Rozdział dwunasty: Cena milczenia


Następnego dnia Lena, Igor i Amanda zostali obudzeni przez ludzi Fryderyka i Diany wczesnym rankiem. Słońce nie zdążyło nawet dobrze wzejść ponad horyzont, gdy trójka przyjaciół została zmuszona do przebrania się i wyjścia z domu.

- Gdzie oni nas zabierają? – spytała się wystraszona Amanda, gdy tylko została zapakowana do dużego wozu razem z Leną i Igorem.

- Wiozą nas najpewniej do siedziby Rady. – odpowiedziała jej Lena. Dziewczyna była nad wyraz spokojna. Wszystko, co przewidziała, spełniało się. Wszystko szło dokładnie po jej myśli. Lena nie mogła być bardziej zadowolona z obrotu, jaki ta sprawa przyjęła. – Rodzice już zaplanowali nam cały proces. Sądzą, że w ten sposób nas ukażą i przy okazji pokażą całej nacji sukubów i inkubów, że każdego Rada może kontrolować. – dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, niemalże triumfalnie. – Ale to im się nie uda. Nie mają na nas żadnego haka. – Lena zerknęła następnie na Igora, który siedział po jej prawej stronie. – Pamiętasz, co ci mówiłam dzisiaj w nocy?

- Pamiętam. – odpowiedział jej brat cichym, beznamiętnym tonem głosu. – Wszystko pamiętam. I na wszystko się zgadzam.

- Dobrze. – odparła Lena. Powoli obróciła się przodem do kierunku jazdy, a następnie spojrzała się w przednie lusterko. Kierowca, który ich obserwował, momentalnie powrócił spojrzeniem na drogę, napotykając harde, chłodne spojrzenie dziewczyny.

Po około pół godzinie jazdy w końcu dojechali na miejsce. Lena i Igor byli prowadzeni z przodu. Towarzyszyło im sześciu strażników ich rodziców. Amanda była prowadzona z tyłu, kilka kroków za nimi. Jej towarzyszyło tylko dwóch strażników.

Parę minut później cała trójka znajdowała się już w sali obrad Rady. Specjalnie dla nich wszyscy zebrali się o tak wczesnej porze. Lena mimowolnie uśmiechnęła się na samą tę myśl. Członkowie Rady mogli ich wszystkich kontrolować, ale sami byli też często czyimś podnóżkiem. W tym przypadku usługiwali rodzicom Leny i Igora. Tylko Fryderyk i Diana byli w stanie wyciągnąć tych nudziarzy z wyrek o tak wczesnej porze dnia.

- Czy macie świadomość, o co zostaliście oskarżeni? – spytał się ich jeden z członków Rady. Lena i Igor spojrzeli się po sobie, ale nic nie odpowiedzieli. Taki był ich plan. I zamierzali się go uparcie trzymać aż do samego końca. – Zostaliście przyłapani na spotkaniu z kimś spoza waszego klanu. Kimś, kto podobno jest wrogiem rasy sukubów. Chcemy znać jego imię.

Cisza. Lena jedynie przestąpiła z nogi na nogę, patrząc się wyzywająco po członkach Rady. Wiedziała, że nie mogą im nic zrobić, dopóki nie zbiorą realnych dowodów przeciwko nim. A to graniczyło z niemożliwym, dopóki Lena, Igor lub Amanda nie zaczną mówić.

- Podejrzewamy, Leno Visconti, że spotkałaś się tej nocy z wilkołakiem, którego oszczędziłaś kilka tygodni temu w Londynie. – odezwał się kolejny członek Rady. Lena przeniosła na niego znużone spojrzenie, wciąż milcząc. – Czy mogłabyś to potwierdzić?

- Nie, nie mogłabym. – odpowiedziała Lena nader spokojnym głosem. – Nie zamierzam nic wam wyjawiać. Nie jesteście moimi panami. A ja nie jestem waszą służącą. To, co robię w swoich wolnych godzinach, to wyłącznie moja sprawa. Mam prawo spotykać się z tym, z kim tylko zechcę.

Na moment pomiędzy członkami Rady zapanowało poruszenie. Poczuli się wyraźnie urażeni słowami Leny. Nie mogli jej jednak otwarcie skarcić – a przynajmniej jeszcze nie teraz. Fryderyk i Diana wyrazili się jasno na temat tego, że zarzuty ich dzieciom mają zostać postawione dopiero wtedy, gdy uda się od nich dowiedzieć czegoś sensownego. Rada znalazła się zatem w potrzasku. Nie wiedzieli, co począć z Leną i jej nagłą butnością.

- Tak, to był on. – powiedział nagle ktoś. Lena obróciła się gwałtownie, szeroko otwierając oczy ze zdumienia.

Do sali wkroczył śmiałym krokiem Alastair. Stanął on niedaleko Leny i Igora, po czym posłał dziewczynie długi, uroczy uśmiech. Lena odpowiedziała na niego wyłącznie zmrużeniem oczu i cichym syknięciem. Gdyby tylko mogła, rzuciłaby się teraz na tego wymoczka i urwała mu głowę gołymi rękami.

- Proszę, wyjaśnij nam to dokładniej. – poprosił inkuba jeden z członków Rady. – Skąd masz dowód, że to był właśnie on?

- Nie mam dowodu, że to był on, szacowna Rado. – odpowiedział Alastair. – Ale wiem, że to musiał być on. Lena oszczędziła go, to prawda… ale zrobiła nie tylko to. Wiem, że ten młody wilkołak podążył za nią tutaj, a ona go nie zabiła, tak jak zapewniała was, że to zrobi. Mało tego… utrzymywała z nim kontakt, gdy tylko odkryła jego obecność w swoim pobliżu.

Jego słowa wywołały istną burzę. Szum, jaki się rozległ, gdy wszyscy członkowie Rady zaczęli mówić w tym samym czasie, przyprawił Lenę o istny ból głowy.

- Czy to prawda, panno Visconti? – spytał się przewodniczący Rady, wpatrując się oskarżycielskim spojrzeniem w dziewczynę. – Czy to prawda?

Lena wzniosła spojrzenie ku górze, wzdychając przy tym ciężko.

Zatłukę go… jak Boga kocham, zatłukę dziada. Może nie teraz, nie przy tych wszystkich świadkach. Ale niech no tylko natknie się na mnie w ciemnej, pustej alejce… Alastair pozna, co to ból. I bardzo, ale to bardzo mu się to nowe przeżycie nie spodoba.

- Nie mam nic do powiedzenia na ten temat. – odpowiedziała w końcu Lena, zniżając spojrzenie na członków Rady. Ci znów na moment zaczęli między sobą dyskutować, próbując zapewne wymyślić coś, co przyspieszyłoby cały ten proces.

- Nie mamy zatem innego wyjścia. – odezwał się w końcu przewodniczący Rady. – Przyprowadźcie tu Everetta.

Lena i Igor spojrzeli się po sobie ze zdumieniem. Żadne z nich nie spodziewało się, że Rada dopuści się zaangażowania w to naczelnego kata klanu.

Przewodniczący westchnął przeciągle, wodząc spojrzeniem po całej trójce. W końcu jego spojrzenie stanęło na drobnej, jasnowłosej Amandzie. Skinieniem dłoni nakazał strażnikom przyprowadzić ją do siebie. Mężczyźni bez słowa wzięli dziewczynę za ramiona, po czym brutalnie zaczęli ciągnąć w stronę ławy radnych.

I wtedy właśnie rozpętało się istne piekło.

Igor z krzykiem rzucił się do przodu, chcąc chronić swoją partnerkę. To samo w tym czasie zrobiła Lena. W porę jednak znaleźli się przy nich kolejni strażnicy, którzy siłą przytrzymali ich w miejscu.

- Nie możecie tego zrobić! – krzyczała Lena, usiłując się wyrwać rosłym mężczyznom, jacy ją trzymali. – Matko! – zawołała nagle, przenosząc spojrzenie na Dianę. – Nie pozwólcie im na to! To przecież Amanda! To także wasza przyjaciółka!

Diana nie zrobiła jednak nic, podobnie jak Fryderyk. Lena spojrzała się na nich z niedowierzaniem, doświadczając nagle przykrego oświecenia.

Nikt z nich nam nie pomoże. Nigdy by nam nie pomogli. Wszystko, co tu istnieje, wciąż znajduje się w epoce zacofania i przestarzałych tradycji. W tej rodzinie nie można liczyć nawet na najbliższych. I oni cię zdradzą, gdy przyjdzie do starcia z Radą. Nawet własny rodzic ci nie pomoże, gdy znajdziesz się w poważnych tarapatach.

Lena rzuciła się jeszcze raz, ale tym razem skutecznie – powaliła jednego z trzymających ją strażników. Na drugiego wskoczyła, po czym użyła na nim szybko swoich mocy i unieszkodliwiła go, wysysając z mężczyzny część jego energii życiowej. Gdy i ten padł nieprzytomny na ziemię, dziewczyna obróciła się przodem w stronę strażników, którzy trzymali Amandę. Ci jak jeden mąż stanęli w miejscu, uświadamiając sobie nagle, w jak niekorzystnej sytuacji się znaleźli.

Rozprawienie się z nimi zajęło Lenie dosłownie chwilę. Była tak wściekła, że nie patrzyła na to, czy aby naprawdę faktycznie ich nie rani. Teraz liczyło się dla niej jedynie bezpieczeństwo tych, którym ufała.

Gdy tylko wyswobodziła Amandę, odsunęła się szybko w stronę Igora, który w międzyczasie także zdołał zająć się swoimi strażnikami. Lena odsunęła w jego stronę Amandę. Chłopak instynktownie osłonił ją własnym ciałem, nie pozwalając nikomu choćby podejść do niej.

Na moment zapadła iście grobowa cisza. Żaden z członków Rady nie był w stanie się odezwać. Wszystkim na ten jeden moment zabrakło języka w gębie.

- To, co zrobiłaś, jest niewybaczalne. – wydusił w końcu z siebie przedstawiciel Rady. – Zaatakowałaś naszych strażników, chcąc obronić zwykłego człowieka. Przełożyłaś dobro swojej rodziny nad dobro jednej nędznej śmiertelniczki.

- Po prostu to z siebie wyduś, człowieku. – wycedziła Lena, patrząc się mężczyźnie prosto w oczy. – No śmiało, powiedz te magiczne słowa.

Przewodniczący czekał tylko chwilę z finalnym werdyktem. Spojrzał się tylko po pozostałych członkach Rady, którzy nieznacznie skinęli głowami, zgadzając się z jego decyzją w zupełności.

- Zdradziłaś swój klan. Za karę zostajesz natychmiastowo wygnana z klanu, bez możliwości powrotu.

- I cudnie. – odcięła się Lena. – I tak zamierzałam stąd odejść.

Następnie dziewczyna skierowała się bez dalszych słów w stronę wyjścia. Alastair, który temu wszystkiemu się przyglądał w zdumieniu, zdecydował się jednak ją zatrzymać. Liczył zapewne na to, że być może jemu uda się jakoś przekonać Radę do zmiany decyzji.

- Lena… – zaczął niepewnie, kładąc dłoń na jej ramieniu. Dziewczyna jednak zrzuciła ją jednym ruchem, po czym spojrzała się na niego nienawistnie.

- Łapy precz, Alastair. – warknęła gniewnie. – Nie jestem twoją własnością.

Igor odczekał tylko chwilę. Gdy Lena była już przy drzwiach, chłopak zrobił pierwszy krok, potem następny, po czym ruszył za swoją siostrą. Za nim, niczym cień, podążyła Amanda.

- Zaczekaj! – zawołał przewodniczący, uświadamiając sobie nagle powagę tej sytuacji. – Ty nie zostałeś skazany, Igorze Visconti! Teraz to na tobie leży odpowiedzialność spadkobiercy całego rodu.

Igor uśmiechnął się gorzko, słysząc to. Powoli odwrócił się w stronę przewodniczącego, po czym posłał mu takie spojrzenie, że ten aż zaniemówił.

- Nigdy nie bawiły mnie te polityczne gierki. – powiedział, wciąż patrząc się mężczyźnie prosto w oczy. – Ale skoro tak bardzo zależy wam na tej władzy, to wybierzcie sobie lidera między sobą. Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

I wyszedł razem z Amandą, zostawiając wszystkich w kompletnym osłupieniu.