Dziękuję moim Czytelnikom za zainteresowanie moimi pomysłami. Historia już prawie napisana, a kolejne odcinki będę dodawać co tydzień (w piątek). Na razie opublikowałam nieco więcej niż 1/3 tego co mam w Wordzie.
Toraach: Dziękuję za wyczerpujący komentarz. Zakon to faktycznie politycy, po prostu mało skuteczni (na szczęście), bo niestety jak wiemy z reala źle rozumiane ideały lewicy doprowadzą do nieszczęścia. Polityka to nie jest przyjemna i zawsze czysta gra. Nigdy nie była. Molly jako matka nie chciała widzieć wad syna. Ile znamy takich kobiet? To bardzo ciężkie by powiedzieć, że syn czy brat się stacza. Dlatego Molly i Ginny wolą winić Hermionę czy kogokolwiek innego, niż przyznać się do problemu i próbować coś zrobić.
Artur.. nie mam nic przeciw ludziom, ceniącym swoje pasje i idących pod prąd. Ale, nie jeśli cierpi na tym rodzina. Jakby taki Artur bawił się bateriami, ale nie miał na utrzymaniu żony i siódemki dzieci nie miałabym nic przeciw, wszak każdy ma prawo żyć jak chce. Może nosić nawet ubrania ze śmietnika i generalnie mieć wyrąbane na świat. Ale rodzice mają obowiązek zapewnić dzieciom pewne podstawowe rzeczy, a przynajmniej starać się. Artur nie myślał, ile jego pasje i zabawy kosztują dzieci i że skazuje je na biedę i wyszydzenie. W imię czego?
Elaine to przedstawicielka tzw. klasy średniej, ludzi którzy zasuwają by mieć określone rzeczy i ceniący pracę. Nie rozumieją ludzi tak lekko podchodzących do rodziny i ważnych spraw. Lucjusz, to cóż jak wiemy snob, ale ma wiele racji.
Jeanne: Dziękuję, faktycznie ta historia jest inna, może dlatego, że dałam wątki polityczne i staram się założyć, że nie da się cudownie zmienić świata. Ron i Hermiona byli swoimi przeciwieństwami i właściwie poza szkołą nic ich nie łączyło. Mam za dużo lat by wierzyć w ich szanse na związek. Miłość ma wielką siłę, ale jak tu wytrwać w małżeństwie jak nie ma o czym gadać (poza kwestią zakupów) a ludzie nie mają wspólnych pasji/hobby/zainteresowań/poglądów? Elaine dokończy swoje kwestie w tym rozdziale :-)
FrejaAleeera1: Ron jest.. ofiarą sytuacji. Sława była ciężarem, a Ron nie miał dojrzałości by stawić temu czoła. Nie uważam by był zły (jak Voldemort), ale niedojrzały i z potężnym kompleksem niższości (zafundowanym mu przez nieodpowiedzialnych rodziców) a to groźna mieszanka. Tak, napisałam, że Weasleyowie byli nieodpowiedzialni z powodów jakie opisałam powyżej: mając siódemkę dzieci do utrzymania Artur powinien był pomyśleć jak dorobić a nie ulepszać stare samochody Mugoli. Molly.. nawet w książkach było wspomniane, że Ron czuł się najmniej kochany przez matkę, a coś w tym jest że "środkowe" dzieci z rodzin wielodzietnych mają ciężko. Poza tym myślę, że ona nauczyła Rona, że kobieta winna skakać wokół męża i wszystko robić w domu (jak sama robiła, było wspomniane o tym). I niestety obawiam się przyzwyczaiła go do tego wspomnianego prania skarpetek. Ron się dopiero rozkręca.
Rodzina Lavender nie miała do niego cierpliwości, bo nic ich nie zaślepiało. I dopiero się rozkręcą ze wszystkim. Szczególnie babcia Lav ma powód do złości jak porówna kogo sobie wyrwała Elaine. Co do Elaine, cóż ona była typem opanowanej dziewczyny, dla niej to co odstawiło to było coś. Ona prędzej zacznie płakać niż rzucać w faceta talerzami.
Lucjusz wyrzucił Hemionkę na kanapę bo był wściekły i wiedział, że to ją zaboli.
Ostrzeżenia: cukier?
W tym rozdziale dowiemy się co Elaine usłyszała na swoją histerię. Poza tym Hermiona idzie do Ministra z projektem dotyczącym wyzwolenia skrzatów domowych.
Przez chwilę panowała cisza. Elaine odczuła dziwną ulgę kiedy wyrzuciła z siebie wszystko, co gryzło ją od jakiegoś czasu. Nawet nie zdawała sobie w tego, że wymachiwała w tym czasie różdżką, z której wylatywały kolorowe iskry. Tylko ilość wypitego alkoholu pozwalała mówić równie otwarcie, o tym bo ją bolało. Dłoń drżała niebezpiecznie zapowiadając nadchodzą, magiczną katastrofę.
Ona jednak o tym nie myślała. Nie była w stanie myśleć nieomal o niczym, zbyt roztrzęsiona. Nie miała odwagi podnieść wzroku, oczekując irytacji albo politowania na jego twarzy. Sama by pewnie uciekła z wrzaskiem od histeryczki zamieniającej własne mieszkanie w pole bitwy i mówiącej podobne teksty. Kochała go… a nie powinna.
- A więc w tym rzecz- usłyszała po chwili głos. Roztrzęsiona nawet nie poczuła kiedy zabrał jej różdżkę.
- Miałeś inne teorie? – zapytała zaskoczona.
- Trochę by się ich znalazło. To co powiedziałaś, czego naprawdę pragniesz?
- Prawdziwego życia, nie nieustannego kłamania – wyjaśniła.
- Nie masz racji, w najmniejszym stopniu.
- Wiem czego chcę i rola wstydliwego sekretu nie jest tym.
-Nigdy nie byłaś wstydliwym sekretem, jak mogłaś tak pomyśleć?
Mogła przysiąc, że słyszała smutek a być może nutkę zawodu w jego słowie. Nie umiała nazwać owej niebezpiecznej, dziwnej nuty i nie wiedziała czy chce. Czyżby naprawdę obchodziło go to? Szybko zganiła się za podobną myśl. Oczywiście, że tak. Zawsze, odkąd tylko nawiązali znajomość, zwracał na nią uwagę i na jej potrzeby. Być może właśnie dotkliwie zraniła kogoś, kogo kochała.
Dlatego czekał dość długi czas z ich pierwszym pocałunkiem, dając możliwość by przywykła do wszystkiego. Zanim po raz pierwszy trafili do jego sypialni, na nic nie naciskał, ale czekał aż ta myśl przestanie ją przerażać. Dopiero jak przywykła do bliskości dość, poczynił taktowne sugestie. I nigdy, przenigdy nie ponaglał i nie zmuszał. Czy naprawdę postąpiła fair ze swoimi wątpliwościami? Ale mogła już tylko brnąć dalej.
Zacisnęła dłonie i przybrała możliwie najbardziej przepraszający wyraz twarzy. Jeśli on zaraz od niej nie ucieknie, to chyba winna dziękować Merlinowi. Nie wiedziała czy w ogóle by sama sobie okazała dość wyrozumienia. Czuła się naprawdę głupio i dość żałośnie.
- Sekretny romans raczej nie sugeruje niczego innego. Skoro prawie nikt się nie mógł dowiedzieć, to byłam wstydliwą tajemnicą - próbowała wyjaśnić.
- Nigdy nie byłaś, byłaś.. jesteś moim skarbem, który pragnę chronić. Ale zrozumiałaś to inaczej, całkiem na opak. Nie zdajesz sobie sprawy, że dziennikarze rzucili by się na ciebie? Jesteś taka młoda, zdolna i obiecująca. Możesz zajść wysoko, mieć wspaniałą karierę. Ja zaś, a także Bertie i Tyberiusz możemy ci pomóc. Mogłabyś zostać następczynią Bertiego.
- Nie w ten sposób, nie wykorzystując tak kogoś bardzo mi drogiego.
- Zatem naprawdę jesteś gotowa narazić się na ostre reakcje i posądzenia, związać z kimś sporo starszym, zrezygnować z obiecującej kariery?
- Lubię starszych.. – zaczęła po czym wypaliła – jeśli w ten sposób pytasz mnie czy chciałabym spędzić z tobą resztę życia, być przy tobie, wspierać w każdym znaczeniu tego słowa, być żoną to odpowiedź brzmi „tak". Nie rozumiem tego tonu zdumienia! Zresztą mówimy o niemożliwym, bo nie jestem..
Mogła przysiąc, że wyczuła zaskoczenie w głosie. Może jeszcze czegoś na kształt smutku i zmęczenia? Nie wiedziała co powiedzieć na zaskakujące wyznanie, nie chcąc zepsuć wszystkiego swoją paplaniną, pogłaskała delikatnie jego dłoń. Ją samą podobny gest uspokajał i chciała okazać wsparcie. Czasem lepiej milczeć i milczeniem okazać miłość.
Podeszła bliżej, czując szumiące w głowie wino. Naprawdę miała słabą głowę, ale w tamtej chwili potrzebowała choćby minimum czegoś na wyciszenie i uspokojenie. Z najwyższym, trudem rejestrowała jego słowa, nie wierząc, ze strachu, w zasłyszane słowa.
- Pytam o czym marzysz, nie co uważasz za możliwe. Jeśli zdecydujesz się na ten krok, uczynisz mnie najszczęśliwszym z czarodziei.
- Wiec chciałbyś? - wykrzyknęła zdumiona.
- Byś została moją żoną? Z całego serca kochana.
- Czy to?
- Deklaracja tak, formalne oświadczyny wymagają pierścionka i zgody rodziców dziewczyny, więc nie załatwimy tego dzisiaj. No i oczywiście nie możemy ogłosić podobnych wiadomości z dnia na dzień, tylko wcześniej spotykać się oficjalnie i..
Nie pamiętała by odczuwała kiedykolwiek taką ulgę. No może kiedy czekała na wyniki egzaminów, nie chyba nie? Nie potrafiła znaleźć lepszego porównania. Podbiegła do niego i zarzuciwszy ręce na szyje pocałowała, starając się włożyć w ten gest całą swoją radość, ulgę i drgnienie serca. Nienawidziła mówić o zakochaniu, kojarząc to z wylewnymi i piskliwymi zachowaniami Lavender czy Doris, nie rozumiejąc jak wiele odcieni przybiera uczucie.
Zacisnęła mocniej dłonie, czując jak pogłębia pocałunek zmuszając ją do uległości. Zawsze tak robił a ona nigdy nie protestowała pamiętając lekcje babki. Zacisnęła palce na kosztownej, eleganckiej szacie czując jak przyciska ją coraz mocniej, dotykając w niesamowicie pociągający sposób.
- Rozumiem, ty naprawdę rozważasz – zaczęła wyliczać – no faktycznie parę miesięcy formalnych kolacji, wyjść na lunch i spacerów po Pokątnej powinno pomóc i parę innych rzeczy. Gdzie moja różdżka?
- U mnie, lepiej dzisiaj nie rzucaj czarów. Połączenie magii i mugolskiej technologii grozi wybuchem, więc najlepiej po prostu nic już nie robić, no i oczywiście opanować ten chaos. Na początek doprowadzając ministerialne akta do stanu używalności.
-Ja.. – wybąkała – Archiwista mnie zabije.
- Chodź, potrzebujesz odpoczynku.
Pozwoliła się zaprowadzić i położyć w sypialni jak małe dziecko. Czarowanie w stanie pobudzenia to naprawdę zły pomysł, toteż nie protestowała kiedy nakazał by poszła spać i nie rzucała żadnych zaklęć. Nie chciała go tylko wypuszczać z objęć, jakby w obawie, że obietnica okaże się tylko wytworem wyobraźni.
Rozmawiali przez jeszcze jakiś czas. Mieli niejedno do przedyskutowania, zaś w ciepłej ciemności znacznie łatwiej wyznać swe pragnienia. Szerokie łóżko w jej sypialni było dość wygodne, zresztą nie o tym wówczas myślała. Koncentrowała się raczej na słowach, pocałunkach i dłoniach wędrujących w niebezpieczne regiony. Głaskała go delikatnie jakby w ten sposób informując o swym zadowoleniu. Słowa zepsuły by nastrój chwili, a głośne krzyki nie pasowały do niej, a poza tym wiedziała jak cenił jej opanowanie i dyskretne zachowanie nawet w takich chwilach.
Nie wiedziała kiedy dokładnie zasnęli, ale zanotowała moment pobudki. Nawet śniąc przeczesywała jego włosy. Uśmiechnęła się w nieco macierzyński sposób kiedy odkryła, że w którymś momencie złożył głowę na jej piersi i tak zasnęli. Już dawno przestała zazdrościć Doris tego, że została hojnie obdarzona przez naturę. Doprowadziła swoją szarą, kompletnie nie kuszącą pidżamę do stanu jako takiej przyzwoitości. Jakkolwiek by to nie brzmiało śmiesznie w jej wypadku, była wstydliwa i nie lubiła prezentować swego ciała w ostrym świetle. Wierciła się przez chwilę, wcale jednak nie chcąc wstawać.
- Obiecaj mi coś Elaine – usłyszała szept tuż obok swego ucha – nie założysz więcej tego czegoś na siebie. To jest okropne.
- Dobrze – zachichotała – dla ciebie przystojniaku mam całkiem inną garderobę. To jest pidżama z mugolskiej sieciówki i normalnie noszę ją na babskie wieczory. Wiesz takie kobiece rozmowy przy winie i słodyczach – wyjaśniła.
- Nie chcę wiedzieć nic więcej, już byś lepiej zdjęła to okropieństwo.
- Mężczyźni, jedno wam w głowie – prychnęła.
- Teraz to zauważyłaś? Jakoś nigdy nie protestowałaś, a teraz mnie jeszcze namawiasz.
- No nie, ale spóźnię się do pracy – jęknęła.
- Za dużo myślisz, zaraz coś na to poradzimy.
- Ale jak ja wyjaśnię spóźnienie?
- Powiesz, że miałaś ciężki wieczór.
To akurat była prawda. Oczywiście szybko przestała protestować, właściwie to nie protestowała, ale lekko opierała się dla zasady. Nieomal natychmiast uległa, zawsze ulegała, wiedząc od babki jak mężczyźni bywają drażliwi w tych kwestiach. Ale na razie nie myślała ani o starszej pani, ani jej filozofii ale wiarygodnym wytłumaczeniu spóźnienia. Oraz paru innych rzeczach, łącznie z niewątpliwie kąśliwymi artykułami w „Proroku".
Babka i ojciec pewnie będą zachwyceni, ale reakcji matki się bała. Matka nie lubiła już kiedy spędzała dużo czasu z dystyngowanymi znajomymi starszej pani na rozmowach o polityce i tym podobnych. Raz po raz słyszała, że młoda dziewczyna winna plotkować, chadzać na randki z rówieśnikami i nie zawracać głowy podobnymi tematami. Nie popierała też kiedy z wypiekami na twarzy mówiła o eleganckich, starszych panach i nawet parę razy próbowała ją spiknąć z jakimiś chłopakami w jej wieku. I wtedy następowała katastrofa, bo ona uważała większość z nich za płytkich i nudnych a oni ją za sztywną. Określanie ich jako nieopierzone kurczaki także nie pomagało.
Posłała mu możliwie najbardziej zapraszający uśmiech i wyciągnęła ręce. Zerknęła na budzik. Dochodziła siódma, czyli ma jeszcze dwie godziny by dotrzeć do biura. Przymknęła oczy starając się nie myśleć za wiele, o nie, ostatnio za dużo myślała. Potem zajmie się bałaganem w salonie, rodziną i całą resztą. Na razie powinna smakować chwilę, czy jakoś tak.
Nie należała do szczególnie namiętnych kobiet, a już na pewno daleko jej było do gorącego temperamentu Doris. Nawet w intymnych chwilach zachowywała powściągliwość i pewną nieśmiałość. Nie umiała myśleć choćby o pewnych rzeczach a już na pewno takowych próbować. Była typem uległej kobiety, nie zaś wyrafinowanej kochanki. Wiedziała, że pewne sprawy są dla mężczyzn ważne i nie protestowała. Nie, nie należała do oziębłych kobiet z awersją do intymnego pożycia. Potrafiła czerpać przyjemność z chwil bliskości z właściwym człowiekiem, ale jeszcze większą czerpała z czułych pocałunków i rozmów. Westchnęła jednak z zadowoleniem czując go bardzo blisko siebie.
Xxxxxx
Hermiona bardzo przeżywała swój pierwszy kryzys w związku. Lucjusz niedługo potem znowu był czuły i kochający, ale srogość reakcji ją zmartwiła. Nie pamiętała by kiedykolwiek wcześniej zareagował równie gwałtownie. Czy wynikało to ze „zwykłej" zazdrości czy czegoś więcej? Nie wiedziała a co gorsza nie wiedziała z kim porozmawiać. Elaine na pewno by zrozumiała, ale brunetka wciąż nie była pewna czy może jej zaufać i wyznać sekret.
- Ten artykuł jest paskudny – zapewniała blondynka – nie wiem co zaszło, ale wątpię byś zaatakowała Weasleya z zazdrości!
- Po prostu rozmawialiśmy – wyjaśniła – gratulowałam mu nadchodzącego ślubu z Lav. Ja.. musisz coś wiedzieć Elaine, on.. Ron wygadywał paskudne rzeczy, że niby ma prawo brać co najlepsze.
- Tego się właśnie obawiam – westchnęła blondynka – niestety ona nie słucha. A reakcja mojej rodziny nie pomaga, nie tolerują go a to wzmacnia jej upór. Ale to bez znaczenia, mogę tylko mieć nadzieję, że nie pojmie za późno w co się pakuje.
Na szczęście Harry okazał zrozumienie. Przyszedł do jej gabinetu, aby porozmawiać. Niósł w dłonie artykuł z „Proroka" wyraźnie wściekły, ale nie na nią. Po latach znajomości rozpoznawała jego humor i wiedziała kiedy odczuwał na kogo złość. Myślała o nim jak o przybranym bracie, takim go kochając.
Zaprosiła do swego gabinetu i posadziła na krześle dla gości. Miała niewielki stolik oraz krzesła dla gości. Po wielu wykładach Elaine zaopatrzyła się w serwis do herbaty oraz ciasteczka. Nieczęsto ktoś wpadał w odwiedziny, niemniej jednak ci nieliczni doceniali podobne ułatwienia.
Harry instynktownie przeczesał swoje czarne, sterczące we wszystkie strony włosy. Dawno przestał próbować je ułożyć, chociaż Ginny czasem toczyła przegraną wojnę z niesfornymi kosmykami. Młodemu mężczyźnie to nie przeszkadzało, uwielbiał dotyk jej dłoni, a powód już nie miał wielkiego znaczenia.
- Rita znowu się nad tobą znęca – powiedział po chwili – mogę jakoś pomóc? Może zrobię jej mały najazd z kolegami z Akademii? Nawet nie wiesz ile osób by coś jej zrobiło!
- Nie, niestety nie – wybąkała – dziękuję, że pozostałeś taki wierny i nie wygadujesz żadnych bzdur na mój temat.
- A kto tak robi?
- Ron – westchnęła – wykrzyczał to kiedy się sprzeczaliśmy. Dlatego pani Weasley wysyła mi wyjce a Ginny nazwała.. nazwała okropnie – ukryła twarz w dłoniach.
Harry zacisnął pięści w tłumionej złości. Magia wokół niego wirowała grożąc wybuchem, jak wtedy kiedy nadmuchał swoją ciotkę Marge. Nie wiedział co powiedzieć, zaś jego oczy płonęły żądzą mordu. Zamruczał coś, co brzmiało jak groźby pod adresem Rona, ale w końcu opanował swoje emocje.
Spojrzał na dziewczynę będącą mu jak siostra i ujął jej dłonie w swoje. Wysłuchał opowieści o tym co rudzielec wyprawiał podczas spotkania na Pokątnej. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia, zastanawiając się czy właśnie trio nie zostało zredukowane do duetu.
- Słyszałeś o Lavender? – zapytała po chwili.
- Tak, będziemy uważać na nią z Ginny. Może, może Ron odzyska rozum..
Hermiona nie miała siły niszczyć jego marzeń. Niełatwo patrzeć na upadek swego pierwszego i przez wiele lat najlepszego przyjaciela. Wiele godzin mieli spędzić na dyskusji czy alkohol wyciągnął na wierzch najgorsze cechy Rona, czy może po prostu sprawił, że puściły mu jakiekolwiek hamulce. Wcześniej musiał nad sobą panować i udawać. Teraz bezczelnie korzystał ze swej pozycji bohatera wojennego.
Harry obiecał porozmawiać z Ginny praz panią Weasley, ale Hermiona wątpiła by wiele wskórał. Czytała dość gazet by wiedzieć, że ludzie niechętnie dostrzegają upadek swoich najbliższych, woląc obwiniać wszystkich wokół. Nie wiedziała czy powinna wchodzić w sam środek rodzinnych problemów w rozpaczliwiej próbie powrotu do przeszłości. Miała swój nowy świat: Lucjusza, Elaine, Lavender a nawet z Percy'm znalazła parę wspólnych tematów. Pewnie dlatego okazała znacznie mniej entuzjazmu niż Harry.
Na szczęście Lucjusz ostatecznie okazał wyrozumienie dla młodzieńczej słabości. Nie ominęły jej paru godzinne wykłady na temat właściwego zachowania i dobierania przyjaciół, ale ostatecznie znaleźli zrozumienie. Zawsze znajdowali kompromis nawet jeśli w tym celu toczyli wielogodzinne dyskusje. Za to właśnie go uwielbiała. Mogli robić razem naprawdę sporo rzeczy i nie miała na myśli wyłącznie sypialni.
Xxxxxx
Spotkały się we trzy w kawiarni. Hermiona, Elaine i Lavender miały sobie wiele do powiedzenia. Ta pierwsza na nowo przeżywała harmonię w swoim związku, druga została sfotografowana na lunchu ze swoim ukochanym, po tym jak wcześniej przeszli przez atrium Ministerstwa pogrążeni w rozmowie, a trzecia szukała sukni na swój ślub. Dlatego właśnie się spotkały we trzy na Pokątnej. Zamierzały iść na zakupy tak po magicznej jak i mugolskiej części Londynu, oraz przy okazji poplotkować. Hermiona przestała mieć wiele obiekcji przeciw tak babskiej czynności, odkąd zrozumiała ile informacji może w ten sposób uzyskać.
Zamówiły lody oraz kawę. Musiały od czegoś zacząć, zaś energia przydaje się przed wędrówką po sklepach. Ten dzień miał być wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Sprzeciw rodziny tylko pogłębiał konieczność właściwego rozegrania sprawy.
- Czy oni trwają w swoim zdaniu? – zapytała Lavender, patrząc w swój deser.
- Tak – odparła lakonicznie Elaine – babka oraz ciotka Lukrecja nie zmienią zdania. Moja mama tylko się im sprzeciwia jak zawsze, ale generalnie są wściekli. Nasza rodzina nie akceptuje Rona – wyjaśniła Hermionie.
- To najbardziej dyplomatyczne określenie jakiego można użyć – zachichotała Lavender – oni nim gardzą a tata chciał wykastrować jak usłyszał o mojej ciąży, nie patrz tak na mnie – powiedziała widząc karcące spojrzenie kuzynki – jeśli Hermiona pozna prawdę może coś poradzi?
- Macie widzę problem – wtrąciła brunetka – czasem wyrzucenie tego z siebie pomaga.
Elaine wzięła głęboki oddech i spojrzała bezmyślnie w swój pucharek z lodami. Nie miała zwyczaju opowiadać wszem i wobec o rodzinnych problemach, ale właściwie całą sytuacja doprowadzała ją do furii. Ron naprawdę narobił niesamowitego zamieszania a ona powoli odczuwała zmęczenie rolą osoby próbującej zapobiec rodzinnej wojnie. Gdyby nie oburzenie na zachowanie opisywane w gazetach, za te problemy już by go znienawidziła.
Podczas spotkań gęstą atmosferę można było kroić nożem. Ciotka Lukrecja nieomal opłakiwała upadek córki, najwyraźniej szukając winnych nieszczęścia. Panna w ciąży a co gorsza spodziewające się dziecka kogoś nielubianego to żadna radość w rodzinie. Tradycyjnie nastawieni członkowie społeczeństwa patrzyli mało przyjaźnie na nieślubne potomstwo. Określenie bękart padało zamiast „dziecko" praktycznie za każdym razem. Córka w ciąży bez przynajmniej obietnicy małżeństwa była wielką porażką dla kobiety z dobrej rodziny, za którą chciała uchodzić Lukrecja Brown. Oczywiście w większości sytuacji pośpieszny ślub załatwiał sprawę, ale Ron nie uchodził za dobrego kandydata na męża.
Weasleyów nie nazywano zdrajcami krwi otwarcie, bowiem po Wojnie pewne określenia należało złagodzić. Uderzano jednak w ich status materialny, wyrzucając głowie rodziny brak ambicji i niezdolność zapewnienia dobrego bytu rodzinie. Podobne oskarżenia wobec czarodzieja miały potężną siłę, bowiem konserwatywnie nastawieni członkowie społeczeństwa uważali zarabianie za powinność męża zaś dbanie o dom i życie towarzyskie za rzecz żony. Kiedy ludzie posiadali więcej dzieci niż mogli im zapewnić nowych rzeczy, traktowano ich z wyższością a nawet pogardą. Fakt, że pan Weasley nie zrezygnował ze swej posady w Biurze Niewłaściwego Używania Produktów Mugoli zapewnił mu więcej przeciwników niż zwolenników i większość osób uważała, że nie dość wykorzystał sytuację polityczną. Zainteresowanie produktami niemagicznymi stanowiło dziwactwo, coś co mogłoby być specyficznym hobby, ale bardziej pasującym dziecku. Hermionę, która zarabiała w biurze Ministra dużo więcej od niego, chwalono za rozsądek i należyte ustawienie się. Ron z kolei, przez swoje częste występy w działach plotkarskich, nazywano złośliwie „królem wpadania", ponieważ jak pisano wpraszał się na przyjęcia i zabawy korzystając ze swego status wojennego bohatera. Posiadanie nieślubnego dziecka nadało przydomkowi nowe znaczenie.
Nie, nie był dobrym kandydatem na męża, ale Lavender nie słuchała. Kochała chłopaka i widziała jego lepszą, łagodną stronę. Spotkania w gronie rodziny prowadziły do serii wrzasków, a ostatecznie deklaracji że jeśli wyjdzie za „rudego kretyna" ma się z nim nie pojawiać ani w domu swych rodziców, ani babki. „Dla nas pozostaniesz niezamężna i jako taka masz prawo zawsze przyjść, ale jego psami poszczuję"- obiecał pan Brown i faktycznie kupił dwa rosłe basiory.
Lavender wybiegła z łzami w oczach, a Elaine została przyszpilona spojrzeniem babki. Starsza pani bez ogródek zażądała by dziewczyna „zrobiła użytek ze swych kontaktów w Ministerstwie i zapobiegła tragedii". Odmowa równie brutalnej ingerencji w życie krewnej doprowadziła do kolejnej awantury. Elaine podzielała zdanie swej rodziny o Ronie, ale nie chciała posuwać się aż tak daleko. Apelowała do Lavender, ale podobne zachowanie ją oburzało.
Hermiona słuchała opowieści z zaciśniętymi ustami. Poczuła naraz falę wielkiego współczucia dla obu kobiet. Znosić podobne komentarze i naciski nie było lekko. Nadpiła łyk kawy, nie wiedząc co powiedzieć a nawet czy jej obecność jest potrzebna i pożądana.
-Dzięki, że odmówiłaś babce – westchnęła Lavender.
- Nie ma za co, nie mogłabym. Nie przepadam za Weasleyem, ale nie zamierzam do niczego używać siły. Oby on był wart kłótni z rodziną.
- Jest, jest dobry i czuły jak jesteśmy sam na sam i nie czuje potrzeby udowadniania czegoś. Ale mów co u ciebie!
- W porządku – odparła dyplomatycznie – dziękuję, że pytasz.
- Wiesz doskonale o co, raczej kogo pytam. Widziałam zdjęcia w gazecie, wyglądało intrygująco i jak szłaś taka zapatrzona. Mam dziwne wrażenie, że to wierzchołek góry lodowej i nareszcie wiem od kogo te kolczyki. Nie patrz tak na mnie, nie przespałam wszystkich wykładów babci.
- To miło, ale nie wiem o czym mówisz.
- Wiesz doskonale, w życiu nie widziałam byś tak patrzyła na jakiegoś faceta, albo żeby on tak patrzył na ciebie. Doris mówiła, że jak szliście przez atrium w Ministerstwie pogrążeni w rozmowie szły zakłady czy dojdzie do pocałunku. Zgarnęła dwieście galeonów, bo większość obstawiała „tak" a Doris po prostu wie jaka jesteś nieśmiała i ..
- Mamy zdaje się omawiać twój związek z Ronem – przerwała Elaine najwyraźniej zgorszona podobnymi zakładami – a nie moje eee lunche w pracy.
- Lunche w pracy, jasne to się teraz tak nazywa. Cóż, w tym roku to nie Doris wepchnie cię pod jemiołę. Możesz nie patrzyć na mnie jak bazyliszek?
- Lav, nie mam czasu na podobne bzdury. Jak twoje reakcje z Weasleyami?
- W porządku, są dla mnie mili. Zaakceptowali mnie. Oni.. czy sądzisz, że jest szansa by nasza rodzina przestała odrzucać Rona? Wiem jak to wygląda, jestem w ciąży, nie mam dobrej pracy ale pragnę tego dziecka a dziecko potrzebuje ojca!
- Wiem, ale czy naprawdę on jest dobrym kandydatem na męża? Czasem, czasem lepiej być samą niż z niewłaściwym człowiekiem – zaczęła możliwie najdelikatniej Elaine – masz całą rodzinę przeciw sobie, przemyśl to.
Lavender nie chciała myśleć. Nic nie powiedziała, ale zaciśnięte dłonie sugerowały wielki upór. Klamka zapadła a krok w tył nie wchodził w rachubę. Dwie spokrewnione kobiety wymieniły zacięte spojrzenia, ale milczały. Wszelkie argumenty już padły w dyskusji dawno temu i żadna nie widziała sensu na nowo podnosić kwestii.
Elaine zbierała wszelkie artykuły na temat rudzielca. Nie zaprzestała próby przemówienia do rozsądku swej kuzynce, co w praktyce oznaczało zniechęcenie do małżeństwa. Nie miała za wiele czasu na swoje działania, ale robiła co mogła.
To był deszczowy, jesienny dzień. Listopad nigdy nie należał do przyjemnych miesięcy, zaś tamten rok nijak nie odróżniał się od reszty. Trzy kobiety niechętnie opuściły ciepłą lodziarnię, by wyjść na zimną ulicę Pokątną. Nie wyszły jednak tylko na pachnącą kawę z cynamonem, lecz z całkiem innego powodu.
Dygocząc zębami z zimna weszły do sklepu Madame Malkin. Lavender potrzebowała szat na wielką uroczystość, nawet jeśli nie miała ona mieć nic wspólnego z dziecięcymi snami. W czarodziejskim świecie nie istniały odpowiedniki mugolskich sukni ślubnych. Zwyczajowo państwo młodzi zakładali bardzo strojne i eleganckie szaty na najważniejsze w życiu uroczystości. Niektórzy czarodzieje i czarownice w pierwszym pokoleniu (tak w łagodny i dyplomatyczny sposób nazywano Mugolaków) nosili fraki i suknie ślubne. Spotykało się to jednak z wieloma złośliwymi komentarzami.
Lavender szukała czegoś ładnego oraz na swoją kieszeń. Państwo Weasley bynajmniej nie należeli do zamożnych. Nie mogła prosić o nic rodziny, bowiem wyraźnie wyrazili swoje zdanie na temat Rona. Elaine reagowała i wypowiadała się możliwie najbardziej spokojnie, ale podzielała zdanie innych. Raczej nie pożyczy pieniędzy ani tym bardziej nie zrobi prezentu. Przeglądała różne szaty, nie chcąc nawet myśleć jak inaczej wszystko miało wyglądać.
Xxxxxx
Hermiona z radością wróciła do Malfoy Manor. Wysłuchała dość o rodzinnych kłopotach Lavender by z całego serca współczuć dziewczynie. Nie wyobrażała sobie podobnej awantury z powodu pokochania niewłaściwego człowieka. Jej podobne problemy nie groziły. Nie miała prawie żadnej bliskiej rodzinny, nie odkąd śmierciożercy zamordowali jej rodziców.
Nawet teraz, po latach, miała senne koszmary. Nocami wracała do domu nad którym wisiał Mroczny Znak, a reszta ginęła w mrokach zapomnienia. Wiedziała, że ktoś musiał zmodyfikować jej wspomnienia najwyraźniej chcąc ją chronić. Prawda musiała wyglądać przerażająco, skoro jedyne co pamięta to zamknięte trumny z ciałami rodziców oraz blade twarze państwa Weasley. Właśnie wtedy, w najczarniejszym momencie swego życia, poznała bliżej Lucjusza.
Nie, nie flirtowali. On właśnie stracił żonę, torturowaną i zamordowaną na jego oczach przez Voldemorta. Ona pochowała rodziców, trawiona strasznym poczuciem winy na śmierć bliskich. Dwoje ludzi, dotkniętych w podobny sposób znalazła nici porozumienia. Jasnowłosy mężczyzna rozumiał ją bardziej niż kto inny, a i ona czasem potrafiła podtrzymać go na duchu. Tak właśnie wszystko się zaczęło, współczucie przeszło w zrozumienie, zrozumienie w sympatię a ta w miłość. Namiętna noc po Balu stanowiła finał skomplikowanej historii.
Westchnęła. Nie powinna tkwić mentalnie w koszmarnej przeszłości. Winna iść dalej, ku lepszej przyszłości. Miała swego ukochanego, dobrą pracę i ambitne plany. Nie bez powodu przeglądała liczne książki o skrzatach domowych. Kiedy poznała bliżej ich historie i przywodzące na myśl niewolnictwo regulacje prawne zaciskała dłonie ze złości. Dorosła, ale nie wyrosła z młodzieńczych ideałów dotyczących wyzwolenia poczciwych istot. Teraz, jako osoba pracująca w biurze Ministra mogła coś zrobić, a przynajmniej spróbować.
Bardzo ciężko pracowała i przeczytała niejeden akt prawny. Przygotowała projekt zmian najlepiej jak umiała. Zamierzała wykorzystać radę Lucjusza, który zalecał kreatywność. Nie była pewna czy ukochany pochwali taką akurat kreatywność, ale nie przejmowała się i poprosiła Scrimgeoura o rozmowę. Odczuwała przerażenie, lecz nie chciała robić kroku w tył. Była dumna ze swej pracy.
Percy usiłował wypytać o zawartość ciemnej teczki. Nie wiedziała czy kierował nim sceptycyzm, czy zwyczajna ciekawość. Formalista na pewno doceniłby ilość pracy i godzin spędzonych na rozpoznanie przepisów. Ale nie należał do zwolenników jakichkolwiek zmian, zaś w przeciwieństwie do reszty swej rodziny popierał konserwatystów z Ministrem na czele.
Jedynie ruda czupryna łączyła go z rodziną. W przeciwieństwie do pana Weasleya marzył o dobrze płatnej, lukratywnej posadzie. Kiedy takową dostał, w wyniku złożonych okoliczności, a także utrzymał całe dnie spędzał w pracy chcąc pokazać się z możliwie najlepszej strony. Nie szczędził Hermionie wykładów na temat powinności i tego jakie to wspaniałe dostać równie wspaniałą pracę. Dziewczyna wiedziała, że na pewno chciał dobrze ale chwilami chciała do zdzielić czymś ciężkim.
Ubrana w elegancką, ciemną szatę parę minut po jedenastej rano weszła do sporego, przestronnego gabinetu.
- Cóż to za intrygujący projekt panno Granger?
- Związany z prawem – wyjaśniła siadając na krześle dla gości – projekt dotyczący zmian w przepisach.
- Jakich przepisach?
- Chodzi o skrzaty domowe – wyjaśniła – i to jak są traktowane.
- Skrzaty..
Bardziej doświadczone osoba wyczułaby ostrzegawczą nutę. Hermiona jednak, pomimo tonów przeczytanych książek oraz godzin rozmów z Lucjuszem, wciąż się uczyła. Gdyby omawiała inny temat, coś mniej znaczącego zapewne zdołałaby dostrzec potencjalne problemy. Ale ona od swego czwartego roku nauki w Hogwarcie była przejęta losem skrzatów domowych i dość odporna na logiczne argumenty.
Dała się w końcu przekonać by przestała podrzucać ubrania w Pokoju Wspólnym Gryffindora. Nie próbowała już dawać magicznym istotom przypadkowych prezentów. Nie znaczy jednak, że zamierzała porzucić temat. Po prostu zmieniła taktykę. Przygotowała monografię pełną cytowań i referencji do ministerialnych przepisów. Zgromadziła też liczne opisy przypadków a nawet fragmentów sądowych rozpraw aby możliwie najpełniej opisać swoje stanowisko.
„Prawa dotyczące skrzatów są bardzo surowe", tymi słowa rozpoczęła swoją starannie przygotowaną przemowę. Spędziła długi czas na szlifowaniu argumentów i dopracowaniu szczegółów. Chciała pokazać, że potrafi zebrać argumenty przeciw czemuś co wielu uważało za przegraną sprawę. Ron i Ginny zawsze żartowali z jej pomysłów na wyzwolenie skrzatów a potem tak samo czynił Draco z Pansy. Fakt, że Malfoy i Weasley w czymś się zgadzali stanowił zakrawę na cud, ale praktycznie nikt nie popierał postulatów Hermiony. Różnica tkwiła tylko w sposobie wyrażania sceptycyzmu.
Przejęła swoją przemową nie zauważyła reakcji swego słuchacza oraz przełożonego. Gdyby patrzyła, zapewne by dostrzegła, że przeglądał akta najwyraźniej z mieszaniną niesmaku i irytacji. Nic nie mówił ale zaciśnięte zęby oraz mordercze spojrzenie nie pozostawiały wątpliwości co do reakcji. Chyba tylko lata spędzone na różnych potyczkach, wpierw jako Auror a potem Minister sprawiły, że jeszcze nie wykrzyczał co myśli o podobnych pomysłach. Wątpliwym zaszczytem wysokich rangą urzędników jest wysłuchiwanie różnej maści idiotów. Wywlekanie za włosy z gabinetu każdego kto zawracał głowę bzdurami także nie rozwiązywało sprawy.
-Zatem to owa szalenie ważna sprawa – zapytał lodowato kiedy skończyła – czy ja wyglądam na kogoś kto cierpi na nadmiar wolnego czasu?
- Nigdy czegoś takiego nie sugerowałam – wyjaśniła grzecznie.
- Nie? To może łaskawie dostarczysz wyjaśnisz Hermiono Granger, ponoć najbystrzejsza czarownico swego pokolenia, dlaczego mam tracić swój czas na wysłuchiwanie steku bzdur, podlanych sosem taniego sentymentalizmu? – wycedził - Zamilkłaś dziewczyno? Szkoda, że wpadłaś na to kiedy opowiadałaś o rzekomo koniecznych zmianach w statusie skrzatów domowych. Skrzatów domowych – powtórzył nieomal wypluwając słowa – wspaniale, a potem się dziwę że dziennikarze piszą o pracownikach Ministerstwa trwoniących publiczne pieniądze na idiotyzmy. Dowód na prawdziwość owych tez właśnie siedzi na krześle w moim gabinecie.
- Skrzaty są okropnie traktowane – broniła się Hermiona – a prawa ich dotyczące..
- Wyjaśnijmy sobie jedno – przerwał mało uprzejmie - wysłuchałem panno Granger twojej przemowy. Teraz ja mówię więc z łaski swojej zamilcz, zanim stracę resztki cierpliwości. Nikogo nie obchodzą te bzdury. Mamy groźnych przestępców do wyłapania i kraj do odbudowania. Jest coraz lepiej a wiesz czemu? Bo cały sztab ludzi ciężko pracuje dla naszego społeczeństwa, co z oczywistych powodów wyklucza ciebie Hermiono Granger. Podczas kiedy całe rzesze młodych, pracowitych czarodziei i czarownic powoli zapracowuje na swoją pozycję zawodową, ty marnujesz czas na nieważne bzdury. Skrzaty domowe służą czarodziejom od pokoleń, a większość z nas traktuje je dobrze. Powiesz dziewczyno, po co znęcać się nad sługą? By nie mógł pracować? Posiadanie służby to część tradycji.
- Tradycje można i należy zmieniać – zauważyła.
- Nie tobie podejmować podobne decyzje. Społeczeństwo odcięte od przeszłości nie ma przyszłości. Ledwie skończyłaś szkołę panno Granger a już chcesz wywołać rewolucję? I to w imię czego? Kompletnego niezrozumienia zwyczajów i kultury, o której istnienia nie miało się pojęcia przez pierwsze jedenaście lat życia!
- A więc o to chodzi? O moje mugolskie pochodzenie?
- Pochodzenie i niezdolność zrozumienia, że są odmienne kultury. Nowi członkowie społeczności nie mają prawa żądać od całej reszty gwałtownych zmian tylko z powodu przekonania o swej wyjątkowej wartości.
Atmosfera w gabinecie robiła się naprawdę nieznośna, a Hermiona zdała sobie sprawę jak bardzo zdenerwowała swego przełożonego. Miała wrażenie jakby dopiero zaczął tyradę i najwyraźniej nie zamierzał bawić się w uprzejmości. Zazwyczaj zachowywał wobec niej nienaganne maniery dżentelmena. Ale wówczas nawet nie próbował przykrywać swej wściekłości w podobny sposób. Patrzył na nią z wyższością, jak na nierozważne, bezrozumne dziecko, które nie rozumie jak używać noża i widelca. W którymś momencie zaczął nawet mówić głośno i powoli, dając do zrozumienia co myśli o jej stanie umysłowym.
Hermiona nienawidziła podobnego traktowania. Nienawidziła kiedy starsi czarodzieje i czarownice przyjmowali postawę wyższości. Nie rozumiała jakim cudem nie dostrzegła wyraźnej wściekłości Ministra i dlaczego nie przestała mówić wcześniej. Włożyła dużo pracy w swój projekt i odrobiła pracę domową. Nie zrobiło to dobrego wrażenia a jedynie ściągnęło jej awanturę na głowę. Przetarła skronie czując nadchodzącą awanturę. Całe szczęście nie powiedziała Lucjuszowi o swoim małym projekcie, zapewne gdyby zrelacjonowała dzisiejsze zajście zmyłby jej głowę.
Pukanie do drzwi przerwało przemowę. Odetchnęła z ulgą i nieomal uściskała wchodzącą osobę. To Percy wszedł i oznajmił, że „panna Cattermole czeka od jakiegoś czasu". Ledwie go słuchała, szczęśliwa i pełna ulgi. Ciąg uwag o bezmyślnych dzieciakach i zarozumiałych sławach mógł trwać bardzo długo. Podobnie jak słowa na temat pupilków nauczycieli bez szacunku do innych ludzi i społeczeństwa. Czy dziwne, że Hermiona była bliska łez?
- Twierdzi, że była umówiona na lunch – wyjaśnił chłopak, patrząc na nią z ukosa.
- O tak, na dwunastą, która godzina? – Scrimgeour najwyraźniej zdołał opanować i swoją wściekłość i rozmawiać normalnym tonem.
- Dwunasta piętnaście – odparł Percy i widząc chmurne spojrzenie swego szefa począł przepraszać – myśleliśmy, że to ważne spotkanie. Elaine … panna Cattermole nie chciała przeszkadzać, ja zresztą także nie.
- Hermiono Granger straciłem za dużo czasu na te bzdury, a do tego okazałem nieuprzejmość damie każąc jej czekać. Obrończyni skrzatów domowych zapewne nie zwraca uwagi na podobne drobnostki zbyt zajęta przygotowaniem napuszonych mówek, by szanować cudzy czas – wycedził – Percy – nakazał spokojniej – przyprowadź tu Elaine i przeproś za zwłokę.
Rudzielec skinął głową i prawie wybiegł z gabinetu. Zetknięcie z wściekłością przełożonego nie należało do jego planów na ten piękny dzień. Zdecydowanie wolał zejść z pola rażenia, by przypadkiem nie oberwać odłamkami. Podszedł do eleganckiej blondynki, grzecznie siedzącej na krześle dla gości.
Na jego widok natychmiast wstała i uprzejmie zapytała czy ma czekać, czy zostać. Potrafiła opanować zdenerwowanie, chociaż głos jej drżał a zaciśnięte na torebce palce wskazywały na poruszenie. Obdarzył dziewczynę uśmiechem, znacznie szerszym i bardziej szczerym niż dyplomatyczny grymas. Rozmawiał z nią kilka razy i z zachwytem odkrył, że podzielają poglądy na wiele spraw. I wyraziła oburzenie słysząc jak rodzina traktuje jego ambicje. „Wejdź ale uważaj, Minister nie jest w najlepszym nastroju. Nie wiem co zrobiła Hermiona ale wyglądał na wściekłego".
Elaine uśmiechem podziękowała za poradę i chwyciła swój płaszcz. Nie miała pewności dlaczego mogło dojść do awantury, ale podejrzewała, że zainteresowanie Hermiony skrzatami domowymi mogło mieć wiele wspólnego z aferą. Oczywiście prosiła młodszą kobietę by poszukała pożytecznego zajęcia, ale argumenty trafiały w próżnię. Tak samo jak wówczas kiedy wbijała do głowy Lavender prawdę o Ronie.
Blondynka po chwili weszła. Wyczuła napiętą atmosferę i przywołała swój najłagodniejszy uśmiech. Omiotła wzrokiem widząc swojego najwyraźniej wściekłego ukochanego oraz bliską łez Hermionę. Bez trudu połączyła w myślach oba obrazki, dziękując Percy'emu za ostrzeżenie.
- Panno Cattermole, najmocniej przepraszam za zwłokę, kadrowe problemy – powiedział przepraszająco, całując jej dłoń na powitanie.
To był całkiem inny gest niż w przypadku McGonagall. Drżała kiedy dotykał dłoni, bowiem nawet równie niewinne zachowanie niosło w sobie przekaz. Czasem całował koniuszki jej palców w niepokojąco zmysłowy sposób, a czasem po prostu tylko delikatnie je gładził. Uwielbiała podobne gesty, na Merlina przepadała za nimi.
Posłała mu najbardziej przyjacielski uśmiech i zerknęła dyskretnie w bok. Hermiona była czerwona i bliska łez. Patrzyła na stosik dokumentów leżący na biurku, najwyraźniej stanowiący przyczynę całego zamieszania. Potem wypyta winowajczynię całego zamieszania, co też najlepszego narobiła.
- Rozumiem Ministrze – skinęła głową – naprawdę nie ma sprawy, czy mam przyjść kiedy indziej? – zapytała uprzejmie.
- Ależ skąd, chodź już jesteśmy spóźnieni – odparł chwytając jej dłoń.
Hermiona, pomimo wzburzenia, zauważyła zmianę atmosfery. Wejście najpierw Percy'ego a potem Elaine wyciszyło napięcie. Blondynka rzuciła jej uważne spojrzenie, zapowiadające długą rozmowę wyjaśniającą. W tamtej chwili jednak panna Granger nie miała nastroju by akurat tym się martwić. Musiała wyjść i uspokoić swoje szalejące emocje.
Nigdy nie należała do specjalnie bystrej jeśli chodzi o związki, ale nawet ślepy zauważył by pewne sprawy. Zerknęła na stojącą obok parę, obiekt plotek ostatnich tygodni. Sposób w jaki podawał jej płaszcz, przypadkowo niby dotykając dłoni, to jak ona reagowała na podobne gesty mówił więcej niż tysiąc słów. Nawet wymieniając zwyczajowe uprzejmości, rozmawiali przyciszonym tonem, nadając zwyczajnym rzeczom nowe znaczenie. Odgadła, że tych dwoje łączy znacznie więcej niż wyjścia na lunch. A eleganckie, kosztowne kolczyki Elaine sugerowały odpowiedź.
Percy chwycił Hermionę za rękę i wyprowadził z gabinetu. Zamierzał powiedzieć coś o szanowaniu czasu innych, ale milczał. Być może nie miał sumienia robić wykładu roztrzęsionej dziewczynie. A może po prostu wybrał ciszę, nie chcąc samemu oberwać. Hermiona wyszeptała bezgłośnie dziękuję i z radością wyszła z pola rażenia. Wątpiła by szef cokolwiek zauważył, zbyt zajęty przepraszaniem Elaine.
Oczywiście blondynka nie usłyszała wściekłego wykładu. Zerknęła na papiery, ale miała dość rozumu by nie zadawać pytań. Nie protestowała kiedy chwycił jej rękę mocniej niż zazwyczaj, mając nadzieję że nie odetnie jej całkiem krążenia przy okazji. Zamierzała wypytać Hermionę co też odstawiła i czym tak go zdenerwowała. Na razie jednak chwyciła torebkę i wyszła na spotkanie z ciekawskimi.
W korytarzu wpadli na Dolores Umbridge. Elaine z najwyższym trudem powstrzymała westchnięcie niezadowolenia. Instynktownie mocniej ścisnęła torebkę jakby w obawie przed nadchodzącym atakiem. Kobieta w różu ją przerażała i nigdy nie miała pewności czy nie oberwie klątwą. Nigdy nie skorzystała z zaproszenia na herbatę, obawiając się trucizny. Umbridge co prawda zawsze była uprzedzająco miła, ale Elaine nie nabrała się na ową postawę. Za wiele słyszała od Lavender oraz Hermiony o poczynaniach koszmarnej kobiety w Hogwarcie.
- Panie Ministrze, wychodzi Pan? O panna Cattermole, elegancka i dystyngowana jak zawsze, co za spotkanie!– zaszczebiotała różowa ropucha, zaś Elaine nadludzkim wysiłkiem powstrzymała chęć wywrócenia oczami.
- Wrócę za dwie godziny – padła krótka odpowiedź - Dolores, wspominałaś ostatnio o nawale obowiązków, jesteś na pewno zmęczona.
- Dam sobie radę i zatrudnię kogoś do pomocy- zapewniła.
- Ależ nie ma potrzeby, panna Granger bardzo się nudzi w pracy więc z radością pomoże. I ufam Dolores w twoje zdolności wprowadzania dyscypliny. Ach Percy, na moim biurku leży teczka z bzdurami autorstwa panny Granger, przechowaj ją dla mnie.
To była surowa kara. Hermiona nie znosiła Umbridge ze wzajemnością. Ubrana na różowo kobieta łypała na młodszą koleżankę z pracy z diaboliczną złośliwością. Percy rozsądnie pognał posprzątać biurko swego szefa, nie chcą wchodzić między dwie skłócone kobiety. Był odważnym Gryfonem, ale nie samobójcą.
- Mamy sporo pracy – powiedziała Umbridge ociekającym słodyczą głosem – jak widzę Panna Doskonałość podpadła, już ja cię nauczę dyscypliny i oduczę kłamania. Nie zapomniałam przez kogo zaatakowały mnie centaury!
- Czy to groźba? - zapytała Hermiona – zamierzasz użyć na mnie czegoś nielegalnego?
- Ależ skąd dziewczynko – zaszczebiotała druga – zadbam tylko byś nabrała szacunku dla starszych i wyżej urodzonych. Nie muszę łamać prawa – zagroziła – na co patrzysz? To kulturalna, dystyngowana dama – wskazała na Elaine – ale oczywiście ona pochodzi z dobrej, czarodziejskiej rodziny i od dziecka na pewno uczyła się jak być damę, czego się nie da powiedzieć o tobie.
Hermiona wiedziała, że czeka ją ciężki dzień. Nie rozumiała jakim cudem ta okropna kobieta wciąż pracuje w Ministerstwie i dlaczego została wydana w jej ręce. Nie miała jednak wątpliwości co do konieczności zachowania większej ostrożności. Być może nie postąpiła najrozważniej idąc ze swoim projektem do swego szefa, ale karę uważała za zbyt surową. Została zwymyślana i na koniec wydana w ręce okropnej baby.
Od Autorki: Prawda, że Rufus postąpił okropnie? Ale spokojnie nic się nie stanie Hermionie. Na usprawiedliwienie Ministra podam to, że to AU więc w 7 części Ministerstwo nie padło a Umbridge nigdy nie ścigała Mugolaków. Ale jeszcze dostanie za swoje. Zaś potem wyjaśnię dlaczego właściwie nie została ukarana za swoje akcje w Hogwarcie.
Edit: 11, Sep 2015, 18:29 EST drobne błędy poprawione po uwagach od Freji i Toraaacha. Dzięki!
