Rozdział jedenasty: Ostatnia dobra dziewczynka
Gdy Lena, Igor i Amanda dotarli w końcu do domu, od razu zostali zmuszeni do spotkania się z rodzicami.
Amanda ani razu się nie odezwała. Wodziła tylko tymi przestraszonymi, szeroko otwartymi oczami od Leny i Igora do ich rodziców i z powrotem, zastanawiając się, które z nich złamie się pierwsze. Igor jednak nie zamierzał dać takiej satysfakcji swoim rodzicom. Będzie wiernie stał u boku swojej siostry do samego końca. Nie da się podejść tak łatwo.
A Lena… Lena to już w ogóle się nie złamie. Była dodatkowo wściekła. A to była mieszanka wybuchowa, najgroźniejsza, jaką Amanda kiedykolwiek widziała. Wiedziała, że jej przyjaciółka jest bliska wyrzucenia swoim rodzicom wszystkiego, czego dopuścili się w ciągu ostatnich kilku dekad. Czekała tylko na odpowiedni moment.
- Gdzie wyście się udali?! – zagrzmiał Fryderyk, stojąc naprzeciwko swoich dzieci. Tak jak Diana ignorował on osobę Amandy, w ogóle nie zwracając się w jej stronę. Była śmiertelniczką, partnerką Igora. Osoba taka jak ona w ogóle nie obchodziła istoty pokroju Fryderyka. – I po co? Czego tam szukaliście? I z kim chcieliście się spotkać?
Lena z trudem powstrzymała triumfalny uśmiech, jaki zaczął błądzić po jej wargach. Czyli mieli jednak choć trochę szczęścia – strażnicy wysłani przez jej rodziców nie wyczuli na tamtym terenie zapachu Jacksona. I dobrze. Tym lepiej dla niej, Igora i Amandy. No i dla Jacksona, oczywiście.
- Ojciec zadał wam pytanie. – powiedziała cichym głosem Diana, mierząc groźnym spojrzeniem swoje dzieci. Mimo jej nastawienia ani Lena, ani Igor nic nie odpowiedzieli. Przechodzili już przez to nie raz. Nie da się ich tak łatwo zagiąć. – Lena, na miłość boską… – jęknęła nagle kobieta, wnosząc spojrzenie ku niebu. – Jesteś spadkobierczynią naszego majątku. Przyszłą liderką klanu. Nie możesz tak się zachowywać. Nie możesz ryzykować zszargania swojej reputacji w ten sposób. Nie możesz…
- Mogę, matko. – przerwała jej nagle Lena. – Mogę robić te wszystkie rzeczy. Nie żyjemy już w renesansie czy średniowieczu, gdzie kobieta nie mogła nawet dłużej spojrzeć na jakiegoś mężczyznę, bo zaraz nalepiano jej plakietkę „nierządnica". A zresztą… o jakiej ty reputacji w ogóle do mnie mówisz? – Lena zaśmiała się głośno. Diana spiorunowała ją mroźnym spojrzeniem, ale nic nie powiedziała. Czekała na to, co jej córka ma jej do powiedzenia. – Jesteśmy sukubami, matko. Sukubami. Żyjemy z tego, że zaliczamy wszystko, co się rusza, ma dwie nogi i nie spierdziela na drzewo. Zabijamy swoich przelotnych partnerów po jednej nocy. Żywimy się energią życiową innych. My rodzimy się niemoralni. I niemoralni umieramy.
- Nie mów tak. – powiedziała w końcu Diana. Głos miała słaby i lekko zachrypnięty. Lena przez moment poczuła ukłucie żalu, że doprowadziła do takiego stanu swoją matkę, ale zaraz potem przypomniała sobie, jak dobrą aktorką ona była. Jej matka nie miała w zwyczaju przejmować się takimi słowami – w swoim życiu usłyszała o wiele, wiele gorsze rzeczy. Teraz zapewne tylko grała, aby zmusić Lenę i Igora poczucia winy za to, co zrobili.
Ale tak się nie stanie. Lena nie miała już stu lat, i nie była taka naiwna jak kiedyś. Już nie da się podejść w ten sposób.
- A dlaczego miałabym tak nie mówić? – odcięła się automatycznie, gdy tylko jej matka wzięła głęboki wdech, aby się „uspokoić". – Taka jest przecież prawda. Udajemy, że jesteśmy moralni, prawi i w ogóle niesamowici, ale prawdą jest to, że nie różnimy się wcale tak bardzo od innych gatunków nadprzyrodzonych żerujących na ludziach. Jedyną różnicą między nami a nimi jest to, że oni przynajmniej otwarcie się przyznają, że to, co robią, jest złe, ale muszą to robić, aby przetrwać. My z kolei wmawiamy wszystkim, że w śmierci niewinnego człowieka nie ma nic złego. Że powinien być ostrożniejszy w kontaktach z obcymi, jeśli chce przetrwać. I że to właśnie dlatego ludzie są naszym pożywieniem – bo są gorsi od nas. – Lena z trudem powstrzymała się od tego, aby się teraz roześmiać. Wreszcie otwarcie postawiła się swoim rodzicom. Wiedziała, do czego to doprowadzi, ale już jej to nie obchodziło. Podjęła decyzję o tym, co chce zrobić ze swoim życiem. I nie było w nim miejsca na dalsze kłamstwa i latanie na każde skinienie Rady. Świat, w którym dotychczas żyła, musiał się zmienić. I tylko to, co zamierzała zrobić, będzie w stanie do tego doprowadzić.
- Zadam wam to pytanie po raz ostatni. – odezwał się nagle Fryderyk. Lena przeniosła na niego spojrzenie, przyglądając mu się z niemalże znużeniem. Wiedziała, co zaraz im zacznie wmawiać, i nie bała się tego ani trochę. – Po co tam poszliście? Z kim się tam spotkaliście?
- Z nikim. – odpowiedzieli jednocześnie Lena i Igor. – Poszliśmy się po prostu przewietrzyć. – dodał po chwili Igor, uśmiechając się krzywo.
Ich rodzice, naturalnie, nie kupili tego. Ich miny i aura, jaka ich otaczała, mówiły same za siebie.
- Jeśli się zaraz do wszystkiego nie przyznacie, jak nic poślę po Radę. – warknął Fryderyk. Ani na Lenie, ani na Igorze nie zrobiło to większego wrażenia. Oboje wiedzieli, że ich ojciec powie właśnie to. Dlatego też żadne z nich się nie odezwała. Amanda również milczała, trzymając się twardo u ich boku. – Naprawdę chcecie tego? – spytał się ich po chwili, licząc na to, że może jednak któreś z nich się złamie. Nic takiego jednak się nie stało, i rozeźliło to Fryderyka jeszcze bardziej. – Dobrze. Skoro chcecie właśnie tego… to dostaniecie to. – mężczyzna zerknął jeszcze na swoją żonę, która skinęła nieznacznie głową, zgadzając się na to, co miał swoim dzieciom do zaanonsowania. – Rada dowie się o tym. Wyślę do nich wiadomość, że doszło do zdrady w rodzinie królewskiej. Że któreś z was spiskuje przeciwko nam. Może wtedy któreś z was łaskawie pójdzie po rozum do głowy.
Igor w tym momencie poruszył się niespokojnie. Fryderyk uśmiechnął się, zadowolony, licząc na to, że jego syn za moment się złamie.
Nawet się nie waż. – Lena połączyła się z nim telepatycznie w dosłownie ostatniej chwili. Wyczuwała, że Igor zaczął mieć wątpliwości. Nie mogła dopuścić do tego, aby wydał ją, Amandę czy Jacksona. – Zaszliśmy już za daleko, aby się teraz wycofać. Pamiętaj, Igor; tylko my możemy teraz to wszystko zmienić. Tylko nasze działania mogą zmienić nasz świat. Jeśli tego nie zrobimy, nasze klany do końca świata pozostaną w ciemnych wiekach. I nigdy nie pozbędziemy się wpływu Rady na nasze życia.
Jej słowa poskutkowały – Igor wyprostował się dumnie, po czym uśmiechnął się drwiąco do ojca i matki. Ci od razu zrozumieli, że przegrali ten bój – ani Lena, ani Igor nie złamią się. Mogliby jeszcze spróbować złamać Amandę. Była przecież tylko człowiekiem, słabym, nieodpornym na ból. Wiedzieli jednak, że gdyby to zrobili, wówczas nie tylko nie uzyskaliby potrzebnych informacji, ale też i permanentnie stracili szacunek, miłość i zaufanie swoich dzieci. A na to jedno nie mogli sobie pozwolić. Mogli wydać ich Radzie, ale nie mogli dopuścić do tego, aby ktoś im bliski został skrzywdzony z ich winy. Tego jednego Igor i Lena nigdy by im nie wybaczyli.
Diana i Fryderyk kazali zamknąć swoje dzieci i Amandę w jednym z pokojów na piętrze. Mieli tam zaczekać na swój proces przed Radą. To od nich teraz będzie wszystko zależało.
- Nie wiem, czy robimy dobrze. – przyznał Igor półszeptem, gdy w końcu znaleźli się sami i upewnili się, że nikt nie czatuje za drzwiami, a także że w pokoju nie podłożono żadnych pluskw – ani tych „ludzkich", ani tych nadprzyrodzonych. – Może jednak powinniśmy z tym wszystkim przystopować.
- Weź wyhoduj sobie jaja, człowieku. – warknęła Lena, mocno poirytowana zachowaniem swojego brata. – Nie możemy się już z tego wycofać. Chcieliśmy pozbyć się Rady już od dekad. A teraz, dzięki przypadkowi Jacksona, wreszcie mamy ku temu sposobność.
- Ale co zyskamy na tym, że nas wykopią z klanu? – upierał się dalej Igor. – Rada po prostu wybierze na nowego przyszłego lidera kogoś z którejś z bocznych gałęzi klanu.
- Ale nie dostaną tego, kogo chcą mieć na szczycie. – przypomniała mu Lena. Amanda pokiwała gorliwie głową, zgadzając się z przyjaciółką w zupełności. – Pamiętasz, co ci kiedyś mówiłam, Igor? Że przyjdzie kiedyś czas, że honor rodziny stanie się dla nas nieważny, i że jedyne, co będzie się liczyło, to trzymanie się razem i postawienie się tym durnym, przestarzałym zasadom, które nam narzucają. Zbyt długo tkwimy w tym ciemnogrodzie, bracie. Czas w końcu to zmienić.
- I jak to zrobimy, skoro nie będzie nas tu, żeby nad tym panować? – spytał się po chwili milczenia Igor.
Lena uśmiechnęła się szeroko, zadowolona, że jej brat w końcu zadał właściwe pytanie.
- Wcale nie musimy tu być, aby wygrać. – odpowiedziała ze spokojem. Igor zmarszczył nieznacznie brwi, nie do końca rozumiejąc, co Lena miała teraz na myśli. – Wystarczy, że reszta naszego świata zobaczy, co się dzieje z nami po tym, gdy już opuściliśmy ten dom wariatów. Gdy tylko zobaczą, że wciąż nam się dobrze powodzi, a także że brat zasad narzucanych nam przez Radę wychodzi nam tylko na dobre… wtedy zapragną tego samego. Wówczas my powrócimy na piedestał, a Rada ucierpi na tym najmocniej. A wtedy… wtedy pozbędziemy się tej instytucji raz na zawsze. I wprowadzimy nasz gatunek w nową, lepszą erę.
