W tym rozdziale trzy panie budzą się po dość intensywnym balowaniu. Hermiona w ramionach Lucjusza, Pansy razem z Draco a Elaine z kacem i obolałym karkiem (ale za to fiolką eliksiru antykacowego).


Hermiona obudziła się następnego dnia w doskonałym humorze. Od bardzo dawna nie odczuwała takiego spokoju i zadowolenia. Jako mała dziewczynka często odczuwała podobne rozluźnienie po dobrej lekturze, ewentualnie w domu babci na wsi. Mruknęła i przeciągnęła się jak kot. Nie, nie przebywała w znanym sobie miejscu, ale było jej naprawdę wspaniale.

Odwróciła twarz. Obok niej leżał mężczyzna o platynowych blond włosach, najwyraźniej z siebie zadowolony. W jego szarych, przenikliwych oczach zobaczyła przyjazne iskierki, oraz coś czego lękała się nazwać. W niczym nie przypominał dawnego zimnego, pełnego pogardy Lucjusza Malfoya. Ten człowiek był inny, o wiele lepszy.

- Dzień dobry kochanie, jak się czujesz?

- Doskonale Lucjuszu i niemała w tym twa zasługa– zachichotała w odpowiedzi – wszystko wspaniale, ale marzę teraz o śniadaniu

- Załóż coś i zejdziemy na dół – kiwnął głową – skrzaty coś szybko przygotują. Prawie zapomniałem jak to jest trzymać w ramionach kobietę. Nawet w najśmielszych snach nie widziałem cię takiej!

- Dziękuję – odparła – ja.. pomyślałeś, że pewnego dnia znajdziemy się w podobnej sytuacji? Dzieliło nas wszystko, a jednak połączyła walka.

- Popełniłem straszne błędy i wierząc szaleńcowi straciłem Narcyzę – powiedział ostro – straciłem już jedną ukochaną, drugi raz nie pozwolę nikomu tak się omamić. Chodź Hermiono, po tym zamieszaniu zasłużyliśmy na coś naprawdę pysznego.

Zanim zdążyła zaprotestować przyciągnął ją ku sobie i pocałował namiętnie. Ich usta zjednoczyły a Hermiona z coraz większym trudem łapała powietrze. Fakt, że mężczyzna nieznośnie pociągająco gładził jej kark bynajmniej nie pomagała. Głód jednak uniemożliwiał jednak pełną radość.

- Możesz się opanować, burczy mi w brzuchu – jęknęła

- Nie narzekałaś – obrzucił ją złośliwym uśmiechem

- I nie zacznę, ale powinniśmy coś zjeść

Niezadowolony Lucjusz coś mruknął, ale ostatecznie przywołał dla niej jakąś podomkę i mogli wyjść. Hermiona z zachwytem przesunęła dłonią po delikatnym materiale. Zdobione koronką, jedwabne cudo musiało kosztować majątek. Nigdy wcześniej nie trzymała w dłoni czegoś równie wspaniałego. Lucjusz narzucił na nią podomkę i ruszyli w kierunku kuchni.

- Idziesz kochana, albo inaczej nie widzę powodu wychodzić z łóżka!

Hermiona wywróciła oczami, ale jej twarz wyrażała radość. Chwyciła dłoń swego mężczyzny i ruszyli w kierunku kuchni. Zamierzała zadbać by coś zjedli, bo jeśli chodziło o nią potrzebowała solidnego śniadania.

Ucieszyła się, że wszyscy goście wyszli, no może poza Pansy. Podejrzewała, że czarnowłosa miała dobrą noc, kto wie czy nie została już zaliczona do grona domowników? Nie chciała by ktokolwiek widział jak idzie w równie nieformalnym stroju z ojcem swego szkolnego nieprzyjaciela. To było zawstydzające, nawet biorąc pod uwagę wydarzenia poprzedniego wieczoru.

Wciąż odczuwała ból nóg. Lavender oraz Parvati dosłownie wbiły stopy w Hermiony w buty na obcasach. Nie słuchały tłumaczeń, ani próśb ani gróźb. Fakt, wyglądała w nich elegancko niestety miała małe doświadczenie w chodzeniu w podobnym obuwiu. A że tańczyła z prawie każdym mężczyzną na przyjęciu, poza Ronem i Moodym, odczuwała zmęczenie. Ron nie raczył jej zaprosić, woląc pić i robić awantury. Harry tylko na jeden taniec oderwał się od Ginny, Bill także niechętnie zostawił Fleur. Nie wiedziała co powiedzieć kiedy podszedł Rudolf Lestrange, bowiem Bellatrix znana była z nieprzewidywalnego zachowania. Mroczne czarownica jednak wdała się w intensywną dyskusję z Severusem na temat klątw. A każdy wiedział, że o czarnej magii ta dwójka potrafi rozmawiać godzinami. Obaj uwielbiali czarną magię, chociaż Snape wolał atakować ludzi sarkazmem niż Cruciatusem.

Lestrange okazał się wspaniałym tancerzem. Hermiona naprawdę świetnie się z nim bawiła. Miał w sobie jakąś staromodną grację i maniery dżentelmena. Prawił dziewczynie niewinne komplementy w uroczy, staroświecki sposób. Przyniósł także drinka, coś co by nigdy nie przyszło do głowy Ronowi.

Chyba najmniej przyjemnie wspominała taniec ze Scrimgeourem. Nie, nie dlatego że Minister nie znał kroków. Próbował jednak koniecznie narzucił swój rytm, i chociaż znakomicie prowadził pragnął całkowicie dominować. Hermionie to nie odpowiadało, ale nie bardzo mogła protestować. Już wówczas Ron rzucał jej posępne spojrzenia, krzywiąc się nieprzyjemnie. Prawie prychnęła. Czy ten kretyn nie widział nigdy tańczących ludzi?

Wszystkie sceny stawały jej przed oczami jak szła u boku Lucjusza. Ilekroć na niego spojrzała odpowiadał uśmiechem, jakże innym od tego z jakim go wcześniej kojarzyła!

Z jadalni dochodziły wesołe śmiechy. Nie było trudno zgadnąć do kogo należały, na co Hermiona wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Lucjuszem.

Pansy siedziała na kolanach Draco i karmiła go babeczkami. Młody Malfoy wyglądał na przeszczęśliwego. Gładził włosy ciemnowłosej dziewczyny najwyraźniej nie zwracając uwagi na resztę świata. Hermiona wzięła głęboki oddech. Nienawidziła młodego blondyna odkąd tylko przekroczyła progi Hogwartu. Teraz jednak będą musieli znaleźć sposób na jako tako normalną koegzystencję. Ze względu na Lucjusza, którego oboje kochają.

- Wstałaś Hermiono – Pansy pokiwała przyjaźnie ręką – właśnie zastanawialiśmy się czy w ogóle zejdziesz na śniadanie!

- Od kiedy nosisz takie cuda Granger ? – Draco zmrużył oczy patrząc na jej podomkę

- Właśnie zaczęłam Malfoy – odpowiedziała – od kiedy lubisz babeczki?

- Gusty się zmieniają – wzruszył ramionami - jesteś tego doskonałym dowodem ojcze. Wyglądasz tak młodo – urwał zdanie całkiem bez sensu.

- Nie jestem trzęsącym się starcem Draco. I biorąc pod uwagę ostatnią noc, powinieneś przygotować pannie Parkinson herbaty a nie wyjadać babeczki – Lucjusz sprawiał wrażenie ubawionego całą sytuacją, Hermiono usiądź i poczekaj.

Posłusznie usiadła patrząc na dawnego szkolnego wroga. Jeszcze trzy lata temu, niedługo przed tym kiedy nawet Korneliusz Knot musiał uznać powrót Voldemorta, byli się gotowi pozabijać. Teraz zaś siedzieli w jadalni Malfoy Manor, jak starzy przyjaciele.

Za oknem padał śnieg, w te jeden z ostatnich grudniowych poranków. Miękki, białych puch zalegał na trawniku. Dopiero teraz, w słabym świetle zimowego dnia mogła nabrać pewnego wrażenia o wielkości posiadłości. Gdzieś w oddali migotał wysoki, kamienny mur. Ogromne, majestatyczne dęby musiały zapewniać latem przyjemną ochłodę. Marzyła by pewnego wiosennego lub jesiennego dnia móc przejść się jedną z widzianych alejek. I wiedziała, że to całkiem możliwe. Pragnęła właśnie tutaj odpoczywać.

Draco patrzył z ukosa na dawną szkolną nieprzyjaciółkę. Ta dziewczyna w jedwabnej podomce w niewielkim stopniu przypominała denerwującą Pannę-Wiem-Wszystko podskakującą byle tylko udzielić odpowiedzi na pytania. Irytowała tym większość osób, zwłaszcza kiedy zmuszała do wysłuchiwania kiedy cytowała podręczniki.

Dorosła podczas Wojny podobnie jak oni wszyscy. Zaczęła układać włosy, aż wyglądała całkiem przyjemnie. Zamiast skradać na lekcji, spokojnie czekała na dobrą szansę by zabrać głos. Słuchała a nie tylko mówiła. Czy tym ujęła Lucjusza? Draco widział spokój i radość w głosie i postawie ojca.

- Eee Granger, Hermiono – zaczął po chwili – wiesz jest po Wojnie i jesteśmy jakby w jednej drużynie więc może zaczniemy sobie mówić po imieniu?

- Dobrze Draco – skinęła głową

- Ale sypie – Pansy wyjrzała przez okno – miałam ochotę na spacer, może po Pokątnej?

- Ja wolę zostać tutaj – wtrąciła Hermiona – wyobrażacie sobie co napisali w „Proroku" na temat wczorajszego zajścia?

- Zanim wrócimy do szkoły minie nieco czasu, a poza tym nie mają dowodów na nic innego niż głupotę Weasleya!

Spędziła resztę przerwy świątecznej w Malfoy Manor. Pansy, niewątpliwie częsty gość wielkiego domiszcza została nieoficjalnym przewodnikiem Hermiony. Szkolna nienawiść minęła w czasie walk, zaś teraz, pod jednym dachem zachowywały się wobec siebie uprzejmie. Pewnie nie zostaną przyjaciółkami, ale mogą jakoś razem egzystować. Kto wie, może Ron niechcący wyświadczył jej przysługę?


Wściekły Harry Potter wyprowadzał z Sali balowej pijanego i agresywnego Rona. Chociaż aż drżał od niezbyt udolnie tłumionej złości, nie zostawił przyjaciela. Musiał zabrać rudzielca z dala możliwie najdalej stąd. Ostatnie czego potrzebowali to jeszcze jednego skandalu i zjadliwego artykułu Rity Skeeter.

- Szlag, on potrzebuje niańki – klęła Ginny, ciągnąć pijanego brata – jak mama przeczyta jutro „Proroka" to mnie zabije.

- Nas zabije, nas – westchnął posępnie Harry – a potem Kingsley mnie odkopie i ponownie zabije

- A Kingsley za to? – zapytała rudowłosa wlewając bratu do gardła eliksir uspokajający

- Scrimgeour – wyjaśnił – znowu próbował mnie wciągnąć w te wizerunkowe bzdury. Wiesz ładna fotka dla „Proroka" i obok on jako jakiś dobry wujek. Wyjaśniłem, że jestem w Akademii Aurorów i o ile nie jest to polecenie służbowe niestety muszę odmówić. I chyba wspomniałeś coś o braku szkolenia z propagandy i że pragnę łapać czarnoksiężników a nie szczerzyć zęby do aparatu – zakończył – no, może przedstawiłem sprawę nieco ostrzej.

Ginny uśmiechnęła się drapieżnie, odsłaniając rząd białych zębów. Nic nie odpowiedziała, tylko ucałowała chłopaka namiętnie najwyraźniej zachwycona bojową postawą. Weasleyowie cenili bezkompromisowość.

- I niech zgadnę nie podobało mu się? Naprawdę czy ten facet naprawdę wierzy, że po Knocie i wyraźnej próbie przedstawienia Dumbledora jako groźnego manipulatora zaczniesz ich wspierać?

- Delikatnie mówiąc Ginny, powiedział coś o chowaniu się za plecami starszych, że niby najpierw niańczył mnie Dumbledore a teraz Kingsley i że niby ja wciąż łamię zasady i mam się za lepszego niż innych. Stara śpiewka – wzruszył ramionami – chcę uczciwie skończyć trening w Akademii Aurorów i być traktowany jak inni.

- Wiem – położyła dłoń na jego ramieniu – dobrze powiedziałaś, czemu Kingsley miałby mieć do ciebie pretensje?

- Jest teraz Szefem Biura Aurorów i wciąż mi powtarza bym unikał konfrontacji. Staje się politykiem i każe mi podobnego grać. A ja sama wiesz, mam czasem niewyparzony język

- Za to cię kocham Harry

- Wiem Ginny, ale nie wiem czy nie szkodzę tym przyjaciołom. Czy wiesz, że Scrimgeour próbował w to wciągnąć Hermionę? – zaczął.

- No to już sobie wyobrażam jej reakcję! Na pewno nie była miła.

- Wręcz przeciwnie. Wyobraź sobie, że przyniósł jej kieliszek wina, ona podziękowała i rozmawiali całkiem uprzejmie. Nie wiem co zaproponował i ile zapłacił ale chyba ją przekonał – zakończył ponuro

- Niemożliwe, Hermiona by nigdy…

Cóż panna Granger przeszła niemałą przemianę od czasów kiedy jako jedenastolatka po raz pierwszy poszła do Hogwartu. Obecność w Zakonie dawnych śmierciożerców, fakt, że Dumbledore wysłał ich na szalone poszukiwanie horkruksów chociaż wokół mieli starszych i bardziej potężnych czarodziei sprawiło, że nie patrzyła już na nieżyjącego dyrektora jak dawniej. Wciąż go podziwiała, ale nie bezkrytycznie. Lucjusz Malfoy z kolei nauczył korzystać z okazji i nie oglądać się na sztywne zasady.

- Pragniesz dokonać zmian i coś uczynić, ale powiedz komu jest łatwiej outsiderowi czy komuś działającemu od zewnątrz? Jesteś czarownicą panno Granger, więc użyj czarów do zniszczenia muru, a nie uderzaj weń pięściami.


Elaine potrzebowała dwóch godzin by wyjść z domu do pracy. Eliksir antykacowy działał dość szybko, niestety nijak nie pomagał na podłe samopoczucie wynikające ze wstydu. A blondynka chociaż potrafiła opanować skutki nadmiernego spożycia alkoholu, zawsze kiepsko radziła sobie ze wstydem. Owszem parę razy wypiła o jeden kieliszek za dużo, ale prawie wyłącznie w gronie rodziny. No może raz z Doris, ale Doris nigdy by jej nie wydała, bywała może lekkomyślna i spontaniczna, ale jednocześnie lojalna jak mało kto.

Kiedy mdłości ustały, Elaine wstała z łóżka. Prawie natychmiast potknęła się o nieszczęsną teczkę z dokumentami. Chodziła z feralnym pakunkiem dosłownie wszędzie i miała nadzieję, że nie wylała przypadkiem wina na ważne papiery. Upadek na podłogę tylko pogorszył i tak podły nastrój. Przetarła kolano i ruszyła w kierunku łazienki.

Mieszkała całkiem wygodnie. Wynajmowała kawalerkę, ale jako czarownica zdołała powiększyć przestrzeń do wygodnego, dwupokojowego mieszkania. No może niezupełnie sama, ale z pomocą znajomych przyjaciółki z pracy Doris. Podobne działania nie były całkiem legalne, lecz nikt nie wszczynał dochodzenia jeśli Mugole niczego nie podejrzewali. A to ostatnie zapewniały proste zaklęcia odpędzenia oraz przymusu, powstrzymujące niepowołanych przez przekroczeniem pomieszczenia. Podczas ostatniej wojny Ministerstwo wydało wiele ulotek z podstawowymi metodami ochrony domu, toteż teraz ludzie wykorzystywali wiedzę do drobnego ułatwienia sobie życia.

Prawie wrzasnęła na widok swego odbicia w lustrze. Makijaż spłynął, pozostawiając na policzkach mieszaninę podkładu i cieni do powiek. Elaine nakładała zawsze dość sporo tego pierwszego chcąc ukryć wstydliwe rumieńce, a teraz wszystko się wymieszało. Chociaż miała dwadzieścia trzy lata niestety nie wyrosła z owej irytującej , dziecięcej cechy jaką było rumienienie się ilekroć odczuwała chociaż lekkie zdrenowanie. Pozostawały jedynie kobiece sztuczki.

Jęknęła widząc czupiradło w lustrze. Nie wiedziała co wyglądało gorzej, czy rozmazany podkład czy wynikające z niewyspania cienie pod oczami. Jasne włosy wisiały smętnie wokół bladej twarzy, a ewidentny kac nadawał skórze niezdrowego odcienia. „Mogę iść tak na przyjęcie z okazji Halloween". Nie pamiętała o której godzinie wróciła, a raczej została odholowana do domu.

Jak przez mgłę pamiętała, że minęła właściciela kamiennicy, który wyszedł na spacer z psem. Pan w średnim wieku aż przydeptał łapę zwierzęciu widząc ją w towarzystwie dystyngowanego pana. Na szczęście jako Mugol nie miał bladego pojęcia kogo spotkał, ale widok go zaskoczył. Elaine była cichą i nie rzucającą się w oczy lokatorką. Typem szarej myszki, zaś myszki nie wracają do domu pijane i uwieszone męskiego ramienia. Na samo wspomnienie poczuła falę wstydu.

Z pomocą różdżki usunęła resztki makijażu. Zdjęła też pogięta sukienkę, która ku przerażeniu kobiety wciąż lekko pachniała kosztowną wodą kolońską. Szybko rzuciła zaklęcie czyszczące, które jednak nijak nie usunęły aromatu. Była wciąż zbyt skołowana aby rzucić bardziej zaawansowane zaklęcia „Szlag a tak lubiłam tę kieckę, no ale jakbym w niej doszła do pracy byłoby nieszczęście". Poczęła czesać długie, jasne włosy. Mogła je ułożyć za pomocą czarów, ale szczotkowanie ją uspokajało. A owego ranka potrzebowała rozluźnienia i toniku na nerwy.

Kiedy w końcu wyszła do pracy czuła jakby winę miała wypisaną na twarzy. Nie mogła jednak ot tak zniknąć, czy przyjść później. Mafalda i Doris gotowe wpaść tutaj do niej w stanie kompletnej histerii. Naprawdę goniły ich terminy, zaś Elaine była najbardziej uporządkowaną z nich. Nie chce wywoływać więcej zamieszania. No i właściwie co by miała powiedzieć? „Zostałam wyciągnięta do restauracji, upiłam się i nie wróciłam do domu o własnych siłach ?" Samo wspomnienie wywołało falę wstydu. Babka Galathea nieraz przyjmowała dawnych znajomych, a w tym czasie Elaine cicho siedziała i w przeciwieństwie do swej siostry Igraine nie uważała owych godzin za stracone. Dawała lekcję manier a podobne zachowanie do dobrych manier nie należało.

- Ciężko pracowałyśmy – powiedziała rudowłosa dziewczyna, zwana Mafaldą pod wieczór – padamy, chodźmy gdzieś, musimy odpocząć

- I postawić ci wino Elaine, ogarnęłaś wszystko i tak rozplanowałaś, że prawie skończyłyśmy – zawtórowała stojąca obok brunetka

- Doris – jęknęła blondynka wciąż pamiętająca wczorajszy wieczór

- Nie ma wykrętów, idziesz z nami na babski wieczór czarownic.

Elaine próbowała protestować, ale była skazana na porażkę. Nie mogła powiedzieć dlaczego nie chce nawet myśleć o winie. Przełknęła głośno ślinę, przeklinając swój pech.

Wyszła z dziewczynami na Pokątną usiłując zachować spokój. Nic tak nie pomagało jak wyjście na lody do Floriana Fortescu'e zakończone bardzo popularnym likierkiem. Elaine nadpiła kilka łyków, powstrzymując grymas obrzydzenia. Jednym ze skutków zażycia eliksiru antykacowego był chwilowy wstręt do alkoholu.

Szloch kobiety przerwał ciszę. Robiący zakupy ludzie zatrzymali się, bądź co bądź ciekawi widowiska. Od czasów zakończonej niedawno Wojny na ulice powoli wracał spokój, toteż niecodziennie obserwowano dramatyczne sceny.

Lavender Brown nie widziała spojrzeń przechodniów. Płakała, kiedy świąteczna przerwa zamieniała się w koszmar. Prawie zawsze płakała i prawie zawsze z powodu Rona. Jej chłopak szedł obok zataczając się po stanowczo zbyt wielu głębszych w Dziurawym Kotle. Dziewczyna próbowała doprowadzić go do sklepu z Magicznymi Dowcipami. George jako jeden z nielicznych potrafił przemówić Ronowi do rozumu. Szła ponuro ze spuszczoną głową, nie chcąc widzieć.

Przez chwilę Elaine pragnęła do niej podbiec, ale powstrzymała się. Nawet średnio bystra osoba widziała, że Lavender najchętniej znikłaby w mysiej dziurze. Publicznie upokorzona i załamana nie chciała nikogo widzieć, a już najmniej krewnych. I tak dostawała wciąż sowy w związku ze swoją nieustanną obecnością w rubrykach towarzyskich „Proroka Codziennego" oraz „Czarownicy". Ron ze swoim prostackim zachowaniem, wyraźną skłonnością do alkoholu i awantur stanowił wdzięczny temat dla każdego dziennikarza. Chłopaka radowała sława, ale znacznie mniej radowała jego rodzinę.

Po „awanturze u Malfoya" jak to nazwała prasa regularnie przypominała kolejne wyczyny Rona. Rudowłosy chłopak chodził dumny jak paw, zwłaszcza jak podkreślano jego mocną głowę oraz rzekome romanse. „Byczy Ron" – nazwała go Rita Skeeter i dokładnie przybliżała, lub przypominała, listę jego wyczynów. Lavender pisała regularnie listy do rodziny w których płakała z powodu zachowania swego chłopaka. Kochała go wciąż i mimo wszystko.


Od Autorki: Ponieważ to opowiadanie AU część kanonicznych postaci zginie (Narcyza) a część zachowam przy życiu (Remus). Wedle 7 części po wygranej Bitwie o Hogwart, Kingsley został wpierw tymczasowym a potem na stale Ministrem Magii. O ile uważam go za generalnie pozytywną postać to jednak stwierdzenie że oto "dobry i szlachetny wprowadził społeczność w nową erę, gdzie status krwi nie miał już takiego znaczenia a skrzaty domowe były lepiej traktowane" mnie nie przekonują. Dla mnie to brzmi zbyt utopijnie, bo chociaż sam Kingsley mógł być uczciwy i nieskorumpowany to jednak reszta Ministerstwa to inna bajka. Dlatego zrobię go Szefem Biura Aurorów, bo mi bardzo pasował na takiego szlachetnego i oddanego policjanta (lub szeryfa).