Dziękuję wszystkim, którzy tutaj zaglądają. To motywuje by publikować kolejne części.
W dzisiejszym odcinku zajrzymy na uroczystości do Hogwartu, gdzie Ron po raz kolejny da popis swoich możliwości i przyniesie wstyd Hermionie, tym razem na polu zawodowym.
Oczywiście egzaminy poszły doskonale. Nie mogły pójść inaczej dziewczynie, kobiecie właściwie, która od pierwszego roku zdobywała najlepsze oceny. W czasie praktycznego egzaminu z Obrony Przed Czarną Magią odbijała klątwy tak szybko i sprawnie, że szybko zwyczajny sprawdzian przeszedł w pojedynek. Dopiero interwencja dyrektor McGonagall, nie chcącej przedłużać całości, zmusiła obie strony do przerwy. Dostała oczywiście najwyższą możliwą notę, a egzaminator namawiał ją by wstąpiła do Akademii Aurorów. Z Eliksirami też sobie poradziła, wszak miała praktykę w ich ważeniu w warunkach bojowych. Musiała przygotować niejeden leczniczy i nasenny napój w namiocie w środku lasu. Zaklęcia? Także nie stanowiły problemu, właściwie poza Historią Magii czuła się dość pewnie ze wszystkiego.
Ciężko pracowała i zarwała niejedną noc w Bibliotece. Tak zawsze znajdowała spokój, nawet jeśli pani Price wyganiała ją na dziesięć minut przed ciszą nocną. Hermiona nie byłaby Hermioną jakby nie zaglądała do swego ulubionego pomieszczenia. Nawet jeśli czyniła tak bardziej z sentymentu i przyzwyczajenia niż konieczności. Ale to ostatnie chwile o czym doskonale wiedziała i rzucała mordercze spojrzenia osobom żartującym z podobnego spędzania ostatnich chwil w szkole.
Tego roku, jak i w każdym nadchodzącym, Pożegnalna Uczta miała wydarzeniem szczególnym. Nie tylko świętowano zakończenie kolejnych klas, ale a być może przede wszystkim, koniec Wojny. W czerwcu Harry Potter stoczył ostateczny pojedynek z Voldemortem, dlatego Uczta Zwycięstwa została połączona z Pożegnalną.
Zaproszono wszystkich członków Zakonu Feniksa oraz Gwardii Dumbledora. Niektórzy, podobnie jak Hermiona, postanowili zakończyć swoją magiczną edukację. Teraz, pod koniec roku szkolnego, miało nastąpić ich symboliczne przejście w dorosłość. Coś na co czekali z niecierpliwością, ale co także przerażało. Właśnie dla nich przygotowano specjalny stół, aby koledzy z klasy i towarzysze walk mogli po raz ostatni usiąść w swoim gronie.
Przybyła także delegacja z Ministerstwa Magii. Od tamtej pory i już na zawsze mieli uczestniczyć w Uczcie Zwycięstwa w Hogwarcie, aby upamiętnić tych co oddali życie na Wojnie. Prócz Ministra oraz Szefów Departamentów przybyła niewielka grupa wybranych urzędników, oraz wysoko postawieni członkowie społeczeństwa. Nie mogło zabraknąć Lucjusza Malfoya, który nie dość, że oficjalnie zmienił strony w kluczowym momencie walk, to nie zamierzał zrezygnować z możliwości spotkania swego syna oraz Hermiony. Dwa pierwsze powody były oficjalne i powszechnie znane. Ostatni już mniej oczywisty, ale nijak nie przykrywał radości młodej kobiety.
Wielkie brawa i owacja witały Harrego Pottera, dawniej „Chłopca, którzy przeżył" a teraz zaś „Wybawcę". Wiele uczennic rzucało mu tęskne, powłóczyste spojrzenia co okropnie irytowało rudowłosą czarownicę u jego boku. Harry posłał Ginny ciepły uśmiech, nie patrząc na nadmiernie podekscytowane dziewczyny. Stała u jego boku mając ochotę przekląć niektóre z jego fanek. Pomimo bystrego wzroku nie widziała złości Rona, wciąż zazdrosnego o swego przyjaciela.
Harry szedł obok swego mentora i przyjaciela Kingsleya. Szef Biura Aurorów szybko niewiele zmienił swoje dawne przyzwyczajenia. Pozostał wciąż tym samym spokojnym, uprzejmym człowiekiem o głębokim, uspokajającym głosie. Nosił niebiesko-fioletowe szaty, które zostały jego swoistym znakiem rozpoznawczym. Wymienił dyskretne uśmiechy z dyrektor McGonagall i szedł dalej niewzruszony.
Minerwa zajmowała miejsce, które zdawało się być na zawsze zajęte dla Dumbledora. Starsza czarownica nie dorównywała mocą poprzednikowi, ale pokazała tak w czasie walk jak i błyskawicznej odbudowy zamku Hogwart, magia skrzatów i innych istot czyniła cuda, że ma wszelkie predyspozycje do pełnienia owej funkcji. Obok niej stał niewielki nauczyciel zaklęć, profesor Flitwick. Pomimo swego mizernego wzrostu był mistrzem pojedynków i zyskał wielki szacunek w czasie ostatniej Wojny. Po drugiej stronie zaś stał niestrudzony kolekcjoner sław, profesor Slughorn. Patrząc na licznych gości przypominał, mimo sędziwego wieku, dziecko w sklepie ze słodyczami. Pomachał do Harrego, całkiem ignorując mordercze spojrzenie pani dyrektor.
Powitanie między ministerialną delegacją a McGonagall było uprzejme, chociaż sztywne. Kontakty Hogwartu z Ministerstwem nie zawsze przebiegały za dobrze, Wojna mogła uczynić ich sojusznikami lecz nigdy przyjaciółmi.
- Rufusie, wspaniale cię widzieć w progach starej szkoły. Jak każda nauczycielka z ciekawością obserwuję moich dawnych uczniów i z radością ich witam po latach. Wspaniały mamy dzisiaj dzień, a nic tak nie cieszy jak świętowanie wielkiego sukcesu moich podopiecznych w doborowym towarzystwie.
Mówiła uprzejmie, a na jej ustach ledwie gościł uśmiech. Wyciągnęła dość sztywno dłoń a cała jej postawa sugerowała, że radość i zadowolenie to ostatnie o czym myśli patrząc na szczupłego, wysokiego mężczyznę przed sobą. Pocałował jej dłoń, najwyraźniej niezbyt zadowolony z całej sytuacji. O tym, że ta dwójka za sobą nie przepadała nie stanowiło tajemnicy.
- Zaiste Minerwo pozostaniesz na zawsze nauczycielką – padła uprzejma chociaż sztywna odpowiedź – i jak prawie każda nauczycielka niektórych uwielbiasz szczególnie. A dzisiejszy dzień to przecież jak wiesz święto naszego całego społeczeństwa.
Minister Magii oraz pani dyrektor Hogwartu mierzyli się przez chwilę spojrzeniami godnymi bazyliszka. Ten swoisty pojedynek zapewne potrwał by dłużej, ale oczywiście dwie równie szacowne osoby nie mogły zacząć sprzeczki czy też walki publicznie. Po prostu nie wypadało, nawet jakby porządna bójka mogła ostudzić emocje.
Fakt, że McGonagall znacznie serdeczniej witała Shacklebolta i Pottera niż szacownego Ministra nie uszło uwadze ani tego ostatniego ani jego bliskich przyjaciół. Przewodzący Departamentowi Przestrzegania Prawa Bertie Higgs oraz Przewodzący Wizengamotowi Tyberiusz McLaggen* wymienili oburzone spojrzenia, lecz milczeli na równie jawny afront. Byli gośćmi w Hogwarcie, zaś pani dyrektor gospodynią.
- Właściwie nie powinniśmy się dziwić okropnym manierom i skandalicznemu sposobowi bycia Pottera, skoro jest do tego nieustannie zachęcany. Najpierw Dumbledore a teraz McGonagall wbili mu do głowy, że stoi ponad zasadami – McLaggen skrzywił usta z niesmakiem- mój bratanek, Cormack, nieraz mi o tym wspominał.
- Ach Cormack, wspaniały chłopak pamiętam go z naszych polowań w Norfolk. To były czasy! Co u niego?
- Bardzo miło, że pytasz Rufusie. Chce wstąpić do Akademii Aurorów, ale pomimo jego zasług i oddania nie jest mu łatwo. Sam wiesz jaki jest Shacklebolt, niby się nie wtrąca ale...
- Nawet mi o nim nie przypominaj Tyberiuszu. Oczywiście jako Minister mogę poprzeć wybranego kandydata, ale tylko naprawdę dobrego, kogoś kto sobie poradzi. Nie wesprę kogoś niekompletnego, nie po to sprzątam bałagan po Knocie, by zacząć samemu brudzić.
- Cormac cię nie zawiedzie – zapewniał – zresztą sam z nim porozmawiaj, oceń. To prośba, ale chyba nie mnie jednemu zależy na stworzeniu przeciwwagi dla Zakonu Feniksa w korpusie Aurorów.
- Nie chcę by mój dawny Departament został fanklubem Pottera, wierz mi. Przyjdź do mnie z Cormackiem, a spędzimy sobotni wieczór przy dobrej whisky i porozmawiajmy. O czyżby Dolores właśnie witała naszą drogą Minerwę? Naprawdę nie wiem, która z nich przyprawia o gorszy ból głowy.
- Czemu właściwie jej nie przeniosłeś? Najlepiej do głębokiej piwnicy? – Bertie Higgs często nie rozumiał decyzji swego przyjaciela.
- Nie kuś, jej obecność przypomina Zakonowi Feniksa, pomimo statusu weteranów wojennych, że nie oni rządzą. Potter ma czelność żądać ode mnie zwolnienia osoby pracującej w moim biurze, wymachując przy tym intensywnie rękami. Nie wiem czy bardziej mnie denerwuje ten chłopak czy ta kobieta z tym jej wołaniem „Panie Ministrze" na pół korytarza. Bertie, powiedz mi co jest niejasnego w zdaniu „w moim biurze mówimy sobie po imieniu"?
Faktycznie Dolores Umbridge witała się z panią dyrektor Hogwartu. Wzajemna niechęć obu kobiet była równie znanym faktem, co miłość tej pierwszej do różu i puchatych kotów. Kiedy druga z kolei uścisnęła dłoń gościa, wyglądała jakby miała ochotę strzaskać komuś kości. Nie umknęło to uwadze złośliwych, zwłaszcza Rity Skeeter.
Hermiona zacisnęła pięści widząc znienawidzoną postać. Nie miała pojęcia, że ropucha jak o niej mówiła wciąż zachowała swoje ewidentnie dobre stanowisko w Ministerstwie. Przygryzła wargę usiłując zapanować nad nieprzyjemnym zaskoczeniem. Nie tego oczekiwała i mimowolnie zaczęła się zastanawiać czy aby przypadkiem dobrze zrobiła godząc się na propozycję pracy. Wiedziała, że musi porozmawiać z Lucjuszem.
Wymieniła spojrzenia z Harrym, który zaciskał pięści ilekroć widział znienawidzoną postać. Mimowolnie dotykał wówczas wyrytych krwawym piórem słów a usta chłopaka drżały od tłumionej wściekłości. Nieraz wywołał z tego powodu niemałą awanturę i nieraz Kingsley musiał go wyprowadzać z gabinetu Scrimgeoura. Relacje między Wybawcą a Ministrem Magii nie należały do najlepszych, delikatnie mówiąc. Dyplomacja nie należała do umiejętności Pottera, zaś poczucie niesprawiedliwości po prostu bolało. Teraz jednak, w szkole i wśród przyjaciół chwilowo o tym zapomniał.
Kiedy wreszcie wszyscy zajęli swoje miejsce, Minerwa rozpoczęła mowę. Upamiętniała tym swego poprzednika, mentora i przyjaciela co wywołało tyleż jęków zachwytu co irytacji. Dumbledore, zwłaszcza po książkach Rity Skeeter oraz ujawnieniu na światło dzienne paru sekretów, był postacią nieco bardziej kontrowersyjną. Pozostał rzecz jasna tym, co umożliwił upadek groźnego czarnoksiężnika, ale jego metody zaczęły być kwestionowane. McGonagall zdawała się jednak nie przejmować głosami. Tu w Hogwarcie to ona była gospodynią i goście musieli grać wedle zasad. Nawet jeśli byli nimi urzędnicy Ministerstwa.
Severus Snape zaciskał zęby słysząc te peany zachwytu. Mógł powiedzieć wiele na temat Przysięgi Wieczystej i wystawieniu Lily Potter i nie byłyby to miłe słowa. Kiedy zobaczył najwyraźniej niezadowolone spojrzenia najważniejszych ludzi Ministerstwa, na jego ustach zagościł znajomy, ironiczny uśmiech. Minerwa McGonagall była lojalną nauczycielką i przyjaciółka, ale nie miała bladego pojęcia o polityce. To miało zostać powszechną wiedzą.
Hermiona podchwyciła jego spojrzenie, a groźny nauczyciel skinął głową. Zmienił swoje nastawienie do niej i wyraźnie chwalił dobór przyjaciół. Spotkała go kilka razy w Malfoy Mano i dowiedziała się, że przyjaźni się z Lucjuszem od lat a nawet jest ojcem chrzestnym Draco. Wówczas zrozumiała postawę nauczyciela wobec co najmniej denerwującego Ślizgona. Była mu wdzięczna za brak komentarzy na temat swej relacji ze starszym od siebie mężczyzną. Powiedział tylko „Jeśli będziesz potrzebować eliksiru, wystarczy poprosić panno Granger".
Odgadła, że zapewne albo komentuje mowę McGonagall, albo namawia by porozmawiała z Harrym. Mistrz Legilemencji bez trudu mógł odgadnąć myśli, ona zaś była tak roztrzęsiona widokiem Umbridge i strachem o reakcję przyjaciela. Jeszcze nie powiedziała mu o przyjęciu propozycji Ministra, o ile takowa była aktualna, lecz Lucjusz wbił jej dość dobrze do głowy by traktowała rozmowę jak zobowiązania.
- Panna Granger? – ten przyszpilający głos, mający zapewne brzmieć neutralnie, stanowił odpowiedzi na jej wątpliwości.
- Panie Ministrze? – odpowiedziała szybko odrzucając myśl o koniecznych wyjaśnieniach – Czy mogę coś dla pana zrobić?
- Porozmawiajmy, chyba powinienem pogratulować ukończenia szkoły ze znakomitymi wynikami.
- Dziękuję, jestem pan bardzo uprzejmy.
- Naprawdę nie ma za co panno Granger, przebywając z Weasleyem niewątpliwie odwykłaś od jakichkolwiek przejawów uprzejmości i dobrego wychowania. Zapewniam jednak, że nie jest z nami, czarodziejami aż tak źle.
- Nie wątpię sir – odpowiedziała myśląc o Lucjuszu – o czym chciał pan ze mną rozmawiać? Czy o tym, o czym myślę?
- Jeśli pytanie brzmi, czy podtrzymuję moją propozycję pracy, to tak panno Granger. Zapewne chce pani nieco odpocząć, skorzystać z okazji i wyjechać na wakacje, ale nie będę czekać wiecznie. Mamy mnóstwo pracy.
- Rozumiem, mogę zacząć nawet od poniedziałku – krzyknęła – naprawdę, jestem gotowa! – zapewniła.
- Doskonale, ale proszę pomyśleć o możliwym odpoczynku.
- Nie ma potrzeby – zapewniła może zbyt stanowczo – dziękuję panu, ale nie chcę i nie mam na co czekać.
- Oczywiście panno Granger, zatem jak rozumiem możemy wypić toast za początek niewątpliwie owocnej współpracy.
Odpowiedziała uśmiechem. Miała dość rozsądku by nie skomentować, że zapewne nie zaprasza na toast każdej nowej czarownicy w Ministerstwie. Jakby tak czynił, plotkarki oraz hieny pokroju Skreeter, na pewno by dokładnie to odnotowały.
Czuła na sobie uważne, niezbyt przyjazne spojrzenia. Dezaprobatą McGonagall nie przejmowała się tak bardzo jak zawodem w oczach Harrego. Widziała jak przyjaciel patrzy na nią z niedowierzaniem i ledwo widoczną irytacją. Czeka ich ciężka rozmowa. Ufała mu i wiedziała, że nie zawiedzie. Sama też nie chciała zawieść.
- Wiedziałem! – krzyk Rona przyciągnął uwagę wielu osób.
Rudzielec szedł w jej kierunku lekko się zataczając. Chociaż uroczysta przemowa McGonagall, ledwie dobiegła końca, on najwyraźniej zdołał już wypić parę głębszych. W ręce trzymał talerz z przystawkami, które pożerał w zastraszającym tempie. Nawet robiąc awanturę nie przestawał się opychać. Krzyczał z pełnymi ustami, zaś kawałki przeżutego jedzenia padały na posadzkę.
Zacisnęła pięści czując, jak wściekłość w niej kipi. Przywykła do awantur w Pokoju Wspólnym Gryfonów, nawet nie reagowała. Teraz jednak on najwyraźniej zamierzał urządzić przedstawienie przy całej masie obcych ludzi. Ne Merlina, obok niej stał jej przyszły szef, a jej eks zamierzał urządzić scenę.
- Ronald, uspokój się proszę – zaczęła, wiedząc jak głupio brzmią jej słowa – nic złego nie ma miejsca.
- Nie rozkazuj mi, minął czas gdy mogłaś rozkazywać! – krzyczał – a więc tak? A więc?
- Nie zaczyna się zdania od „a więc" – powiedziała z przyzwyczajenia.
- Będę zaczynał zdanie jak mi się podoba! A więc co, sprzedajesz się? Korzystasz z chwili sławy by zapewnić sobie miłe lądowanie? Myślisz, że czajenie się po kątach..– krzyczał w jakimś szaleństwie.
Hermiona czuła piekące pod powiekami łzy. Nie powinna tak reagować, nie powinna tak ulegać, o czym doskonale wiedziała. Ale napaść Rona, kogoś bliskiego przez lata szkoły bolała. Zwłaszcza skoro zamierzał ją ośmieszać. Myślała że są przyjaciółmi, ale najwyraźniej nie miała racji. Nie rozumiała co właściwie chce osiągnąć podobnymi przestawieniami.
Czym sobie u licha zasłużyła na podobne traktowanie? Pomagała mu przez prawie całą naukę w Hogwarcie, ratowała życie w ciągu roku poszukiwań horkruksów a on, on traktował jak najgorszą zdrajczynię. Bo w chwili słabości zrobiła jeden krok za dużo.
- Weasley - Scrimgeour nieomal wypluł to słowo, a pogarda w głosie Ministra nie miała sobie równych – zapewne myślisz chłopaczku, że wciąż przebywasz wraz ze swoimi kolegami, zaś przerywanie oraz wrzaski to odpowiednie zachowanie. Tak samo jak opluwanie przeżutymi kawałkami jedzenia każdego w polu rażenia – skrzywił się robiąc krok w tył – rozwieję te urocze złudzenia. Właśnie skończyłeś szkołę, najwyraźniej poziom edukacji podupada skoro zachowanie rodem z pijackiej meliny uchodzi za właściwie dla absolwentów. Nie wszyscy są równie wyrozumiali co twój nieżyjący idol Dumbledore. Bycie przyjacielem Pottera – kontynuował lodowato - nie daje immunitetu na chamstwo, a już na pewno nie w mojej obecności. Nie nawykłem by jakiś chłystek mi przerywał, nawet jeśli twoi przyjaciele tolerują prostactwo. Nie wiem w co takiego wyrżnąłeś swoją rudą czupryną i co dokładnie uszkodziło, najwyraźniej nieodwracalnie, głowę i nie obchodzi mnie to. Czy to zrozumiałe?- wycedził pytanie.
Zapadła cisza. Ron najwyraźniej nieco otrzeźwiał, lodowaty ton, w bardzo snapewatym stylu, doskonale działał na Gryfona. Wpatrywał się w wyraźnie wściekłego Ministra Magii oraz zszokowaną Hermionę. Widział wściekłość i żądzę mordu w jej oczach. Zaczerwieniony aż po czubki uszu Ron, próbował coś powiedzieć, ale dziewczyna była szybsza.
- Przepraszam – powiedziała – strasznie pana…
- .. daj spokój panno Granger – przerwał niecierpliwie – jeśli ktoś tu powinien przepraszać to ten okropny człowiek, o ile jest w stanie wymówić równie długie słowo, nie opluwając przy tym moich szat resztkami jedzenia.
- Ron nie jest zły, to dobry chłopak tylko czasem go ponosi – zaczęła buntowniczo.
Mimo wszystko nie lubiła jak obcy obrażali ludzie obrażali przyjaciela. Tak, miał okropne maniery a jego zachowanie przy stole pozostawało poniżej wszelkiej krytyki. Kłóciła się z nim, ale mimo wszystko razem przeszli przez Wojnę. Nie mogła, nie mogła spokojnie słuchać podobnych przemów. Lojalność nie znikła tak od razu.
- Oczywiście – przerwał jej cierpko – zdaje się, że omówiliśmy niezbędne szczegóły. Zatem do zobaczenia w poniedziałek panno Granger i – zawiesił głos po czym, nie zaszczycając nawet jednym spojrzeniem rudzielca kontynuował – radzę trzymać swoich grubiańskich przyjaciół z dala od swego biura, dla dobra naszej współpracy. Jak wspominałem, nie jestem Dumbledorem i nie mam zwyczaju tolerować wrzasków rozwydrzonych nastolatków.
Próbowała coś wyjaśnić, ale odszedł z zadziwiającą szybkością. Miała szczerą i gorącą ochotę po prostu udusić Rona. Nawet na Balu Bożonarodzeniowym nie odczuwała równie wielkiej wściekłości, może dlatego, że Lucjusz doskonale ją uspokoił? Miała szczerą ochotę kogoś uszkodzić. Porządnie uszkodzić.
- Co ty wyprawiasz Ronald? – syknęła – na głowę upadłeś?
- Lecisz na kasę i pozycję co? Najpierw taniec z Malfoyem teraz popijasz winko z ..
- Ty kretynie rozmawialiśmy o pracy, a ty mnie ośmieszyłeś przed moim przyszłym szefem! Masz mnie za jakąś, jak to mówiła twoja mama, kobietę w czerwieni co poluje na mężczyzn?
- Ja – zaczął głupio.
- Lepiej zamilcz Ronald – odparła cierpko.
Odeszła szybko w poszukiwaniu Lucjusza. Nie chciała z nim rozmawiać. Ignorowała jego wołania i po prostu szła przed siebie. Czy naprawdę tak niewiele znaczyła dla chłopaka, którego uważała za ważną część życia? Nie kochała go, ale przez lata w szkole był jedną z najbliższych jej osób. Wraz z nim i Harrym wierzyli, że nic nie zaćmi ich przyjaźni. Tymczasem coś co miało trwać wiecznie, rozsypywało się zanim na dobre ukończyli szkołę. Czy cokolwiek z ich przyjaźni przetrwa nadchodzący rok?
Do tego Lucjusz zmył jej głowę. Delikatnie mówiąc był niezadowolony z jej rozmowy z Ministrem. „Musisz zdecydować czego chcesz i kogo wspierasz". Nie krzyczał, ani nie unosił głosu. Patrzył tylko uważnie swoimi szarymi, przenikliwymi oczami zaś wargi wykrzywiał pogardliwy grymas. „Weasley nie podziękuje ci za to. Nie trzymaj z nim, tylko stracisz".
Lavender na swoje szczęście, lub nieszczęście nie miała pojęcia o awanturze. Rozmawiała w tym czasie z kilkoma dziewczynami nad ostatnim artykułem w „Czarownicy". Zobaczyła dopiero Rona stojącego z ponurą miną w kącie. Podeszła do niego, niosąc talerz jego ulubionych przekąsek.
- Wszystko dobrze ? – zapytała troskliwie
- Tak, wiesz dziwnie się czuję kończąc szkołę – skłamał gładko – nie kochałem szkoły, ale chyba zatęsknię!
- To kawał naszego życia – skinęła głową – tak przeżywaliśmy wspaniałe i okropne chwile. Teraz zaś cóż, jesteśmy nieodwołalnie dorośli. Chyba potrzebuję czegoś się napić.
- Mówiłem, że jesteś cudowna?
Spędził resztę uroczystości na obściskiwaniu zachwyconej Lavender. Nie wiadomo czy Ron naprawdę tak pragnął bliskości swej jasnowłosej koleżanki, czy chciał wzbudzić zazdrość w Hermionie. Dość, że zapewnił tej pierwszej pełen pocałunków i promiennych wyznań wieczór. A kiedy jego wybranka poczęła go karmić ciasteczkami czuł się jak w niebie. Bo jedzenie, alkohol i zachwycona nim dziewczyna były niebem Ronalda Weasleya. Te dwa pierwsze w całości wystarczały.
xxxxxx
Dawno ustalona opinia pracoholika miała być prawdziwym błogosławieństwem dla Rufusa Scrimgeoura. Kiedy wychodził, jako jeden z pierwszych, tłumacząc się nawałem obowiązków ludzie kiwali głowami ze zrozumieniem. Mógł uchodzić za dziwaka, sztywniaka a nawet impotenta (plotkary w Ministerstwie miały niezłą wyobraźnię i nawet nie czuł się tym urażony), ale dzięki temu nikt nie podejrzewał, że owa szalenie ważna sprawa miała blond włosy i mocny makijaż na twarzy. Oczywiście prawie zawsze usuwał tony tego paskudztwa z jej twarzy niewerbalnym zaklęciem, czego nieomal nigdy nie zauważała. Zerknął na zegarek i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku aportował do prywatnego pomieszczenia w bardzo eleganckiej restauracji.
Ten lokal cieszył się znakomitą opinią wśród arystokracji oraz ważnych urzędników Ministerstwa Magii. To właśnie tutaj, w całkowitej dyskrecji można było załatwiać interesy lub spotkania z osobami, które miały pozostać tajne. Stali bywalcy mieli swoje własne, prywatne sale, przypominające dwupokojowe apartamenty. Pierwszy pokój przypominał jadalnię ze stolikiem, barkiem i wszystkim co potrzebne do zadbania o gości. Drugim była sypialnia, gdzie można było odpocząć, albo wręcz przeciwnie. Nieduża, ale wygodna łazienka pozwała się szybko odświeżyć, między innymi. Zaklęcia ciszy oraz prywatności zapewniały dyskrecję, tak poszukiwaną przez gości.
Elaine siedziała wygodnie na sofie, porządkując akta. Została wpisana już jakiś czas temu na listę stałych gości Ministra, mających prawo nocować oraz jeść w prywatnej sali o ile takowa była wolna. Oczywiście nie goście płacili. Ona sama nigdy sama by tutaj nie przyszła, nie chcąc w równie grubiański sposób nadużywać cudzego zaufania. A już na pewno nie kogoś, kogo po prostu darzyła szczerym podziwem.
Tego dnia znalazła na swoim biurku notkę z zaproszeniem. Czasem wychodzili w jakieś dyskretne, miłe miejsce by porozmawiać. Uśmiechnęła się, bowiem naprawdę uwielbiała jego towarzystwo. Z pomocą zaklęcia zmniejszającego wpakowała akta do torebki i jakby nigdy nic wyszła a pracy. Teoretycznie nie należało zabierać dokumentacji do domu, lecz w praktyce wiele osób tak czyniło. Kiedy goniły terminy ludzie sięgali po rozmaite rozwiązania.
Czekała dość długo, ale nie narzekała. Wiedziała o uroczystościach w Hogwarcie, toteż spokojnie zerkała na zegarek, robiąc przy okazji porządek w aktach. Zdjęła buty i wyciągnęła wygodnie nogi. Nie było to eleganckie, ale na pewno szalenie wygodne. Oparta o miękkie poduszki półleżała całkiem zadowolona z życia. Zajadała właśnie bardzo dobre ciasteczka, wyrzucając z głowy myśl jakie to niezdrowe.
- Panna Cattermole już zjadła obiad – oznajmił kelner.
- Znakomicie. W takim razie pora na wino.
- Wedle życzenia pani Ministrze. Czy podać pańską ulubioną whisky?
- Tak, to też. Przynieś coś do barku i niech nikt nam nie przeszkadza, chyba, że będzie chodziło o sprawy najwyższej wagi państwowej.
- Wedle życzenia. Pańskie kwiaty proszę pana – powiedział młodzieniec podając bukiet białych róż.
- Dziękuję – odparł starszy z mężczyzn uprzejmie i podał młodszemu sowity napiwek.
Elaine nawet nie zwróciła uwagi na otwierane drzwi. Kelner wchodził co jakiś czas, czy to wnosząc butelki do barku czy to przynosząc jej herbatę. Nie ignorowała go ze złośliwości, wszak sam młody człowiek prosił by sobie nie przeszkadzała. A zajęta pracą Elaine ledwie wiedziała na jakiej planecie przebywa.
Nie zauważyła mężczyzny, który wszedł. Dopiero kiedy poczuła zapach ciężkiej, znajomej wody kolońskiej uśmiechnęła się. Nie zdążyła nic powiedzieć, bowiem pocałował ją namiętnie skutecznie pozbawiając tchu.
- Mam nadzieję, że nie czekałaś za długo?
- Ależ skąd, miałam co robić – wskazała na akta, które szybko schowała do teczki- sprawa Yaxleya – wyjaśniła pośpiesznie zakładając buty – a jak było w Hogwarcie?
- Długo by opowiadać – odparł siadając obok – skoro żadne z nas nie jest głodne, to może Chardonnay a potem jakiś lekki deser?
- Wspaniały plan – pokiwała głową, chowając teczkę do swej torebki.
- Tutejsze sofy są szalenie wygodne, nie musisz wstawać i podskakiwać na mój widok miła. Zmieścimy się jakoś.
- Jesteś zmęczony, chodź.
Ledwie wierząc w to co robi, Elaine powróciła do swej poprzedniej pozycji. Często nosiła buty na wysokich obcasach, ale po dziewięciu godzinach zmieniały się w narzędzia tortur. Wyciągnęła dłonie w zapraszającym geście, po czym cicho mruknęła z zadowolenia czując jak obiekt jej podziwu składa głowę na jej piersi. O tak, powinna winić babkę Galateę za swoją słabość do starszych, dystyngowanych panów. Ale niewiele mogła poradzić, a w tamtej chwili nie chciała. Tylko na moment podskoczyła czując jak przesuwał dłonią po jej udzie coraz wyżej i wyżej, wręcz nieprzyzwoicie. Gdyby przebywała z kimś innym, zapewne by wpadła w panikę. Błąd, nikomu innemu nie pozwalała by się dotykać w podobny sposób. Nie doszło między nimi do niczego poza pocałunkami, nie mającymi nie wspólnymi z niewinnością, za to była wdzięczna. Ale nie zamykała swej świadomości na taką możliwość.
- Dziękuję, że nie naciskasz na… - powtarzała.
- Nigdy, bym nie naciskał na cudowną kobietę. Uczucie szacunku by mi nie pozwoliło, a nigdy bym nie zbliżył się tak do tej, której nie szanuję – zapewniał raz po raz.
- Wiem, jesteś dżentelmenem jakich mało – posłała mu ciepły uśmiech i pogładziła jego dłoń – no ale powiedz jak było w Hogwarcie? Jaka jest McGonagall?
- Poczekajmy na Chardonnay, jeśli chcesz słuchać o niej i Wesleyu.
Słysząc nazwisko wielkiej miłości swej kuzynki i stałego bywalca działów plotkarskich jęknęła. Błagała Lavender tak w listach jak i podczas spotkań by dała sobie z nim spokój. Podobnie czyniła jej ciotka, babka i spora część rodziny. Zastanawiała się jakim cudem ten człowiek tak szybko został zmorą wielu. Wzięła do ręki kieliszek, gotowa wysłuchać opowieści. Mogła odgadnąć, że na pewno nie będzie dotyczyła niczego przyjemnego.
Nie widziała ile czasu minęło. Pogrążona z nim w rozmowie traciła poczucie czasu. Wiedziała za to, że leżą przytuleni na nieprzyzwoicie wygodnej sofie. Głaskała go po policzku i uważnie słuchała. Zawsze słuchała swego rozmówcy, a szybko zrozumiała jak bardzo niektórzy są wrażliwi na tym punkcie.
Ani słowem ani gestem nie zaprotestowała, kiedy poczuła podciągnął w górę jej szatę i w niepokojący sposób dotykał. Słuchała dalej, nie przerywając uśmiechu, czując coś bardzo, ale to bardzo dziwnego. Wino szumiało w głowie, ale to jak reagowała na dotyk nie miało nic wspólnego z alkoholem. Była tutaj z nim sama, na sam, bezbronna i całkowicie odsłonięta. A mimo to czuła się bezpieczna jak dziecko w ramionach matki.
Rzucone na pokoje zaklęcia zapewniały całkowitą prywatność, co ją cieszyło a nie niepokoiło. Wolała by nikt jej nie oglądał w podobnej sytuacji. Sposób w jaki wylądowali na sofie nie miał nic z niewinności ni przyzwoitości. Plątanina rąk i nóg przypominała raczej wstęp, tudzież moment po, namiętnej nocy, niż przyjacielską pogawędkę. Dla Elaine stanowiło to najbardziej zmysłowe doświadczenie życia.
- Naprawdę McGonagall nie widzi, że jej ulubieniec to chuligan? Zawsze sprawiała wrażenie bystrej! – zauważyła.
- Najwyraźniej nie, jak widać pani dyrektor z wiekiem traci zdolność oceny. I pomyśleć, że ona ma decydować o edukacji młodego pokolenia, przyszłości naszego kraju!
- Niestety od czasów Umbridge wszelkie działania Ministerstwa wobec Hogwartu..
- Wiem, ilość bałaganu jaki mi zostawił w spadku Knot przechodzi ludzkie pojęcie. Powinni napisać ostrzeżenie czy co?
- Domyślam się, wszyscy jesteśmy zmęczeni, ale ty, ty jesteś najbardziej zmęczony z nas wszystkich. Powinieneś odpocząć.
- Właśnie to robię – zapewnił – nie masz dzisiaj planów na wieczór? Zostaniesz?
- Tak, po tej ilości wina nie dam rady się ruszyć. A po jeszcze jednym kieliszku będę uziemiona.
- Wedle życzenia moja miła – odparł podając kolejną lampkę.
Uwielbiała tutejsze wino. Smakowało naprawdę wybornie a ona wolała nie potrafiła się oprzeć. Ufała mu na tyle, by wiedzieć, że nie zrobi jej krzywdy, na pewno nie teraz kiedy nie mogła wstać z sofy bez ryzykowania zawrotów głowy.
- Jesteś prawdziwym dżentelmenem – szepnęła – nie próbujesz wykorzystać okazji, nigdy nie próbowałeś. Gdybym wcześniej nie darzyła cię najwyższym szacunkiem i podziwem, właśnie byś takowy zarobił.
- Mam nieco więcej lat niż ta banda napalonych idiotów, których na pewno spotykałaś i zapanować nad sobą – wyjaśnił – jeśli zapraszam kobietę do prywatnej sali w mojej ulubionej restauracji to dlatego, że ją cenię i nigdy bym nie potraktował w podobny sposób, jako środka do zaspokojenia potrzeb. Przekonywał, czarował, ale nie zmuszał.
- Przywracasz mi wiarę w ludzi – zachichotała – chyba oboje potrzebujemy odpoczynku, kiedy indziej przyjdzie czas na kontynuowanie negocjacji – uśmiechnęła się- powinieneś mieć wpisanie w CV wysokie umiejętności w tym zakresie.
- Naturalne obowiązki na moim stanowisku, jesteś pojętną, młodą czarownicą więc jak kiedyś będziesz szukać kogoś do wystawienia referencji..- usłyszała szept.
- Tak, wiem gdzie zapukać. Zapukam i przejdę ponad nieprzytomnym ciałem twojego sekretarza, uważając czy różowa ropucha nie rzuca klątw i...
- Musisz mi przypominać o niej akurat w tej chwili? To może chcesz wiedzieć z jakiego powodu Knot wstawił te wygodne sofy do gabinetu i że ona..
- To jest obrzydliwe, dlaczego musimy rozmawiać o takich rzeczach? – skrzywiła usta z niesmakiem- będę mieć przez ciebie koszmary, w których pogonią mnie różowe koty, niedobry człowieku!
- Znam świetne lekarstwo.
Oczywiście nigdzie nie poszła. Nie wiedziała ile czasu rozmawiali wtuleni w siebie a bardzo zmysłowy, pociągający sposób. Podziwiała opanowanie swego towarzysza, że mimo wszystko niczego nie próbował. Elaine nigdy nie myślała o sobie jako szczególnie atrakcyjnej, zapewne z powodu swoich znienawidzonych rumieńców, toteż nie przyszłoby jej do głowy myśleć o sobie jako o pociągającej dla kogoś na tak znamienitym stanowisku. Sen nadchodził szybko i niespodziewanie, a ona sama już nie wiedziała kiedy śniła a kiedy naprawdę rozmawiała. Zasnęła dziwnie zadowolona i wyciszona.
Kiedy dwoje ludzi zasypia w podobny sposób, ktoś budzi się pierwszy. Tym razem nie kobieta, która pewnie by wpadła w niemałą histerię, pomimo a może właśnie z powodu nadchodzącego bólu głowy. Jej szata podwinęła się naprawdę wysoko i tylko sen, oraz ilość wina, sprawiła, że nie zdawała sobie z tego sprawy. Na szczęście dla własnej równowagi nie zarejestrowała też gdzie dokładnie powędrowała w czasie snu dłoń jej towarzysza. Dosłałaby zawału na miejscu. Albo uciekła z wrzaskiem.
Oddychała spokojnie z głową lekko przechyloną w bok. Jasne, proste włosy rozpierzchły się po poduszce w całkowitym nieładzie. Wstał nakrywając ją swoją wyjściową szatą. Pomimo jej niezachwianej, wynikającej z naiwności, i słuchania ministerialnych plotkar, wiary w jego absolutne i niczym nie zachwiane opanowanie, potrafiła wystawiać takowe na ciężką próbę. Zwłaszcza kiedy prezentowała swoje zgrabne nogi, atut o którym nie miała bladego pojęcia. Spojrzał na nią i wypił zawartość niewielkiej buteleczki. Eliksir antykacowy smakował paskudnie, ale naprawdę pomagał. Spojrzał raz jeszcze na śpiącą kobietę i nalał jej całkiem sporą porcję. Będzie takowej potrzebować i to zdecydowanie przed śniadaniem.
Obudził ją koszmarny ból głowy. Wiedziała, że jest sama sobie winna, bo powinna wypić dwa kieliszki mniej. Mruknęła pod nosem coś brzmiącego nieprzyjemnie, czym zwróciła uwagę swego towarzysza. Podszedł do niej sprawnym, szybkim krokiem.
- Wypij to nim wstaniesz – nakazał podając eliksir antykacowy. Wstawanie w podobnym stanie to fatalny pomysł.
- Smakuje paskudnie – jęknęła posłusznie wypijając całość.
- Ma pomagać, nie smakować – odparł krótko.
- Wiem, dziękuję. To twoja szata z wczoraj? Skąd masz nową? – zapytała.
- Mam tutaj zapasowe, przydają się na spotkania, kiedy któryś z uczestników wyleje coś. To dobre miejsce na rozmowy Szefami Departamentów lub wpływowymi arystokratami pokroju Malfoya.
- Rozumiem – skinęła głową – na pewno do takich rozmów potrzeba więcej niż jednej butli whisky i.. nie wiem czy chcę wiedzieć czego jeszcze.
- Nie musisz, no chyba że pewnego dnia sama zostaniesz Szefową Departamentu.
- Nie ma szans, ale dziękuję – uśmiechnęła się.
- Wręcz przeciwnie, teraz nie czas na podobne rozmowy. Kawa i śniadania dobrze ci zrobią. Nie patrz tak na mnie, zostajesz na śniadanie. Potem odstawię cię do twojego mieszkania, mogę się stąd teleportować, więc wejdziesz ładnie i frontowymi drzwiami.
- Jesteś cudowny, wspaniały i jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie, bo jestem tutaj z tobą – krzyknęła zachwycona. Nie było to wyznanie miłości, ale coś możliwie najbliższe temu.
- Całe przyjemność po mojej stronie – odparł uprzejmie podając jej rękę.
Od Autorki: To jest jeden z tych rozdziałów w których bohaterowie, lub bohaterki, zaczynają postępować nieracjonalnie. Hermiona próbuje tutaj jakoś wyratować bądź co bądź przyjaciela. Tak, Ron zachowuje się wobec niej dość paskudnie, ale moim zdaniem nie sposób od razu zapomnieć o latach znajomości. No i przecież ona jest jeszcze bardzo młoda więc nie chcę by była wytrawną lwicą salonową.
Wprowadzam do historii Cormaca McLaggena bo nigdy nie rozumiałam dlaczego Hermiona tak go nie lubiła. Wspomniała o nim, że ma maniery gorsze niż Graup, ale sceny z jego udziałem mnie nie przekonały. Nie zachowywał się gorzej niż inni w jego wieku, a już na pewno lepiej niż Draco Malfoy czy James Potter. *W 6 części słyszymy o jego wujku Tyberiuszu, mającym bardzo dobre kontakty w Ministerstwie. Nie wiadomo jakie nazwisko nosił wuj Cormacka, więc dla ułatwienie założyłam, że takie same jak on.
