Tradycyjnie dziękuję wszystkim moim Czytelnikom.

FrejaAleeera1: Bingo, Bertie i Rufus wcale nie zamierzali jakoś specjalnie walczyć z uprzedzeniami, raczej zrobić ukłon w stronę ludzi półkrwi, ale takich wychowanych wśród czarodziei. Nie popierali tego co wyprawiał Voldemort, ale nie uważali za właściwie by mugolaki miały wielkie znaczenie polityczne, należało ich asymilować, ale nie dzielić się władzą.

Gajusz Carrermole chciał mieć spokój. Podobało mu się że córka wyrwała sobie faceta na stanowisku i nie miał nic przeciwko by Elaine z nim była. Valerie po prostu nie akceptowała czegoś takiego, uważała, że to podejrzane i chciała czystego układu. Gajusz nie chciał się narazić żonie więc dał dyla. Rufus to zdolny karierowicz co się próbuje przyspawać do stołka (jak to polityk), co widzi Valerie i stąd jej relacja.

Umbridge. Nie była za bystra, więc się nie kapnęła że Rufus jej nie lubi a Elaine robi sobie z niej jaja tą przesadną uprzejmością. Ale cóż miała inne talenty i dlatego Knot ją trzymał.

Toraach: Elaine to faktycznie trochę purytanka, no cóż właśnie przerabia łóżkową edukację. Hermionę uczy doświadczony Lucjusz, więc się rozkręca. Wychowanie seksualne w wykonaniu Belli, to by było coś! Hermiona powoli się uczy, ale jeszcze swoje odstawi. A co do lekcji Lucjusza, to cóż wywala Hermioną na kanapę, co jest przykrą karą. Co do uderzania w Zakon, cóż oni się właśnie rozkręcają.

W tym rozdziale opiszę ślub Lavender, na którym Ron.. będzie po prostu Ronem. Elaine pozna też ukochanego swej kuzynki i jak zapewne zgadujecie, nie polubi go. W międzyczasie zaś Lucjusz omawia z Draco plany zawodowe i dowiemy się po co Ministrowi Magii znajomość magii niewerbalnej i bezróżdżkowej :-)))


Ten ślub przypominał stypę. Nie, nawet gorzej bowiem na stypie bywa więcej radości. Gdyby ktoś chciał opisać sen przechodzący w koszmar, nie znalazłby lepszego obrazka. Elaine jeszcze nigdy nie czuła takiej wściekłości na swoich najbliższych. Miała szczerą ochotę przekląć babkę, wujka i ciotkę za okropne traktowanie Lavender. Ona sama nie trawiła Ronalda Weasleya, ale przecież nie jest to powód by tak dręczyć kuzynkę. Chcieli jej przemówić do rozumu, ale to było naprawdę okrutne.

Przyszli państwo młodzi szybko załatwili przedślubne formalności. Fakt, że dziewczyna była już w widocznej ciąży pomógł wszystko przyśpieszyć. W takich sprawach urzędnicy zwykle szli ludziom na rękę. Poza tym Artur Weasley został całkiem rozpoznawalną postacią po ostatniej Wojnie, a Ron wciąż się cieszył statusem bohatera. Nie zrobił kariery, ani nie poprawił materialnej sytuacji rodziny, ale zdobył uznanie niejednego czarodzieja. Przesunięcie ślubu dla dwojga młodych, najwyraźniej zafascynowanych sobą ludzi nie stanowiło wielkiej fatygi.

Ceremonię zaplanowano na chłodny, chociaż słoneczny, grudniowy dzień. Chłód przenikał dosłownie do szpiku kości każdego nieszczęśnika, który musiał wychodzić na dwór. Drobne płatki śniegu wirowały na zimowym wietrze, przybierając rozmaite kształty. Dla dzieci stanowiło to niemałą atrakcję, bowiem tak piękna pogoda stanowiła dość rzadkie zjawisko. Bladoniebieskie niebo wyglądało bardzo ładnie, chociaż nieprzyjaźnie jakby skrywając posępne tajemnice. Zimno dosłownie atakowało wszelkie zmysły, nie dając nawet pomyśleć o cieple i wiośnie.

Białych puch coraz szczelniej przykrywał pola i miejskie skwery, niosąc obietnicę białych Świąt. Większość ludzi cieszyła podobna perspektywa, nawet jeśli lodowaty, grudniowy wiatr bezlitośnie uderzał. Wszędzie, łącznie z Ministerstwem Magii, panowała atmosfera radosnych przygotowań. Oto drugie Boże Narodzenie po pokonaniu Voldemorta, ludzie mieli co świętować.

Zdenerwowana Lavender gniotła suknię ślubną. Nie, właściwe nie suknię ślubną co elegancką, jasną szatę. Dzięki pomocy Molly Weasley zdołała znaleźć sklep z niedrogimi i ładnymi ubraniami. Nie miała za wiele pieniędzy, a nikt nie zamierzał jej wesprzeć. Jej rodzina nie pochwalała związku, co dawała odczuć bardzo boleśnie i wyraźnie. Nie została wydziedziczona ni nic, wyklęta ni nie dostała zakazu wstępu do domu. Nikt jednak nie zamierzał przyjść na uroczystość, ani dorzucić choćby knuta na wesele.

Dla nas będziesz i pozostaniesz panną"- wyjaśniła babka, zaś Lavender wiedziała, że nie ma sensu ni płakać ni wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. To nigdy nie działało, nawet jak miała mniej niż dziesięć lat. Tylko Elaine obiecała przyjść na samą uroczystość, patrząc na swoją kuzynkę z winą wypisaną w spojrzeniu. Lavender nie chciała prosić jej o pieniądze, to by było naprawdę żałosne a młoda kobieta nie chciała uchodzić za żałosną.

Nie było wielkiego ślubu w pięknym ogrodzie. Uroczystość miała miejsce w jednej z ministerialnych sal, zwykle służących do podobnego celów. Jeśli ktoś pragnął zawrzeć związek małżeński w wybranym przez siebie miejscu, w otoczeniu zieleni należało zgłosić chęć wcześniej i uiścić należytą opłatę. A tymczasem czas uciekał, ciąża robiła się widoczna a państwo Weasley nie mieli za dużo pieniędzy.

Ron zagryzał zęby. Nie zapomniał, że ślub Billa zaproszono całą rodzinę. Pamiętał przyjęcie w domowym ogrodzie, co prawda obstawiane przez większość członków Zakonu, ale jednak uroczyste. Byli wówczas w trakcie Wojny, ale dostali kilku osób z Ministerstwa do ochrony. Lucjusz Malfoy przekonał paru polityków jak dobrze będzie wyglądał ślub w oczach opinii publicznej, że będzie stanowić wiadomość że ludzie nie dali się zastraszyć ni odstawić na bok normalnego życia. W którymś momencie doszło nawet do bitwy, przegranej przez śmierciożerców, co bardzo podniosło morale.

Rudzielec zaciskał zęby. Zapomniał o atmosferze strachu i zagrożenia. Pamiętał tylko, że brak miał przyjęcie a jego czekała skromna uroczystość. Urządził koszmarną awanturą aż nawet pani Weasley traciła cierpliwość do najmłodszego syna. Postępował okropnie i docierało to nawet do niej. Przynajmniej na ową chwilę, bowiem zwykle znajdowała niezliczone wytłumaczenia dla podobnych występów.

Uroczystości zaplanowano drugą po południu. Od rana Lavender siedziała w biurze Elaine, nieomal chora ze zdenerwowania. Doris pomogła przygotować odpowiedni makijaż oraz ułożyła włosy. Poprzedniego wieczoru, razem z Mafaldą i Hermioną, przygotowały nawet wieczór panieński, by mogła mieć namiastkę normalnej uroczystości.

- Muszę wyjść – przepraszała Elaine – muszę, on… nie jest zadowolony. Ale jutro będę, jestem świadkiem i nie zawiodę.

Blondynka nie musiała tłumaczyć o kim mówi. Wszystkie wiedziały, tajemnice jej długich wieczorów w pracy zostały wyjaśnione już jakiś czas temu. A obecnie gazety co jakiś czas umieszczały zdjęcia z lunchów lub wyjść na kolację. Oczywiście wiedziała, że coś takiego musiało nastąpić. Była gotowa i nie zamierzała robić kroku w tył. Dlatego zaciskała zęby, usiłując nie słyszeć komentarzy na temat swego zachowania. Domyślała się co też młoda dziewczyna, spotykająca dużo starszego, zamożnego mężczyznę może usłyszeć.

Ronald Weasley był jak pieprz z kącikach ust, by nie powiedzieć o nim jako wrzodzie na zadku. Najwyraźniej dumny ze swoich pijackich wyczynów uważał udawanie pawiana za właściwie zachowanie. Rozmawiali tylko raz, kiedy przyszła zarejestrować się jako świadek na ślubie. Stał przed drzwiami naburmuszony, najwyraźniej z czegoś bardzo niezadowolony.

Elaine nigdy wcześniej go nie widziała, ale wywarł na niej fatalne wrażenie. Nosił wytarte dżinsy i koszulkę ze swoją ulubioną drużyną Quidditch'a. Pod czupryną rudych włosów dostrzegła bladą, nieprzyjemną twarz. Znikł pucołowaty, nieco speszony chłopiec. Nieśmiałość w oczach znikła, zastąpiona przez ogromne zadowolenie i pewność swej sławy. Na ustach gościł pełen pewności siebie i wyższości uśmieszek. Zdaniem Elaine wyglądał jak kompletny idiota i niechluj, nie wiedząc dlaczego Lavender uważa go za atrakcyjnego.

- Wspaniale, że jesteś, chodź kogoś ci przedstawię. Ron – zaszczebiotała – poznaj moją kuzynkę. Elaine, poznaj mojego narzeczonego!

- Miło mi poznać – powiedziała dość sztywno – Lavender bardzo dużo opowiadała mi o swoim wybranku.

- Dzięki – odparł rudzielec – Lav jest faktycznie świetna i na pewno mówiła same dobre rzeczy. Ale takie już są wielbicielki!.

- Ron czy Harry się już wpisał jako świadek? – przerwała młodsza kobieta widząc drżącą wargę kuzynki.

- Zaraz będzie – zapewnił Ron – bardzo ciężko pracuje, jest w Akademii Aurorów i dają mu tam wycisk – tłumaczył – jest Harrym Potterem, a mimo to zasuwa jak zwykły rekrut! Jest sławny i dość już zrobił!

- Pracowitość i skromność to cnoty – powiedziała Elaine chłodno – a jeśli Harry Potter pracuje razem ze swoimi kolegami, udowadniając że prócz sławy posiada talenty i zdolność pracy zespołowej doskonale to o nim świadczy.

- Ma dość sławy i forsy by nie musieć pracować – nie dawał za wygraną Ron – ja na przykład nie mógłbym siedzieć w biurze nad papierkami!

- Zatem proponuję nie aplikować o żadną pracę w Ministerstwie, bo tutaj każdy czasem przegląda dokumenty.

- Nie zamierzam, znam lepsze sposoby na życie!

Elaine zaciskała zęby i pięści, czując przemożną chęć uszkodzenia facjaty stojącego obok rudzielca. Pogarda z jaką mówił o uczciwie pracujących budziła odruchowy sprzeciw. Ona miała dobre słowo i witała każdego, nawet windziarza. Podobnie czynił Bertie, podkreślający na każdym kroku wartość pracy. Zacisnęła pięści, usiłując nad sobą zapanować.

Z powodu swej zgody na świadkowanie na ślubie przeszła właśnie pierwszą, poważną kłótnię w swoim związku. Jej kochanek nie przebierając w słowach nazwał decyzję głupią i bezmyślną. Nigdy wcześniej nie mówił do niej w podobny sposób, co ją zmartwiło. Wieczorem dobitnie okazał niezadowolenie. Nawet jej nie pocałował na dobranoc, nie mówiąc o czymś więcej. Zazwyczaj, przed snem bardzo często się kochali, a jeśli nie to przynajmniej przytulali i całowali. Kiedy wracał poirytowany po długich, bezowocnych spotkaniach, składał na jej ustach kilka gorących pocałunków po czym niecierpliwie szarpał materiał koszuli nocnej, czy tego co akurat nosiła. Nigdy nie był brutalny, po prostu jak powtarzał, potrzebował zanurzyć się w nią, by uspokoić.

Pomimo początkowych oporów nie protestowała. Pośpiech odbierała jako rodzaj komplementu, że jest aż tak atrakcyjna że zapominał o opanowaniu. Ściskał mocno jej ręce a ona widziała dokładnie jak jego irytacja i zdenerwowanie przechodzi w spokój a potem zadowolenie. Wolała by w taki sposób rozładowywał negatywne emocje niż pijąc alkohol czy eliksiry. Kiedy kończyli całował ją czule i szeptał, że jest najwspanialsza na świecie. Uśmiechała się dumna i zadowolona.

Gdy zapowiedziała swoją decyzję nie tknął jej przez kilka dni i witał w chłodny sposób. Nie krzyczał, nie okazał nieuprzejmości, ale podkreślał swoją opinię na każdym kroku. Patrzył na nią jak na nieznośne, bezrozumne dziecko, nie rozumiejące że czyni źle. Chyba tylko lojalność wobec kuzynki sprawiła, że jeszcze nie zrobiła czegoś gwałtownego.

Chwilę krępującego milczenia przerwały kroki. Harry oraz Kingsley szli rozmawiając przyciszonymi głosami. Tubalny, uspokajający głos ciemnoskórego czarodzieja natychmiast przykuł uwagę. Elaine opanowała swoją irytację i spojrzała na przybysza w długich, niebiesko-fioletowych szatach. Odróżniał się od szefów ważnych biur nieomal na każdym kroku. Ledwie skończył trzydziestkę a dostał bardzo ważne stanowisko, poprzednio piastowane przez obecnego Ministra Magii. Wciąż nosił kolorowe szaty zamiast typowej dla jego kolegów czerni, granatu lub głębokiej zieleni i wyraźnie wolał towarzystwo młodych. Harry Potter był jego podwładnym, kompanem i przyjacielem co wywoływało wściekłość u McLaggena.

- Ron, Lav wspaniale was widzieć – zaczął Harry.

- Siemasz stary – krzyknął Ron – o i wspaniale widzieć cię King.

Twarz czarnoskórego czarodzieja na chwilkę stężała. Elaine nie okazała nawet cienia zaskoczenia, że bądź co bądź Szef Biura Aurorów nie chce być nazywany z użyciem przydomka w obecności obcych. Rzuciła pełne irytacji spojrzenie Weasleyowi, notując w duchu by dokładnie wszystko opowiedzieć.Naprawdę niektórzy nie mają za grosz wyczucia!

- Ron rozmawialiśmy na temat rozmów przy obcych – powiedział sucho – Lavender bardzo mnie cieszy nasze spotkanie!

- Mnie też panie Shacklebolt – skinęła głową - moja kuzynka – wskazała na Elaine – przyszła zarejestrować się jako świadek na mój ślub. Elaine to Kingsley Shacklebolt, Szef Biura Aurorów – wyjaśniła.

- Dziękuję ci Lavender, ale miałam okazję poznać twoją krewną – wyjaśnił podając dłoń Elaine – niezwykłe spotkanie – powiedział zagadkowo.

- Czyż nie? – odpowiedziała w podobnym tonie – Lav, zaraz podpiszę dokumenty i wracam do pracy. W przeciwieństwie do twojego narzeczonego – kontynuowała lodowato – nie żeruję na sławie innych i kalam swe ręce pracą.

Nie zaszczyciła rudzielca ani jednym spojrzeniem. Postanowiła go ignorować, jak nieznośne dziecko, nie uważając za osobę godną uwagi. Spełniła swój rodzinny obowiązek, ale nie zamierza więcej znosić prostaka.

Odeszła pośpiesznie, jedynie rzucając kilka słów Lavender. Pożegnała Kingsleya i Harrego, kompletnie ignorując Rona. Wiedziała, że robi przykrość kuzynce, lecz nie zamierzała znosić grubianina, ani tym bardziej być dla niego miłą.I tak już zrobiła dość w ramach swej lojalności, ale po prostu nie trawiła chłopaka i jego krewnych. Przyjście było dość ciężki.

- Masz interesującą kuzynkę Lavender – zauważył Kingsley.

- Skąd się znacie ? – wypaliła blondynka.

- Ministerialny bankiet, jedna z tych obowiązkowych imprez – jęknął – przyszła tam jako gość Scrimgeoura, który nie spuszczał jej z oczu. Kuzynka nic nie mówiła?

- Wspominała tylko, że musi zostać dłużej w pracy – wyjaśniła Lavender – ale ona nigdy nie była zbyt rozmowna na temat swego życia.

- Czyli nie pomożesz mi z zakładem – westchnął – widzisz po tym bankiecie zaczęliśmy się zastanawiać kiedy ogłoszą zaręczyny. No i część obawia ten rok, a inni kolejny. Pula jest całkiem spora – wyjaśnił.

- Po jednym wyjściu na bankiet? – zapytał Ron – przecież to nic nie znaczy!

- Wręcz przeciwnie, przecież wiesz jak to jest… pokazanie się z kobietą publicznie to zapowiedź zaręczyn. Ludzie pokroju Scrimgeoura nie zapraszają na bankiet przypadkowych osób, dokładnie sprawdzają czy owa dama nie przyniesie im wstydu, to dość typowe zachowanie wśród konserwatystów.

- Babcia Galatea mówiła to samo – skinęła głową Lavender - robiła Elaine i mnie wykłady na temat zasad zachowania i zwyczajów. Ja przysypiałam, ona słuchała, zwłaszcza jak przychodzili znajomi babki rozmawiać o polityce i Ministerstwie.

- Bo to nuda – zgodził się Ron – słuchać bandy starych dziadów!

- Ona inaczej na to patrzyła. Marzyła by chadzać na bankiety i rozmawiać o polityce. Znajomi babki byli dla niej dużo ciekawsi niż rówieśnicy. Ty uwielbiasz wszystko co związane z Quidditchem, ona ma inne gusta.

Lavender odetchnęła z ulgą, że Elaine szybko odeszła, dokądkolwiek zmierzała. Widziała błysk w oczach kuzynki wskazujący na wyraźną irytację. Ostatnie czego potrzebowała to sprzeczki jedynego członka rodziny, który z nią rozmawiał i narzeczonego. Ron chodził podminowany, ponieważ zazdrościł swemu bratu bardziej wystawnego wesela. Elaine miała dość artykułów w „Proroku". Lavender czekała na ślub i zakończenie zamieszania.

W dzień wielkiej uroczystości Lavender odczuwała przytłaczający smutek. Dziewczęce marzenia o wspaniałej chwili kiedy ona kroczy w pięknej sukni i wsparta na ramieniu ojca wita ukochanego legły w gruz. Rodzice zapowiedzieli wyraźnie by nie brano ich pod uwagę jako gości. Tak samo powiedziała babka Galathea, a także wujek Gajusz. Ciotka Valerie życzyła szczęścia, ale nie zamierzała przychodzić wbrew rodzinie. Z dawnych przyjaciół tylko Parvati obiecała przyjść. Elaine, świadek panny młodej, była jednocześnie jej jedyną krewną obecną.

Kiedy panna Cattermole stała pod salą ślubów, elegancka w swej ciemnej szacie, odczuwała zdenerwowanie. Miała dość napięty plan dnia, a do tego jeszcze jej ukochany zadbał o brak wolnego czasu. „Wychodzimy o piątej, na herbatkę z Bertiem i paroma innymi osobami. Chcę cię widzieć o czwartej trzydzieści w moim gabinecie" – zapowiedział rano. Nie chciał by szła na ślub, ale ostatecznie przestał naciskać. Był niezadowolony i zamierzał zadbać by przebywała możliwie najkrócej w towarzystwie niewłaściwych osób.

Szła razem z Lavender. Hermiona także przyjęła zaproszenie i należała do wąskiego grona gości panny młodej. Trzy dziewczyny zmierzały w kierunku sali. W środku już czekała liczna rodzina Rona. Przyszli także Harry oraz Kingsley oraz paru członków Zakonu Feniksa, co wywołało przykry skurcz u Lavender. Czuła się jak intruz, nie bohaterka.

- Czy możemy zaczynać? – bezbarwny głos ministerialnego urzędnika przerwał ciszę.

Ron oraz Lavender podeszli do biurka. Na blacie leżały już niezbędne papiery. On w wyjściowej szacie czarodziejów i ona w szerokiej sukience wyglądali jak niemal każda para. Za nimi stali świadkowie, w tym wypadku Harry oraz Elaine. Starszy, zasuszony urzędnik sprawiał wrażenie niecierpliwego i niewzruszonego. Uczestniczył w zbyt wielu uroczystościach, by jeszcze się czymkolwiek interesować.

Świadkowie stanęli za państwem młodymi. Trzymali obrączki, by następnie przekazać je składającemu przysięgę. W międzyczasie urzędnik wykonywał płynne ruchy różdżką nad pergaminem, na którym wypisano akt małżeństwa. Mruczał przy tym jakąś nieznaną, śpiewną inkantację przypominającą nieco starodawne, chóralne pieśni.

Różdżka rozbłysła tajemniczym, srebrnym światłem. Promienie łączyły teraz dłonie państwa młodych z kontraktem, tworząc dziwną, drgającą całość. Nadszedł czas na złożenie przysięgi, magia ich wzywała. Wypowiedzieli jej słowa, zastrzegając sobie miłość i szacunek po kres dni. Niektóre pary wybierały własne formuły, ale piekielny pośpiech w jakim wszystko miało miejsce nie pozwolił im na przemyślenie własnych słów.

Elaine wymieniała spojrzenia z Harrym, świadkiem Rona. Widziała jego zdjęcia w gazetach, ale nigdy nie miała okazji spotkać. Hermiona wyrażała się o nim z wielkim szacunkiem i podziwem. Chłopak o czarnych, niesfornych włosach miał ustaloną opinię skromnego i pracowitego. Widziała o tym od Bertiego i Tyberiusza, regularnie sprawdzających szkolenie Cormacka i jego postępy. Owszem, młody McLaggen trafił do Akademii Aurorów dzięki osobistemu wstawiennictwu Ministra, ale musiał wykazać się zdolnościami i pracowitością. Nie miał taryfy ulgowej i szybko dołączył do Harrego. Ten ostatni miał dość napięte stosunku z najważniejszymi urzędnikami, głównie z powodu swej gorącej głowy. Ponieważ jednak ciężko pracował i nie próbował wykorzystać swej sławy, zdobywał sympatię ludzi. Posłała mu przyjazny uśmiech, żałując, że kuzynka nie mogła zakochać się na przykład w nim.

- Ron, jesteś teraz mężem i będziesz ojcem – pani Weasley nie ukrywała łez- to wspaniałe, że mój mały chłopiec dorósł. Lav, kochanie jesteś już teraz naszą nową córką.

- Dziękuję, to wiele dla mnie znaczy – wybąkała blondynka.

- Chodźcie wszyscy na małe przyjęcie, przygotowałam poczęstunek w Norze – powiedziała Molly uroczyście – Kingsley chociaż na trochę – powiedziała widząc wahanie w oczach czarnoskórego czarodzieja.

- Jesteś niezrównana Molly.

- Hermiono – kontynuowała – musisz koniecznie przyjść, brakowało nam ciebie.

- Lavender – szepnęła Elaine – bardzo cię przepraszam, ale nie mogę iść. Naprawdę nie mogę – tłumaczyła – wyrwałam się by przyjść na ślub, ale nie dam rady już zostać na przyjęcie.

- Rozumiem – nowa pani Weasley hamowała łzy – rodzice ci zabronili, babka pewnie też. Nie przyszli ani nie wysłali życzeń.

- Nie, ktoś inny. Babka, ciotka i ojciec nie są jedynymi osobami przeciwnymi mojej obecności tutaj. Życzę ci wszystkiego co najlepsze na świecie i obyś takowe znalazła z .. nim.

- Dziękuję, że przyszłaś – wyszlochała – wiem jak nie lubisz Rona a i tak przyszłaś i nawet byłaś dla niego miła. Nikt z rodziny nie popiera mojego związku, podobnie jak twoi nowi przyjaciele. Idź.

Płakała. Nie potrafiła opanować łez. Lavender wiedziała, że płacz na ślubie to fatalny znak, ale nie wiedziała jak zahamować szloch. Wina w oczach kuzynki przelała czarę goryczy. Nikt z rodziny nie przyszedł. Stała się dla nich wstydliwym sekretem i po prostu ją ignorowali. Elaine z nią rozmawia, ale kto wie na jak długo? Dlaczego tak znienawidzili Rona? Owszem zachowywał się dziecinnie, miał okropne maniery przy stole, ale nie był złym człowiekiem!

Poczuła macierzyński uścisk. Nigdy nie zapomniała swej teściowej, która ją pocieszała. Była teraz jej nową matką i Lavender szybko się w nią wtuliła. Pozostali goście stali milcząc najwyraźniej wiedząc co powiedzieć.

- Możemy iść, głodny jestem - Ron zadał pytanie cicho, ale jego głos, jedyny głos, zabrzmiał bardzo donośnie.

Harry przetarł czoło zniesmaczony komentarzem rudzielca. Nie zdążył jednak nic powiedzieć. Hermiona zaczęła go okładać, krzycząc że jest nieczułym draniem o emocjonalnej głębi kałuży. „Twoja żona płacze, a ty myślisz o swoim żołądku?". Próby wyjaśnienia niefortunnego zdania tylko ją rozsierdziły. Właśnie zdołała jakoś uporządkować swój związek z Lucjuszem. Po akcji ze skrzatami domowymi okropnie się pokłócili, kiedy nie przebierając w słowach skrytykował dziecinne zachowanie. "Co chcesz osiągnąć robiąc z siebie pośmiewisko? Tylko tego nam brakuje, ludzie i tak będą gadać o naszym związku bo jesteś młodsza i nie prowokuj by do przymiotnika młoda, dodać głupia".

Tego dnia rano wysłuchała od niego całą litanię na temat Rona i jego wad. Znała znacznie ciekawsze, poranne zajęcia niż przeklinanie pewnego rudzielca. Lucjusz jednak nie słuchał i powtarzał swoje. Nie zamierzał jej zabraniać iść na ślub przyjaciół, ale obrzydzał na wszelkie metody. Pansy wyraziła głośne współczucie dla Lavender i nawet chciała wysłać jej kondolencje.

Komentarz Rona był naprawdę nie na miejscu. Ale zaraz przypomniała sobie jak na początku szóstego roku w Hogwarcie Harry nie dotarł na ucztę, a rudzielec niewzruszony nieobecnością swego przyjaciela opychał się jak zawsze. Wówczas okazała mu zrozumienie. Teraz nie zamierzała. Czy można wymyślić gorszy omen na ślub?

xxxxxx

Nachodził doroczny, Zimowy Bal w Ministerstwie. Grudzień skuł zimnem prawie cały kraj, jakby chcąc podkreślić nadejście chłodów. Pokątna i wszystkie miejsca w magicznej Brytanii ogarnął szał gorączki przedświątecznej, rozgrzewającej ludzi w okropny ziąb. Na ministerialnych korytarzach wisiały jemioły, co budziło niezadowolenie Elaine. „Nie wepchnę cię pod żadną z nich" – obiecała Doris – „chyba już tego nie potrzebujesz, pomagałam ci znaleźć kogoś przystojnego do wycałowania, ale teraz masz kogoś chętnego". Mimo to blondynka zawsze uważała by nie wylądować pod żadną z nich. Nie dowierzała koleżance, nie kiedy miała ten błysk w oku.

Na szczęście to dość szybko przestało stanowić problem. Któregoś dnia wychodzili, jak dość często na lunch, trzymając się planu stopniowego ujawniania swych relacji. Przywykła już do licznych spojrzeń, może nie tyle przywykła do czuła się bezpieczna idąc u jego boku. Okres przedświąteczny, z całą jego gorączką i szaleństwem, miał się całkiem dobrze na ministerialnych korytarzach. Niejedna para zastygła w uścisku pod jedną z jemioł. Elaine mogła przysiąc, że niektórzy rzucają zaklęcia by przesunąć dekoracje. Niewątpliwie używając ku temu magii niewerbalnej lub bezróżdżkowej, co zdążyła zanotować. Wywróciła oczami nad dziecinadą młodych.

- Zauważyłaś gdzie stoimy? – usłyszała konspiracyjny szept.

Nie musiała patrzeć w górę by zgadnąć odpowiedź. Pewne rzeczy były po prostu oczywiste. Z trudem powstrzymała prychnięcie i komentarz na temat wiecznych dzieci. Kiedy słuchała kiedy trójka poważnych mężczyzn na stanowiskach Ministra Magii, Szefa Departamentu Przestrzegania Prawa oraz Przewodniczącego Wizengamotu kłóciła się o to która drużyna ma lepszego Szukającego, zaczynała wątpić swoim uszom. Milczała, ale cała postawa wyrażała zdegustowanie. Mogła zrozumieć podobne zachowanie u młodego Cormaca ale nie u poważnych ludzi!

- Tej jemioły przed chwilę tutaj nie było – zauważyła – użyłeś Zaklęć Niewerbalnych by ją przesunąć? To niepoważne, nie wierzę że to zrobiłeś. – jęknęła zdegustowana.

- Wszyscy tak robią – odpowiedziało uosobienie niewinności.

- Mężczyźni są wiecznymi chłopcami – zawyrokowała.

- Za co nas kochacie – padła odpowiedź.

Nie zdążyła nawet pomyśleć o ripoście, kiedy złożył na jej ustach gorący pocałunek. Oczywiście zapomniała o pretensjach, o ile takowe miała, w ogóle zapomniała o całym świecie. Nie mogła pamiętać, nie kiedy w nieprzyzwoicie pociągający sposób przyciskał wargi do jej wargi, zmuszając do posłuszeństwa. Wcześniej nigdy nie rozumiała, że kobiety mogły lubić głębokie pocałunki, a teraz marzyła by nie przestawał. Cała jej postawa krzyczała z zadowolenia, nawet jeśli stała na środku korytarza i na pewno już patrzy na nich spory tłum gapiów.

- Niech zgadnę, znajdę zdjęcie w „Proroku"? – zapytała po chwili.

- Oczywiście kochana, najwyższy czas.

Rozumiała intencje, faktycznie skoro od jakiegoś czasu oficjalnie i zgodnie ze wszelkimi zasadami wychodzili na lunche i kolacje, nadszedł czas na kolejny krok. Ogłaszali fakt swego związku stopniowo i właśnie nadszedł czas na kolejne wtajemniczenie. Wiedziała, że informacje należy wydzielać stopniowo. Nawet jeśli dawno minęli etap niewinnych spotkań, wszystko musiało wyglądać zgodnie z zasadami.

Doris oczywiście zaatakowała ją ledwie weszła w próg. Elaine wolała nie wiedzieć ile świadków widziało pocałunek, ale sądząc po ekscytacji przyjaciółki całkiem sporo. „No i jak było, jak? Kto by pomyślał, że facet którego miałyśmy za kompletnego ignoranta w kwestii związków tak całuje?". Elaine czuła znienawidzone rumieńce, widoczne nawet pod grubą warstwą makijażu. Naprawdę nie była gotowa opowiadać komukolwiek o przyjemnym cieple, które odczuwała ilekroć stała przy nim. Nie umiała mówić otwarcie o podobnych sprawach. Ani słuchać westchnień sporej części czarownic, które oglądały zdjęcia pod prawie każdym kątem, by ocenić „technikę całowania".

Hermiona oczywiście została poproszona o przyjście na Bal, podobnie jak rok wcześniej. Poprzednio potrzebowała specjalnego zezwolenia od dyrektor McGonagall, co się bardzo nie podobało surowej czarownicy. Osobistego zaproszenie od Ministra Magii nie można zignorować, ale wyrazić swoje niezadowolenie już tak.

Lucjusz także przyjdzie. Będą mieli okazję do więcej niż jednego tańca, nie budząc niczyich podejrzeń. Hermiona nie przepadała za przyjęciami i uważała je za dość nudne. Tylko kilka osób uważała za interesujące i przyjazne, resztę po prostu tolerowała. Wyczuwała na sobie ich kłujący wzrok, daleki od przyjaznego czy choćby sympatycznego. Ale nie przejmowała się tym tak bardzo jak w szkolnych czasach. Dorosła.

Pansy była szalenie podekscytowana Balem. Niedawno formalnie ogłosiła swoje zaręczyny z Draco, czym została obiektem zazdrości i nienawiści sporej części czarownic. Hermiona oczywiście serdecznie jej pogratulowała i życzyła szczęścia. Widziała w jaki sposób ciemnowłosa dziewczyna patrzyła na młodego Malfoya. Każdy ich gest świadczył o wielkim uczuciu i przywiązaniu. Młodzieńcze zauroczenie przeszło w coś poważnego i stałego. Zimowy Bal jak nazywano uroczystość stanowił idealną okazję do pierwszego, publicznego przedstawienia narzeczonych. Lucjusz zadbał by syn i przyszła synowa dostali zaproszenia.

Oczywiście dziewczyna chodziła podekscytowana i nerwowo przeglądała garderobę. Draco wywracał oczami, nie rozumiejąc zdenerwowania i paniki.

- Zatem chcesz iść na zakupy? Do Twilfitta i Tattingsa? – bardziej stwierdził niż zapytał Lucjusz.

- Tak tato, to mój pierwszy Bal jako narzeczonej Draco! – pisnęła.

- Rozumiem, weź proszę Hermionę i coś razem wybierzcie. Hermiona idzie jako osoba z biura Ministra– wyjaśnił – więc musi wyglądać odpowiednio elegancko. Nie może mieć mniej strojnej sukni niż panna Cattermole. Stawiało by mnie to w złym świetle.

- Na pewno – pokiwał głową Draco – dziewczyna Ministra nie może nas przyćmić. No cóż Pans, czeka cię długi dzień!

- Wspaniały dzień – zachichotała Pansy – Hermiona nie cierpi zakupów, ale dam sobie z nią radę. Pójdziemy do księgarni by ją nieco ułagodzić.

- Jesteś cudowną młodą damą moja droga z właściwym wyczuciem sytuacji – pochwalił ją Lucjusz.

Hermiona oczywiście nie miała wielkiej ochoty na zakupy. Rozumiała oczywiście konieczność odpowiedniej prezencji a miała dość rozsądku by zgadnąć ile znaczą wszystkie wyjścia. Może i nie znała wszelkich, dziwacznych zwyczajów, ale wbrew pozorom nie była głupia. Nawet jeśli wszyscy z niej kpili z powodu zaangażowanie w sprawę skrzatów domowych. W najlepszym wypadku traktowali to jako dziecinadę, ale epitety jak bezrozumna też padały. Na razie jednak myślała o nadchodzącej uroczystości oraz koniecznych przygotowaniach. Przecież w zeszłym roku także uczestniczyła w Zimowym Balu i nie widziała powodów by nie założyć ponownie tej samej ądała wówczas naprawdę dobrze!

- Draco – zaczął Lucjusz kiedy Pansy wyszła – teraz, kiedy niedługo będziesz brać ślub powinieneś zacząć pracę.

- Masz jakąś sugestię?

- Oczywiście w Ministerstwie – skinął głową starszy z mężczyzn – zastanawiam się czy nie mógłbyś przejąć stanowiska Hermiony, to reprezentacyjna i nieźle płatna praca.

- Czy ty i Hermiona? – zaczął Draco.

- Tak, chyba niedługo pozwolimy się sfotografować na Pokątnej. Ona nie myśli poważnie o karierze w Ministerstwie, zaś te tajemnice.. nie chcę więcej się kryć. A skoro Scrimgeour przyznał się do związku z kobietą o połowę młodszą a do tego jeszcze będącą podwładną jego przyjaciela to cóż, moja kolej.

- Faktycznie – zachichotał Draco – widziałeś ich zdjęcie pod jemiołą? Nie sądziłem, że ten sztywniak potrafi się całować!

- Nie oceniaj tak łatwo – skarcił go Lucjusz – w każdym razie po drobnej sugestii, na pewno cię przyjmie na miejsce Hermiony.

- Ale czemu? Nie jest z niej zadowolony?

- To delikatne określenie. Nie przyjął dobrze projektu zmiany ustawy o skrzatach domowych. Zwłaszcza, że przez to spóźnił się na lunch ze swoją jasnowłosą czarownicą, rozumiesz tego się nie wybacza. Powinieneś poznać tę uroczą i ambitną młodą damę, wiesz że ona i Hermiona zostały przyjaciółkami?

- Ona jest tą Elaine o której Hermiona ciągle mówiła? Nieśmiałą i w ogóle kujonką-Krukonką co nigdy się z nimi nie całowała?

- Dokładnie, dlatego powinieneś ją poznać. Nabrała największe ministerialne plotkary, swoje koleżanki z biura, i pod ich nosem uwodziła Scrimgeoura, przekonała tego ostatniego by wszystko ogłosił publicznie a do tego jeszcze Higgs ją traktuje jak dobry wujek. Zdolna bestia, a takich ludzi nam trzeba. Zawsze podziwiałem tych, co umieli korzystać ze swoich atutów, zaś dziewczyna z porządnej, czarodziejskiej rodziny takowe ma.

Dwóch Malfoyów wymieniło porozumiewawcze spojrzenia. Dawno przestali używać określeń typu „szlama", ale nie zapomnieli całkiem dawnych dróg. Podobnie jak całkiem spora część społeczeństwa cenili to co znane i swojskie, zaś na obcych patrzyli z ostrożnością. Świat Mugoli był dla nich obcy, zaś wiele praw niezrozumiałych. Fakt, że wielu Mugolaków, jak Hermiona, krytykowała miejscowe prawa oraz zwyczaje nie pomagało w przełamaniu lodów.

Pansy wyciągnęła Hermionę do eleganckiego i drogiego sklepu. Brunetka protestowała, wymawiając się nadmiarem pracy. Ciemnowłosa dziewczyna nie zamierzała jednak łatwo rezygnować. Wyciągnęła Gryfonkę z gabinetu, kompletnie ignorując niechęć. Kupno sukni na Bal w Ministerstwie było szalenie ważną czynnością, a do spraw ubioru Pansy podchodziła szalenie poważnie.

Dwie dziewczyny weszły do eleganckiego sklepu. Przypominał bardzo wnętrze starodawnego domu lub dworu. Szaty oraz suknie wisiały na wieszakach, w eleganckich szafach, niczym w jakiejś garderobie. Pomieszczenia przywodziły na myśl Grimmauld Place, tak w stylu mebli jak i kolorystyce wnętrz. Dominowały srebro oraz zieleń z dodatkiem gustownej czerni. Wygodne, eleganckie fotele oraz sofy sprawiały wrażenie wygodnych i zachęcały by na nich usiąść. Jakaś wysoka, ciemnowłosa czarownica niosła tacę z herbatą i ciasteczkami.

Na ich spotkanie wyszła smukła, rudowłosa czarownica około czterdziestki. Ubrana w długie, proste szaty pasowała do wymuskanego wnętrza. Spojrzała niechętnie na Hermionę, ale Pansy przywitała bardzo radośnie. To był sklep dla elity i naprawdę zamożnych osób. Szczególnie ważni gości mogli liczyć na poczęstunek i herbatkę, a co oczywiście zostało doliczone do rachunku.

- Panno Parkinson, co za wspaniałe spotkanie! Zapraszam? O i panna Granger? Co panią tutaj sprowadza?

- Idziemy na Zimowy Bal w Ministerstwie – wyjaśniła Pansy.

- Pracuję w biurze Ministra – dodała Hermiona – dostałam zaproszenie i oczywiście potrzebuję odpowiedniej sukni.

- Oczywiście, proszę za mną – powiedziała czarownica.

Hermiona zerknęła w bok. W jednym z pomieszczeń siedziała jakaś jasnowłosa czarownica. Właśnie dla niej druga z kobiet niosła tacę z herbatą oraz ciasteczkami. Teraz zaś pokazywała dwie suknie, najwyraźniej pomagając kobiecie zdecydować.

Pierwsza z nich była elegancką, zwiewną suknią w kolorze lilaróż. Uszyta z kilku warstw delikatnego jak mgiełka jedwabiu wydawała się niezwykle lekka. Dość szeroka spódnica wirowała przy najmniejszym ruchu. Pas zdobiły niewielkie klejnociki przywodzące na myśl bukiet kwiatów. Pansy spojrzała z zachwytem na owo dzieło sztuki. Drugi wybór stanowiła prosta, klasyczna szata w kolorze ecru. Uszyta z satyny jedwabnej błyszczała elegancko i chociaż nie miała w sobie lekkości lilaróż, była także piękna.

- Nie mam pojęcia którą wybrać – jęknęła jasnowłosa czarownica, którą Hermiona natychmiast rozpoznała.

- Elaine?! – krzyknęła brunetka.

- Hermiona? Dobrze, że jesteś, może mi pomożesz bo nie wiem którą suknię wybrać – odparła Elaine wstając z fotela – czy to panna Parkinson? – zapytała.

- O przepraszam, zapomniałam – powiedziała Hermiona – Elaine Cattermole, Pansy Parkinson – przedstawiła je sobie – czy szukasz sukni na Bal?

- Tak – skinęła głową Elaine – i nie wiem którą z tych dwóch wybrać. Możecie mi pomóc?

Oczy Pansy Parkinson rozbłysły. Uwielbiała zakupy i oczywiście nigdy nie żałowała nikomu porad w kwestii strojów. Kojarzyła Elaine z gazet a zwłaszcza ostatniego zdjęcia w „Proroku". Razem z Draco próbowali odtworzyć pocałunek spod jemioły, podczas któregoś wieczoru. Z niemałym zdumieniem odkryli, że wymagało to dość nieprzyzwoitego użycia języka. Śmiali się wówczas do łez, oczywiście zanim wylądowali na podłodze.

- Hmm lilaróż jest piękna i pasuje do twoich włosów – zawyrokowała Pansy – ale czy będzie pasowała do szaty wyjściowej twego kompana? Ta jasna to bezpieczny wybór i na pewno wygląda doskonale, ale jest strasznie sztywna.

- On zwykle nosi czarno-złote szaty albo granatowe – wyjaśniła.

- Więc lilaróż – radziła Pansy – wszyscy cię zapamiętają i będą patrzeć. Młoda towarzyszka Ministra musi wspaniale wyglądać!

- Ale czy to nie zbyt frywolne?

- Nie, ale możesz mieć jedną zapasową i potem założyć tę lilaróż - zauważyła Pansy przytomnie.

Ostatecznie Elaine wzięła obie suknie i zapłaciła kartą Gringotta. Pomogła też wybrać stroje obu dziewczynom, uwielbiała wybierać szaty w sklepach gdzie panował porządek i spokój. Jeśli widok przyszłej pani Malfoy razem z Hermioną ją zaskoczył nie dała tego po sobie poznać. Potrafiła zachować dyskrecję i nie zadawać denerwujących pytań. Patrzyła na nie uważnie i coś notowała w myślach.


Od Autorki: Prawda, że praktyczne zastosowanie magii na jemiole? To mu już wiemy, czego uczą na kursach Aurorów.