Rozdział piętnasty: Droga do domu
Jackson przyglądał się ze znużeniem pustynnemu krajobrazowi, jaki mógł teraz podziwiać za oknem samochodu.
Igor jechał najszybciej, jak tylko mógł. Wybierał te najmniej uczęszczane drogi, aby móc sobie „pofolgować" i pędzić jak na złamanie karku. Zarówno on, jak i Lena czy Jackson, chcieli już znaleźć się w Beacon Hills. Każde z nich miało jednak nieco inne powody ku temu. Jackson chciał wrócić do swoich przyjaciół. Lena chciała znaleźć tam miejsce na stworzenie nowego domu dla siebie, Igora i Amandy. Igora ciekawiły tamtejsze gatunki nadprzyrodzonych istot. Amanda, która jak na razie ślepo podążała za dwójką swych przyjaciół, zwyczajnie chciała zobaczyć jakieś nowe miejsca.
Nastolatek przeniósł spojrzenie na Amandę i Igora. Dziewczyna siedziała obok swojego chłopaka, na siedzeniu pasażera z przodu samochodu. Jackson przyglądał się im przez jakiś czas. Już od jakiegoś czasu po jego głowie kołatało się pytanie, jakim cudem inkub tak doświadczony i żyjący już od wielu wieków na tym świecie zdecydował się wybrać sobie za partnerkę zwykłą śmiertelniczkę.
Muszę się ich o to spytać. Po prostu muszę. Chcę wiedzieć, dlaczego ją wybrał. Dlaczego wolał zwykłego człowieka od innej przedstawicielki swojego gatunku. Muszę to wiedzieć.
- Po prostu się ich o to spytaj. – dobiegł go nagle głos Leny. Jackson wzdrygnął się gwałtownie, wyrwany w zamyślenia. Spojrzał się szybko na Lenę, która uśmiechała się kątem ust, wyraźnie rozbawiona. – Wiem bardzo dobrze, co ci teraz łazi po tej twojej wilkołaczej głowie. Nie muszę być do tego telepatką. Wszystko masz wypisane na twarzy.
- Niech zgadnę. – odezwał się w tej chwili Igor, nie odrywając przy tym nawet wzroku od drogi. – Pewnie gość chce wiedzieć, czemu ja i Amanda jesteśmy razem.
- Nie inaczej. – po słowach Leny ona i Igor zaśmiali się głośno. Zaśmiała się również Amanda. Tylko Jackson siedział naburmuszony, poirytowany faktem, że tak łatwo dał się przejrzeć.
- No dobra. – powiedział chwilę później Igor, gdy już przestał się śmiać. – Odpowiedź na tę zagwozdkę jest niesamowicie prosta. Widzisz, Jackson… – tu Igor na moment obrócił się w siedzeniu, aby zerknąć na nastoletniego wilkołaka, siedzącego zaraz za nim. – Śmiertelnicy są jedyną rasą, którą sukuby i inkuby tolerują. Nie stanowią dla nas większego zagrożenia, są niezwykle podatni na manipulacje umysłem, a do tego ich aura życiowa jest niezwykle smakowita. – dodał na koniec Igor, uśmiechając się przy tym zawadiacko. – Rada zezwala nam na bratanie się z ludźmi właśnie z tych powodów. A ja osobiście preferuję ich towarzystwo ponad towarzystwo sukubów, ponieważ większość lasek z naszego gatunku to zwyczajnie straszne nudziary. Śmiertelnicy są o wiele ciekawsi.
- No nie wiem. – odparła Lena w zamyśleniu. – Raczej bym się z tobą nie zgodziła w kwestii najsmaczniejszej aury. Fakt, ludzie wydają się niezwykle apetyczni, ale od dawna uważałam, że zdecydowanie ciekawszy smak ma esencja życiowa wilkołaków.
Jackson zamarł w jednej chwili. Sens tych słów dotarł do niego wręcz natychmiastowo. Chłopak zerknął z niepokojem w stronę Leny, zastanawiając się gorączkowo nad tym, co dokładnie się za tym kryło.
Lena również dostrzegła zmianę aury u chłopaka. Zerknęła na niego szybko, po czym zaśmiała się nerwowo, machając przy tym bagatelizująco ręką.
- Och, nie musisz się o nic martwić. – zapewniła go, wciąż się śmiejąc. – Nie zamierzam z tego powodu zrobić z ciebie „przejażdżkowej przekąski". Nie po to cię ze sobą zabrałam, spokojnie.
Jackson westchnął z ulgą, ale wciąż wolał zachować czujność. Słowa Leny zaintrygowały go jednak na tyle, że zdecydował się ciągnąć dalej ten temat.
- Skoro nie planujesz zrobić ze mnie swojej przekąski, to o co właściwie chodzi z tą „apetyczną aurą"? Dlaczego uważasz, że to wilkołaki takową posiadają?
- Cała ta „smakowita aura" to tylko jedna, wielka przenośnia. – odpowiedziała mu Lena. – Większość nadnaturalnych istot ma bardzo… prymitywne aury, że tak to ujmę. Gdyby porównać to do zapachu, to wyszłoby z tego coś bardzo mocnego. Coś jak gdyby rozpylić całą buteleczkę bardzo silnych perfum w zamkniętym, małym pomieszczeniu. To jest niezwykle irytujące. Z wilkołakami jest jednak inaczej. – dodała po chwili, uśmiechając się przy tym nieznacznie. – Wielu mogłoby pomyśleć, że skoro wywodzicie się od wilków, to wasza aura byłaby taka sama – prymitywna i ostra. Ale tak nie jest. Uczucie, które odczuwa się przy was, jest bardzo przyjemne, niemalże kojące. Od zawsze dziwiłam się, dlaczego Rada nie pozwala nam się bratać z waszym gatunkiem. Posiadanie za partnera wilkołaka niesamowicie ułatwiałoby życie. Chwilami sama wasza obecność koi nerwy.
- Brzmi to tak, jakby to uczucie trochę przypominało to, co odczuwają wampiry ze Zmierzchu. No wiesz… wtedy, gdy spotkają takiego człowieka, którego krew… śpiewa do nich.
- Nie, to nic takiego. – sprostowała automatycznie Lena. Igor w tym momencie uśmiechnął się kątem ust, rozbawiony nagłym nawiązaniem do znanej książki dla nastolatek. – To jest wręcz coś kompletnie odwrotnego. Z tego powodu nie chce się zabijać. Chce się wtedy robić zupełnie coś innego; chronić osobę, która ową aurę posiada. Ta esencja przypomina nam bowiem o wszystkim, co jest dobre w życiu.
- Żartujesz sobie. – burknął Jackson. Był szczerze zdumiony tym, czego się właśnie dowiedział. Nigdy nie sądził, że przez bycie wilkołakiem mógłby wywołać w kimś takie uczucia.
- Ani trochę. – Lena pokręciła przecząco głową. – Z tego właśnie powodu nie zabiłam cię, mimo że moja natura sukuba powinna mnie do tego namawiać. Bądź co bądź, ale wilkołaki darzę ogromnym szacunkiem i sympatią. Gdy tylko zorientowałam się, że nie jesteś tym, za kogo cię uważałam, od razu przerwałam wszystko. No i podleczyłam cię swoimi mocami, nim nie odeszłam.
Jackson zamrugał intensywnie powiekami, głęboko zaskoczony tym, co właśnie usłyszał.
- Pod… leczyłaś mnie? – wydukał w końcu, wciąż będąc w głębokim szoku. – Naprawdę?
Lena przytaknęła pojedynczym skinieniem głowy.
- Tak. – odpowiedziała, po czym posłała chłopakowi szeroki, szczery uśmiech. – Nie zamierzałam ot tak po prostu odejść stamtąd. Chciałam być najpierw pewna, że przeżyjesz. Nie mogłabym zostawić kogoś takiego na pastwę losu.
Jackson nie wiedział, co na to powiedzieć. Kompletnie zabrakło mu słów, tak bardzo był tym wszystkim zaskoczony. Ostatecznie nie odezwał się już – skinął tylko nieznacznie głową na znak, że dziękuje Lenie za to, po czym obrócił się pospiesznie w stronę okna. Przez długi czas wpatrywał się w milczeniu w krajobrazy, jakie mijali. Słowa Leny cały czas kołatały się mu po głowie.
Nie zostawiła mnie tam samego… Najpierw mnie uleczyła, a potem jeszcze upewniła się, że przeżyję. Mogła mnie tam zostawić, ale tego nie zrobiła. Jackson obrócił się nieznacznie w stronę Leny i przyjrzał się jej uważnie. Dziewczyna, tak jak on przed chwilą, wyglądała po drugiej stronie auta przez okno. Wyglądała na dość mocno zamyśloną. Nastolatek uśmiechnął się słabo, przyglądając się tak jej przez jakiś czas. Chyba źle ją oceniałem. Ona wcale nie jest taka zła, jak się wydaje. Następnie przeniósł spojrzenie na Igora i Amandę. Dwójka była pogrążona w intensywnej rozmowie na jakiś temat. Jackson był zbyt rozkojarzony, aby przejmować się słuchaniem tego, o czym rozmawiali. To wiele zmienia.
To zmienia niemalże wszystko.
