Rozdział trzeci: Dochodzenie


To jest kompletnie bez sensu.

Jackson spędził już godzinę w tym przeklętym klubie, próbując wywęszyć zapach nieznajomej. Nic to jednak nie dało – wyglądało to tak, jakby sama dziewczyna nie chciała, aby Jackson ją odnalazł. Choć węszył od tak długiego czasu, nadal nie wyczuł choć cienia tego niezwykłego, odurzającego zapachu dziewczyny.

Lena – tak się chyba nazywała. A tak przynajmniej pamiętał Jackson. Dziewczyna przedstawiła mu się tym imieniem, ale Jackson nie mógł być pewien, czy to było prawdziwe imię dziewczyny, czy tylko jej alias. Tak czy siak, przybycie tutaj było błędem – nie uda mu się jej znaleźć w ten sposób.

Jackson odwrócił się w stronę wyjścia, gdy nagle poczuł potężny ból głowy. Jackson musiał aż oprzeć się o kant najbliższego stolika, aby nie upaść.

Wspomnienie, dotychczas zagubione mocno w pamięci, nagle powróciło.

- Hej… hej, ty! – Lena krzyknęła, uderzając nieprzytomnego chłopaka otwartą dłonią. Jackson nadal był zimny jak lód, a jego serce, zamiast bić coraz szybciej, zwalniało z każdą chwilą coraz bardziej. – Hej, obudź się! – Dziewczyna miała na sobie tylko bluzkę. Uciskała swoimi drobnymi, z pozoru słabymi dłońmi klatkę piersiową Jacksona, wykonując mu masaż serca. – Nie umrzesz… nie możesz umrzeć… nie ty… – Lena nachyliła się nad nim, i wpompowała przez jego usta do płuc powietrze. Zaraz potem wróciła do masażu serca. – Nie jesteś winny… to nie ty jesteś winny… nie możesz umrzeć… – Lena praktycznie płakała. – Wróć, proszę!

Jackson wrócił gwałtownie do rzeczywistości, oddychając ciężko.

Skąd wzięło się to wspomnienie? Czy było prawdziwe? A może to była tylko kolejna senna mara?

Nie… to musiało być prawdziwe wspomnienie. Jackson rozpoznał ciemną bluzkę, w którą dziewczyna była ubrana wtedy, w klubie.

Była z nim zatem w tym pokoju hotelowym… ale dlaczego? Czy spędzili razem noc? Co poszło nie tak? Dlaczego kompletnej nieznajomej tak bardzo zależało na tym, aby przeżył?

I dlaczego ciągle mówiła, że nie jest winny? O co w tym wszystkim chodziło?

Jackson wziął kilka kolejnych wdechów, próbując się uspokoić. Stanął o własnych siłach jednak dopiero wtedy, gdy jego serce przestało gwałtownie łomotać o ściany klatki piersiowej.

Chłopak nie był pewien, co powinien teraz zrobić. To wspomnienie było takie jasne, takie wyraźne… takie realne. Naprawdę poczuł, że wtedy umierał. Gdyby nie ta dziewczyna, być może już by nie żył.

Jackson cofnął się niepewnie od wyjścia, nie wiedząc jeszcze, jakie będzie jego następne działanie.

- Ty… co ty tu robisz? – Jackson odwrócił się gwałtownie, spodziewając się zobaczyć ową dziewczynę. Zamiast niej zobaczył jednak dość wysokiego mężczyznę po trzydziestce. Miał ciemne włosy i jasne, szarawe oczy, i był dość chudy. Przyglądał się Jacksonowi z mieszanką strachu i zdumienia.

- Myślałem, że ten klub otwarty jest również w trakcie dnia. – odszczeknął się Jackson. W trakcie dnia ten klub służył jako kawiarnia. Dyskoteki urządzano tu dopiero od godziny dziewiętnastej.

- Ja… ekhm… – Mężczyzna odkrząknął nerwowo. – Nie… nie o to mi chodziło. – mężczyzna przełknął ciężką gulę, jaka stanęła mu w gardle. – Ty… ty nie powinieneś żyć. – Po spojrzeniu, jakie rzucił mu Jackson mężczyzna szybko wywnioskował, że wyszedłby na tym o wiele lepiej, gdyby w ogóle się nie odezwał.

- O czym ty mówisz? – Jackson ruszył ku mężczyźnie, który zaczął się cofać gwałtownie do tyłu. – O co ci chodzi?!

- Ja… ja nie mogę, naprawdę! – wykrzyknął mężczyzna. Jackson, ignorując kompletnie samotną kelnerkę sprzątającą stoliki kilkanaście metrów dalej, popchnął barmana na pobliską kolumnę tak mocno, że aż zadudniło.

- Dlaczego miałbym nie żyć?! – Jackson z trudem nad sobą panował.

Ten mężczyzna coś wiedział; wiedział coś o tym, co miało miejsce dzisiaj w nocy. Być może nawet wiedział, kim jest ta tajemnicza dziewczyna, Lena.

- Ja naprawdę nie mogę nic powiedzieć… – Jackson przycisnął mężczyznę mocno do ściany, podnosząc go jednocześnie do góry. Barman pisnął cienko, zamykając szczelnie powieki.

- Gadaj, albo pożałujesz, że w ogóle się urodziłeś! – syknął Jackson. Miał już dość tajemnic jak na jedną noc. Pragnął odpowiedzi, i to natychmiast.

- Dobrze… dobrze, już mówię! – Jackson powoli usadził barmana na ziemi. Gdy tylko to zrobił, mężczyzna spróbował cofnąć się, ale Jackson szybko złapał go za fragment hawajskiej koszuli, obrzucając go groźnym spojrzeniem.

- Gadaj. – wycedził Jackson przez zaciśnięte zęby. – Co miało miejsce wczorajszej nocy? Dlaczego nic z tego nie pamiętam? I kim była ta ciemnowłosa dziewczyna?

- To… to była Lena. – zaczął niepewnym głosem barman. Jackson z trudem powstrzymał mały uśmiech na swojej twarzy. A więc to jedno było prawdą; imię dziewczyny. Naprawdę nazywała się Lena. – Ona… cholera, nie wiem, jak ci to powiedzieć…

- Może po prostu to z siebie wyduś, koleś? – Jackson szarpnął mężczyzną, który ponownie cicho pisnął. – Co mi się przytrafiło?

- Zo… zostałeś kolejną ofiarą. – Jackson zamarł nagle, otwierając szerzej oczy.

- Ofiarą? – barman przytaknął rozdygotanym skinieniem głowy.

- Tak one działają… taka jest już ich natura… tym się żywią. – Jackson syknął przeciągle, mając już szczerze dość zagadek ze strony tego mężczyzny.

- Kto jak działa, i czym się żywią? Nie owijaj, człowieku, w bawełnę, tylko mów prosto z mostu, co się mi stało! – Jackson dziwił się, że kelnerka nie wezwała jeszcze ochrony. Ale nie… dziewczyna stała w miejscu, przyglądając się tylko tej scenie z szeroko otwartymi ustami.

Barman zerknął na nią krótko, i dziewczyna nagle ożyła. W popłochu uciekła w stronę zaplecza, zatrzaskując za sobą drzwi.

Dopiero wtedy barman odważył się odezwać.

- Lena wybrała cię na swoją kolejną ofiarę. – Jackson nie chciał uwierzyć mężczyźnie. Lena? Ta sama Lena, która go reanimowała? Nie… ten mężczyzna musiał się mylić. Nim jednak Jackson zdołał się sprzeciwić, mężczyzna kontynuował swoją wypowiedź. – Tak ona działa; wybiera z tłumu tylko tych, którzy jej czymś podpadli. Zobaczyła cię obok swojej przyjaciółki, i doszła do wniosku, że próbowałeś ją skrzywdzić, więc… zareagowała.

- Ale to nie ja byłem tym, który się dobierał do tej blondynki! – zaprzeczył gwałtownie chłopak. – To był jakiś nażelowany goguś w żółtej koszulce polo! Odepchnąłem go od niej, nim zdążył cokolwiek zrobić! – nagle w oczach barmana błysnęło coś na wzór zrozumienia.

- A więc dlaczego żyjesz… musiała sobie uświadomić, że nie jesteś tym, którego planowała zaatakować. Musiała się pomylić. – Jackson prychnął krótkim, ironicznym śmiechem.

- Ładna mi pomyłka. – warknął chłopak, ledwie nad sobą panując. – Czym ona jest? Jak się żywi?

- Energią życiową. – Jackson nagle zrozumiał, dlaczego po wstaniu czuł się taki słaby. Lena musiała zacząć się już na nim żywić, nim nie zorientowała się, że zaszła ogromna pomyłka, i Jackson nie był tym, na którego się początkowo zasadziła.

- Jak… jak ją wysysają? – spytał się po chwili Jackson. Mężczyzna rzucił mu długie, wyraźnie rozbawione spojrzenie.

- A jak myślisz? – Jackson uświadomił sobie w końcu, dlaczego, gdy się obudził, był praktycznie nagi. – Aby rozpocząć proces pożywiania się, musi zaistnieć więź. To dlatego Lena pocałowała cię już tutaj, w klubie. – Jackson spojrzał się na barmana, marszcząc lekko brwi. – Nawiązała z tobą kontakt, abyś jej nie uciekł. Przywiązują do siebie mężczyznę poprzez pocałunek. Czasami na tym kończą, i tylko prowadzą swoje ofiary do jakichś ciemnych uliczek, i tam kontynuują całowanie, wysysając przy tym energię życiową. Jednak w przypadku takich przystojniaczków jak ty… no cóż, wtedy takie jak ona potrzebują trochę więcej rozrywki.

- Chcesz… chcesz mi powiedzieć, że…

- Tak, Sherlocku. – barman wywrócił teatralnie oczami. – Stosunek płciowy. Lena przespała się z tobą tylko dlatego, bo chciała cię zabić. W trakcie stosunku musiała jednak uświadomić sobie swój błąd, i postanowiła go naprawić. Dlatego jeszcze żyjesz. – w głowie Jacksona aż wirowało od informacji, jakich się właśnie dowiedział.

Jego wybawicielka była jednocześnie jego napastnikiem. Chciała go zabić, ale nie zrobiła tego. Popełniła błąd, i chciała go naprawić. Ale…

- Jeszcze jedno. – Jackson złapał mężczyznę za ramię, gdy ten już chciał odejść. – Czym ona właściwie jest?

- To ty nie wiesz? – mężczyzna zaśmiał się cicho. – Ja jestem tylko czarownikiem, ale od razu rozpoznałem w tobie wilkołaka, gdy tylko wszedłeś do baru. Dziwię się, że ktoś taki jak ty nie wyczuł jej zapachem.

- Odpowiesz, czy nie? – warknął Jackson. Mężczyzna westchnął ciężko, wznosząc oczy ku górze.

- Sukub. – Jackson zamrugał gwałtownie powiekami. Skądś kojarzył to słowo… nie pamiętał jednak, skąd.

- Czym? – barman spojrzał się w tej chwili na niego, jakby był kosmitą.

- Serio? – gdy Jackson nic nie odpowiedział, mężczyzna ponownie wzniósł wzrok do góry. – Sukub? Przez wielu uważane są za demony? Polują na mężczyzn, podczas gdy ich męskie odpowiedniki, inkuby, żerują na kobietach? Serio, nic ci tam nie dzwoni? – Jackson wciąż milczał, piorunując tylko spojrzeniem mężczyznę. – Jak pragnę zdrowia, z pokolenia na pokolenie wasza rasa robi się coraz mniej obeznana w mitologii innych ras nadprzyrodzonych… i coraz głupsza, jak widzę.

- Hamuj się, facet. – Jackson momentalnie cały się spiął. – Gdzie ją znajdę?

- Kogo? Lenę? – Jackson przytaknął skinieniem głowy, powodując głośny śmiech mężczyzny. – Och, dobre! Naprawdę dobre! – mężczyzna otarł łzę z prawego policzka, wciąż się śmiejąc. – Jak znam tą dziewczynę, to już pewnie opuściła granice tego miasta. Nigdy jej nie znajdziesz, chłopcze. – dodał barman, poważniejąc nagle, i przyglądając się uważnie Jacksonowi. – O ile ona nie zechce, abyś ją znalazł… nigdy ci się to nie uda.