Rozdział szesnasty: Witaj z powrotem, przyjacielu


Gdy minęli już znak powitalny Beacon Hills, Jackson momentalnie poczuł rosnącą ekscytację. Już niedługo miał znów zobaczyć swoich przyjaciół. Ciekawiło go, jak wiele się zmieniło w mieście od czasu, gdy stąd wyjechał. Scott i Allison z pewnością są jeszcze razem. Lydia pewnie zdążyła się już związać z kimś innym – kto wie, może nawet ze Stilesem. Ale pewnie to raczej się nie stało… nie, to raczej niemożliwe. Szybciej wybrała sobie kogoś z drużyny lacrosse. Albo jakiegoś innego sportowca. A sam Stiles pewnie dalej jest sam. Chociaż może…

- Jasna cholera! – zaklął nagle Igor, wyrywając Jacksona z zamyślenia. Nastolatek zdołał tylko zauważyć jakiś cień na szosie. Zaraz potem Igor zahamował gwałtownie, jednocześnie skręcając w stronę drzew, chcąc uniknąć kolizji z osobą stojąca na drodze.

- Uważaj! – krzyknęła Lena, wskazując na drzewo znajdujące się na drodze kolizyjnej. Igor zaklął soczyście, po czym skręcił ponownie. Minęli drzewo o dosłownie centymetry, po czym zatrzymali się zaraz obok niego. – Co to za debil tam stał? – ryknęła dziewczyna, obracając się gwałtownie w siedzeniu, aby spojrzeć się na osobę, która to spowodowała. Tamten człowiek wciąż tam stał. I chyba się na nich patrzył. – Zaraz mu tak przywalę, że zęby będzie zbierał przez następne milenium, jak Bozię kocham… – dziewczyna już zaczęła wysiadać z auta. Igor, równie mocno poirytowany co siostra, zrobił to samo. Jackson, nie widząc innego wyjścia, zrobił to samo. W aucie została tylko Amanda, przyglądająca się całej scenie z bezpiecznej odległości, w bezpiecznym miejscu.

- Hej, koleś! – krzyknął Igor, stając przy siostrze. – Co ty sobie wyobrażasz? Mogłeś kogoś zabić!

- Te, debil! – Lena już zakasywała rękawy, nie przestając się wpatrywać w nieznajomego z mieszaniną irytacji i rosnącej wściekłości. – Słyszałeś, co mój brat powiedział? Tłumacz się, ale to już!

Człowiek stojący na drodze nic im nie odpowiedział. Obrócił się tylko nieznacznie w ich stronę, po czym, ku zaskoczeniu całej trójki, uśmiechnął się niczym maniak.

- Oj, przesadził. – Lena ruszyła w stronę nieznajomego, tracąc resztki swojej cierpliwości. – Przesadził, i to zdrowo.

- Czekaj! – Jackson złapał nagle Lenę i pociągnął ją mocno w swoją stronę. Gdy dziewczyna spróbowała mu się wyrwać, ten objął ją mocniej i przycisnął pewnie do siebie. – Znam go. – powiedział, nie przestając wpatrywać się w nieznajomego z mieszaniną dezorientacji i zdumienia. Lena obróciła głowę w jego stronę, marszcząc nieznacznie brwi.

- Znasz go? – spytała się z niedowierzaniem. – Kto to jest zatem? I dlaczego… – nagle Lena zamarła. Jackson w jednej sekundzie wyczuł, jak całe jej ciało tężeje. Zaraz potem dziewczyna obróciła gwałtownie głowę w stronę człowieka stojącego na drodze. Jackson, trzymający ją wciąż blisko siebie, poczuł nagle delikatne drżenie.

Ona drży. – pomyślał. Mimowolnie zacisnął ramię jeszcze pewniej wokół niej, ale tym razem nie po to, aby ją przytrzymać. Zrobił to, aby ją podtrzymać.Ona się go boi. Ale dlaczego? Dlaczego miałaby się go bać? Jego nie powinno się bać. To przecież tylko…

- To ty. – wycedziła nagle Lena. Jackson momentalnie zamarł, powracając świadomością do świata realnego. Przyglądał się teraz w napięciu wymianie spojrzeń pomiędzy Leną a uśmiechającym się złowieszczo ciemnowłosym nastolatkiem.

- To ja. – odpowiedział chłopak, uśmiechając się jeszcze szerzej. – Tęskniłaś za mną, Lena? Na pewno tęskniłaś. – dodał po chwili. – Bo w jakim innym celu byś tu przyjeżdżała, jak nie po to, aby spotkać się ze starym znajomym?

- Znacie się? – zdumiał się Jackson. Lena obróciła się na moment w jego stronę. Była wyraźnie zdezorientowana tym pytaniem. – Znasz go?

- Tak, znam go. – odparła Lena. – Co prawda nie w tej formie, ale… – nagle dziewczyna wszystko zrozumiała. – Jackson, kto to jest? – spytała się szybko. Jej ciemnoniebieskie oczy otworzyły się szeroko z przerażenia, gdy wreszcie zrozumiała w pełni, co tu się dzieje, i co zapewne wkrótce będą musieli zrobić. – Jak ma na imię.

Jackson przełknął niepewnie gulę, jaka stanęła mu w gardle. Jeszcze wszystkiego do końca nie rozumiał, ale wiedział na tym etapie, że jeśli Lena się czegoś boi, to i on powinien się zacząć bać tego samego.

- To Stiles. – odpowiedział w końcu. – Chudy, niepozorny Stiles. Jeden z moich znajomych.

„Stiles" przechylił głowę w bok, a następnie przyjrzał się uważnie Jacksonowi.

- Ciebie za bardzo nie kojarzę. – powiedział. – Chyba jesteś nietutejszy… a nie, zaczekaj moment. – chłopak zrobił nagle taką minę, jakby nad czymś intensywnie myślał. – Ach, tak, już wszystko wiem. Jackson Whittemore, wilkołak, były chłopak tej słodkiej, rudej banshee. Już wszystko jasne. Przyjechałeś tu pewnie na małe spotkanko po latach? Och, wybacz mi, drogi, że ci zepsułem tę niespodziankę.

- Co w niego wstąpiło? – spytał się Leny Jackson, wyraźnie zdezorientowany tym wszystkim. – Dlaczego Stiles gada jak opętany?

- Bo został opętany. – wyjaśniła mu Lena. Jackson spojrzał się na nią ze zdumieniem. – Jego ciało przejął nogitsune.

- Dokładnie. – „Stiles" pstryknął palcami, a następnie wskazał palcem na Lenę i puścił do niej oko. – Jak to dobrze, że wciąż mnie pamiętasz, moja droga. Tak wiele lat minęło, od kiedy widzieliśmy się ten ostatni raz. Powinnaś być dla mnie nieco milsza, wiesz? Pomogłem ci wtedy przecież, nie pamiętasz?

- Tak, pamiętam. – odcięła się Lena. – Pamiętam też chaos, jaki wtedy rozpętałeś. Pamiętam też, jak wiele niewinnych istnień musiało zginąć, zanim udało nam się ciebie wygnać tam, skąd przylazłeś.

Nogitsune już szykował się do kolejnej słownej riposty, ale w tej samej chwili na drodze pojawiły się światła dwóch samochodów. Zbliżały się do nich z dużą prędkością. Nogitsune, gdy tylko to zobaczył, westchnął ciężko, wyraźnie tym poirytowany.

- Jaka szkoda. – powiedział, przenosząc na moment spojrzenie na nadciągające auta. Zaraz potem jednak przeniósł spojrzenie z powrotem na Lenę. – Jeszcze sobie pogadamy i nadgonimy stracony czas, Leno Valenti. A tymczasem… żegnam, panno Valenti. – dodał na koniec, po czym dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Jackson otworzył szeroko usta w zdumieniu, gdy to zobaczył.

- Od kiedy Stiles coś takiego umie? – zdumiał się. Lena prychnęła z niesmakiem, wciąż podenerwowana po spotkaniu z nogitsune.

- To nie jest moc tego twojego Stiles. – wyjaśniła mu. – To jedna z mocy nogitsune; teleportacja.

- Siostrzyczko… – zaczął Igor po chwili milczenia, jaka zapadła pomiędzy trójką. – Zanim tamci, którzy tu jadą, tu dotrą, mam do ciebie jedno pytanko… skąd znasz nogitsune? – to ostatnie słowo Igor praktycznie wykrzyczał. Lena tylko wywróciła teatralnie oczami, gdy usłyszała to pytanie.

- Długa historia, Igor. Opowiem ci ją później, jak będziemy mieli na to czas i właściwą okazję. Na razie musimy się pięknie uśmiechnąć i nie dać się zastrzelić. – tu Lena wskazała na grupę ludzi, jaka właśnie wysiadała z jednego z aut i kierowała się w ich stronę. – Mam nadzieję, że to również są twoi znajomi, Jackson. I że żadne z nich nie zostało opętane.

- Jackson? – krzyknęła w tym momencie jedna z nadciągających osób. Lena uśmiechnęła się szeroko, słysząc to.

- I jesteśmy uratowani. – powiedziała, wyraźnie zadowolona. – Znają cię. I raczej nie są opętani.

Zaraz potem do Leny, Igora i Jacksona podeszła nieduża grupa ludzi. Zdecydowanie przeważali tu nastolatkowie – to Lena dostrzegła praktycznie od razu. Było tu też kilku dorosłych. I jednego z nich Lena rozpoznała niemalże od razu.

- Noshiko Yukimura? – zdziwiła się Lena, otwierając szeroko usta z zaskoczenia. – Co ty robisz tutaj, w Beacon Hills?

- Lena Valenti? – Noshiko przystanęła, zdumiona widokiem starej znajomej. – I Igor Valenti? – kobieta dostrzegła bliźniaka Leny.

- Przywieźliśmy do Beacon Hills byłego mieszkańca. – Igor wskazał niedbałym gestem dłoni na Jacksona. – No i też na poważnie rozważamy zamieszkanie tutaj.

- Mamo, znasz ich? – spytała się nagle kobiety nieco niższa od niej dziewczyna. Lena od razu dostrzegła niespotykane podobieństwo pomiędzy nią a Noshiko. To z pewnością musiała być jej córka.

Pozostali tymczasem zatrzymali się, nieco zdezorientowani faktem, że mama Kiry okazała się znać nowoprzybyłych. Lydia i Allison zerkały tylko co jakiś na Jacksona, próbując domyślić się, w jaki sposób on znalazł się w środku tego rozgardiaszu z dwójką owych nieznajomych.

- To długa historia. – zaczęła Noshiko. Widząc jednak spojrzenie córki, poddała się niemalże od razu. – Ale, jak widzę, mamy chyba trochę czasu.

- W dużym skrócie… – przerwała jej nagle Lena. Znała Noshiko i wiedziała, że kobieta wcale nie będzie opowiadała tej historii szybko. A z tego co już zdążyła się zorientować, nie mieli wcale aż tak dużo czasu. Po mieście grasował niebezpieczny nogitsune, którego trzeba było jak najszybciej powstrzymać. – Ja i mój brat poznaliśmy twoją mamę, gdy mieliśmy po niespełna osiemdziesiąt lat. Wpadliśmy na trop watahy tanuki, która terroryzowała okoliczne wsie. Noshiko pomogła nam się z nimi rozprawić. Posiedzieliśmy sobie potem z nią trochę, podziękowaliśmy za wsparcie, popiliśmy trochę sake, a potem udaliśmy się w dalszą drogę. Koniec historii.

Kira przyglądała się nieufnie Lenie. Po tym, jak ta skończyła opowiadać skróconą historię poznana Noshiko, Kira obróciła się w stronę matki, szukając u niej potwierdzenia tego wszystkiego.

- To prawda? – spytała się Kira. Noshiko tylko przytaknęła skinieniem głowy. – Powiedzieli, że mieli wtedy po osiemdziesiąt lat… ile ty wtedy miałaś?

- Nieco ponad dwieście lat. – odparła Noshiko. – To miało miejsce w drugiej połowie dwunastego wieku.

Jackson w tym momencie obrócił się ku Lenie i Igorowi, wyraźnie czymś zszokowany.

- Macie po osiemset lat? – wypalił głośno. Igor tylko się roześmiał. Odpowiedzi chłopakowi udzieliła Lena.

- Mniej więcej. – odpowiedziała. – Mamy prawie po siedemset trzydzieści lat. – Lena w tym momencie obróciła się na moment w stronę Igora. Przyjrzała się uważnie Amandzie, która właśnie wysiadła z samochodu, i która właśnie podeszła do swojego chłopaka, aby zaraz potem objąć go mocno za ramię i przysunąć się do nieco tak blisko, jak tylko to było możliwe. – Mówiłam ci przecież, że jesteśmy „wiekowi".

- Owszem, mówiłaś. – odparł Jackson. – Ale nie sądziłem, że macie aż tyle lat.

Lena tylko prychnęła cicho, ani trochę nie przejmując się słowami chłopaka.

- Są na tym świecie o wiele starsze próchniaki, uwierz mi. – następnie Lena obróciła się z powrotem w stronę Noshiko i pozostałych. – Ten nogitsune, który tu grasuje… kto go przyzwał?

- Najprawdopodobniej nikt. – odpowiedziała Noshiko. – Musiał się sam uwolnić z pułapki, w jakiej zamknęłam go w latach czterdziestych dwudziestego wieku.

- A zatem też go znasz? – spytała się Lena. Noshiko potwierdziła to pojedynczym przytaknięciem.

- Ty też go znasz?

- Niestety. – Lena prychnęła ponownie, tym razem z irytacji. – To długa historia. Później ci wszystko wyjaśnię.

- Czyli pomożesz nam go pokonać, prawda? – Noshiko dociekała dalej. Lena westchnęła przeciągle, ale zaraz potem przytaknęła pojedynczym skinieniem głowy.

- Pomogę wam.

- Chwilka… – tu w rozmowę wciął się jeden z nastolatków. Po jego aurze Lena od razu poznała, że był on wilkołakiem. I to na dodatek alfą. – A kto powiedział, że my chcemy ich pomocy? Nie znamy ich.

- Scott, Lena i Igor są niezwykle doświadczonymi, utalentowanymi i potężnymi przedstawicielami rasy sukubów. – odpowiedziała Noshiko. – Na pewno przyda się nam ich pomoc.

Chłopak nazwany Scottem nic już nie odpowiedział. Jego milczenie Lena uznała za zgodę. Zaraz potem razem z bratem, Amandą i Jacksonem wsiedli z powrotem do swojego auta i ruszyli za dwoma autami w stronę domu młodego alfy.

- Ciekawe spotkanie, nie powiem. – powiedziała Lena, przerywając niezręczną ciszę, jaka zapadła pomiędzy całą trójką. – Znajomi chyba ucieszyli się na twój widok, co nie?

- Trudno mi powiedzieć. – odparł Jackson. – Całą ich uwagę przyciągnął raczej fakt, że znasz matkę tamtej Azjatki.

- Och, nie zamartwiaj się tym tak. – Lena z uśmiechem poklepała chłopaka po ramieniu, po czym przytuliła go na moment do siebie, mierzwiąc mu przy tym włosy wolną dłonią. – Na pewno gdy dojedziemy na miejsce, to zabiorą cię nam, żeby nadgonić stracony czas.

Lena nie myliła się – gdy tylko znaleźli się w domu Scotta, grupa rozdzieliła się – Lydia i Allison zabrały Jacksona na stronę, aby dopytać się go o wszystkie szczegóły. Lena i Igor tymczasem udali się razem z Noshiko do salonu, gdzie niemalże od razu podjęli rozmowę o nadchodzącej walce z nogitsune.

- Skubaniec jest naprawdę silny. – powiedziała Noshiko. – Może jego nowe ciało nie wygląda na takie, ale nogitsune miał czas i możliwości, aby urosnąć w siłę. Na dodatek chyba zainteresował się młodą banshee. – tu Noshiko wskazała na niską, rudowłosą dziewczynę, która właśnie rozmawiała z Jacksonem. – Chce jej chyba do czegoś użyć.

- Biorąc pod uwagę to, jak reagują na nią inni, pewnie chce jej użyć jako przynęty. – odparła Lena, również przyglądając się uważnie Lydii. – Ja bym tak na jego miejscu zrobiła. – dziewczyna następnie obróciła się z powrotem w stronę Noshiko, a następnie uśmiechnęła się do niej szeroko. – To jak, Noshiko? Jakie masz plany co do pokonania nogitsune?

- Chcemy przede wszystkim wyciągnąć go z tego chłopaka. – odparła kobieta. – Jest on częścią tej grupy. Te dzieci na pewno nie pozwolą na to, aby coś mu zrobić.

- Rozumiem. – Lena pokiwała w zamyśleniu głową. – Trzeba będzie zatem opracować jakiś porządny, solidny plan. Na początek proponowałabym… – Jej dalsze słowa zaniknęły przez głośny dźwięk tłuczonego szkła. Lena zamilkła i obróciła się szybko w stronę hałasu. Zaraz potem sama zamarła, zaskoczona tym, co właśnie zobaczyła.

Peter Hale stał w wejściu do domu Scotta. Wpatrywał się z niedowierzaniem w siedzącą jak gdyby nigdy nic na kanapie Lenę. Mężczyzna spojrzał się w te ciemnoniebieskie oczy, wpatrujące się teraz w niego z zaciekawieniem. Peter przełknął następnie ciężką gulę, jaka stanęła mu w gardle, aby zaraz potem wypowiedzieć jedno słowo.

- Lena.