Rozdział szósty: Sąd


Gdy Lena obudziła się rankiem wiedziała, że ten dzień do przyjemnych nie będzie należał.

Lena zsunęła się z łóżka ociężale, przeciągając się tak długo, jak tylko to było możliwe. Ociągała się przez całą drogę z sypialni do łazienki, potem z łazienki z powrotem do sypialni, a następnie od toaletki do szafy z ubraniami.

- Dzisiaj wielki dzień, siostra. – Igor stanął w drzwiach jej pokoju, uśmiechając się szeroko. – Po raz pierwszy będziesz sądzona. – Lena rzuciła mu harde, potępiające spojrzenie.

- Kiedyś musiał nastać ten pierwszy raz. – odparła po chwili Lena, przerzucając bluzki w poszukiwaniu tej najodpowiedniejszej.

Nie urodziła się wczoraj; wiedziała, że członkowie Sabatu będą oceniać nie tylko jej sprawę, ale też i wszystko, co ma związek z jej osobą – styl uczesania, makijaż, ubrania, nastawienie, prawdomówność… dosłownie wszystko.

Igor westchnął ciężko, opierając się o framugę drzwi.

- Nie miałabyś tego problemu, gdybyś tylko zabiła tego wilkołaka. – Lena w tym momencie przerwała poszukiwania i syknęła głośno, piorunując swojego bliźniaka groźnym spojrzeniem.

- A ty zabiłbyś Amandę, gdyby ci kazali? – Uśmiech z twarzy Igora zniknął w ciągu ułamku sekundy.

- Siostra… – Igor wyglądał na co najmniej zszokowanego słowami Leny. Jego oczy były szeroko otwarte, usta lekko rozchylone, a na policzkach nie było nawet śladu rumieńców. – Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że…

- Oczywiście, że nie! – żachnęła się Lena. Rzuciła jedną z bluzek bezceremonialnie na łóżko. Szybko znalazła pasujące do niej proste, czarne materiałowe spodnie, i dodała do tego zwykłe, czarne obcasy. – To nie to samo co z tobą i Amandą. Ale… nie, nie mogłam go zabić. Był niewinny.

- Był wilkołakiem. – zauważył Igor. Nie zrobiło to jednak na Lenie żadnego wrażenia.

- Peter też był wilkołakiem. – przypomniała mu Lena. Igor skrzywił się nieznacznie, przypominając sobie tego irytującego, nazbyt pewnego siebie betę. – A jednak jakoś ani matce, ani ojcu, ani tobie, ani nawet większości członków rady nie przeszkadzało to, że umawiałam się z nim przez ponad dwa lata.

- Tak, ale to był Hale. – odparł Igor, uśmiechając się krzywo. – Ta rodzina jest tak stara i tak szanowana, a do tego wtedy ich alfą była siostra Petera, Talia. Skubana potrafiła się zmieniać w autentycznego wilka! – Igor uniósł ręce do góry, uśmiechając się szeroko. – To dopiero była babka!

- O tak… – Lena uśmiechnęła się nieznacznie pod nosem. – Pamiętam ją bardzo dobrze… Pamiętam też, jak mocno na nią leciałeś. – Igor fuknął tylko z irytacją, ale nie przestał się uśmiechać. – Gdyby nie ojciec jak nic skończyłbyś rozszarpany przez jej watahę.

- No co? – bronił się Igor, robiąc niewinny wyraz twarzy. – Ty miałaś swojego Hale'a. Też chciałem posmakować nieco energii tej rodziny.

- No cóż… Talia teraz nie żyje, jej córka również, Derek mieszka w Beacon Hills, Cora, z tego co się dowiedziałam, okazała się żywa, cała i zdrowa, a Peter… – Tu Lena zawiesiła dramatycznie głos. Igor nachylił się do przodu, spojrzeniem zachęcając siostrę do kontynuowania swojej wypowiedzi. – A Peter okazał się tym, który zabił Laurę, próbował zabić Dereka i doprowadził do niezłego burdelu w Beacon Hills. – Lena zmarszczyła nagle brwi, zastanawiając się nad czymś intensywnie. – Chwila, moment… – Nagle oczy dziewczyny powiększyły się dwukrotnie. Lena złapała gwałtownie Igora za przód bluzki, wciągnęła go do środka pokoju i zamknęła za sobą drzwi. – Jasna cholera!

- Co? – Igor nie miał pojęcia, co się dzieje. Lena zachowywała się teraz tak, jakby zaraz miała dostać ataku paniki.

- Pieprzony wilkołak! – Dziewczyna z furią kopnęła w pobliską komodę. Odezwała się dopiero wtedy, gdy unormowała swój oddech. – Kilka miesięcy temu jeden z moich szpiegów w Stanach podał mi informację o nastolatku, którego jeden alfa chciał zmienić. Transformacja się nie udała, i chłopak stał się kanimą. Przez kilka ładnych miesięcy terroryzował swoje miasteczko, nim ostatecznie w jakiś sposób nie ewoluował do wilkołaka, którym miał się pierwotnie stać. – Igor tylko wzruszył ramionami, nadal nic nie rozumiejąc.

- No i? Jaki to ma związek z…

- Gościem, który zmienił chłopaka, był Derek Hale! – wykrzyknęła Lena, niemalże podskakując. Nie było jej jednak wcale do śmiechu; wręcz przeciwnie, teraz, gdy zaczęła łączyć ze sobą fakty, czuła się z każdą chwilą coraz gorzej. – Wypytałam się tego szpiega o dane nowego wilkołaka, co by to mieć go na oku. Nazywał się Whittemore. – Igor nadal nie kojarzył faktów, mimo iż Lena była pewna, że rozmawiała z nim o tej sprawie. Chłopak rozłożył tylko bezradnie ramiona. – Jackson Whittemore! – Igor dopiero po dłuższej chwili załapał, do czego piła Lena.

- Ten Jackson? – Lena przytaknęła gorliwym skinieniem głowy. – Na pewno to ten sam Jackson? Może to tylko zbieg okoliczności? Tamten na pewno jest w Stanach. Stamtąd raczej nie spieprza się do Europy. Raczej jest na odwrót.

- Igor, mówię ci, że to ten sam Jackson! – Lena wciągnęła głośno powietrze przez usta. – Matka i ojciec nie mogą się o tym dowiedzieć. Rada też. Jeśli odkryją, że ten wilkołak nie jest z tych „tutejszych", jak nic z nudów zrobią sobie polowanie na niego.

- Dasz radę ich wykiwać? – Igor nie martwił się o swoją siostrę jak teraz. – Wiesz przecież, że skubańcy są w stanie wyczuć najmniejsze zachwianie w głosie, najmniejszą zmianę pulsu… cholera, kto wie, czy nie potrafią też czytać w myślach!

- Spokojnie. – odparła Lena. Westchnęła jeszcze raz, po czym sięgnęła po bluzkę. Bez ceregieli zdjęła podkoszulek, w którym spała, i pospiesznie zmieniła go na ową bluzkę. To samo zrobiła z materiałowymi szortami, które zamieniła na spodnie materiałowe. – Jakoś dam sobie radę. Musimy tylko dopilnować, żeby ten głupi noworodek nie wpakował się w sam środek tego burdelu.


- Wiesz, o co jesteś oskarżona?

- …Tak, wiem.

Lena stała wyprostowana przed Radą. Minęło zaledwie piętnaście minut przesłuchania, ale dla Leny te piętnaście minut wydawało się teraz godzinami.

- Wiesz zatem, że to, co zrobiłaś, ociera się o złamanie zasad rządzących naszym światem? – Lena tylko przytaknęła skinieniem głowy. – Moglibyśmy cię za to skazać na wygnanie. – Oczy Leny rozszerzyły się nieznacznie po usłyszeniu tych słów. Lena nie odezwała się jednak; czekała, aż kobieta skończy swoją wypowiedź. – Nie zrobimy tego jednak. – Lena podniosła nieznacznie wzrok, wpatrując się w kobietę. – Należysz do jednego z najstarszych rodów naszej nacji, i za niecałe sto lat będziesz mogła przejąć nad nim władzę, lub stworzyć własny odłam.

- Chcemy wiedzieć jednak jedną rzecz. – odezwał się nagle mężczyzna siedzący u końcu stołu. Fizycznie był młody tak samo jak Lena, Igor czy ich rodzice. Każdy sukub lub inkub, nieważne ile rocznikowo miał lat, wyglądał fizycznie na góra dwadzieścia lat.

„Wieczna gówniarzeria" – tak zwykła czasami nazywać swoją rasę Lena. Z jednej strony była zadowolona z tego, że do końca życia będzie wyglądała jak młoda dorosła. Z drugiej strony jednak w świecie ludzi sprowadzało to na nią wiele problemów. Nie raz i nie dwa pytano się jej o wiek i posiadanie dowodu. Chwilami stawało się to niezwykle irytujące.

- Odpowiem szczerze na każde pytanie. – To była formułka, jaką musiał znać każdy sukub czy inkub. Przed Radą trzeba było odpowiadać aż do bólu grzecznie. Inaczej wylatywałeś na zbity pysk po pięciu minutach spotkania, bez żadnej możliwości odwołania się.

- Dlaczego oszczędziłaś tego wilkołaka? – Po tym pytaniu większość członków Rady spojrzała się na nią wyczekująco. – To tylko wilkołak, do tego przemieniony dość niedawno, z tego co nam wiadomo. Czy… czy to możliwe, że go… – Mężczyzna z trudem przełknął gulę stojącą w gardle. – polubiłaś?

- Nic z tych rzeczy, Starszy Radco Mikaelu. – odpowiedziała Lena bez zająknięcia się. – Po prostu z reguły nie zabijam niewinnych. Kiedyś prowadziłam inny styl życia, ale teraz… teraz po prostu postanowiłam dostosować się do nowych czasów. Na tym świecie jest tak dużo zła i zepsucia, że takie podejście jedynie pomaga.

- Rozumiem. – Mężczyzna pokiwał głową z zamyśleniem. – I jesteś pewna, że ten wilkołak nie będzie cię ścigał? Nie będzie dociekał, co mu się przytrafiło?

- Nie sądzę. – To było wierutne kłamstwo. Lena wiedziała lepiej od innych, że Jackson nadal o niej myślał, i nadal planował ją odnaleźć. Lena nie wiedziała jeszcze tylko, czy szukał jej w celu uzyskania odpowiedzi, czy też w celu zemsty. – Ale jeśli pojawi się w pobliżu, sama się nim zajmę.

- To dobrze… to dobrze. – powiedziała kobieta, która wcześniej ją przepytywała. Złożyła pliki dokumentów leżące przed nią w jedną kupkę, po czym włożyła je do osobnej teczki. – Możesz już odejść, panno Valenti. Zostawiamy cię z ostrzeżeniem na przyszłość.

- Dziękuję wam wszystkim za sprawiedliwą ocenę. – Lena ukłoniła się nisko, praktycznie zamiatając swoimi długimi włosami podłogę. – Obiecuję działać wyłącznie na korzyść naszej społeczności i Rady, która sprawuje nad nią pieczę. – Lena wycofała się powoli w stronę wyjścia, nie tracąc z oczu seniorów jej rasy. Odwróciła się dopiero wtedy, gdy strażnicy stojący przy wyjściu otworzyli jej drzwi.

Lena dopiero po przejściu następnych piętnastu metrów długim, prostym korytarzem pozwoliła sobie odetchnąć głębiej, uśmiechając się przy tym szeroko.

Tylko upomnienie… na całe szczęście. Gdyby pochodziła z jakiegoś pomniejszego, nic nie znaczącego w Sabacie rodu, jak nic już teraz albo gniłaby w celi, albo pakowała manatki i szykowała się do opuszczenia kraju.

Jej ojczyzną nie była Anglia, tylko Polska – tam się urodziła, tam się wychowała, tam dorosła do stania się pełnoprawnym sukubem. Tam też poznała pierwszego „stałego" partnera, wodnika. Jej drugą ojczyzną były Włochy, a raczej Półwysep Apeniński – bo stamtąd pochodzili pierwsi przedstawiciele jej rodu. Trzecią, i ostatnią ojczyzną była właśnie Anglia, w której Lena i jej rodzina zamieszkali niecałe półtora wieku temu, i gdzie za kilkadziesiąt następnych lat miała wyjść za mąż.

Alastair… na samo wspomnienie imienia tego gogusia wnętrzności Leny obróciły się nieprzyjemnie. Dziewczyna mimowolnie pomyślała, że z dwojga złego wolałaby spędzić wieczność z tym nieszczęsnym wilkołakiem, Jacksonem.

No właśnie… Jackson. Lena wzięła kolejny głęboki wdech, nim nie ruszyła dalej przed siebie, aby spotkać się ze swoimi rodzicami i bratem. Lena musiała go koniecznie odszukać. Musiała wiedzieć, co ten wilkołak dla niej planował.

I musiała się z nim rozprawić, jeśli zajdzie taka potrzeba.


Jackson od razu rozpoznał te ciemne włosy, jasną cerę oraz ciemne, trudne do zidentyfikowania z tak daleka oczy, które tak naprawdę były w kolorze praktycznie granatowym.

Nie była sama – były z nią jeszcze trzy inne osoby. Kobieta wyglądająca niemalże jak ona, tyle że opalona, o nieco ciemniejszym kolorze włosów i z całą pewnością brązowych oczach. Wyglądały jak bliźniaczki: takie same proste, dość wąskie nosy, takie same kości policzkowe, takie same usta… gdyby nie te parę detali, trudno byłoby odróżnić jedną od drugiej.

Było tam też dwóch mężczyzn. Ci też wyglądali tak, jakby byli bliźniakami: jasna cera, blond włosy, podobny wzrost oraz ciemne oczy, będące zapewne w takim samym odcieniu jak oczy Leny.

To musi być jej rodzina, pomyślał Jackson, śledząc całą czwórkę wzrokiem. Tylko czy są rodzeństwem, czy może któreś z nich jest rodzicem?

Jackson zamierzał dowiedzieć się wszystkiego na temat Leny – nawet tego, kto był jej bratem, kto jej siostrą, a kto jej rodzicem. Śledził ją wzrokiem aż do momentu, gdy ta nie wsiadła do samochodu. Jackson odczekał potem chwilę, nim nie ruszył w ślad za dziewczyną.

Lena posiadała odpowiedzi na wszystkie dręczące go pytania… i nie obchodziło go w tej chwili to, jak je zdobędzie. Nie zamierzał już dłużej żyć w niepewności.