draco. – Wystarczy, że moja matka musiała ponownie wezwać uzdrowiciela tylko po to, by upewnić się, że mogę wstać z łóżka o własnych siłach.

Harry parsknął śmiechem. Wyobraził sobie, jak wszelkie obiekcje Draco zostają zmiażdżone pod wpływem nieznoszącej sprzeciwu troski Narcyzy i jej nieugiętego, stalowego spojrzenia.

– Będziesz brał udział w dzisiejszym spotkaniu Śmierciożerców? – spytał Draco po chwili ciszy.

Chłopak spojrzał na przemoczone białe pawie, ostrożnie i z gracją stąpające po trawie.

– Tak. – Po nieustannych rozmowach z Tomem, doszli wreszcie do porozumienia w kwestii jego decyzji. I choć mężczyzna wciąż nie wydawał się być nią zadowolony, to przynajmniej ją zaakceptował i nie wspominał już nic o zmianie szkoły. – I w spotkaniu najwyższego kręgu.

– Och. – Draco nie brał udziału w spotkaniach najwyżej postawionych Śmierciożerców, jednak słyszał o nich dostatecznie wiele od swojego ojca.

– Co och?

– Wszyscy najwyżej postawieni Śmierciożercy przypominają sępy, jednak niektórzy z nich są jeszcze gorsi. Są obsesyjni i zaborczy, a dla uwagi Czarnego Pana byliby w stanie wymordować własnymi rękoma pół Hogsmeade. Jak sądzisz, w jaki sposób zareagują, wiedząc, że w jednej chwili znalazłeś się tak wysoko w ich hierarchii?

Harry nie chciał w takim razie wiedzieć o tym, w jaki sposób zareagowaliby na wieść o prawdziwej relacji, która łączyła go z Tomem. Szczególnie biorąc pod uwagę to, ile razy wykazał zatrważający brak szacunku wobec mężczyzny.

– Nie wiem – przyznał Harry.

– I jak sądzę, Czarny Pan nie naznaczy cię Mrocznym Znakiem?

– Nie.

– Śmierciożercy w czasie spotkań niejednokrotnie muszą kilka razy klękać – ciągnął Draco. – Czarny Pan wymaga absolutnego szacunku i oddania. Czy jeżeli wszyscy klękną, to ty również?

– Czuję się jak na przesłuchaniu w Ministerstwie – mruknął Harry, posyłając Draco ponure spojrzenie. – Do czego zmierzasz?

– Dla twojego własnego dobra Czarny Pan nie powinien tak ostentacyjnie przekładać cię nad pozostałych Śmierciożerców.

–––

– Denerwujesz się? – spytał Tom.

Chłopak ściągnął maskę, a w lustrzanym odbiciu ponownie pojawiła się jego własna twarz. Po raz pierwszy od bardzo dawna jej wyraz był nieczytelny; zresztą jak mógłby taki nie być, skoro on sam miał pewne problemy z określeniem tego, jak dokładnie się czuł?

– Chyba tak. – Rzucił niechętne spojrzenie masce trzymanej w dłoni, po czym ponownie przeniósł go na lustro.

– Dlaczego? Oto właśnie prosiłeś. – Ton głosu Toma był neutralny. Nie miał zamiaru wytknąć mu niekonsekwencji, po prostu sam wydawał się zainteresowany kierującymi nią uczuciami.

– Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób – westchnął Harry. – O tym, że będę musiał przed tobą klękać, nosić maskę jednego z twoich Śmierciożerców i mówić do ciebie mój panie.

Rozmawiał o tym z Tomem tego popołudnia, zaraz po spotkaniu z Draco, i choć rozumiał, że było to najlepsze rozwiązanie, a także początkowo nie oczekiwał specjalnego traktowania w szeregach Śmierciożerców – teraz, myśląc o tym wszystkim, czuł się nieswojo.

– Niektórym by się to podobało.

– Nie mnie – powiedział z ponurą miną Harry. – A tobie by się to podobało? Gdybym nazywał cię w ten sposób?

– Tylko się z tobą droczę. Oddziel to, tak jak dotąd oddzielałeś swoje przywiązanie do mnie od tego, czym się zajmuję. Draco miał rację. Nie będę mógł traktować cię w inny sposób przy moich Śmierciożercach. Będziesz musiał klękać i zachowywać się tak, jakbym w każdej chwili mógł cię przekląć.

– Pewnego dnia staniesz się drugim panem moich sług, jednak do tego czasu na spotkaniach masz zachowywać się jak jeden z nich. Atak na Nokturnie jedynie udowodnił to, że wciąż jest dla ciebie za wcześnie. Rozumiesz?

– Rozumiem – wymamrotał Harry.

– Obiecaj mi. Żadnych choćby i półkrwi bękartów. Chcę, żebyś dobrze mnie zrozumiał.

– Wiem. Jeżeli zachowam się na spotkaniu tak jak w domu, będę nieposłuszny, ukarzesz mnie, jakbym naprawdę był twoim Śmierciożercą – odpowiedział Harry. Lustrzane odbicie Toma nie spuszczało z niego swojego ciemnobrązowego spojrzenia. – Obiecuję.

– Rób jedynie to, o co cię proszę, a będziesz bezpieczny. Jedynie to.

– Nie słyszałem nigdy, byś kogokolwiek o coś prosił.

– Bo nie prosiłem.

–––

Jedynie Lucjusz Malfoy oraz Bellatrix Lestrange wydawali się nie życzyć mu nagłej i zatrważająco okrutnej śmierci, choć na spotkaniu najwyższego kręgu nie usiadł nawet obok Toma, a tuż obok Severusa Snape'a i Avery'ego. Harry był pewien, że gdyby tylko spojrzenie mogło zabijać, on sam byłby od dawna martwy. Próbował pochwycić wzrok Toma, by poczuć się trochę bardziej na miejscu (bezpieczniejszy, choć tego nie chciał już przyznać), ale ten nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Był zajęty wysłuchiwaniem tego, co miał do powiedzenia Augustus Rookwood, jego szpieg w Ministerstwie Magii.

– Przepraszam, mój panie… – odezwała się Alecto Carrow po pewnym czasie. W jej głosie słychać było tę obsesyjną poddańczość, która zaczęła wręcz go przerażać. Wiedział, że już nigdy nie wyrzuci z głowy wizji dziesiątek pochylonych głów i klęczących sylwetek na widok wchodzącego do pomieszczenia Toma.

– Tak, Alecto? – zapytał Tom.

Gdy tylko na nią spojrzał, wydawała się na moment zapomnieć o tym, co jeszcze przed chwilą pragnęła powiedzieć: była na to zbyt zdenerwowana jego całkowitą uwagą. Harry miał ochotę prychnąć.

– Wybacz, panie, moją bezpośredniość, ale czy – spojrzała wprost na Harry'ego wzrokiem, który śmiało mógłby ciąć stal – obecność Harry'ego Pottera na naszych spotkaniach naprawdę jest wskazana? Nie możemy mieć pewności, że nie jest szpiegiem Dumbledore'a…

Suka, pomyślał Harry. Tom wspomniał o nim na pierwszym spotkaniu jako o „nowym sojuszniku", a kobieta i tak podważała jego obecność. Najwidoczniej musiała być również zatrważająco lekkomyślna. Milczał, choć miał szczerą ochotę po prostu ją przekląć. Nie wydawała się dbać o interesy Śmierciożerców, a wyłącznie o swoje; jej uwaga miała jedynie swoje źródło u zazdrości o Czarnego Pana.

– Carrow… – syknęła jadowicie Bellatrix. Urwała, bowiem Rudolf Lestrange położył uspokajająco dłoń na jej kolanie.

Bellatrix była jedną z wyłącznie dwóch Śmierciożerców, których cenił Harry. (Drugim był oczywiście ojciec Draco). Być może i była nieco obsesyjna w stosunku do Toma, jednak wierniejszy wobec mężczyzny mógłby być już tylko on sam. Nie wyrzekła się go nawet, kiedy została strącona do Azkabanu.

– Bella – upomniał kobietę Tom (i tak nadzwyczaj lekkim tonem), po czym spojrzał na Alecto Carrow. Bez wątpienia musiało być to jedno z tych spojrzeń, które rzucał Śmierciożercom mającym za moment zostać ukaranymi. Jego ton nie był już lekki, a chłodny i niosący ze sobą niewypowiedzianą groźbę. – Tak. Obecność Harry'ego na naszych spotkaniach jest wskazana. Nie mam jakichkolwiek obiekcji wobec jego lojalności, więc ktokolwiek spróbuje ją testować lub wciąż będzie miał wobec niej wątpliwości, będzie narażony na moje niezadowolenie.

–––

– Suka – powiedział Harry. Rzucił maskę na ciemnozieloną sofę, po czym zaczął rozpinać czarną szatę, z którą za chwilę zrobił to samo. – Zresztą prawie wszyscy twoi Śmierciożercy są siebie warci.

Tom podszedł do barku i wyjął z niego karafkę z winem oraz kieliszek. Obserwował zdenerwowanie Harry'ego w całkowitej ciszy.

– Przypominają bezwolne marionetki – kontynuował Harry. Opadł na sofę i spojrzał wilkiem na mężczyznę. – Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

– Tak, moi Śmierciożercy przypominają bezwolne marionetki – powiedział lekko Tom. Upił kilka łyków alkoholu, po czym dodał: – A ty jesteś niezwykle zazdrosny.

– Nie jestem zazdrosny – odparł ponuro Harry. – Po prostu śmieszy mnie to, że roszczą sobie wobec ciebie jakiekolwiek prawa.

– Och, myślę, że to jednak zazdrość. – Przeszedł dystans dzielący barek i sofę, a następnie usiadł tuż obok Harry'ego. – Jest bezpodstawna, Harry.

– Skąd mam mieć pewność? – Spojrzał w czarny popiół zalegający w kominku. – Nigdy nie sypiałeś ze swoimi Śmierciożercami?

Tom spojrzał na niego ze znużeniem.

– Dlaczego nagle zadajesz mi podobne pytania?

– Po prostu zaczęło mnie to zastanawiać po tym, jak zobaczyłem twoich służalczych poddanych, gotowych zrobić wszystko na jedno skinienie twojego palca.

– Nie zadawaj pytań, na które nie chcesz poznać odpowiedzi – odpowiedział krótko Tom.

– A więc jednak – mruknął z goryczą Harry.

Świadomość, że Tom i chciał sypiać z którymkolwiek ze swoich Śmierciożerców napełniała go ciernistym obrzydzeniem. Wiedział, że seks, który z nimi uprawiał, nie miał prawdopodobnie żadnego głębszego znaczenia, a jednak i tak myśl o nim miała gorzki posmak. Dla niego samego wszystko miało znaczenie; szczerze żałował, że w ogóle zadał to pytanie.

– I po co, na Merlina, to rozdrapujesz? Gdybym chciał wykorzystać cię tak jak tych mężczyzn, już bym to zrobił – powiedział Tom. Zaraz po tym nachylił się ku Harry'emu, by go pocałować, jednak ten szybko się od niego odsunął. Tom skwitował to rozdrażnionym spojrzeniem, odstawiając kieliszek na kawowy stolik.

– Nie. – Harry wstał z sofy. – Chcę to przemyśleć.

– Pieprzyłem się ze swoimi Śmierciożercami. Co w tym jest do przemyślenia?

– Nie mów, że się z kimś pieprzyłeś zaraz po tym, jak próbowałeś mnie pocałować.

– Chciałeś poznać prawdę, a ta wygląda właśnie w ten sposób – ciągnął Tom. – I nie bądź hipokrytą. Tolerujesz moje morderstwa. Tolerujesz nawet to, że zabiłem twoich rodziców oraz wujostwo, a nie możesz znieść myśli, że w przeszłości uprawiałem seks z moimi Śmierciożercami.

Harry spojrzał na niego z wściekłością, choć podświadomie doskonale wiedział, że na swój sposób zachowywał się jak hipokryta. Nie był jednak w stanie poradzić czegokolwiek na to, że to właśnie nie świadomość tego, że Tom zamordował jego rodziców, a tego, że sypiał ze swoimi sługami, napełniała go równym niesmakiem i goryczą. Chciał wyjść, nie zamieniając z mężczyzną już ani jednego słowa, jednak ten złapał go za przegub ręki.

– Puść mnie – powiedział. Nawet nie próbował wyrwać się z uścisku, wiedząc, że i tak mu się to nie uda.

– Nie mieli żadnego znaczenia. – W głosie Toma nie pozostała już ani jedna ze słyszalnych ironicznych nut sprzed chwili. Brzmiał na zmęczonego i poważnego. – Żadnego. Nigdy nie zrobiłbym dla nich wszystkich choć ułamka tego, co pragnę zrobić dla ciebie.

– Jestem zmęczony – oświadczył Harry. – Chcę iść już spać.

Harry wiedział, że Tom mówił prawdę, choćby i ze względu na to, że on sam był jego horkruksem, on, nie żaden z tak oddanych mu Śmierciożerców. A może to właśnie ten fakt sprawiał, że podobne zapewnienie ani trochę nie poprawiło mu humoru. Każda osoba przekładałaby nad pozostałe kogoś, kto nosi w sobie cząstkę jej duszy.

Tom puścił jego rękę.

– Dobrej nocy.

*Jedna z baśni w uniwersum HP. Opowiada o trzech czarownicach i niemagicznym rycerzu próbujących dostać się do fontanny spełniającej każde życzenie.