Rozdział czwarty: Ucieczka
- Żartujesz.
- Czy wyglądam, jakbym żartowała?
Lena wypuściła głośno powietrze przez usta, naciskając mocniej pedał gazu. Byli już ponad sto kilometrów za granicami Londynu, i za niecałe pół godziny mieli dojechać do Coventry. Minęli już Daventry, i do miejsca docelowego zostało im niecałe trzydzieści kilometrów.
- Lena… – zaczęła Amanda, robiąc duże oczy. – Nie jestem specjalistką w kategorii waszych praw, ale… czy to, co zrobiłaś, nie jest przypadkiem złamaniem jednej z waszych zasad?
- Jest. – odpowiedział za Lenę siedzący na jednym z tylnych siedzeń Igor, młodszy brat bliźniak Leny. Jedyne, co ich łączyło, to kolor oczu oraz niektóre rysy twarzy – nic poza tym. Lena była ciemną szatynką, podczas gdy Igor był ciemnym blondynem. Ona była żywiołowa, pewna siebie i uparta, on – pyskaty, cyniczny, i chwilami szalenie arogancki. Mimo tego coś w nim przyciągnęło drobną i delikatną Amandę do niego. Byli ze sobą razem już trzy lata, od kiedy Amanda skończyła piętnaście lat.
Amanda była nazywana przez inne klany „maskotką" klanu Valenti, do którego należeli Igor i Lena. Amanda była zwykłą śmiertelniczką, która od dwóch lat praktykowała magię wiccan. Pragnęła stać się nieśmiertelna jak jej przyjaciele, aby móc cieszyć się ich towarzystwem przez następnych co najmniej kilkaset lat.
Amanda otworzyła szeroko oczy, i przeniosła spojrzenie z Leny na Igora.
- Jest? – dziewczyna powtórzyła słowa chłopaka. Igor uniósł nieznacznie wzrok znad książki, i przytaknął skinieniem głowy.
- To jedno z pierwszych praw ustanowionych przez sabat sukubów i inkubów. Brzmi mniej więcej tak… – Igor odłożył książkę na bok, po czym odchrząknął dość głośno. – „Jako swoją powinność wobec rasy, każdy sukub czy inkub będzie polował tylko na przeciwną płeć. Ofiarę musi spotkać śmierć, a jej energia nie może zostać zmarnowana. Każde odstępstwo od reguły będzie surowo karane. Sukub lub inkub ma prawo zaniechać aktu, jeśli nastąpią poważne przeciwwskazania ku niemu." – Igor uśmiechnął się demonicznie, zerkając na siostrę. – Ale tak coś czuję, że wytłumaczenie: „sądziłam, że był winny dobierania się do mojej przyjaciółki, ale pomyliłam się; był niewinny, więc musiałam go ratować", raczej nie przekona rady.
- I dlatego go zostawiłaś w tym pokoju? – Lena przytaknęła, nie odrywając wzroku od drogi. Cała była spięta, i nie wiedziała, czy to dlatego, że najprawdopodobniej złamała prawa własnej rasy, czy dlatego, bo bała się, że ten chłopak może ruszyć za nią.
Jeśli przypomni sobie, co się stało, jestem w czarnej dupie. – pomyślała Lena, skręcając agresywnie na najbliższym rondzie. Chciała się dostać do Coventry możliwie jak najszybciej. Koniecznie musiała się skonsultować ze swoją matką, która w kwestii praw sukubów i inkubów była istną specjalistką.
No, ale to akurat nie powinno nikogo dziwić. Jej matka żyła na tym świecie od prawie 1300 lat. Lena i Igor żyli z kolei niespełna 730 lat, co w ich świecie i tak było czymś wyjątkowo imponującym.
- Lena… czy to jest naprawdę jedyny powód? – Po pytaniu Amandy Igor przestał podziwiać widoki za oknem, i odwrócił się z zaciekawieniem w stronę dwóch dziewczyn.
Lena zacisnęła mocno zęby. Nie chciała odpowiadać na to pytanie. Nie miała jednak wyjścia; jeśli tego nie zrobi, jak nic zwali się na nią lawina dociekań Amandy oraz niewybrednych żartów Igora.
- Tak. – odpowiedziała Lena po długiej chwili napięcia. – To chyba oczywiste, że to jedyny powód. Nie znam tego gościa ani trochę. Niemożliwym byłoby to, żebym się w nim zakochała. – Lena odwróciła się na chwilę w stronę swojej przyjaciółki. – Sukuby się nie zakochują. One tylko czują do kogoś pożądanie, nic więcej.
- Hej! – wykrzyknął nagle Igor. Lena i Amanda odwróciły się do niego w tym samym czasie. – Nie zapomniałaś o czymś?
Lena westchnęła spazmatycznie, wznosząc oczy ku górze.
- Inkuby są takie same. Również się nie zakochują, tylko pożądają. – Lena wypowiedziała to wszystko bezbarwnym, monotonnym tonem głosu. Brzmiała niemalże jak cyborg. Spowodowało to, że Amanda, zamiast zmarkotnieć, zachichotała niepowstrzymanie.
- Piękne dzięki, siostrzyczko. – mruknął Igor z naburmuszoną miną, podnosząc z powrotem książkę, i zaszywając się za nią.
Lena uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając dwa rzędy idealnych, białych zębów.
- Hej, ja jestem singielką. To nie mi grozi biała kiecka, rzucanie bukietem i ściąganie podwiązki zębami.
Igor prychnął donośnie, przewracając z agresją kartkę w książce.
- Nigdy nie pozwolę na to, żeby moja ewentualna przyszła żona odstawiała takie cyrki.
- Och, nie mówiłam o żonie. – odparła Lena, szczerząc się do lusterka.
Amanda wybuchła gromkim śmiechem, a razem z nią sama Lena. Igor naburmuszył się możliwie jeszcze bardziej, i milczał jak obrażony pięciolatek przez resztę drogi do Coventry. Odezwał się dopiero wtedy, gdy Lena zaparkowała samochód naprzeciwko drzwi frontowych willi, w której na chwilę obecną mieszkali ich rodzice.
- Wiesz, że czeka cię niezłe kazanie, co? – spytał się Igor z przekąsem, przyglądając się Lenie z rozbawieniem. Dziewczyna była jednak wyjątkowo spokojna.
- Nie pierwszy raz. – odparła dziewczyna jak gdyby nigdy nic, wysiadając z auta. Amanda i Igor podążyli za jej przykładem, i po chwili cała trójka stała przed drzwiami willi. – Bardziej martwię się o to, żeby ten wilkołak mnie nie znalazł.
- A co, boisz się, że przy odrobinie zabawy z nim za dużo futra wlazłoby ci między zęby? – Igor zarechotał niczym obłąkany. Do jego śmiechu przyłączyła się mimowolnie Amanda, którą jego tekst bardzo rozbawił.
Nawet Lena uśmiechnęła się kącikiem ust. Szybko jednak przyjęła poważną, hardą minę, z którą zwróciła się do brata.
- Odezwał się ten, który przez trzydzieści lat pukał wodną nimfę. – odszczeknęła się dziewczyna. – Zastanawiam się, Igor… udało ci się już wygrzebać cały piasek i wodorosty? Bo chwilami mam wrażenie, że jeszcze trochę zalatujesz tą rybką. – Igor już otworzył usta, ale w tej samej chwili drzwi się otworzyły, ukazując parę młodych ludzi, fizycznie będących w wieku Igora i Leny. Przechodzień doszedłby od razu do wniosku, że to jest ich rodzeństwo. Lena i Igor wiedzieli jednak lepiej.
Lena wzięła głęboki wdech, wpatrując się w wysokiego blondyna i nieco niższą od siebie brunetkę.
- Witaj tato… mamo. – miny ich rodziców nie wróżyły nic dobrego.
- Wchodźcie. – powiedział ojciec charyzmatycznym, nieco władczym tonem głosu. – Mamy wiele do obgadania, córko. – Lena westchnęła ciężko, z trudem powstrzymując się przed wzniesieniem oczu ku niebu.
- Wiem o tym. Nawet aż za dobrze.
Ta dziewczyna była istną mistrzynią w ukrywaniu się.
Drugi dzień poszukiwań, a Jackson wciąż nie mógł znaleźć żadnego konkretnego tropu, który zaprowadziłby go do Leny. Węszył wokół klubu i okolic całymi dniami, ale bez skutku – jedynie słaby, ledwie wyczuwalny cień jej aromatu mógł być gdzieniegdzie wyłapany. Nie prowadził on jednak nigdzie, więc Jackson był w kropce.
Tylko cud mógł sprawić, aby jego poszukiwania w końcu ruszyły.
- No mówię… kompletnie nieodpowiedzialne. – Jackson w ostatniej chwili schował się za kontenerem ze śmieciami. Zaraz potem drzwi boczne budynku otworzyły się, i do alejki wszedł barman, którego Jackson dwa dni temu wypytywał o Lenę. – Spieprzyć z miasta jak ostatni tchórz… to w ogóle do niej niepodobne. Jak żyję prawie sto lat, tak nigdy nie widziałem jej w takim stanie. – mężczyzna wyrzucił śmieci, które trzymał w ręce, i sięgnął po drugi worek, trzymany przez młodą dziewczynę. Jackson bez trudu rozpoznał w niej kelnerkę, która wtedy miała zmianę, gdy wparował do klubu poszukując odpowiedzi. – Ten wilkołak musiał coś wykombinować. Czuję to w kościach. Albo Lena się w debilu zabujała. – Tu mężczyzna się zaśmiał, a wraz z nim owa młoda kobieta.
Jackson siedział bez ruchu, marszcząc brwi w dezorientacji. Nie rozumiał, dlaczego mężczyzna śmieje się z takiej rzeczy. Jackson nie widział w tym nic zabawnego.
- Przecież to fizycznie niemożliwe. – odpowiedziała kobieta, ocierając łzy śmiechu. – Sukuby i inkuby nie potrafią kochać. Tak zaprogramowała je Matka Natura.
- To był żart, Elizabeth. – Mężczyzna przyciągnął nagle dziewczynę do siebie i pocałował długo i mocno. – Sądzę, że Lena uciekła z Londynu, bo wiedziała, jakie konsekwencje ją czekają, jeśli jej sabat dowie się, że oszczędziła życie wilkołaka.
- Ale… przecież to nie wilkołaki są wrogami sukubów. Wampiry nimi są. – Jackson uniósł wysoko brwi, słysząc to.
A więc wampiry też istnieją… ciekawe, czy Derek i pozostali o tym wiedzą?
- Tak, wampiry to ich naturalni wrogowie. Wampiry w ogóle mają na pieńku z większością ras, od wilkołaków zaczynając. – mężczyzna zarechotał ponownie. Wrzucił trzeci, ostatni worek śmieci do kontenera, i cofnął się ku wejściu do budynku. – Mam tylko nadzieję, że w tym cholernym Coventry jest coś ciekawego do roboty. Znając Lenę i jej braciszka, w przeciwnym razie szybko się stamtąd wyniosą. Nie znoszą impasu. Muszą przynajmniej raz na tydzień kogoś przelecieć, bo inaczej zwyczajnie głupieją. – dalsze słowa mężczyzny przytłumiły mury budynku, do którego wszedł razem z kelnerką.
Jackson nie potrzebował jednak więcej – dostał to, tego szukał.
- Coventry. – powiedział Jackson sam do siebie, wychodząc z ukrycia. – A więc tam uciekłaś.
Znajdę cię, Lena. – pomyślał Jackson, kierując się do swojego terenowego samochodu, zaparkowanego po drugiej stronie ulicy. – Prędzej czy później, znajdę cię. To tylko kwestia czasu.
