Tradycyjnie dziękuję wszystkim, który tutaj zaglądają i komentują. Dzisiaj zapraszam na kolejny odcinek. Zmieniłam też tytuł, ponieważ "Bal Niezgody" przestał pasować.

W tym rozdziale Lavender musi stawić czoło skutkom nocy z pewnym rudzielcem, a co za tym idzie reakcjom swojej i jego rodziny. Retrospekcje zaznaczone kursywą.


Hermiona, podobnie jak Percy oraz Umbridge, miała uczestniczyć w procesach śmierciożerców. To była sprawa wizerunkowa, więc nie było dyskusji. Członkowie gabinetu Ministra mieli stać zwarci i gotowi. Prawdę powiedziawszy, dziewczyna chciała zobaczyć jak ludzie odpowiedzialni za przestępstwa zostają ukarani, ale wolałaby nie musieć znosić obecności różowej ropuchy. Znienawidzona kobieta nie przestała mówić przesłodzonym, dziecinnym głosikiem czym torturowała słuchaczy. Pomimo próśb Elaine nie umiała nawiązać lepszych kontaktów ze swoimi najbliższymi kolegami w pracy. Lucjusz radził to samo, ale po pięciu minutach w obecności Umbridge czuła jak aż się trzęsie ze wściekłości.

Sala rozprawa była wypełniona po brzegi. Yaxley należał do jednego z najbardziej rozpoznawalnych zwolenników morderczego reżimu, których jeszcze nie skazano. W takich sytuacjach oskarżycielem mógł być Szef Departamentu Przestrzegania Prawa lub nawet Minister, chociaż na ogół ową rolę pełnił ktoś zaznajomiony z przepisami prawa. „To kwestia wagi sprawy"- tłumaczyła Elaine, zawsze pomocna jeśli chodzi o wyjaśnienia różnych subtelności i zawiłości, ale także podstawowych zasad.

- Na pewno będziesz na Sali rozpraw, jak większość twojego biura – wyjaśniała – wysłuchasz więc okropieństw tego potwora.

- Elaine ty bywasz na procesach? – zapytała.

- Często, moje biuro przygotowuje dokumentację rozpraw dla Higgsa, znaczy Szefa Departamentu, a my jesteśmy swoistym personelem pomocniczym.

- Czyli czytasz te okropieństwa – zaczęła Hermiona.

- Tak, ale ktoś musi. No i jak wspomniałam Dawlish naprawdę świetnie płaci i nie szczędzi premii, więc nie narzekam chociaż zwykle jestem z Doris i Mafaldą zawalone pracą. Muszę lecieć, przepraszam.

Pomimo swej wcześniejszej nerwowości, Elaine zapomniała o strachu kiedy tylko dostała akta w swoje ręce. Co jak co, ale utrzymywać porządek ona umiała. A jako oskarżyciel posiłkowy miała podawać papierki i informować głównego oskarżyciela o zawartości kartki przed jej podaniem. Potrafiła sobie radzić w podobnych sytuacjach. Poza tym od czego eliksiry na uspokojenie?

- Muszę powiedzieć, że idzie ci znakomicie – szepnął Higgs w którejś chwili – po tym wszystkim idziemy się czegoś napić w moim gabinecie.

Tylko gruba warstwa makijażu uchroniła Elaine przed znienawidzonymi rumieńcami. Oczywiście lubiła kiedy ktoś ją chwalił i obdarzał komplementami, ale na pewne reakcje niewiele mogła poradzić. Czuła się strasznie głupio oraz dziecinnie, ale wiedziała, że nie może sobie pozwolić na sesję użalania nad sobą.

Zerknęła po zgromadzonych. Z trudem powstrzymała grymas niechęci widząc nienaturalną radość na twarzy Dolores Umbridge. Ta okropna kobieta w różu balansowała na granicy prawa w swoich działaniach, nigdy jednak nie udowodniono jej niczego zakazanego. Elaine odczuwała zimne dreszcze ilekroć mijały się na korytarzu i mruczała formułę zaklęcia tarczy.

- Nie martw się, nie jest o ciebie zazdrosna w taki sposób – w głosie kochanka wyczuła ironię – usiłowała mnie uwieźć, to było okropne, ale wyjaśniłam jej, że ma trzymać ręce na metr ode mnie, jeśli chce zachować stanowisko. Zrozumiała.

To tylko odrobinę uspokoiło Elaine. Zawsze witała okropną kobietę z zachowaniem wszelkich zasad uprzejmości, o ile nie zdołała jej zejść z drogi. Słyszała niejedno na jej temat tak od Lavender jak Hermiony. Nie mogli nic począć, ni jej skazać za czyny w Hogwarcie. Postępowała zgodnie z przepisami specjalnie dla niej uchwalonymi przez Knota, ale niestety cofnięcie legislacji stanowiło prawdziwą przeprawę przez mękę. Elaine przez lata pracowała w Departamencie Przestrzegania Prawa, praktycznie do razu po ukończeniu Hogwartu. Miała wątpliwą przyjemność załapać się na końcówkę urzędowania Knota i doskonale pamiętała bałagan jaki wprowadził. Niestety sprzątanie owego chaosu wymagało czasu.

Rzecz jasna w listach ostrzegała Lavender przez wysłanniczką szefa rządu. Wielu ludzi krytykowało posunięcia ówczesnego Ministra, ale po cichu i tylko w zaufanym gronie. Wątpliwości wątpliwościami, ale nikt nie chciał tracić pracy. Odczuwała zimne dreszcze widząc ją skaczącą u boku Knota. Opowieści Doris, i nie tylko jej, o tym co miało miejsce za zamkniętymi drzwiami gabinetu Ministra przyprawiało Elaine o mdłości. Tak samo jak widok okropnego, prążkowanego krawatu Knota oraz jego melonika. Podchwyciła wzrok ropuchy i szybko spojrzała w bok.

Yaxleya skazano na śmierć. Popełnił prawie każde opisane w prawie przestępstwo po wielokroć. Biorąc pod uwagę jak wielką czerpał przyjemność z dręczenia ofiar, szyba egzekucja wydawała się miłosiernym wyrokiem. Wyrok wykonywano szybko i bez wahania. Ale utrzymanie przy życiu, nawet w Azkabanie, takiej kreatury byłoby niebezpieczne.

Hermiona uważnie notowała przebieg procesu. Chciała zrobić coś pożytecznego i udowodnić swoje umiejętności. Umbridge nie przepuszczała okazji aby wypowiedzieć kilka złośliwości pod adresem nowej kobiety w biurze Ministra. Przezywała ją złośliwie „Panną Prymuską" i najwyraźniej za cel życiowy wzięła udowodnienie jej niekompetencji.

- Kiedyś aby dostać tutaj pracę, należało wykazać swoje umiejętności. Teraz wystarcza tylko sława – powtarzała każdemu kto chciał słuchać.

Dlatego młoda kobieta postanowiła spisywać protokoły. Dobrowolnie zgłosiła się do tej niewdzięcznej czynności. Lucjusz w listach radził aby wykazała nieco inicjatywy. „Pokażesz dobrą wolę i zdolności" – mawiał. Zrobiła co nakazywał. Nie znalazłaby lepszego doradcy ni nauczyciela.

- Wspaniały proces – Umbridge sprawiała wrażenie zachwyconej – a Bertie, dla ciebie pan Higgs, doskonale sobie radzi. Jest doskonałym Szefem Departamentu, ale nie można inaczej ocenić decyzji personalnych Rufusa.

Hermiona wywróciła oczami. Ilekroć musiała spotykać różową ropuchę słuchała peanów pochwalnych na część każdego, kto by aktualnie zarządzał Ministerstwem. Jak zauważyła złośliwie, pochwaliłaby nawet jaszczurkę lub kij od szczotki. Zawsze chodziła za Scrimgeourem radośnie gruchając "Panie Ministrze" kompletnie nie widząc jego zaciśniętych zębów oraz niechęci wypisanej na twarzy. Prychnęła, ale wątpiła by ktokolwiek usłyszał. Przypomniawszy sobie wszystkie chwile, kiedy czytała „Księcia" z łóżku z Lucjuszem postanowiła zaatakować.

- Oskarżyciel posiłkowy też sprawia dobre wrażenie – zauważyła.

- Prawda – irytująca kobieta najwyraźniej niczego nie wyczuła – to młoda i zdolna dziewczyna z dobrej rodziny. Od dziecka zaznajomiona ze zwyczajami czarodziejskiego świata, pewne rzeczy ma się po prostu we krwi.

Hermiona nie podjęła zaczepki. Jej pochodzenie z rodziny Mugoli raz po raz wychodziło w rozmowie jako okazja do ataku i dokuczenia. Znosiła podobne słowa coraz lepiej ale wciąż zaciskała pięści w bezsilnej złości. Już powoli przestała wierzyć, by kiedykolwiek przestało to ludziom przeszkadzać i budzić nienaturalną ciekawość.

Chadzała na różne spotkania i bankiety w Ministerstwie, ale nie czuła się komfortowo. Poznawała Szefów Departamentów oraz ludzi z Wizengamotu, lecz poza Kingsleyem i paroma innymi członkami i sympatykami Zakonu z nikim nie rozmawiała w pełni swobodnie. Ci wszyscy ludzie, z którymi zapoznawał ją Scrimgeour i nakazywał by rozmawiała, była bardzo uprzejma i grzeczna. Wymieniali pozdrowienia oraz standardowe gesty na powitanie, ale raczej nie rozmawiali zbyt długo. Gdyby nie obecność Lucjusza zapewne by w ogóle nie chadzała na nudne przyjęcia, jak to nazywała.

- Nie lubisz gniazda węży? – kpił czarodziej o platynowych włosach – jeśli chcesz cokolwiek zrobić, tutaj masz największe szanse. To tutaj spotykają się i rozmawiają politycy. Przyprowadzają swoje żony, kochanki, przyjaciół i wymieniają uprzejmościami. Powinnaś przywyknąć.

- Wiem, Elaine też mi o tym wspomina. Ale tak ciężko mi przyjąć, że podobne spotkania a nie ciężka praca decydują o tym co najważniejsze.

- Masz mądrą koleżankę Hermiono – szepnął Lucjusz – masz jakieś plany na wieczór?

- Nie, a coś proponujesz?

- Ogród w mojej posiadłości jest pięknym o tej porze roku.

Skinęła głową i niedługo potem wyszli. Jako członkowie Zakonu Feniksa nie budzili nadmiernego zainteresowania, co odpowiadało obojgu. Hermiona wciąż nie miała odwagi wyznać prawdy wszystkim przyjaciołom, jak mogli ogłosić ich związek światu? Poza tym naprawdę chciała pracować i coś zmienić. Udowodnić swoje zdolności i zamknąć usta złośliwcom jak Umbridge. Lucjusz w pełni popierał jej ambicje. Nie powiedziała oczywiście o swoich chęciach zmiany prawa w kwestii skrzatów domowych. Czuła, że raczej by nie poparł podobnych pragnień, albo po prostu wyśmiał.

xxxxxx

Elaine z radością wróciła do swojego mieszkania i zrzuciła szpilki. Wiedziała, że dzięki nic wyglądała lepiej i bardziej poważnie, ale jej nogi miały na ten temat inne zdanie. Zaciskała zęby, przysięgając następnym razem wybrać coś bardziej wygodnego. Poza tym postanowiła iść na zakupy w najbliższy weekend. Lavender błagała w listach o spotkanie, a coś takiego było w tonie wiadomości, że Elaine odczuwała niepokój. Powaga i jej niefrasobliwa kuzynka nie współdziałały zbyt dobrze.

- Musisz iść? Moglibyśmy mieć nieco czasu dla siebie.

- Tak, coś się dzieje a ja nie wiem co – wyjaśniła – Lav chyba zrobiła coś głupiego.

- Nie jesteś niańką swojej kuzynki.

- Nie, ale moja rodzina uważa mnie za tą poważną.

Elaine może miała mętne, a raczej zerowe, doświadczenie w kwestii związków, ale nie była głupią kobietą. Potrafiła, czasami przynajmniej, obserwować i słuchać głosu intuicji, teraz zaś zmysły nakazywały ostrożność. Nieraz toczyła podobne rozmowy, nie wczoraj bowiem zauważyła, że nawiązała relację (nie umiała wymyślić lepszego określenia) z kimś, kto niespecjalnie lubił się dzielić i zmieniać plany. Wręcz przeciwnie, chciał mieć ją tylko dla siebie w każdej wolnej chwili. No może zabrać na jakąś miłą kolację, ale generalnie być obok.

- Mają rację, ale nie spędzisz z nią całej soboty?

- Wrócę najszybciej jak się da – zapewniła.

Potrafił ją przekonywać. Czasem ją przerażało jak bardzo kusił by robiła rzeczy, których normalnie by nigdy nie zrobiła. Babka Galatea, nie powinna w ogóle myśleć o babce w podobnej chwili. Była późna godzina a ona leżała w łóżku, nie sama i bynajmniej nie w niewinnej pozie, i zaczynała rozmyślać o starszej pani. Jeśli kiedyś kwestionowała stan swej psychiki, właśnie znalazła potwierdzenie wątpliwości.

Głos rozsądku lubił brzmieć jak babka. Ten właśnie głos nakazywał by zabrała swój chudy tyłek do swojego mieszkania. By przestała ciągnąć coś co nigdy nie będzie prawdziwym związkiem. Tylko tak uwielbiała czuć się wyjątkowa i uwielbiana, nawet jeśli nie była to najmądrzejsza z decyzji. Chciała swojej chwili szaleństwa, ale nie wiedziała czy aby na pewno to życzenie winno się spełnić.

- Dobra dziewczynka – szepnął ściskając jej dłoń.

Leżała właśnie na wygodnych, pachnących poduszkach, patrząc w sufit. Mało twórcze zajęcie, ale przyjemne w sobotni wieczór. Cała pościel pachniała jej ulubionym aromatem lilii i lawendy, co stanowiło szalenie miły gest. Przymknęła oczy, koncentrując się na doznaniu. Uwielbiała delikatne zapachy, tak samo jak dotyk haftowanej koszuli nocnej na swej skórze. I parę innych rzeczy, które ją pozbawiały tchu.

Jakiś czas potem czekała przy stoliku w lodziarni i stukała palcami w blat stołu. Lavender nie zwracała uwagi na punktualność, zaś Elaine przywiązywała wielką wagę do przychodzenia na czas. Zamówiła lekki deser, przeklinając swą spóźnialską kuzynkę. Została wyrwana z ramion swego niesamowicie zaborczego i pociągającego kochanka, po to aby siedzieć i czekać. Blondynka potrafiła wymyślić wiele scenariuszy na wolny dzień, ale czekanie nie należało do nich.

- Przepraszam za spóźnienie – znajomy głos wyrwał ją z zamyślenia – długo czekałaś?

- Trochę, ale powiedz dlaczego nalegałaś na spotkanie? Czy coś się stało Lav-Lav?

- Tylko na mnie nie krzycz Eli-Li – poprosiła młodsza z kobiet – proszę.

Elaine wzięła głęboki oddech. Podobna deklaracja nie oznaczała niczego dobrego. Gorzej stanowiła katalizator kłótni, a publiczna sprzeczka nigdy niczego nie rozwiązywała. Wyraźny strach w oczach młodszej kobiety wróżył możliwie najgorzej. Jeśli Lavender nie obruszyła się na użycie dziecięcego przydomka, Lav-Lav, naprawdę musiała starać się ją ugłaskać. Tak, mówiły do siebie Lav-Lav oraz Eli-Li jako parolatki w salonie babki Galatei. Teraz to był ich swoisty kod.

- Obiecuję, zamówię nam herbaty i porozmawiamy spokojnie – obiecała – co się stało?

- Jestem w ciąży – szepnęła po chwili Lavender, spuszczając wzrok.

- Rozumiem – zaczęła druga z kobiet, wiedząc, że powinna być teraz bardzo delikatna – rozumiem – potwierdziła delikatnie, obejmując swoją kuzynkę – czy mogę ci jakoś pomóc?

- Nie wiem co zrobić! Mama dostanie szału, babcia Galatea pewnie mnie wydziedziczy i w ogóle będzie ciężko.

- Nie ma powodów aż tak panikować, to dość szybko, ale przecież zajście w ciąże bez ślubu to nie zbrodnia.

- Eli-Li doceniam, że chcesz mnie pocieszać. Nie powiedziałam kto jest ojcem dziecka. Mama mnie zabije jak się dowie. A potem babcia mnie odkopie i znowu zabije.

- Czemu ciotka by miała?

- To Ron, Ron Weasley, którego wszyscy nie cierpicie.

Nie było dobrze, ale prostu fatalnie. Obstawiała różne możliwe scenariusze, ale na to nie wpadła. Elaine czuła, że jest ostatnią osobą w rodzinie mającą prawo czynić komuś wyrzuty w sprawie związków, ale sprawa wyglądała fatalnie. Babka Galatea nie cierpiała Zakonu Feniksa, Dumbledora a do Weasleya czuła tylko pogardę. Przekazała swoje poglądy dzieciom: ojcu Elaine oraz matce Lavender, zaś jedyną osobą żywiącą jako taką sympatię do sojuszników Ministerstwa była Valerie, matka Elaine.

Pewnie dlatego tak gratulowali kiedy zaczęła pracę w Departamencie Przestrzegania Prawa, szacownym miejscu. Odkąd została oskarżycielem posiłkowym Higgsa, babka Galatea wszem i wobec chwaliła swą zdolną wnuczkę. „Kobiety muszą używać różnych sztuczek"- szepnęła na ucho -"masz ładne nogi Elaine". Blondynka spłonęła widzą wzrok surowej nestorki rodziny, najwyraźniej węszącą pismo nosem.

Babka zaprosiła ją na herbatkę, pod byle pretekstem. Cała rodzina wiedziała, że Elaine uwielbia rozmowy ze starszą panią więc nikt nie był zdumiony. Konserwatywna staruszka pomimo sędziwego wieku zachowała bystry umysł i zdecydowane poglądy. Ciemne oczy zdawały się przenikać człowieka na wylot, zaś siwe włosy dawały pozory łagodności.

- Bardzo eleganckie kolczyki – pochwaliła ją – kto ci podarował to cudo?

- Nikt, sama kupiłam na Pokątnej – skłamała bez zmrużenia okiem.

- Nie zarabiasz dość by kupować kolczyki za kilkaset galeonów. Wiesz, że podobne prezenty to dobry znak? Musi mu zależeć, cóż to jedna z opcji na ułatwienie sobie życia.

- Babciu!

- Przecież nie pytam o nazwisko, tylko pamiętaj żeby nie był żonaty, na to jesteś za młoda i za niewinna na podobne gry – westchnęła starsza pani - Jeśli nie jest to cóż, rób użytek ze swojej młodości i nie zapomnij o zabezpieczeniach.

- Ja – wybąkała.

- Elaine wiesz jak wygląda rzeczywistość po Wojnie. Nie jesteśmy bogaci, ale zamożni i uchodzimy za dobrą rodzinę. Jesteś półkrwi ale znasz zwyczaje i zasady. Z twoim wychowaniem, ogładą i pracowitością nie przyniesiesz wstydu mężczyźnie nawet na najwyższym stanowisku. A patrząc na te kolczyki oraz bransoletkę to umawiasz się przynajmniej z Szefem Departamentu.

- Babciu – odparła czując rumieniec – nie mam pojęcia o czym mówisz.

- Niezła próba, ale znam cię młoda damo. Pamiętaj, że Bertie Higgs jest żonaty.

- Nie mam z nim romansu, jeśli to próbujesz sugerować – wyjaśniła – nigdy bym nie rozbiła małżeństwa.

- Ha, a więc kto jest tym szczęśliwcem? Lista ministerialnych kawalerów na stanowiskach jest krótka – kontynuowała przenikliwa staruszka - och wiem ile siedzisz w pracy, to musi być ktoś z Ministerstwa. No przecież to jasne – zachichotała – raczej nie poszłabyś na randkę z tym kochasiem Pottera i Wesleyów, więc pozostał tylko jeden możliwy kandydat. Ha, twoja ambicja jest zdrowa, a jak widzę po tym – dotknęła bransoletki – Minister ma świetny gust.

Elaine prawie udławiła się herbatą słysząc słowa babki. Nie miała pojęcia jakim cudem babka wszystko zgadła, ale dawno podejrzewała staruszkę o używanie Legilemencji. Postanowiła popracować nad barierami oklumencyjnymi. Wiedziała, że nerwowy gest ją zdradził. Musiała iść dalej.

- A więc trafiłam – kontynuowała starsza pani – widzę moje nauki nie poszły w las. Bardzo dobrze Elaine, nic tak nie pomaga w karierze jak przyjaciele.

- Babciu!

- Elaine przecież ci od dziecka wbijałam do głowy, że to jeden ze sposobów. Jak widać słuchałaś, czego nie mogę powiedzieć o Lavender. A fakt, że wybrałaś kogoś stanu wolnego, znakomicie wróży na przyszłość. Mężczyźni na stanowiskach nie mogą ryzykować związku z prostacką kobietą, ale skoro on ci daje takie prezenty.. cóż chyba otworzę moje ukochane wino. Ciekawe czy pijemy za twój awans czy przyszłe weselne dzwony?

- Pijemy za twoje zdrowie babciu– nacisnęła młodsza kobieta - i przysięgam na moją magię, że nie umawiam się z nikim z tak egoistycznych pobudek.

- Bardzo słusznie, tak trzymać! Ktoś jeszcze wie?

Elaine szybko wyrzuciła z głowy rozmowę z babką. Teraz musiała coś poradzić Lavender, a szczerze mówiąc nie wiedziała co. Podzielała opinię swej rodziny na temat Wesleyów oraz Zakonu. Pomimo swej sympatii do Hermiony, oraz przywiązania do kuzynki, od dawna podzielała zdanie oraz politykę bardziej konserwatywnej części społeczeństwa. Nie, nie wierzyła w ideę supremacji czystej krwi w radykalnej postaci, ale na pewno uważała, że pełne zrozumienie wymaga wychowania w środowisku. Pochodząca z Mugoli matka nie rozumiała pewnych rzeczy, ale ona, Elaine już tak.

- Eli-Li? - głos Lavender wyrwał ją z zamyślenia.

- Myślę jak załatwić sprawę z naszą rodziną, babcia.. sama wiesz. Ale dlaczego nie używaliście zaklęć albo eliksiru? Przecież są sposoby zabezpieczeń! - nie mogła sobie darować tej uwagi - jesteś zakochana, ale na Merlina!

- A skąd ty? - zaatakowała młodsza z kobiet – kocham Rona i to się po prostu stało. Kiedy ogarnia cię namiętność nie myślisz, może kiedyś zrozumiesz jak to jest kiedy ukochany po prostu pozbawia cię tchu.

Spokojnie przełknęła zaczepkę. Nie zamierzała wbijać do głowy swej kuzynce, że nic nie zwalnia z myślenia. Oraz, że istnieją na tym świecie mężczyźni myślący o podobnych sprawach. Dotknęła bransoletki, by uspokoić myśli. Nie wyczuwała żadnej magii w kawałku eleganckiej biżuterii w bardzo tradycyjnym stylu, ale mimo to traktowała jak amulet. Może dlatego, że prezenty dane z miłości po prostu przywołują dobre myśli?

- Moje zrozumienie nie ma tu nic do rzeczy. Jesteś w ciąży bez ślubu i to z kimś kogo nasza rodzina nie znosi.

- Wiem i przepraszam, chcesz pomóc. Myślisz, że Ron się ze mną ożeni?

- Tak by nakazywał honor, ale to…- zaczęła ale widząc zaciętość na twarzy kuzynki ugryzła się w język – ale to nie takie proste. Jakie masz relacje z jego rodziną?

- Państwo Weasley są przemili, a wnuki na pewno powitają z radością. Woleli by na moim miejscu Hermionę, ale chyba mnie zniosą.

- Hermionę Granger? Z Ronem, przecież na Merlina oni do siebie nie pasują, ślepy idiota by to zauważył. Czy Ron wie?

- Nie wiem jak mu powiedzieć, powinnam ale się boję. Nie wiesz jak to jest.

- To jak tak jego dziecko, jak twoje. Porozmawiaj z nim a jak zacznie coś kombinować, zorientuję się w prawnych aspektach.

- Dziękuję za, za to że słuchasz i nie wrzeszczysz. Porozmawiam z nim i.. pomożesz mi z babcią Galateą?

- Postaram się, musimy to dobrze zaplanować.

Elaine poczuła, że potrzebuje czegoś mocniejszego niż herbata. Zwłaszcza jeśli ma powiedzieć babce o całym zajściu. O tak, została jej oficjalnie ukochaną wnuczką, ale musi jakoś wesprzeć Lavender. Starsza pani gotowa wytargać nierozważną za oczy i kazać pisać krwawym piórem „będę uważać" czy coś podobnego. Często karała w ten sposób swoje dzieci oraz wnuczki ilekroć coś nabroiły. A zajście w ciążę z kimś nielubianym zdecydowanie podchodziło pod coś, co zasłużyło na karę. Elaine współczuła swej kuzynce. Babka potrafiła być przykra, a tak idiotyczna wpadka, zanim znalazło się właściwą pracę, lub męża, to naprawdę poważna sprawa. Uregulowała rachunek i wróciła mając nadzieję, że rodzinna awantura nie będzie tak okropna jak się bała.

Szybko wróciłaś, czyżby fałszywy alarm? – mogła wyczuć niezadowolenie w głosie swego wybranka. Wciągnęła powietrze i przemówiła możliwie najspokojniejszym głosem.

- Niestety nie. Lav.. ona jest w ciąży – wyjaśniła ponuro.

- To chyba radosna wiadomość, kobiety zwykle chcą mieć dzieci.

- Brawo za złotą myśl – nie mogła sobie darować ironii – chcą, ale nie z byle kim. A ona, babka ją zabije – jęknęła – a to będzie cała masa papierkowej roboty. Dlaczego Lav nie myślała o zaklęciu?

- O tym powinien myśleć mężczyzna.

- Kochany, nie każdy jest tak rozsądny i odpowiedzialny jak ty. Moja kuzynka ma fatalny gust i umawia się z idiotą, nie gorzej niż idiotą bo Ronaldem Weasleyem. I dlatego babcia ją zabije. I dlatego jutro idę na rodzinny obiad, by nie doszło do najgorszego. Przepraszam.

- Zamierzasz pomóc w morderstwie czy zacieraniu śladów?

- To wcale nie jest śmieszne!

- Nie jest, a mnie się nie podoba, że nieliczny czas jaki mamy dla siebie chcesz spędzać na ratowaniu swej bezmyślnej kuzynki!

- Ona jest zakochana a nie bezmyślna. Miłość i rozum niekoniecznie idą w parze, Lav kocha kretyna, pijaka i prostka. To już wystarczająca kara.

- Więc niech ta kobieta ma swoją pokutę bez ciebie, jest przecież dorosła. Ma swoje życie a ty swoje.

Elaine zacisnęła pięści by nie stracić panowania nad sobą. Nie chciała awantury, ale jednocześnie nie mogła odłożyć na kołek swojego życia rodzinnego i towarzyskiego. Czuła, że dyskusja robi się coraz bardziej absurdalna. Nie są ze sobą naprawdę (ukrywany przed światem romans nie nazywała prawdziwym związkiem) a ona już się tłumaczy jak uczennica w szkole. Miała ochotę wytargać swoją kuzynkę za włosy, ale jeszcze nie teraz.

- Lav to rodzina – powiedziała po chwili.

- A ty nie jesteś jej jedyną krewną. Poradzi sobie, będzie musiała. Nie chcę spędzić popołudnia na sprzeczce – powiedział łagodniej – po prostu nie widzę powodu byś niańczyła dorosłą kobietę z fatalnym gustem. Ale rozumiem rodzina.. co do rodziny, to Bertie zaprosił nas na wieczór. Jego żona była na zakupach w Paryżu, więc bądź gotowa na długą dyskusję.

- Rozumiem – skinęła głową - będę miła i pochwalę znakomity gust.

- Mówiłem ci, że jesteś wspaniała?

Elaine przyjęła komplement spokojnie. Przebrała się w długą, jasną szatę bardziej odpowiednią na podobną okazję. Higgs, Bertie jak wciąż nie umiała o nim myśleć, był naprawdę wspaniałym gospodarzem, obdarzonym specyficznym poczuciem humoru. Potrafił ją, oraz większość gości, rozbawić różnymi anegdotkami. Oczywiście ona bywała tylko czasem, na spotkaniach w wąskim gronie, ale postanowiła smakować chwilę. Doris coś takiego mówiła i chyba miała rację.

Zerknęła na swoje odbicie w lustrze. Wyglądała naprawdę dobrze, co zauważyła bez zbędnej skromności czy zadowolenia. Jasny materiał eleganckiej szaty idealnie współgrał z jej złotymi włosami. Z pomocą Zwinki upięła je w kok, uwielbianą fryzurę, której nigdy nie umiała ułożyć. Obróciła się kilka razy i uśmiechnęła.

- Wyglądasz pięknie, brakuje tylko jednego drobnego elementu.

-Jakiego? – zapytała zaciekawiona.

- Zamknij oczy.

Zgadywała w czym rzecz, ale oczywiście udawała nieświadomą. Zrobiła jak prosił i nie ukrywała promiennego uśmiechu kiedy poczuła coś chłodnego i ciężkiego na szyi. Bardzo ładny, srebrny naszyjnik tworzył idealny duet z kolczykami w kształcie pająków. Po raz kolejny miała okazję podziwiać jego gust i to jak skutecznie odgadywał jej upodobania.

- Z jakiej okazji dajesz mi to cudo?

- Po prostu, jesteś tuż obok kochana, nie trzeba nic więcej. - wyjaśnił całując ją przelotnie - Chodź, spóźnimy się, wiesz jaką wagę Bertie przywiązuje do punktualności.

Skinęła głową. Wiedziała, że nadszedł czas by wyszli na owo spotkanie. Postanowiła doskonale się bawić i zapomnieć o babce Galatei oraz ciotce Lukrecji, które niewątpliwie nie przyjmą dobrze wieści o Lavender. Na samą myśl o nadchodzącej awanturze czuła potrzebę wypicia więcej niż jednej lampki wina. Kuzynka naprawdę narozrabiała, ale Elaine po prostu nie mogła zostawić jej samej na pastwę krewnych. Pomoże nierozważnej, a skoro została ulubioną wnuczką powinna zrobić z tego użytek. Nawet jeśli zachowanie babki budziło sprzeciw a sposób w jaki mówiła o jej „zaradności" sprawiało, że zaciskała pięści.

Starsza pani sprawiała wrażenie wniebowziętej, kiedy poznała prawdę o przyczynach długich wieczorów w pracy swej starszej wnuczki. Nie szczędziła jej pochwał, ni dobrych rad doświadczonej kobiety. Rozmawiała z nią bez najmniejszego skrępowania czy wstydu.

- Pamiętaj, że mężczyźni i to bez względu na wiek i stanowisko są bardzo wrażliwi kiedy przychodzi do kwestii intymnych. Możesz być przemiła, mądra i piękna, ale jeśli nie zadbasz o niego w tej materii odejdzie. Pozwól mu o wszystkim decydować i dostosuj się. Nie narzucaj mu swych pragnień, mężczyźni.. oni nie lubię być sterowani w tych sprawach. Zadbaj o jego przyjemność, cokolwiek to oznacza, a on okaże ci wdzięczność.

- A moja przyjemność? - zapytała buntowniczko kobieta – jestem z kimś kto mnie pociąga i kogo uwielbiam a ty mówisz jakbym..

- Czasem jesteś taka naiwna Elaine, jeśli on jest ci miły tym łatwiej. Ale pożycie intymne to męska rzecz i nasza przyjemność schodzi na dalszy plan, chyba że masz dość pieniędzy i wysoką pozycję by narzucać wolę kochankowi. Kiedy jednak jesteś młoda, cóż nie ty dyktujesz warunki.

- Masz strasznie cyniczne podejście do związków i miłości – powiedziała urażona blondynka.

- A ty dziecinne i naiwne – odgryzła się starsza pani – miłość, na miłość przychodzi czas po ślubie, kiedy masz pewność, że on cię chce. Na razie nie możesz sobie pozwolić na taki luksus. A jeśli, jeśli twoje serce cię zdradza zakończ to. Nie chce byś cierpiała ból porzucenia.

- Ale on…

- Daje ci ładną biżuterię i prezenty – mówiła powoli babka – ciesz się z błyskotek, chadzaj na przyjęcia i baw w granicach rozsądku. Ale nie zakochuj w nim, a jeśli poczujesz że zaczynasz kochać odejdź. Kobieta może sobie pozwolić na miłość dopiero mając pierścionek zaręczynowy na palcu. Nie chcę byś cierpiała Elaine, albo robiła coś wbrew sobie.

Babka robiła jej regularnie wykłady. Ostrzegała i uczyła. Czy może dlatego Elaine poczęła tak bardzo współczuć Lavender? Wyczuwała, że obie mimowolnie i przez chwile zapomnienia rozpoczęły coś szalonego? „Jak zostaniemy porzucone, zawsze będę miała z kim jeść lody".

xxxxxx

Lavender w milczeniu obserwowała odchodzącą kuzynkę. Odruchowo położyła dłoń na brzuchu, nie wiedząc czemu wykonuje ten odwieczny gest przyszłych matek. Zamówiła jeszcze jedną herbatę, wciąż nieco zagubiona i przestraszona. Nie miała pracy, nie miała męża, lub chociaż narzeczonego, za to spodziewała się dziecka. Sytuacja nie wyglądała dobrze, dlatego pewnie drżała kiedy wypowiedziała zaklęcie teleportacji.

Nora. Rodzinny dom Wesleyów zaskakiwał każdego, kto po raz pierwszy zawitał w okolicy. Chaotyczny idealnie pasował do gromady rudzielców, który zaskakiwali raz po raz. Musiała przed nimi stanąć i powiedzieć o swoim stanie. Ron ma prawo wiedzieć, w końcu zostanie niedługo ojcem. Z duszą na ramieniu ruszyła w kierunku drzwi wejściowych.

Weasleyowie oraz Harry Potter zasiadali właśnie obiadu. Przez otwarte okno wylatywały smakowite zapachy, które przypomniały Lavender jak doskonale gotuje gospodyni. Kilka razy odwiedzała liczną rodzinę, nieustannie zachwycając się umiejętnościami pani domu. A także ciepłym przyjęciem na jakie mogła liczyć, być może nawet cieplejszym niż ze strony babki.

- Lavender! - Molly powitała drżącą dziewczynę – miło cię widzieć.

- Dziękuję, czy zastałam Rona?

- O tak, jest na obiedzie. Chodź dołączysz do nas.

- Ja… ja muszę mu coś powiedzieć i.. nie wiem jak on zareaguje.

- Chodź kochanie, przy odrobinie placka z malinami na pewno wszystko sobie wyjaśnicie.

Jeśli Molly odgadła co próbuje powiedzieć dziewczyna, nie dała po sobie tego poznać. Dostrzegła dłoń blondynki mimowolnie dotykającą brzucha i posłała jej ciepły uśmiech. Natychmiast zawołała syna i poradziła parze aby porozmawiali sam na sam.

- Coś się stało Lav? - zapytał Ron zaskoczony jej widokiem.

- Tak, posłuchaj mnie proszę – zaczęła drżącym głosem – to bardzo ważne i nie wiem czy dam rady wszystko powiedzieć.

- Boisz się?

- Tak – zadrżała – nawet nie wiesz jak długo układałam sobie wszystko w głowie. Powinieneś wiedzieć jako pierwszy, ale proszę, wysłuchaj mnie. Ja… - zaczęła po czym zebrawszy w sobie całą gryfońską odwagę kontynuowała – jestem… jestem w ciąży.

Rudowłosy chłopak zamilkł. Wiadomość uderzyła w niego jak w grom i nie bardzo wiedział co powiedzieć. Otwierał kilka razy usta, ale cóż nigdy nie był dobry w przemowach. Wiedzieli o tym wszyscy, tak przyjaciele jak i oponenci, co nieraz wychodziło w rozmowie jako okazja do wyrzutów i dokuczania.

- A więc – zaczął.

- To twoje dziecko – zapewniła – twoje Ron.

- Będę, będę ojcem? - zapytał rudzielec z bardzo głupią miną, jakby nie rozumiejąc co się dzieje.

- Tak – wyjaśniła.

- Będę miał dziecko – krzyknął na całe gardło, jakby nie do końca wiedząc co właściwie usłyszał.

Jego głos przykuł uwagę całej rodziny. Państwo Weasley wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Chociaż zdecydowanie woleliby Hermionę u boku swego najmłodszego syna, to jednak myśl o wnukach bardzo im odpowiadała. Ginny skrzywiła się dość paskudnie, najwyraźniej nie zamierzając niczego nikomu ułatwiać.

Lavender była mile zaskoczona ich reakcją. Decyzja o ślubie zapadła nieomal natychmiast, zaś poza Ginny reszta rudzielców najwyraźniej nie miała nic przeciwko jej obecności. Ron, najwyraźniej uskrzydlony wizją ojcostwa, począł karmić ją babeczkami i głaskać po ledwie widocznym brzuchu.

- Nigdy nie zastąpisz Hermiony, nigdy – powiedziała Ginny nieuprzejmie.

- Przestań – Harry nawet nie ukrywał złości – niech to w końcu do ciebie trafi, że dorośli ludzie mają prawo mieć swoje plany. Gratuluję stary – uściskał Rona – dobrze się spisałeś! Wojna skończona, czas byśmy witali na świecie dzieci, nie zaś żegnali bliskich.

- Jesteś taki cudowny kochaneczku – Molly nie mogła sobie darować uściskania przybranego syna – Ginny, skoro Hermiona jest dość nierozważna by odrzucać rolę do której została stworzona, zapomnijmy o niej. Ron uszczęśliwi inną kobietę, Lavender – powiedziała – siadaj, wypij soku.

- Dziękuję pani Weasley – odparła uprzejmie blondynka.

- Będziemy rodziną, żadna ze mnie pani. Czy twoja rodzina wie?

- Na razie powiedziałam tylko kuzynce – wyjaśniła – jutro powiem reszcie, oni… oni nie będę zadowoleni, że zaszłam w ciążę bez ślubu, są dość konserwatywni.

- Pójdę jutro z tobą, jesteśmy teraz razem! - zaoferował się Ron

- Dziękuję, ale chyba muszę im dawkować te informacje. Najpierw im powiem o ciąży, potem jak ochłoną przedstawię ciebie.

- Ale – zaczął rudzielec.

- Posłuchaj Lavender – wtrąciła Molly – niektóre rodziny reagują dość gwałtownie na wieść o ciąży swej córki. Mogą nie przywitać cię za dobrze.

Dziewczyna tylko skinęła głową, woląc nie wyjaśniać, że babka gotowa rzucić w winowajcę przykrą klątwą. Z uśmiechem siedziała obok narzeczonego, woląc nie myśleć o nadchodzącej nazajutrz awanturze. Elaine wyraziła swoje niezadowolenie w wyważony i spokojny sposób, ale inni nie będą dbać o podobne szczegóły.


Od Autorki: Ron i Weasleyowie zachowali się bardzo dobrze, ale Lavender czeka rozmowa z rodzicami i babką.