Rozdział siódmy: Konfrontacja


Jackson śledził Lenę przez cały dzień, a także przez większą część następnego. Zawsze zachowywał odpowiedni dystans, zawsze uważał, aby go nie zauważyła ani nie wyczuła… uważał, aby Lena nie wiedziała, że ten już ją odnalazł.

Dziewczyna zachowywała się na pozór normalnie; większość wolnego czasu spędzała z tym blondwłosym, ciemnookim chłopakiem oraz tą niską, blondwłosą dziewczyną. Tą drugą osobę Jackson znał – to była ta dziewczyna, którą uratował przed namolnym chłopakiem w klubie. Chyba nazywała się Amanda… o ile dobrze pamiętał. Chłopak, jak później Jackson usłyszał dzięki swojemu wyczulonemu zmysłowi słuchu, nazywał się Igor.

Był też jeszcze jeden chłopak. Pojawił się pod koniec drugiego dnia obserwacji. Gdy Lena, Igor i Amanda siedzieli na tarasie przed małą kawiarenką na obrzeżach miasta, rozmawiając o kompletnych pierdołach, ten dziwny gość podszedł do nich jak gdyby nigdy nic.

Jackson wyraźnie czuł, jak złość, zdenerwowanie i irytacja pulsują w żyłach Leny, gdy ten goguś się do nich dosiadł.

- Podobno byłaś przesłuchiwana przed Radą. To prawda? – spytał się chłopak. Jackson przyglądał mu się z rosnącym zdegustowaniem.

Ten gość był wszystkim, czym facet – w opinii Jacksona – być nie powinien. Chłopak miał długie prawie do połowy pleców proste, jasne blond włosy, duże, niebieskie oczy i raczej delikatne rysy twarzy. Cholera, nawet głos specjalnie modulował, żeby wychodził jeszcze delikatniejszy! Jackson nie zdziwiłby się, gdyby ten gość wyciągnął zaraz z podręcznej torebki schowanej w małym plecaku jakiegoś błyszczyka do ust, i nie zaczął się ostentacyjnie malować.

- Tak, Alastair, to prawda. – wycedziła Lena przez zęby. Gdy jasnowłosy chłopak spróbował przesunąć swoje krzesło nieco bliżej niej, Lena stanowczo go przed tym powstrzymała. Wysunęła prawą nogę gwałtownie do przodu, blokując jedną z nóg krzesła. – Nawet się nie waż. – Lena rzuciła nowoprzybyłemu mordercze spojrzenie. – To, że nasze rodziny weszły w sojusz nie oznacza, że będę się do ciebie przymilać jak jakaś słodka, skretyniała kumoszka.

- Za niecałe czterdzieści lat mamy się pobrać, moja droga. – Blondyn uśmiechnął się tak słodko, że stojącego piętnaście metrów dalej Jacksona aż zemdliło. Podobne miny mieli też Igor i Amanda. Lena z kolei wyglądała jak mieszanka osoby kompletnie zdegustowanej i obrzydzonej oraz osoby chcące urwać komuś łeb gołymi rękoma. – Czas się chyba zacząć poznawać, nie sądzisz?

- Nie. – odparła Lena, obracając się ostentacyjnie w stronę Igora.

Alastair nie dał jednak za wygraną. Wciąż uśmiechał się głupkowato, nieudolnie próbując ująć między palce długie kosmyki włosów Leny. Za każdym razem jego dłoń była jednak podbijana przez dłoń Leny; z każdym kolejnym razem coraz mocniej i gniewniej.

- Tknij mnie jeszcze raz, a wyrwę ci tę durną łapę ze stawem! – warknęła Lena, gdy Alastair po raz siódmy „spróbował szczęścia".

Alastair wydął swoje pełne, różowe usta. Jego jasne brwi zmarszczyły się nieznacznie.

- Z tego co słyszałem, nie miałaś żadnych obiekcji wobec przelecenia jakiegoś nowo przemienionego wilkołaka. – Lena obróciła się w stronę blondyna w ułamku sekundy. Nim Jackson zdążył się zorientować, Lena stała już przed Alastairem, ściskając go z całej siły za szyję.

- To, z kim sypiam, to moja prywatna sprawa. – Lena wycedziła te słowa przez zaciśnięte zęby. – Nie muszę ci chyba przypominać tych wszystkich rusałek, banshee, syren i selkie, które zaliczyłeś w ciągu tych ostatnich stu pięćdziesięciu lat. – Usta Leny wykrzywił na moment gorzki uśmiech. – Ja przynajmniej mam na tyle godności, że nie rżnę wszystkiego, co podsunie mi się pod nos. – Lena w końcu puściła Alastaira. – Ja chociaż mam gust.

- Tak… gust. – wysapał Alastair, pocierając gardło i wpatrując się z wyrzutem w Lenę. – Bo wilkołaki są takie trendy w ostatnich latach. Nie znam chyba żadnej nieśmiertelnej, która chociaż nie spróbowała takiego uwieść. – Teraz to Alastair się uśmiechnął. – Powiedz mi, Lena… co jest takiego w tych wilkołakach, że laski same do nich ciągną? Zwierzęcy magnetyzm, czy co? A może po prostu zwykły, nieszkodliwy, nadnaturalny bestializm?

Kolejne zaskoczenie – dłoń Leny wystrzeliła szybko ku twarzy Alastaira, wymierzając mu jeden siarczysty policzek.

- Hamuj się, człowieku. – powiedziała Lena niskim, lekko ochrypłym głosem. – Nie zapominaj, do kogo mówisz. Jestem dziedziczką klanu Valenti, Alastair. Jedno słowo – Lena wystawiła wskazujący palec prawej dłoni, nie przerywając kontaktu wzrokowego z Alastairem. – Jeszcze jedno słowo, i jak pragnę zdrowia, popamiętasz dzień, w którym twoja matka postanowiła puścić się z tym szkocko-niemieckim bękartem. – Lena cofnęła się o dwa kroki, zbliżając się do zejścia z tarasu. – Może i nasi rodzice postanowili nas ze sobą zeswatać, ale wiedz jedno, Alastair; znajdę sposób, żeby się wywinąć z tego małżeństwa. Nawet gdybym musiała dać się zapylić żywiołakowi powietrza.

Jackson przyglądał się, kompletnie oniemiały, jak Lena schodzi z tarasu, po czym pospiesznie oddala się od swoich towarzyszy – byle tylko znaleźć się jak najdalej od tego dziwaka, Alastaira.

Wilkołak odczekał kilka chwil, nim nie ruszył za nią. Nie chciał, aby Igor i Amanda go spostrzegli. Nie chciał też, żeby Lena wyczuła, że ją śledzi. Nie chciał się ujawniać – a przynajmniej jeszcze nie teraz.

Szybko odnalazł jej zapach – trudno było go pomylić z czymś innym. Zapach dziewczyny przypominał Jacksonowi zapach kwiatów konwalii; charakterystyczny aromat, którego nie dało się łatwo zapomnieć. Śledził ją przez długi czas, aż nie znalazł się poza miastem, gdzieś na północ od wsi Keresley End.

Dziewczyna weszła do małego lasku znajdującego się na zachód od wsi – tyle Jackson na razie wiedział. Była bardzo szybka – Jackson wyczuwał ją teraz dobre dwieście metrów od siebie. Lena musiała już znajdować się w centrum tego lasu.

Jackson ruszył bez wahania za nią. Wyczuwał jej zapach na każdym kolejnym drzewie, jakie mijał – zupełnie jak gdyby Lena specjalnie dotykała ich dłonią, zostawiając na nich swój ślad. Z pewnością powinno to zniechęcić Jacksona do dalszego śledzenia dziewczyny. Ale nie… on musiał iść dalej. Po prostu musiał. Przyspieszył nawet kroku, chcąc doścignąć Lenę.

Nagle wpadł na coś – ot tak, kompletnie nie uważając na to, co na pod nogami. Potknął się o to i upadł, wykładając się na ziemi jak długi. Zaraz potem z jego ust pociekł stek przekleństw. Każde następne było gorsze od poprzedniego.

- Pieprzony konar… – mruknął Jackson, obracając się na plecy.

Zamarł jednak, gdy jego spojrzenie powędrowało do przodu, w miejsce, przy którym się potknął.

To nie jest konar. To. Zdecydowanie. Nie. Jest. Cholerny. Konar!

To był trup – leżący sobie ot tak, najnormalniej na świecie pośrodku małego lasu trup! I do tego miał cały pakiet – rozerwane gardło, wytrzeszczone ze strachu oczy, krew dookoła… no normalnie wszystko.

Jackson, nie wstając z ziemi, odczołgał się pospiesznie w tył, byle tylko znaleźć się jak najdalej od nieboszczyka. Może i był wilkołakiem od prawie dwunastu miesięcy, ale do teraz nie przywykł do widoku martwych ciał – tym bardziej po tym, co odczyniał swego czasu jako kanima.

- Wilkołak, który boi się jednego trupa… no tego jeszcze nie widziałam. – Jackson odwrócił się gwałtownie, podnosząc się do przykucniętej pozycji.

No oczywiście… Lena musiała tu być. No bo kto inny mógłby to być?

Lena przeszła powoli wokół Jacksona, aż nie doszła do ciała zamordowanego mężczyzny. Jednym kopniakiem przekręciła ciało na brzuch, wydając przy tym cichy jęk obrzydzenia.

- Szpieg Rady… nawet po zakończonym procesie muszą bawić się w takie dziecinne podchody. – Lena uśmiechnęła się lekko, przenosząc swoją uwagę na Jacksona. – Nie bój się tak, Jackson. Zabiłam go po to, aby cię bronić… poniekąd. – dodała Lena, wznosząc oczy nieznacznie ku górze. Perfidnie udawała, że teraz się nad czymś głęboko zastanawia. – Oczywiście, broniłam też tym samym siebie. Nie chcemy przecież, żeby taki szpieg wypaplał Radzie, że wilkołak, którego miałam zaciukać w tym tanim motelu, nadal łazi za mną. Mało tego, wie czym jestem. – Lena przechyliła głowę w bok, wydymając usta. – Bo wiesz już pewnie, czym jestem, no nie?

- Tak. – Jackson stanął prosto, nie unikając przenikliwego spojrzenia Leny.

Dziewczyna uśmiechnęła się z zadowoleniem, robiąc mały krok do przodu.

- To bardzo… bardzo dobrze. – Uśmiech nawet na moment nie zszedł z ust dziewczyny. – Tym więcej zabawy dla mnie.

Jackson zmarszczył brwi, nie rozumiejąc znaczenia tych słów. Zrozumiał je dopiero wtedy, gdy jego wzrok spoczął na tęczówkach dziewczyny.

Już nie były ciemnoniebieskie. Teraz były w kolorze lodowo-niebieskim. Białka jej oczu zmieniły z kolei kolor na szaro-niebieski.

Dziewczyna szykowała się do walki. Nie do jakiejś głupiej przepychanki – Lena zamierzała go zaatakować.

A Jackson, przeklinając swoją niezmierzoną głupotę, przypomniał sobie nagle, że przecież nie wie nawet, jak walczyć z sukubem.

Zginie… jak nic zginie tu.

No gorzej już chyba być nie mogło.


Ay wey...wreszcie udało się nadrobić zaległości :) Długo mnie nie było, ale w końcu wracam. Egzaminy mam już za sobą - tylko w następnym tygodniu zostało mi trochę pobiegać z indeksem po wpisy, i tyle.

Nad rozdziałem ósmym trwają już wstępne prace, więc jak dobrze pójdzie, to powinien pojawić się w następnym tygodniu. Przy okazji chciałam poinformować o innym projekcie, który może się niedługo pojawić. Będzie to fanfiction na temat Death Note. Zatytułowane będzie "Seizure", a centrum opowiadania będzie Beyond Birthday - no i poniekąd też L. To będzie, jak zwykle, opowiadanie z OC. Okładka już jest gotowa, pierwszy rozdział napisany, zwiastun zrobiony w około 50 procentach... zostało tylko napisać jeszcze 2-3 kolejne rozdziały, żeby w razie braku weny można było wrzucać, i gotowe :)