Tradycyjnie dziękuję wszystkim, którzy tutaj zaglądają. Dzisiaj dość długi rozdział, ale chciałam po prostu opisać co też porabiały najważniejsze żeńskie postacie dramatu. I tak oto Hermiona snuje plany zawodowe, Elaine dostaje swoje miłe sam na sam, zaś Lavender wykonuje brzemienny w skutkach krok.

Uwaga: sceny erotyczne w rozdziale, niemniej jednak moim zdaniem wciąż jednak nie w kategorii "M" ze względu na dość oględne opisy.


Elaine nigdy nie planowała romansu w pracy, a już na pewno nie z kimś na wyższym stanowisku. Może nie miała wielkiego doświadczenia, ale nie postradała zmysłów i nie zamierzała wsadzać palców między drzwi. Nigdy nie szukała guza, już w szkole wolała trzymać się nieco z boku i obserwować. Pewnie dlatego była Krukonką, a nie Gryfonką. W ogóle nie myślała o schadzkach i trzeba przyznać robiła wszystko aby tylko przez przypadek nie znaleźć się w niewłaściwej sytuacji. Babka Galatea wbiła jej do głowy wiele zasad.

Nie potrafiła nawet przypomnieć sobie jak do tego doszło. Nie wypiła nawet kropli alkoholu, była całkowicie trzeźwa przytomna i świadoma. A mimo to nijak nie wychwyciła chwili kiedy dokładnie się zaczęło. Od owego pamiętnego wieczoru ilekroć przychodziła do jego gabinetu jak wcześniej, ale nawet mało bystra Elaine wyczuła zmianę. Całował ją namiętnie ilekroć tylko zamykała drzwi, ale przez długi czas do niczego więcej nie doszło. No do niczego, nie licząc czułych uścisków. Czuła, że wszystko zmierza w niebezpiecznym kierunku, ale jakoś nie potrafiła lub nie chciała uciec, ni protestować. Rozsądna część natury krzyczała by uciekać, ale ona po raz pierwszy w życiu ją zignorowała.

Szukała guza i wiedziała o tym. Doris opowiadała, że potrafiła spędzić godziny na całowaniu tego czy innego przystojniaka. Elaine zawsze wywracała oczami sceptycznie, zachowując dla siebie wątpliwości co do inteligencji owych mężczyzn. Zmieniła zdanie kiedy sama siedziała przed długi czas, po godzinach pracy oczywiście, u boku kogoś dystyngowanego*, kogo na pewno nie mogła określić jako kretyna. Rozmawiali bardzo cicho, raz po raz tonąc w pocałunkach. O czymś takim właśnie marzyła, czymś uroczym i spokojnym, bez pędzania szybko do celu.

Nie wiedziała co właściwie nią kierowało. Być może gdzieś w tyle głowy kołatały słowa Doris „lepiej spróbować i żałować niż, nie spróbować i żałować". Brunetka, całkiem inna niż Elaine, lubiła flirtować i miała świadomość swej atrakcyjności. Wysoka, doskonale zbudowana przyciągała spojrzenia i potrafiła zrobić z tego użytek. Często umawiała się na niekoniecznie niewinne schadzki, o czym nieraz opowiadała najbliższym koleżankom. Elaine czerwieniała się, ale mimo wszystko nadstawiała uszu. Ze ślepą zazdrością obserwowała jej pewność siebie i nieraz rozmyślała czy przypadkiem Doris nie jest szczęśliwsza. Ona bowiem nieustannie martwiła się czy może się podobać i czy nie ma na policzkach znienawidzonych rumieńców.

Kto wie może myślała o słowach przyjaciółki? W każdym razie zanim w ogóle pomyślała co i jak, była u niego. Usta nie mogły oderwać się od ust a Elaine z coraz większym trudem łapała oddech. Rozsądek krzyczał by rzucić zaklęcie teleportacji i uciec gdziekolwiek, byle daleko, ale kompletnie ignorowała jego nawoływanie. Tak długo postępowała racjonalnie, czy naprawdę stanie się coś okropnego jeśli chociaż raz pozwoli sobie na chwilę szaleństwa? Podążała za nim nieco przestraszona, ale i ciekawa.

- Jesteś taka wspaniała, nawet nie wiesz jak długo o tym marzyłem najmilsza- słyszała szept niebezpiecznie blisko swego ucha.

- Naprawdę? – wyrwało się jej nim zdołała opanować swój język. Wiedziała, że czasem powinna się weń po prostu ugryźć.

- Nawet nie wiesz jak bardzo i jak ciężko było mi się powstrzymać kiedy siedziałaś tak blisko mnie. Szczególnie kiedy śmiałaś się siedząc na sofie, taka piękna i kusząca. Sofa i gabinet to by było żałosne, zasłużyłaś co coś znacznie lepszego. Ale właściwie powinienem dziękować za trening.

- Trening?

Elaine z najwyższym trudem powstrzymała prychnięcie. To właśnie najbardziej lubiła w ich spotkaniach i rozmowach. Zawsze potrafił powiedzieć i ogłosić coś, co ją bezgranicznie zdumiało. Teraz nie wiedziała czy powinna mu dziękować czy poczuć się obrażona. Spojrzała na niego ze zdumieniem, wyraźnie oczekując odpowiedzi.

- Trening opanowania, coś co się przydaje podczas spotkań z Szefami Departamentów czy całą masą innych ludzi chcących zamienić kilka słów z Ministrem Magii. Oczywiście kilka słów oznacza zwykle pół godziny bezmyślnego kłapania szczęką. Ale fakt, że podczas rozmowy z Shackleboltem w Biurze Aurorów zdołałem w uprzejmy sposób zamienić kilka słów z Potterem to na pewno twoja zasługa. Ten chłopak jest jeszcze bardziej nieznośny niż za życia Dumbledora.

Na te słowa wybuchła śmiechem. Dziki, niekontrolowany chichot sprawił, że aż przysiadła z wrażenia. Nie myślała o tym jak idiotycznie musi wyglądać, po prostu od dawna tak się nie śmiała. Różnie o sobie myślała, ale na pewno nie jako o hmm, narzędziu treningowym?

- Doris – wydusiła z siebie po chwili – ma taką piękną, czerwoną suknię. Elegancką i kuszącą jednocześnie. Subtelną a jednocześnie podkreślająca figurę. Obiecuję, że ją od niej pożyczę i przyjdę do twojego gabinetu, po czym usiądę tuż obok, może nawet na biurku, zakładając nogę na nogę. I w ramach treningu nie pozwolę się dotknąć przez godzinę.

- To okrutne – powiedział chwytając ją mocno – dokładnie sobie to omówimy panno Cattermole – zakończył rzucając zaklęcie teleportacji.

Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć lub zaprotestować wylądowała w gościnnej sypialni w jego domu. Kątem oka zobaczyła spory pokój w ciepłych, pastelowych barwach. Wysokie okna wychodziły na ogród, chociaż w wieczornym świetle za wiele nie widziała. Dostrzegła jednak szerokie, zasypane poduszkami łóżko. Zadrżała, ale tylko przez chwilę i bynajmniej nie ze strachu. Wiedziała, że jeśli ma kiedykolwiek to zrobić, to z kimś komu ufa i darzy podziwem.

Całkowicie ignorowała głos rozsądku, który kazał uciekać. Krzyczał w jej głowie i nie dawał spokoju, ona jednak całkowicie ogłuchła. Nawet grzeczne dziewczynki pragną czasem poszaleć i nadszedł ten moment dla Elaine. „Być może to moja jedyna okazja"- pomyślała przytomnie, jak na Krukonkę przystało.

- Jeśli zechcesz wracać i zachować cnotę nie będę miał pretensji – szepnął kiedy spojrzała na łóżko – nawet nie wiesz od jak dawna o tym marzę, ale chcę byś pragnęła tego równie mocno co ja.

- W porządku – wyszeptała – ja.. skąd wiesz, że ja nigdy.. ufam ci.

- Znam cię Elaine i nie muszę pytać. Dziękuję ci- szepnął – nie zapomnisz tej nocy.

Doris kiedyś powiedziała, tonem znawcy, że uwielbia mężczyzn w średnim wieku. „Młodzi często pędzą tak szybko, ale ci starsi, oni potrafią czekać na kobietę". Elaine musiała przyznać kobiecie rację, chociaż cicho. Nigdy nie wyobrażała sobie by ktokolwiek mógł z taką radością i pasją dotykać i całować maleńkie piersi. Pomimo przenikliwego bólu na samym początku nie narzekała, a jedynie uśmiechała się nieznacznie. Miała wrażenie jakby została rozdarta i musiała zacisnąć zęby aby nie krzyknąć. Ale przykre uczucie znikło. Traktował ją z delikatnością jakby stanowiła dzieło z cieniutkiej porcelany. Pytał czy wszystko w porządku, nie śpiesząc się i nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów. Głaskał po głowie jak przestraszone dziecko, szepcąc do ucha cudowne słówka. Wiedziała, że dała mu zadowolenie, kobieta zawsze wyczuwała podobne rzeczy.

Nie bała się ani przez chwilę. Kilka razy pytał czy na pewno chce iść dalej, aby nie czuła żadnego nacisku. Było to tak urocze jak i denerwujące, ale jednocześnie tylko utwierdzało ją w naprawdę dobrym zdaniu na jego temat. Chyba to była chwila na odrobinę szaleństwa w otoczeniu zaufanych ludzi. Coś jak upicie się z Doris, która by nigdy nie zdradziła sekretów. Nie żeby przy nim parę razy nie wypiła za dużo, więcej niż raz. Miała odwagę odlecieć tylko w towarzystwie dwóch osób. Właśnie wylądowała w łóżku jednej z nich.

Zasypiała całkiem zadowolona z siebie. Otoczona czułym uściskiem opiekuńczych ramion, nie mogła zetrzeć z ust uśmiechu. Oczy się same zamykały ze zmęczenia i późnej pory. Straciła całkiem poczucie czasu. Wyszła ze swego biura o ósmej, potem się spotkali a potem, potem już nie patrzyła na zegarek. Przyłożyła głowę do poduszki. potrzebowała snu, nie zdawała sobie sprawę jak szaleństwo może człowieka zmęczyć.

xxxxxx

Obudziły ją świecące prosto w oczy promienie słońca. „Cholerna roleta" - zaklęła pod nosem, jeszcze na wpół senna. Odruchowo poczęła szukać dłonią różdżki aby rzucić odpowiednie zaklęcie. Uderzyła ręką w szafkę nocną, a ból nieco ją oprzytomnił. Może jeszcze nie całkiem nawiązała kontakt z rzeczywistością, ale przynajmniej przypomniała sobie jedno: ona nie ma szafki nocnej po tej stronie łóżka. Nie wiedziała dlaczego to nagle do niej dotarło i czemu tak późno. Jej głowa naprawdę pracowała w zwolnionym tempie, jakby uderzyła w coś ciężkiego. I nie tylko głowa bolała, co nie powinno dziwić biorąc po uwagę wyczyny wczorajszej nocy.

Leżała na miękkim szerokim łóżku, mogącym pomieścić dwie osoby. Zapewne obudziła się w sypialni, jakimś przyjemnym i dość przestronnym pokoju. Wnętrze przywodziło na myśl stare rezydencje gdzieś na prowincji. Ciemną, drewnianą podłogę przykrywał puszysty dywan o kolorze kawy z mlekiem. Większość mebli wykonano z mahoniu lub innego drewna podobnej barwy, co tworzyło interesujący kontrast tak z dywanem, jak i pościelą na łóżku. Musiała jednak przyznać, że połączenie ciemnego brązu, nieomal czerni z jakąś trudną do nazwania, jasną barwą wyglądało bardzo elegancko. Sama preferowała raczej écru oraz brzozowe drewno, lecz ona mieszkała w kawalerce powiększonej magicznie do mieszkania dwupokojowego. A i tak nie miała ogromnej przestrzeni, nie takiej by móc urządzić miejsce w ciemnych barwach.

Naprzeciw łóżka dostrzegła wysoki kominek. Odruchowo objęła ramiona, jakby chroniąc się przed chłodem, chociaż w sypialni panowało przyjemne ciepło. Ona jednak czuła się kompletnie skołowana.

Nie wiedziała gdzie właściwie przebywa poza tym, że na pewno nie u siebie w domu, ani w domu nikogo z rodziny czy znajomych. Nikt kogo jej zmęczony umysł potrafił przywołać nie mieszkał w równie dużym domu, gdzieś za Londynem czy jakimkolwiek większym miastem. Zaczęła układać sobie w głowie wydarzenia z poprzedniego wieczora. Ona… tak, właśnie odrzuciła wszelkie nauki babki Galatei.

Nie stało się nic czego by nie chciała, ale miała właśnie stan „zagubienia dnia po"- jak to nazywała doświadczona Doris. Elaine skuliła się w sobie usiłując zebrać myśli. Nie czuła się źle, w końcu sama tego chciała, ale dziwnie, jakby zrobiła krok w stronę z której nie ma odwrotu.

Zerknęła raz jeszcze w kierunku okna. Widok starych, majestatycznych dębów działał dziwnie uspokajająco. Uwielbiała chadzać po zacienionych alejkach, gdzieś z dala od zatłoczonych miejsc jak Pokątna czy Hogsmeade. Owszem chętnie wychodziła na kawę czy porcję lodów, ale tłum i huk ją męczyły. Wiedziała jednak, że to nie czas na długie rozmyślania.

Poczęła szukać wzrokiem ubrań. Leżały w karygodnym bałaganie na dywanie. Policzki zapłonęły znienawidzoną czerwienią kiedy pomyślała w jaki sposób tam wylądowały. Namiętne pocałunki pozbawiające ją zdolności tchu. Jej własne, drążące ręce którymi go obejmowała i nie wiedziała co dalej. Miękkość poduszki pod głową i dziwny stan. Nie wiedziała jakim cudem tak szybko pozbył się jej krótkiej, wąskiej sukienki. Obstawiała magię bezróżdżkową, starając wyrzucić z wyobraźni wizję szkolenia w owej dziedzinie. Serce waliło jak młotem a mimo to nie chciała przerywać.

Kompletnie nie widziała co robić. Słuchała opowieści Doris i innych bardziej doświadczonych czarownic, ale wszystkie naraz uleciały z jej głowy. Powracały tylko urywki rozmów w zupełnie przypadkowej kolejności, nijak nie pomagając. Zanurzyła dłonie w jego włosach chcąc jakoś zapanować nad ich drżeniem. Podążała narzuconym rytmem, nie mogąc wymyślić lepszego rozwiązania.

- Jesteś cudowna, taka subtelna i delikatna, wspaniała – nic lepszego nie mogła usłyszeć.

Nawet najbardziej niedoświadczona zrozumiałaby przesłanie. Powróciła przez chwilę do namiętnych chwil, ale nie mogła spędzić poranka na rozpamiętywaniu wczorajszej nocy. Znalazła swój zegarek i krzyknęła. Było wpół do dziewiątej, co oznaczało wielkie spóźnienie.

- Stało się coś? – usłyszała niezadowolony pomruk - jest jakiś powód byś tak krzyczała?

- Tylko godzina – jęknęła.

- Jesteś strasznie spięta – prawie podskoczyła czując dłonie masujące kark- na pewno wszystko w porządku?

- Tak dziękuję muszę tylko iść – wyjaśniła nakrywając się szczelnie kołdrą

- Nie wyjdziesz z mojego domu bez śniadania – stanowczy głos miał w sobie coś z rozkazu – to by było bardzo nieuprzejme z mojej strony. Faktycznie nie trzymałem w ramionach kobiety od długiego, być może zbyt długiego czasu ale nie znaczy że całkiem zapomniałem o manierach.

Podał jej długą, przyjemną podomkę. Niewątpliwie użył bezróżdżkowego Accio co uznała za całkiem przydatną umiejętność. Z przyjemnością założyła czarną szatę w fantazyjne złociste wzory. Wspaniale pasowały do jej jasnych włosów, co potrafiła określić nawet bez lustra. Zebrała rozrzucone ubrania i rzuciła na pobliski fotel. Od razu poczuła się lepiej kiedy usunęła nieco bałaganu.

- Do kogo należy to cudo? – zapytała dotykając ciemnego materiału. Okropna myśl, że przyprowadza czarownice z Ministerstwa na wieczorne spotkania uderzyła w tył głowy, a przecież na pewno by znalazł chętną: piękniejszą, bardziej rozpustną i doświadczoną od niej.

- Mojej siostry, lubi nosić tę podomkę ilekroć przyjeżdża na święta czy podobne okazje. Skorzystaj z łazienki jeśli chcesz a Zwinka pokaże ci jadalnię – powiedział – będzie szczęśliwa, chociaż nie tak jak ja – zapewnił całując ją przelotnie – tak uroczo wyglądasz moja Elaine.

- Jestem twoja i tylko twoja – zapewniła – kto to jest Zwinka?

- Skrzat domowy, polubi cię, jest bardzo lojalna ale niestety czasem zbyt egzaltowana.

Weszła przez wskazane drzwi do łazienki. Podobnie jak ściany sypialni, była wyłożona płytkami w ciemnych barwach. Elaine niepewnie podeszła do sporego lustra, jakby obawiając się widoku. Miała nadzieję, że nie wygląda jak straszydło. Odkręciła kran z wodą, by jej chłód nieco ją oprzytomnił. Zebrała odwagę by spojrzeć na swoje oblicze.

Ku wielkiej uldze nie było z nią źle. Wciąż miała na twarzy resztki makijażu, ale na szczęście nie spływał po policzkach. Szybko usunęła resztki z pomocą różdżki. Włosy miała w nieładzie, ale zdołała je rozczesać i uporządkować palcami. Wyglądała nieomal normalnie, zwyczajnie. Zadziwiająco spokojnie biorąc pod uwagę gdzie jest i dlaczego.

Kiedy wyszła z łazienki, w pokoju stało stworzonko o wielkich uszach. Skrzat, a raczej skrzatka domowa, miała na sobie elegancko drapowany kawałek czarnego jedwabiu. Patrzyła na Elaine z ciekawością ale i radością widoczną w wielkich oczach. Wyglądała bardzo dobrze i na pewno była dobrze traktowana. Nie nosiła żadnych śladów kar a cała postawa emanowała zadowoleniem.

- Zwinka poprowadzi panią do jadalni – zapiszczała skrzatka wyraźnie podekscytowana – pan prosił żebym pomogła pani we wszystkim. Jak Zwinka może pomóc?

- Pokaż mi drogę proszę – wyjaśniła Elaine – poczekaj, wezmę tylko moje rzeczy – wskazała na stosik ubrań

- Nie ma potrzeby – zaprotestowała skrzatka – Zwinka zajmie się rzeczami pani, zaraz pójdziemy do jadalni.

Elaine pomyślała o śniadaniu z prawdziwą wdzięcznością. Dosłownie umierała z głodu, chyba faktycznie może zostać jeszcze chwilę. Nikt jej nie urwie głowy za spóźnienie, zwłaszcza, że Dawlish nieustannie powtarzał by wzięła dzień wolny, albo przynajmniej się wyspała. No cóż może nie spała za dobrze ostatniej nocy, ale to już nie całkiem jej wina.

Już rozumiała co mówił o podekscytowaniu Zwinki. Faktycznie stworzonko wydawało się uradowan widząc kobietę wychodzącą z sypialni swego pana. Elaine czuła znienawidzone rumieńce na twarzy nie uważała bowiem aby dokonała czegokolwiek niezwykłego. Tak, poszła do domu i do sypialni z dystyngowanym mężczyzną, który ją pociągał, tylko i aż tyle. Naprawdę nie widziała powodu do aż takiej radości jakby właśnie skopała tyłek jakiemuś ważnemu śmierciożercy.

To co czuła w jego obecności nijak nie przypominało stanu zakochania z opowieści Doris. Nie doświadczała ni motylków w brzuchu ni wypieków na twarzy. Nie myślała o nim raz po raz. Nie podskakiwała ilekroć dotknął dłoni lub ust. Ona po prostu .. w jego obecności czuła się bezpieczna i rozluźniona. Zadowolona i szczęśliwa, jak chyba jeszcze przy nikim. Uwielbiała rozmawiać, żartować, ale nijak nie unikała ni nie uciekała przed dotykiem. To ostatnie było nowym doświadczeniem, bo zwykle bowiem sztywniała przy najmniejszej próbie bliskości kontaktu ze strony różnych kolegów. Pocałunki pod jemiołą, pod którą wpychała ją Doris, były koszmarem a ona zaciskała zęby czekając na koniec.

Weszła do jadali starając się nie myśleć o nadchodzącym dniu i konsekwencjach pewnego kroku. Chciała po prostu przeżyć jeszcze jedną cudowną godzinę, nie budzić ze snu zanim rzuci zaklęcie teleportacji i pójdzie do pracy jak co dzień. I wymyśli sensowne wyjaśnienia dla spóźnienia. Całe szczęście nikt nie podejrzewał poukładanej i wiecznie rumieniącej się Elaine o podobne szaleństwa. Chyba po raz pierwszy i ostatni w życiu dziękowała losowi za denerwującą przypadłość.

xxxxxxxxx

Oczywiście wszystko pozostało ścisłą tajemnicą. Nikt niepowołany nie powinien był wiedzieć. Tajemnicę poznało zaledwie kilka osób, co jej jeszcze nie przeszkadzało. Zbyt skołowana by protestować potrzebowała czasu na przemyślenie. Elaine jakby nigdy nic wracała do swojego mieszkania w mugolskim mieszkaniu. Tam już czekała na nią Zwinka i przenosiła do domu swego pana. Tam młoda czarownica przebierała się w eleganckie szaty o klasycznym kroju tak cenione przez panie z towarzystwa. W poważnych sukniach oraz ciężkiej biżuterii sprawiała wrażenie starszej niż w rzeczywistości. Nie protestowała jednak, widząc i słysząc zachwyt swego mężczyzny. „To jemu masz się podobać"- głos babki Galatei krzyczał w głowie – „kobieta winna podobać się i dbać o swego mężczyznę. Być taką jaką on chce, a wówczas on odpłaci miłością i hojnością".

Stosowała rady. Zakładała eleganckie, klasyczne szaty w których czuła się dziwnie, ale nawet się jej podobały. Tako samo lubiła biżuterię, którą dostawała. Ciężkie, wykwintne ozdoby pasowały bardziej do dojrzałej kobiety niż kogoś równie młodego, co jej nie przeszkadzało. Elaine jednak ceniła wszystko co stare i dobre, nieraz kąśliwie mówiąc o nowoczesnej modzie.

Nie od razu zaczęła dostrzegać rysy na porcelanie. Dzień po owej pamiętnej, pierwszej nocy z trudem mogła skoncentrować się na pracy. Czuła się dziwnie, nie źle ale niekomfortowo. Wieczorem poprzedniego dnia nie miała wątpliwości czy postępuje słusznie, ale światło słońca przyniosło wątpliwości. Czy naprawdę powinna była? Owo pytanie dręczyło ją bardzo długi czas.

Porządkowanie dokumentów doskonale uspokajało myśli. Mogła w milczeniu zająć się pracą i jednocześnie nie musieć obawiać się czy drżący głos nie zdradzi zdenerwowania. Schowała do torebki doskonale znane zaproszenie. Chciał porozmawiać, zapewne o wczoraj. Nie wiedziała czy czekać czy się bać.

- Wyszłaś dzisiaj rano w ogromnym pośpiechu – ledwie zamknęła drzwi a już poczuła się jak na przesłuchaniu

- Nie chciałam .. – zaczęła niepewnie

- Spóźnić się do pracy – dokończył za nią – znam o wiele lepszych kłamców.

Chwycił jej dłoń i poprowadził w kierunku sofy. Wiedziała, że zapewne chce porozmawiać o wczoraj i że nie ma ucieczki. Przełknęła głośno ślinę, czując jakby stawała przed egzaminem. Wiedział jak sprawić by jednocześnie przekonać ją do mówienia a przy okazji unieruchomić. Objął ją ramieniem i zamknął w stanowczym, chociaż na swój sposób czułym uścisku. Nie patrzył jej w oczy, wiedząc jak kiepsko to wygląda kiedy chce się z kimś dyskretnie porozmawiać i zdobyć zaufanie.

- Zanim cokolwiek powiesz, lub pomyślisz – szepnął – wiedz, że bardzo długo marzyłem o wczorajszym wieczorze. Na pewno jesteś teraz skołowana, przestraszona i niepewna. Takie wrażliwe i delikatne młode czarownice mogą zajść równie daleko tylko w wyjątkowej sytuacji. Nie myślę o tobie w żadnym wypadku gorzej, wręcz przeciwnie.

- Ale skąd? – zaczęła przytulając się mocniej

- Wiedziałem? Ależ moja słodka, naprawdę potrafię patrzeć i obserwować. Chodź ze mną, chodź na swoją ulubioną lekką kolację, potem pomyślimy co dalej.

- Aż się boję myśleć, że ktoś może wejść – jęknęła.

- Bez obaw, zaklęcia odpędzenia i prywatności robią swoje. Nie rozmawiałbym z tobą bez nałożenia zabezpieczeń. Bez względu na to jak bardzo pragnę twego towarzystwa nie zasłania mi to myślenia o koniecznych krokach.

Kiedy złożył na jej ustach gorący pocałunek nie protestowała. Nie protestowała kiedy to był on, naprawdę i wbrew zasadom grzecznej dziewczynki ciesząc się z pieszczot i bliskości. Przeklęłaby jakąś nieprzyjemną klątwą każdego innego mężczyznę na jego miejscu. Doris potrafiła rzucić kilka takich niewerbalnie lub bezróżdżkowo. Jak powiadała, to niezbędnik czarownicy. Nauczyła części z nich Elaine, która tylko jemu pozwalała dotykać się w taki sposób. A co więcej, odkryła z pewnym zdumieniem, czerpała niemałą przyjemność i radość ze wspólnych chwil.

Rzecz jasna w końcu na powrót wylądowali w jego domu. Potrafił przekonywać i przekonał ją, aby za nim poszła. Tym razem do niczego między nimi nie doszło, ale Elaine umiała widzieć i zgadnąć do czego wszystko zmierza.

Z czasem prawie, że zamieszkała w jego domu. Przychodziła wieczorem i zostawała na noc i na wolne dni. Wiedziała jak bardzo zależało mu na dyskrecji i raz po raz słyszała, że chodzi o jej dobro.

- Jesteś Elaine młodą, mądrą czarownicą z perspektywami kariery. Pochodzisz z dobrej rodziny, nie arystokracji ale dobrej rodziny z tradycjami. Dodając do tego rozsądek i pracowitość, możesz zajść naprawdę wysoko. Gdyby gazety cokolwiek podejrzewały rzuciłyby się na ciebie i byłby ci znacznie ciężej.

- Ale..

- Wiesz przecież jak hieny szukają żeru, mogę i zajmować najważniejsze stanowisko w Ministerstwie, ale jak każdym człowiek pragnę po prostu zachować anonimowość. A to jakie i z kim łączą mnie relacje to prywatna, nie państwowa sprawa.

Tak, nie odmawiała logiki owym stwierdzeniom. Z czasem zaczęła jednak zastanawiać się czy jemu na pewno chodzi o jej dobro czy swoją wygodę. Im dłużej myślała, tym bardziej obstawiała drugą możliwość. Romans z dużo młodą kobietą z Ministerstwa wyglądałby kiepsko w oczach opinii publicznej. Nie oznaczałoby oczywiście linczu, ale raczej nie pomogło w zdobyciu wysokich słupków poparcia.

Elaine doskonale to rozumiała. Z czasem jednak poczęła odczuwać coś na kształt irytacji, która przeszła w żal. Nie była jednak osobą gwałtowną i minęło sporo czasu nim zaczęła uważać sytuację za nieznośną. Póki co spędzała wieczory z pierwszym mężczyzną, który wywołał u niej szybsze bicie serca. Chociaż nienawidziła tak właśnie myśleć. Stan zakochania kojarzyła z szaloną namiętnością i gwałtownością z opowieści Doris. Nie wiedziała jeszcze jak wiele odcieni potrafią przyjmować uczucia, ale nie sposób oczekiwać wielkiego, życiowego doświadczenia po młodej dziewczynie. Miała przecież dopiero jakieś dwadzieścia cztery lata i jak słusznie słyszała całe życie przed sobą.

xxxxxx

- Mówię wam był to wspaniały wieczór – mówiła zachwycona Doris któregoś dnia

- A co zrobiłaś rano? Nie czułaś się niezręcznie? – zapytała zaciekawiona Elaine

- No, kto by pomyślał że niewiniątko.. – zachichotała – tylko czasem, wiesz niektórzy są naprawdę irytujący – przyznała szczerze. Jestem wykończona – ziewnęła – czy naprawdę Higgs musi się tak piekielnie śpieszyć z tym procesem? – jęknęła – niektórzy mają życie prywatne!

- Mówimy tutaj o ważnym śmierciożercy, Yaxley to nie jakiś pachołek, ale bardzo niebezpieczny złoczyńca. Im szybciej zostanie skazany tym lepiej. A wiesz jak bardzo Szef Departamentu chce zakończyć te procesy. Nic innego nie robimy od zakończenia Wojny a wciąż jesteśmy w lesie – zauważyła Elaine.

- I ja tak uważam – wtrąciła Doris – ale te tony dokumentów. Po tym wszystkim idziemy na kielicha – zawyrokowała.

- Zgoda – kiwnęła głową Elaine – potrzebujemy czegoś mocniejszego.

- Sprowadzamy cię na złą drogę – zachichotała brunetka

- Ależ skąd, dobrze wykonany obowiązek to okazja do świętowania – wyjaśniła zgrabne. „Kochane ja już zaszłam daleko na tej drodze".

Spojrzała na Doris. Chociaż dwie kobiety różniły się od siebie jak dzień i noc znalazły wspólny język oraz na swój sposób przyjaźń. Spokojna Elaine, z powodu znienawidzonych rumieńców uchodziła za naiwną dziewczynę. Nie było to całkiem prawdziwe, po prostu nie wyrosła z dziecięcej przypadłości. Jej zorganizowanie oraz sumienna praca w Departamencie Przestrzegania Prawa dowodziły umiejętności oraz rozsądku, co kontrastowało z infantylną czerwienią.

- Nie wiem jak się wam odwdzięczę – ich szef, Dawlish nieomal skakał z radości – jesteście dziewczyny niesamowite

- Możesz nam dać premię – bezczelnie zażądała Doris.

- I tak już wam płacę ponad dwa razy tyle co w innych działach, ale – zaczął po chwili – zasłużyłyście na nagrodę. Nie wiem, chyba znajdę dla was nawet bilety na mecz Quidditcha w Loży Ministra, Bertie na pewno coś załatwi – obiecał

Elaine stłumiła jęk. Nie przepadała za sportem i zdecydowanie wolałaby grupowe wyjście do miłej knajpki, lub prezent ale bardziej praktyczny. Już podczas nauki w Hogwarcie okropnie nudziła się podczas zawodów sportowych i przez lata nie zmieniła swojej postawy.

- Wspaniale, zobaczymy z bliska graczy – Doris skakała z radości – są tacy przystojni!

- Proces Yaxleya jeszcze się nie odbył – zauważyła przytomnie Elaine – nie czas na świętowanie.

- Słusznie – Dawlish pokiwał głową – jeszcze nie, niech żyje zdrowy rozsądek. Scrimgeour naciska bardziej niż zwykle – westchnął łysawy czarodziej – wiecie, to jeden z tych ważnych politycznie procesów – zaczął po czym widząc zrozumienia w oczach Elaine kontynuował – i dlatego Bertie chce o wszystko wypytać przed. Idę do niego dzisiaj na czwartą, pójdziesz ze mną? – spojrzał nieomal błagalnie na blondynkę.

- Nie, to szef naszego zespołu winien iść – odparła tłumiąc rumieniec. Ponieważ jednak jej przypadłość była znana, nikt nie reagował.

- Wiem, nienawidzę tych przesłuchań – jęknął Dawlish – poproszę byś to następnym razem byłaś ty Elaine.

- To kiepski pomysł – zaprotestowała drobna czarownica - jestem nerwowa i wiecie jak zareaguję.

Widział. Nerwowość i rumieńce Elaine stanowiła nieustanny powód do żartów. Koleżanki zaś nie musiały wiedzieć, że w tym jednym wypadku miała naprawdę solidne podstawy. Dawlish oczywiście nie należał od najbystrzejszych ludzi, ale był hojny i dobry dla swoich podwładnych. Nie chciała by przez nią cierpiał.

- Bzdura, tak właśnie należy zrobić – krzyknęła Doris – w ten sposób pokażesz kompetencje.

- Ale to nie do mnie należy taka rozmowa – argumentowała – leży nie w moich obowiązkach, zasady są jasne – jęknęła,

- Wiem i wiem, że to będzie katastrofa- Dawlish zerknął posępnie na grubą teczkę – moja żona właśnie urodziła pierwsze dziecko i nie mam głowy do niczego. Bertie zmyje mi głowę za tę klęskę. Życzcie mi powodzenia.

Trzy czarownice wymieniły ponure spojrzenia. Dawlish nie był wybitnie kompetentny, ale dostał stanowisko jako kuzyn Szefa Departamentu, Bertiego Higgsa. Potrafił jednak docenić pracowitość i płacił swoim młodym podwładnym ponad dwa razy tyle co dostawały inni młodzi ludzie na podobnych stanowiskach. Nie żałował im też premii, wiedząc, że tylko dzięki ich bystrości oraz ciężkiej pracy ich niewielki dział miał doskonałą opinię w Departamencie. Teraz zaś czekała go ciężka próba.

Zazwyczaj czytał dokładnie przygotowane przez Elaine notatki. Tamtego dnia jednak naprawdę nie miał czasu ni głowy. Raz po raz wracał myślami do swej żony. Miała ciężki poród i leżała chora w św. Mungu. Pragnął być przy niej, ale nawet Bertie nie chciał mu dać urlopu.

- Rufus zgrzytał zębami, że dałem ci kierownicze stanowisko – tłumaczył Szef Departamentu – jeśli bym podpisał urlop, rzuciłby na mnie klątwę. Nie martw się z Bellaną na pewno wszystko będzie dobrze.

Teraz zaś szedł do gabinetu swego kuzyna i przełożonego jak na ścięcie. Nie chciał za nic na świecie sprawić mu kłopotu, ale sytuacja nieraz go przerastała. Teraz jednak był nieprzygotowany i czuł nadchodzącą awanturę.

- To ważny proces, Yaxley to ostatni śmierciożerca ze ścisłego kręgu zwolenników Sam-Wiesz-Kogo, skoro nie potrafisz mi streścić dokumentacji przyślij mi kogoś kto może. Wszyscy chcemy zakończyć sądowe przepychanki, ale Wizengamot musi znać nasze ustalenia.

- Wiem i przepraszam, przyślę ci Elaine, ona udzieli wyjaśnień.

Bertie Higgs tylko zerknął na swego kuzyna, ale milczał. Jego spojrzenie ciskało gromy i dosłownie wyrzuciły za drzwi jowialnego mężczyznę. Przeglądając grubą teczkę raz po raz przecierał czoło i czekał. Kiedy usłyszał ciche pukanie do drzwi, mruknął „wejść" nawet nie podnosząc wzroku.

Podobnie jak wszyscy Szefowie Departamentów miał przestronne, eleganckie biuro. Przez magiczne okna rozciągał się krajobraz na Londyn. W przeciwieństwie do wielu innych urzędników wybrał widoki autentycznej okolicy Ministerstwa. Dzięki specjalnym zaklęciom pogoda za oknem odpowiadała tej na zewnątrz. Szef Departamentu Przestrzegania Prawa był konkretnym człowiekiem.

- Proszę usiąść – wskazał dłonią na krzesło dla gości – czy coś podać? Herbaty?

- Chętnie – odpowiedziała Elaine – przyda się.

- To ty, właściwie nawet nie jestem zaskoczony – odparł Bertie, jeden z nielicznych wtajemniczonych – jesteś głodna? Może potrzebujesz kanapek lub czegoś ciepłego? A może wina? Spędzimy tu trochę czasu.

- Umieram z głodu – wyznała szczerze – dziękuję, to bardzo uprzejme z twojej strony.

- Cała przyjemność po mojej stronie – wyznał szczerze czarodziej – przyjaźnię się z Rufusem od lat i nie pamiętam nawet kiedy ostatnio był tak spokojny i zadowolony. Potrafię zgadnąć czyja to zasługa. Nie wiem co robisz Elaine, ale masz na niego dobry wpływ.

- Nic szczególnego – wyznała szczerze- po prostu po powrocie do domu robię to co jest kobiecą powinnością. Przebieram się, maluję, czekam na niego z kolacją i dbam by odpoczął. Słucham ale nie oceniam, jestem wsparciem i pomagam odpocząć i zapomnieć.

- Miło mi słyszeć młodą czarownicę o równie zdrowych poglądach,

- Zakładam, że nie sprowadziłeś mnie do swego gabinetu by prawić komplementy – uśmiechnęła się

- Akta Yaxleya – westchnął – rozumiesz zapewne czemu to takie ważne. Lepiej zacznijmy, Rufus nie będzie zachwycony jak cię tutaj przetrzymam do późnych godzin.

- Zrozumie, ale oczywiście powinniśmy skoncentrować się na pracy.

Elaine wolała przejść szybko do sedna. Higgs traktował ją całkiem inaczej odkąd poznał tajemnicę, ale kobieta czuła się dość niezręcznie. Zapraszał regularnie na herbatkę, czasem ze wstawką, oraz zmusił by mówiła na niego Bertie ilekroć byli sam na sam. Na szczęście nawał obowiązków stanowił doskonałe wyjaśnienie czemu czasem musiała wejść do jego gabinetu. Kogo jak kogo, ale jej nikt by nie podejrzewał o cokolwiek niewłaściwego. Miała ugruntowaną opinię niewiniątka, nawet jeśli było to nieprawdą.

- Wymuszenia, tortury – westchnął Higgs popijający whisky– starczy by wsadzić Yaxleya po kilka razy do Azkabanu. Odczytanie tego zajmie sporo czasu.

- Zapewne, ale to konieczne.

- Oczywiście Elaine, oczywiście taki nasz nieprzyjemny obowiązek. Bardzo dobra notatka, Dawlish nie mógł mi tego bardziej ułatwić.

- Czego? - zapytała ostrożnie zaniepokojona tonem radości.

- Procesu, on nie ma teraz głowy do niczego, sprawa z Bellaną go rozbiła do reszty. Ty będziesz występować w jego zastępstwie.

- Nie! - krzyknęła po czym widząc dezaprobatę w niebieskich oczach kontynuowała – Bertie nie mogę, to będzie wyglądało dziwnie. I nie zrobię tego Dawlishowi.

- Doceniam lojalność wobec mojego kuzyna, ale on woli teraz być przy żonie i tylko ci podziękuje. Jeśli to ci ułatwi sprawę, niech to będzie polecenie służbowe.

- Ale dlaczego? Dlaczego Bertie?

- Przecież znasz odpowiedź Elaine, masz oddanych przyjaciół w Ministerstwie pozwól im sobie pomóc. A Dawlish, Dawlish nada temu rysy prawdopodobieństwa. To dobry człowiek a jednocześnie zna swoje ograniczenia. Na pewno się zgodzi.

- Więc ten pomysł..

- Jak wspomniałem, masz oddanych przyjaciół – powtórzył miękko – pozwól im sobie pomóc. Z twoją bystrością i naturalnym wdziękiem marnujesz się w niewielkim biurze. Merytorycznie nie mam większych uwag, co bardzo ułatwia całą sprawę.

Elaine przełknęła głośno ślinę, ale milczała. Doskonale rozumiała co Higgs, Bertie jak uczyła się o nim myśleć, próbował powiedzieć. Wiedziała dlaczego począł naraz tak doceniać jej umiejętności. Wcześniej po prostu kilka razy pochwalił, ale nie aż tak. Uśmiechnęła się wyrzucając z głowy myśl skąd to się wzięło. Dawlish został szefem biura ze względu na pokrewieństwo z Higgsem, nie było to tajemnicą. Elaine, dzięki babce Galatei, nie zamierzała odrzucać atutów jakie los wpychał w jej dłonie. Nie ona pierwsza i nie ostatnia znalazła się w podobnej sytuacji. Tym bardziej chciała udowodnić swoje kompetencje.

- Twoja lojalność nie zna granic Bertie – odparła po chwili odstawiając filiżankę z herbatą – a więc jakie miałeś uwagi?

- Powinniśmy bardziej zaakcentować sprzeciw wobec rajdów połączonych z torturami, wiem, mnie też mdli jak o tym czytam, ale to ważny proces – mówił suchym głosem- na szczęście tonik na nerwy doskonale pomaga, poza tym to moja wątpliwa przyjemność być głównym oskarżycielem, ty będziesz pomagać. Tak czy siak zapraszam jutro na herbatkę, o ile oczywiście to będzie koniecznie.

- Dziękuję.

Rozumiała co zamierzał powiedzieć. Skinęła tylko głową, zbierając dokumenty. Widziała dość nepotyzmu i kolesiostwa by nie odgrywać nieskalanej dziewicy, ale mimo to miała wątpliwości. Nie chciała awansować w taki sposób, lecz zachowała wątpliwości dla siebie. Tkwiła w szaleństwie po uszy i jeśli chciała się wycofać musiała działać powoli. Na pewno nie może zrobić nic gwałtownego.

Przebrała się do kolacji w jego domu. Zwinka, przygotowała lekki posiłek w stylu francuskim. Skrzatka była tak podekscytowana nową osobą w domu, że Elaine czuła się nieswojo. A może po prostu odczuwała zdenerwowanie przed procesem? Zazwyczaj zajmowała tylne siedzenie, za Dawlishem, teraz zaś wszystko zaczęło się komplikować.

Obdarzyła swoje odbicie w lustrze uśmiechem. W długiej, jasnej sukience wyglądała niewinnie i dziewczęco. Niewysoka blondynka z rumieńcami musiała być naiwna, tak uważali ludzie. Gdyby Doris zaczęła naraz chadzać na herbatki do Higgsa, Bertiego poprawiła się w myślach, ludzie by plotkowali. A przecież liczne randki Doris były niewinne, no może prowadziły do namiętnej nocy, ale nie miały wpływu na pracę. Owszem podczas przerwy zdawała relacje koleżankom, ale nijak nie zmieniało to zwyczajnej sytuacji. Elaine wiedziała jak wygląda to co robi. Nie ona pierwsza i nie ostatnia, ale nie czuła się dobrze.

- Na pewno pójdzie ci doskonale, nawet się nie waż próbować uników! Na pewno pójdzie ci wspaniale, a ludzie zaczną cię rozpoznawać.

- Co ty właściwie kombinujesz?

- Przecież wiesz, doskonale wiesz. Jesteś bardzo zdolną i obiecującą czarownicą, zaś talenty wymagają odpowiedniej ekspozycji. Skoro Zakon może umieszczać swoich ludzi gdzie chce, przepychać Pottera przez Akademię Aurorów, a nawet chce tam wepchnąć Weasleya nie widzę powodu by nie pomóc pewnej uroczej, młodej damie?

- Weasleya?! Ronalda Weasleya! Czyli ja mam być...przeciwwagą?

- Tak jego, walczył ze śmierciożercami więc teoretycznie ma prawo. Nie reaguj tak gwałtownie, pomagam tylko tym, którzy mają dość kompetencji i rozumu aby skorzystać z szansy – wyjaśnił gładząc jej dłoń.

- Wiem – skinęła głową – to po prostu, ja nie wiem chyba czuję się oszołomiona. A może zdenerwowana? Chyba raz jeszcze przejrzę dokumentacje na jutro i..

- Nie, to jak nerwowe przeglądanie notatek przed egzaminem. W niczym nie pomoże, ja za to wiem dokładnie co powinniśmy zrobić.

- A co takiego? - zapytała z uśmiechem.

- Iść na spacer, no chodź ogród o tej godzinie jest uroczy. Nie patrz tak na mnie, wiem dokładnie o czym myślisz, ale nie wszystko na raz.

Często chodzili na spacer wokół jego posiadłości. Otoczona dużym ogrodem willa została zbudowana w pewnej odległości od najbliższej miejscowości, zapewniając mieszkańcom całkowitą prywatność. Wysoki, kamienny mur zdawał się całkowicie odgradzać od świata zewnętrznego. Dość spory, ale znacznie mniejszy niż w arystokratycznych posiadłościach, ogród przywodził na myśl staroangielskie parki. Trawa dobrze rosła w cieniu majestatycznych dębów, zaś cienie zapewniały ukojenie w gorące dni. Lubiła spacerować po miękkiej murawie, znajdując tam chwile wytchnienia. Szczególnie polubiła wygodną ławkę obok klombu z różami. Lubiła siadać i zamknąwszy oczy marzyć, że jest damą z dawnych czasów.

Dzięki nałożonym zabezpieczeniom żaden Mugol nie mógł przekroczyć progu: dostrzegał jedynie grożącą zawaleniem ruinę. Zaklęcia odpędzenia oraz przymusu zniechęcały potencjalnych intruzów. Osłony przeciwdeportacyjne, przeciwświstoklikowe oraz ograniczenia sieci Fiuu zapewniały bezpieczeństwo przeciw czarodziejom. Goście musieli albo przybyć razem z gospodarzem, albo teleportować przed wysoką bramą z kutego żelaza.

- Będzie dobrze zobaczysz – zapewniał.

- Dziękuję, że mnie oderwałeś od papierów – szepnęła przytulając się mocno- widziałam wiele razy Dawlisha w roli oskarżyciela posiłkowego, to nic strasznego niepotrzebnie panikuję.

- Prawie każdy tak reaguje za każdym razem.

W zaciszu sypialni i miękkiej, ciepłej ciemności szybko zapomniała o zdenerwowaniu. W takich chwilach zapominała o różnych wątpliwościach, po prostu smakowała chwilę. Tak właśnie zawsze mówiła Doris, by czerpała ile może z danego momentu i za dużo nie myślała. Zastosowała radę przyjaciółki ignorując wyrzuty sumienia i obawy. Było jej po prostu dobrze.

Co prawda następnego dnia rano, kiedy szła do pracy spokój nieco zmalał, ale nie wpadła z panikę. Ściskała teczkę z aktami i notatki, a świadomość dobrze wykonanej pracy podnosiła na duchu. Nałożyła na twarz grubą warstwę makijażu, aby żaden rumieniec nie śmiał choćby wejść na twarz.

xxxxxxxxxxxxxxx

W pierwszy weekend po rozpoczęciu pracy Hermiona spotkała Lucjusza na Pokątnej. Spotkali się w księgarni „Esy i Floresy" gdzie jej obecność nikogo nie dziwiła. Miłość młodej kobiety do książek przybrała nieomal postać legendy, zaś nestor rodu Malfoyów uchodził za intelektualistę. Jak tłumaczył swej młodej kochance, najlepiej zachowywać się naturalnie, aby nie prowokować plotek. „Chcesz coś schować, połóż to na wierzchu".

- Jak ci się podoba w pracy? – zapytał, udając, że pomaga wybrać książkę.

- Nie mam za wiele do zrobienia – westchnęła – Harry mnie ostrzegał, że pewnie dostanę reprezentacyjne stanowisko bez realnego znaczenia.

- Młody pan Potter jest niecierpliwy – zaczął Lucjusz – ale jest wiele dróg do celu. Stanowisko w biurze Ministra to naprawdę niezły początek dla absolwentki Hogwartu. Jesteś kobietą czynu moje miła, ale nie wszystko od razu! Mogę ci pomóc, ale to wymaga czasu.

- Co masz na myśli?

- To, że Scrimgeour nie jest takim idiotą jak Knot. Nie jest święty, ale nie udzieli swej osobistej protekcji i nie powierzy ważnego stanowiska komuś, co do czyich kompetencji nie jest przekonany.

- Ale ile to potrwa? – pytała Hermiona – mam wiele pomysłów i..

- Zacznij je spisywać i przygotowywać – przerwał miękko – i uważaj na Dolores Umbridge.

- Jesteś kolejną osobą, która mnie przed nią ostrzega. Elaine, moja nowa koleżanka z Ministerstwa, raz po raz powtarza bym zawsze się miała na baczności i nie pozwalała sobie na swobodę w jej obecności.

- Masz mądrą koleżankę, słuchaj jej.

- I nieźle zorientowaną, tak, wiesz ona jest z Departamentu Przestrzegania Prawa, może mi pomóc.

Spędzili jakiś czas w księgarni, na rozmowie i żartach. Chociaż byli zakochani, nie chcieli jeszcze wszystkiego ogłaszać. Hermiona ledwo skończyła szkołę i naprawdę miała wielkie plany zawodowe. Sprawa skrzatów domowych oraz magicznych stworzeń nie dawała spokoju i chciała dokładnie poznać przepisy. Chciała też zapracować na swoje nazwisko i udowodnić kompetencje. Romans ze starszym mężczyzną, oraz niewątpliwie, skandalizujące artykuły w gazetach na pewno by nie pomogły.

Powiedziała tylko paru osobom. Po wielu nieprzespanych nocach postanowiła wyznać prawdę Harremu, przyjacielowi, który udzielił schronienia i domu. Ufała mu i nie chciała więcej zatajać.

- Kocham go – argumentowała – ja, ja chcę byś nie znienawidził mnie za to.

- Byłaś przy mnie na dobre i na złe Hermiono – odezwał się po chwili, ignorując stojącego obok arystokratę – i życzę szczęścia. Jest dla mnie jak siostra i jeśli ją skrzywdzisz ubiję – zagroził.

- Rozumiem Po… Harry i cieszy mnie, że moja ukochana ma tak lojalnych przyjaciół. To Ty, pomimo nieporozumień i złych rzeczy między nami, postanowiłeś nam zaufać.

- Mieliśmy wspólnego wroga a pan i Draco bardzo nam pomogli. Był pan śmierciożercą i robił straszne rzeczy, ale odbył pokutę – westchnął Harry – ale inni nie będą równie wyrozumiali. Dziennikarze się na was rzucą jak dowiedzą czegokolwiek.

- Wiem – Lucjusz otoczył kobietę ramieniem – dlatego jesteś pierwszą osobą, po moim synu, która poznała prawdę. Uważamy, znam moją przeszłość i mało mnie obchodzi ta hiena Skeeter, ale ona dopiero zaczyna dorosłe życie!

- Hermiona umie sobie radzić, ale zgadzam się z panem – powiedział Harry

- Mów mi Lucjuszu, to będzie dla mnie zaszczyt.

- Tylko jak będziesz mówić na mnie Harry, może zostaniesz na podwieczorek? Stworek przygotował placek z owocami.

Usiedli w trójkę w salonie na Grimmauld Place. Teraz było to czyste, jasne chociaż wciąż bardzo poważne miejsce. Zajęty treningami w Akademii Aurorów Harry nie miał czasu na próbę przemeblowania domu. Zresztą teraz, kiedy mieszkała z nim Hermiona, Weasleyowie i inni przyjaciele wpadali regularnie z wizytą a związek z Ginny nabierał nowych barw, zaczął doceniać duży, zabezpieczony dom.

- Piękne miejsce Harry – Lucjusz podziwiał gobeliny na ścianach

- Dziękuję, Ginny też się bardzo podoba. Zacząłem doceniać duży dom odkąd raz po raz wpadają przyjaciele.

- Dlatego mieszkam w dworze – odparł starszy z mężczyzn z uśmiechem – wybaczcie mi moi drodzy, muszę już iść.

Tak Hermiona jeszcze nigdy nie czuła takiej wdzięczności do Harrego. Okazał się dojrzalszy i mądrzejszy niż ktokolwiek ze znanych jej ze szkoły osób. Jakiś czas temu zazdrościła Ginny jego miłości. Kiedy porównywała go do Rona, rudzielec wypadał blado. Teraz jednak, kiedy miała Lucjusza mogła szczerze życzyć szczęścia swej przyjaciółce.

Tego samego chciała dla Lavender. Ostatnimi czasy naprawdę zbliżyła się do niegdyś tak unikanej koleżanki z klasy. Wiedziała, że jest beznadziejnie zakochana w Ronie i najwyraźniej nie dostrzega jego wad.

- Potrafi być taki czuły i kochany – zapewniała – po prostu wszystko go przerasta – tłumaczyła.

xxxxxxx

Lavender miała swoje własne powody do uśmiechu. Nie dawniej jak parę dni temu rudowłosy chłopak zaprosił ją na randkę. Ją i tylko ją zaprowadził do szalenie romantycznej kafejki, gdzie cały wieczór prawił komplementy. Zwykle rozmawiał albo o sporcie, albo swoich przygodach, ale tamtego dnia zmienił taktykę.

- Jesteś piękna Lav – szeptał raz po raz – i umiesz słuchać, nie poprawiasz mnie ni nie strofujesz jak inne, ale słuchasz.

Posłała mu uśmiech, wiedząc kiedy dokładnie należy zamilknąć. Kiedy poczuła jak podchodzi bliżej wstrzymała oddech. Wstrzymała jeszcze bardziej czując mokre i zachłanne pocałunki na szyi. Jego dłonie w tym czasie ugniatały jej kształtne, spore piersi. Lavender wiedziała, że przyciąga nimi męski spojrzenia, a teraz on je docenił.

- Kocham cię Lav, kocham – szeptał w narastającym podnieceniu.

Tamtego wieczoru byli ze sobą po raz pierwszy. Żadne z nich nie miało wielkiego doświadczenia. Chociaż gazety pisały o rzekomych, łóżkowych dokonaniach Rona on tylko całował różne dziewczyny. Dopiero z zakochaną w nim Lavender zdobył się na coś więcej. Jeśli odczuwał zdenerwowanie, nie dał tego po sobie poznać. Przymknął oczy nim po raz pierwszy w nią wszedł.

Obojgu się to podobało. W pośpiechu nie pomyśleli ani o zaklęciach ciszy, ani żadnych innych. Hałasowali, ale w owej romantycznej knajpce nikt nie zwracał na to uwagi. Młodzi nie przychodzili tam wyłącznie pić kawę, zaś na piętrze, w wynajętych pokojach, pary oddawały się bynajmniej nie niewinnym zabawom. Pewnie dlatego każdą z sypialni obłożono solidnymi zabezpieczeniami i wyciszeniami.

Ron pędził coraz szybciej, nie czując jak odpływa w jakieś nieznane, cudowne miejsce. Było mu naprawdę wspaniale, co zresztą wykrzyczał. „Lav jesteś najwspanialsza na świecie!". Zaraz potem dosłownie w niej eksplodował, po czym opadł bezładnie na jej odsłonięte piersi. Zadowolony zamruczał i zaczął całować wrażliwe miejsca. Nie zamierzał tak szybko rezygnować z zabawy. Nie z kobietą, która tak wspaniale do niego pasowała. Żadne z nich nie liczyło ile razy kochali się owego wieczoru, nim padli wyczerpani na łóżko. Nastąpił przełom w ich relacjach, a jak znaczny mieli się niedługo przekonać.


Od Autorki: *Na potrzeby tego ficka, Scrimgeour będzie wyglądać podobnie jak w filmie, czyli młodziej i żwawiej niż w książkach. Ponieważ ani jego wiek, ani status krwi nie jest dokładnie wyjaśniony, niech będzie czarodziejem czystej krwi. Ron nie był i nie miał być dżentelmenem, stąd scena w wiem, że to dość oczywiste to się stanie z Lavender ale to potrzebny krok dla rozwoju dramatu. Tak samo jak umieszczenie Elaine w odpowiednim miejscu.