betowała wrotka777:*
- Nie spytałeś, nawet kiedy – zauważył Derek.
- Dzień tygodnia nie gra roli. Pracuję – odparł Stiles całkiem szczerze i Derek zmarszczył brwi.
- Masz chyba pełną opiekę nad Scottem – zaczął mężczyzna i przygryzł wargę. – To znaczy nie chciałem…
Stiles westchnął.
- Widziałem, jak rozmawiałeś z Malią. W Beacon Hills nie ma tajemnic. A, przynajmniej takich, które utrzymałyby się długo – uspokoił go. – Jestem prawnym opiekunem Scotta – potwierdził spokojnie. – Co nie oznacza, że będę go, gdziekolwiek podrzucał, gdy zamierzam wyjść… - zaczął.
- Nie o to mi chodziło – wszedł mu szybko w słowo Derek. – Chciałem zapytać, kiedy się z nim widujesz skoro cały czas pracujesz.
Stiles lekko zaskoczony, przestał maltretować omlet. W zasadzie Derek, jako pierwszy prócz kuratora z opieki społecznej się tym zainteresował. Lydia, oczywiście bez pytania starała mu się ułatwiać życie, ale ona nigdy nie należała do osób, które rozmowy zaczynają, by porozmawiać o cudzych problemach. Z całą miłością do niej, Stiles był całkiem świadom jej zalet i wad. I akceptował ją w całości, tak jak ona akceptowała jego.
- Dajemy radę – odpowiedział wymijająco.
- Pracujesz w barze i w klinice weterynaryjnej… - ciągnął dalej Derek. – Nie próbowałeś znaleźć innej pracy?
Stiles zaśmiał się krótko, odkładając widelec.
- Inna praca uniemożliwiłaby mi chodzenie do szkoły oraz widywanie Scotta – oznajmił mu chłodno. – I nie powinno cię to kompletnie interesować – dodał już ostrzej.
- Nie chciałem cię urazić – zaczął Derek pośpiesznie z lekką paniką. – Chodziło mi o to, że jestem pod wrażeniem – ciągnął dalej. – Uczysz się, i Stanford… i praca na dwa etaty…
- Pół etatu – wtrącił Stiles. – Pracuję na pół etatu – wyjaśnił krótko.
Scott rósł, a on nie miał, kiedy chodzić do pracy. Pani Cavano nie mogła być wiecznie wyrozumiałą sąsiadką. A Lydia też potrzebowała czasu na naukę. Oboje zresztą starali się jakoś odrabiać lekcje, gdy Scott robił swoje, ale jego brat też potrzebował pomocy przy swoich zadaniach. Ubezpieczenia, paliwo do jeepa, rachunki. Lista wydatków ciągnęła się w nieskończoność, a praca u Deatona nie była, aż tak intratna. Weterynarz zresztą i tak był wyrozumiały. Stiles spóźniał się po trzy, czy cztery razy w miesiącu i Alan nie powiedział mu złego słowa. Nie odbijał tego też od jego tygodniówek. Weekendy u Harry'ego pozwalały mu potem spędzać, przynajmniej czas w ciągu dnia ze Scottem, ale to wciąż nie było za wiele. Wraz z rentą, którą mieli po ojcu i ubezpieczeniem po rodzicach nie wyglądało, to najgorzej. Najlepiej jednak też nie.
O czymś takim, jak oszczędności mogli zapomnieć.
Derek milczał, jakby nie wiedział, jak to skomentować i Stiles nie był zaskoczony. Sporo osób starało się nawiązać z nim jakiś kontakt tylko po to, aby w połowie rozmowy tego pożałować. Wiele osób nie wiedziało jak ma zareagować. Większość starała się jakoś wyrazić, że im przykro z powodu ich rodziców, ale koniec końców zawsze, to wychodziło zbyt niezręcznie.
Stiles wiedział, że Derek pakował się w sam środek właśnie takiej pułapki i pozwolił mu, na to z przyjemnością. Nie miał czasu na chodzenie po prywatkach, ani tym bardziej na ludzi, którzy chcieli poczuć się lepiej poprzez okazanie mu współczucia, którego nie potrzebował.
- Musimy ze Scottem wracać do domu – powiedział, podnosząc się.
Jego brat odłożył widelec, którym dłubał w jakimś większym kawałku jabłka, które nie rozpuściło się podczas gotowania. Alice uniosła kciuk do góry, obwieszczając, że ma już ich rachunek, więc ruszył w kierunku kasy, zdając sobie sprawę, że trochę zaburza miejscowe zwyczaje. Przeważnie kelnerki przynosiły rachunki do stolików.
Wyciągnął portfel, czując nagle, że Derek stoi tuż za nim.
- Ja was zaprosiłem – powiedział Hale, dokładnie tak, jak Stiles się spodziewał.
- Na pizzę. Wybrałem miejsce, więc ja płacę – odparł krótko i puścił oczko do Alice, która wzięła jego pieniądze bez wahania dodając największy rabat.
Jadali tutaj z ojcem i jego matką jeszcze na długo zanim nauczył się chodzić. Knajpa zmieniała nazwy i właścicieli na przestrzeni lat, aż Alice i Eddie wykupili ją na dobre.
Scott chwycił go za nogawkę spodni, jakby bał się, że się gdzieś zapodzieje, gdy ludzie zaczęli wychodzić.
- Miło cię było widzieć – powiedział jeszcze Stiles, gdy mijali Dereka, który przyglądał im się z nieokreślonym wyrazem twarzy.
ooo
W zasadzie najchętniej przeprowadziłby się do pani Cavano. Część obiadów i tak jadali z nią w jej domu, gdy gotowała podczas tego, jak był w pracy. Ustalili już pewien schemat i wiedział, że staruszka jest zadowolona z dwóch przyszywanych wnuków. To ona zresztą, jako pierwsza pomogła im w przygotowaniach do pogrzebu zanim jeszcze rodzice Lydii zaopiekowali się statusem prawnym Scotta i pomogli mu wygrać sprawę o opiekę. Nie sądził, aby było go stać na tak dobrego adwokata jak pan Martin, a tymczasem mężczyzna wciągnął ich sprawę jako jedną z pro bono, które miały przynosić korzyści wizerunkowi kancelarii.
Lydia na pewno maczała w tym palce.
Deaton właśnie wystawiał rachunek jednej z klientek, gdy Stiles wchodził do kliniki.
- Część doktorku – przywitał się, starając się brzmieć w miarę wesoło.
Cały czas miał wrażenie, że weterynarz obserwuje go, czekając na jakieś załamanie, które zapewne kiedyś miało przyjść.
- Witaj, Stiles. Klatki jeden i osiem są już wolne – poinformował go Deaton nie odrywając wzroku od rachunku, który wypełniał.
Stiles rzucił okiem na stół operacyjny i kosz z odpadami medycznymi. Alan musiał przeprowadzić rano przynajmniej jeden zabieg, sądząc po tym, że worek był już zapełniony. Przebrał się w ciągu kilku chwil, zostawiając wszystko w niewielkiej szafce i podwinął rękawy. Psa, którego potrącił Derek już nie było w klatce, więc suczka nie mogła być poważnie ranna. Kolejne cztery godziny upłynęły bez niczego zaskakującego.
ooo
Jego jeep nigdy nie odmawiał posłuszeństwa. Był tak niezniszczalny jak ich rodzina, więc powinien był przemyśleć odstawienie samochodu do warsztatu ponad pół roku temu. Nie było bowiem rzeczy stałych i powinien się był z tym pogodzić. Scott na tylnym siedzeniu zaczął wydawać nerwowe odgłosy, gdy auto raz po raz nie chciało odpalić.
- No, dalej – warknął, zdając sobie sprawę, że przechodnie zaczęli zwracać na nich baczniejsza uwagę, jakby potrzebował większej ilości wścibskich sąsiadów.
Plotek, które już teraz krążyły, nie brakowało. Po prostu nie potrzebował nowych.
Kiedy samochód po raz piąty nie zapalił, a ikonka akumulatora świeciła wściekłą czerwienią poddał się i uderzył głową o kierownicę.
- Dobra – powiedział na głos, starając się uspokoić. – Jedziemy autem mamy – dodał, żeby bardziej przygotować do tego siebie niż Scotta.
Jego młodszy brat wyjątkowo wydawał się nieporuszony w kwestii dotykania osobistych przedmiotów ich rodziców. Melissa uczyła go jeździć swoim volvo, ale nigdy, jakoś nie miał pociągu do tego typu samochodów. Auto było dla niego zbyt duże i chociaż, od czasu do czasu robił nim niewielką rundkę wokół albo pożyczał je pani Cavano, aby akumulator całkiem nie padł, nigdy jakoś nie mógł przekonać się do jeżdżenia nim na stałe.
Jeśli jednak naprawa jeepa miała kosztować tyle, ile sądził, że będzie musiał wydać. Złomowanie mogło się okazać, jedynym sensownym wyjściem. A nie mogli zostać bez samochodu. Nie przy tak napiętych grafikach.
- Scottie? – spytał, gdy chłopak się nie odezwał.
- Okej – powiedział tylko jego brat, sięgając po swój plecak.
Rozpiął fotelik, w którym Scott musiał wciąż jeździć i sprawdził zegarek. Jego brat na pewno nie spóźni się do przedszkola, ale nie mógł tego samego powiedzieć o sobie. Westchnął, zastanawiając się, czy odpuszczenie sobie całej chemii będzie najlepszym wyjściem. Harris i tak już nienawidził go całym sercem, więc ryzykował jedynie kilka wrednych spojrzeń rzucanych na kolejnej lekcji, którą mieli razem już za dwa dni oraz sporo uwag, które i tak miały przyjść.
Czasami zastanawiał się, czy nie powinien faktycznie porozmawiać z ojcem Lydii na temat ich chemika. Jego przyjaciółka cały czas twierdziła, że Harris porusza się na bardzo cienkiej granicy, więc może rzeczywiście powinien, to komuś zgłosić.
Chociaż szczerze wątpił, by dyrekcja faktycznie była zainteresowana jego skargą. To nie tak, że Harris był otwarcie dupkiem.
Zamontowanie fotelika na nowo nie było najłatwiejsze. Podobnie, jak pierwotne wyjęcie go z samochodu. Piekielne urządzenie przyblokowało się wraz z pasem, ale jakoś udało mu się w końcu ustawić wszystko odpowiednio. Scott, nawet nie wyglądał na bardzo znudzonego.
- Spokojnie, koleś. Zaraz będziemy w szkole – powiedział do brata, sadzając go bezpiecznie na miejscu.
Sprawdził jeszcze raz, czy Scottie ma na pewno kanapki w swoim plecaku i przetarł oczy.
Volvo na szczęście ruszyło bez większych problemów i przedszkolanka uniosła brew, gdy zobaczyła go w całkiem nowym samochodzie.
- Przyjadę po niego po szkole albo wyślę Lydię – powiadomił kobietę, jak zawsze i zerknął na zegarek.
Spóźniony.
- Okej – powiedział do siebie w aucie, jeszcze nie włączając silnika. – Zakupy. Zrobię zakupy – powtórzył, czując, że zaczyna się powoli uspokajać.
Scott miał mieć urodziny jeszcze w tym tygodniu, więc nie wychodził na weekend do baru. Z Lydią przygotowywali niewielką niespodziankę i część kolegów z przedszkola Scotta miało pojawić się w ich ogródku. Uzgodnił już plan z pozostałymi rodzicami, którzy wciąż nie do końca mu ufali w kwestii opieki nad własnymi pociechami. I nie mógł ich winić. Nie chciał też zostać z dziesiątką pięciolatków pod opieką. Scott już był o wiele zbyt ciekawski i Stiles czasami zastanawiał się, czy też był taki jako dziecko.
Jeśli tak, to serdecznie współczuł własnym rodzicom.
Sklep okazał się niemal pusty i Stiles z lekkim niedowierzaniem dostrzegł czarne camaro zaparkowane tuż przy drzwiach. Nie mieli zbyt wielu spożywczaków w Beacon Hills i normalnie wziąłby to za prześladowanie, gdyby nie fakt, że Derek był tu pierwszy.
Czas naglił, więc po prostu chwycił za pierwszy wózek i wszedł między półki mgliście przypominając sobie, że to, co kupi teraz musi pozostać w bagażniku niemal cały dzień. Owoce i tak mieli kupić z Lydią w piątek wieczorem, aby były jak najświeższe. Nie mieli też w domu dostatecznie wiele miejsca, aby ukryć wszystko przed Scottem, a Stiles chciał, aby jego brat pierwsze urodziny od śmierci rodziców pamiętał jak najlepiej.
Pani Cavano wspominała coś o makaronie, który powoli się kończył, więc wziął dwa pudelka na wszelki wypadek.
Jego komórka za-wibrowała, więc zerknął na wiadomość, która na pewno była od Lydii.
Gdzie jesteś?
W sklepie, nie idę na chemię, moja dziewczynka mnie dzisiaj zdradziła.
Harris na pewno powoli zaczyna szaleć. Mężczyzna miał tendencje do gadania o nim, nawet bardziej, gdy nie był w zasięgu jego wzroku i Stiles naprawdę nie mógł się doczekać egzaminów końcowych.
- Nie, Malia. Nie zgadzam się – powiedział dobrze znany mu głos, gdy wyjechał zza półek.
Derek stał wraz ze swoim wózkiem wypełnionym owocami i warzywami. Chyba kłócił się ze swoją kuzynką, bo przewracał oczami, gdy dziewczyna najwyraźniej próbowała mu coś wytłumaczyć.
- Nie ma opcji. Nie kupię alkoholu nieletnim – odparł Derek i Stiles po prostu musiał prychnąć.
Hale spojrzał na niego zaskoczony, dopiero teraz go dostrzegając i Stiles uśmiechnął się krzywo, wchodząc pomiędzy kolejne półki. Słyszał, jak Derek próbuje odmówić Malii, ale brzmiało to naprawdę słabo. I pewnie, gdyby powiedział Lydii, że mają z małą panną Hale wiele wspólnego, straciłby oko. A może nawet jądro.
- Nie powinieneś być w szkole? – spytał Derek, doganiając go.
- Nie powinieneś być w pracy? – odbił piłeczkę Stiles, ściągając z najwyższej półki płatki śniadaniowe, które zaczynały się powoli kończyć.
Scott jadł coraz więcej, i to nie powinno go dziwić. Martwiło go, ale nie dziwiło. Nawet młodsi bracia czasami dorastali.
- Wciąż negocjuję z wujem – westchnął Derek i brzmiało, to dość poważnie.
- Jeśli twoja kuzynka odziedziczyła po nim zdecydowanie, to możesz oszczędzić sobie czasu. Zgódź się na jego warunki – odparł Stiles po prostu.
Derek uśmiechnął się krzywo.
- To nie takie proste, jak kilka piw dla głupich dzieciaków – westchnął Hale.
- My głupie dzieciaki uwielbiamy piwo – przyznał Stiles.
- Nie chciałem – zaczął Derek, najwyraźniej orientując się, jak to zabrzmiało. – Malia jest od ciebie młodsza i raczej nie myślę o niej, jak o osobie dorosłej – przyznał niemrawo mężczyzna, a potem zmarszczył brwi, najwyraźniej dostrzegając w jego wózku coś dziwnego. – Ktoś ma urodziny? – spytał ciekawie.
Stiles spojrzał na świeczki, które Lydia kazała mu kupić już dwa tygodnie temu.
- Scott – odparł krotko. – Za tydzień będzie już dorosłym sześciolatkiem – przyznał, czując dziwną dumę.
Derek kiwnął głową, przyjmując tą informację do wiadomości.
- Złóż mu życzenia od mnie – powiedział Hale, przenosząc nagle nerwowo ciężar, z jednej strony na drugą. – Słuchaj, jeśli chodzi o naszą ostatnią rozmowę – zaczął Derek. – Nie chciałem być wścibski czy cię urazić.
- Nie odebrałem tego w ten sposób – przyznał Stiles.
Przeszedł do tej pory o wiele więcej dziwnych dyskusji i odpowiadał na o wiele gorsze pytania. Czasami nawet musiał się bronić tak, jak w sądzie, gdy walczył o prawo opieki nad Scottem.
- Chodzi o to, że mógłbyś pracować z domu – wyjaśnił Derek. – Nie musiałbyś ślęczeć po nocy w barze z jakimiś pijaczkami, do trzeciej nad ranem.
- Takimi pijaczkami jak ty? – zakpił Stiles i Derek przewrócił oczami.
Faktycznie, wtedy siedzieli w barze do bardzo późnych godzin nocnych.
- Są ludzie, którzy proponują całkiem fajne pieniądze za przepisywanie lub wprowadzanie danych. Rozmawiałem z Malią i mówiła, że jesteś zainteresowany komputerami… - zaczął Derek. – I, to jest całkowicie legalne.
Stiles zmarszczył brwi zaskoczony. To brzmiało o wiele za dobrze, aby było prawdziwe.
- Jeśli dasz mi swój adres e-mail, prześlę ci linki. Tak utrzymywałem się we Florencji – przyznał Derek po raz kolejny go zaskakując.
Jakoś nigdy nie sądził, że Hale'owie musieli pracować. Nie z prężnie rozwijającą się firmą, ale może, to Peter Hale, wuj Dereka posiadał majątek, o którym mówiono.
Stiles nie do końca wiedział, co zrobić z mężczyzną, który nie prosił o jego numer telefonu, ale maile'a. Poza Lydią nikt tak naprawdę nie wyciągał do niego pomocnej dłoni bez wyraźnego motywu. Czasami ludzie chcieli po prostu poczuć się lepiej. Posterunkowi sądzili, że wypełniają swój obowiązek względem zmarłego szefa, podobnie jak koleżanki ze szpitala Melissy.
- Jasne – odparł cicho. – Dzięki – dodał krótko i zerknął nerwowo na zegarek.
Chemia powoli dobiegała końca.
