betowała wrotka777 :*
Lydia czekała na niego tuż przy szkolnej szafce. Swojej, nie jego. Stiles zerknął przelotnie w stronę Malii, która przyglądała mu się nie tak całkiem starając się, to ukryć. Trochę zastanawiało go, jak wiele o nim powiedziała Derekowi i dlaczego w ogóle facet interesował się akurat nim. Zapewne miał jakieś dziesiątki znajomych ze swojego rocznika. Większość powinna być wciąż w Beacon Hills, bo wyrwanie się stąd nie należało do najłatwiejszych, a ludzie przeważnie wiązali się już w liceum i czasami tuż po college'u zawierali związki małżeńskie.
Każdego roku w okresie letnim mieli dosłownie taką plagę, ale Lydia uprzejmie twierdziła, że prędzej urwie Jacksonowi jądro niż przyjmie pierścionek zaręczynowy przed odebraniem Medalu Fieldsa. I Whittemore musiał jej wierzyć równie mocno, co Stiles, bo nigdy nawet nie napomknął o małżeństwie, a pomimo swojej niechęci do niego, Stiles musiał przyznać, że oboje się mocno kochali.
- Musisz, to zgłosić Dyrektorowi – westchnęła Lydia. – Zorganizował klasówkę, jak tylko zorientował się, że nie było cię na zajęciach, a wiesz, że będziesz musiał odrobić wszystko dzisiaj po lekcjach, gdy cię tylko zobaczy. I zapewniam cię, że nie dostaniesz tych samych pytań, co reszta – powiedziała Lydia nie próbując nawet szeptać.
- To jedne zajęcia – westchnął Stiles.
Lydia przewróciła oczami.
- To lata – weszła mu w słowo. – Zrób coś z tym, albo ja to zrobię – oznajmiła mu.
- Moje słowo, kontra jego słowu…
- I całej klasy – warknęła Lydia. – Nawet Jackson się wkurzył. Słuchaj, to nie tak, że ludzie pomyślą o tym, że skoro jesteś sierotą, masz fory. Przy Harrisie nie – powiedziała kręcąc głową. – Najlepiej, żebyś miał dobre usprawiedliwienie na dzisiaj. Może Deaton…
- Nie poproszę Alana, żeby dla mnie kłamał – przerwał jej pospiesznie.
- Ale pozwalasz Harrisowi, żeby tobą pomiatał – zauważyła sucho.
- To coś innego… Słuchaj, jedna nieobecność. Pierwsza nieobecność od początku roku. Na tyle sobie chyba mogę pozwolić. Jeśli Stanford dowie się, że… - zaczął.
- Będziesz mógł zapomnieć o Stanford, jeśli Harris uwali cię z chemii – powiedziała z pewnością w głosie.
Przygryzł wargi, doskonale zdając sobie z tego sprawę, że Lydia miała rację.
- I tu, nawet nie chodzi o twoje stopnie. Zrobił, to złośliwie, rozumiesz? Nie będziesz mógł odebrać Scotta po lekcjach. Od początku próbował udowodnić, że nie nadajesz się na kogoś sprawującego opiekę – wyjaśniła mu Martin. – Nie zdziwię się, jeśli jeszcze w tym tygodniu pojawi się ktoś pukający do twoich drzwi, aby sprawdzić czy faktycznie zajmujesz się Scottem. Czy wtedy będę mogła zająć się Harrisem? – spytała retorycznie.
Stiles przewrócił oczami.
- I, co znajdą? – spytał retorycznie. – Scott jest w dobrych rękach z zapewnioną opieką całodobową.
- Ale nie przez ciebie – powiedziała Lydia.
Stiles przygryzł wargę.
- Sugerujesz…
- Sugeruję, że jesteś świetnym bratem. Gdybym miała takiego brata jak ty, całowałabym ziemię, po której stąpa. Ale temat cię może przerosnąć nie przez to, że nie jesteś dobrym opiekunem, ale przez cholernego Harrisa – warknęła Lydia i Stiles kątem oka dostrzegł, że znienawidzony nauczyciel chemii właśnie do nich podchodzi.
Nie było cienia szansy, aby nie słyszał ostatnich słów Martin, a sądząc po minie mężczyzny nie zamierzał tego puścić mimo uszu.
- Panno Martin – zaczął Harris, a Lydia, trzeba jej przyznać, nawet nie drgnęła.
Spojrzała tylko na nauczyciela, unosząc lekko podbródek w górę, jak zawsze, gdy próbowała kogoś poinformować, jak bardzo nisko leży w jej prywatnym, szkolnym rankingu popularności.
- Szlaban po zajęciach, przemyśli pani…
- Nie mam nic przeciwko, ale dzisiejszą klasówkę Stilesa, którą będzie pisał po zajęciach osobiście zeskanuję na mój telefon. Jeśli mi pan na to nie pozwoli, mój ojciec może zadać pytanie, dlaczego testy pana Stilinskiego są w większości utajnione lub nie leżą w teczkach wraz z pozostałymi. A chyba pan wie, co się dzieje, gdy mój ojciec o coś pyta. – Nie było chyba jaśniejszej sugestii i Harris poczerwieniał na twarzy.
Stiles przez krótką chwilę obawiał się, że mężczyzna wybuchnie, ale ten tylko wydął wargi i zmierzył ich oboje lodowatym spojrzeniem.
- Po zajęciach – warknął chemik. – Oboje.
Stiles obserwował zszokowany jak Harris odchodzi, rozpychając uczniów na boki.
- Coś ty myślała? Miałaś mi dać czas na rozwiązanie – przypomniał jej lekko zirytowany.
- Miałam ci dać czas na zgłoszenie tego dyrekcji – uściśliła z krzywym uśmieszkiem.
Stiles przetarł czoło, czując napływającą migrenę.
- I, kto odbierze Scotta? – spytał, orientując się nagle, że oboje zostali uziemieni w szkole. – I, co powiesz rodzicom?
- Myślisz, że mój ojciec będzie niezadowolony z tego, że broniłam kolegi przed niesprawiedliwością? – spytała retorycznie. – Jeszcze, to nagłośni – dodała. – A o Scotta się nie martw. Rozmawiałam z panią Cavano. Martwiła się, że twój samochód rano nie odpalił – odparła i Stiles nagle zorientował się, że Lydia niemal wyreżyserowała całą scenę od samego początku.
Oczywiście, że jego przyjaciółka musiała spodziewać się, że Harris będzie go szukał na szkolnym korytarzu. Możliwe, że jej ojciec wiedział już, nawet o tej małej prowokacji, którą przygotowała.
Przekleństwo było niewielkie i z łatwością wyplątałaby się z tego, gdyby chciała.
- Lydia – zaczął, wciągając więcej powietrza do płuc.
- Nie Lydiuj mi tu. Zajmij się Scottem i pozwól mojemu ojcu zająć się Harrisem – poprosiła tym razem.
ooo
Malia obserwowała go cały dzień i nie bardzo wiedział, co z tym zrobić. Nigdy z nią nie rozmawiał. Nie było takiej potrzeby. Hale była od nich młodsza o rok, a do tego stanowiła aktywną konkurencję dla Lydii, która z kolei próbowała ignorować w ogóle istnienie Malii, co Stilesowi osobiście wydawało się śmiesznie.
Chodziły plotki, że kiedyś nawet planowały być przyjaciółkami, ale Lydia nie chciała podzielić się strefami wpływów jakie miała.
Stiles nie wierzył w ani jedno słowo.
- Może spróbujesz pracować dwa dni w tygodniu po osiem godzin u Deatona? – spytała Lydia, patrząc na jego plan zajęć, który obejmował każdą godzinę tego miesiąca.
- Odpada. Kończyłbym tak późno, że nie udałoby mi się przygotować na kolejny dzień – odparł spokojnie, bo i o takiej opcji myślał.
- Nie dałbyś rady tam odrabiać części zadań? – spróbowała, a potem wypuściła z płuc niemal całe powietrze. – Mój tata…
- Jeśli znowu próbujesz zaproponować mi staż u twojego ojca… - zaczął i nawet nie kończył.
Kłócili się, o to od samego początku. Tata Lydii wspominał o tym, że potrzebuje asystenta z elastycznymi godzinami pracy, ale Stiles zdawał sobie sprawę, że gdyby przyjął tę posadę, elastyczność owych godzin tyczyłaby się wyłącznie tego, kiedy pojawiałby się w kancelarii. A pan Martin musiałby dodatkowo zatrudnić kogoś kompetentnego. Równie dobrze mógłby się wprowadzić do Martinów.
- Jest coś – westchnął, przypominając sobie poranną rozmowę z Derekiem.
Lydia spojrzała na niego ze szczerym zainteresowaniem.
- Praca przez internet – dodał niepewnie i jej wzrok pociemniał.
- Chyba nie porno – powiedziała podejrzliwie.
- Nie – warknął, czując, że na jego policzki wylewa się nieprzyjemny rumieniec. – Powiedz mi, kto chciałby mnie oglądać nago? – spytał retorycznie.
- Alfabetycznie czy klasami? – odbiła piłeczkę Lydia. – Powiedz mi, co to za praca.
- Przepisywanie prac, wprowadzanie danych i takie tam… Jeszcze nie sprawdziłem, o co w tym chodzi – przyznał szczerze.
W zasadzie Derek mógł równie dobrze nie wysłać mu tego maila.
Lydia wydawała się, jednak szczerze zainteresowana.
- Studenci przeważnie utrzymują się w ten sposób, ale trzeba sprawdzić portal – powiedziała, wyciągając notatnik z torebki. – To chyba nie była jedna z tych ulotkowych prac, które roznoszą ci Latynosi? – spytała ewidentnie wciąż podejrzliwa.
- Nie – zaprzeczył szybko Stiles. – Dostałem informację od znajomego – westchnął, wiedząc, że przed Lydią i tak się nic nie ukryje.
- Znajomego, jak znajomego z naszej szkoły? – spytała niby mimochodem, zerkając na niego przelotnie.
Stiles wziął głębszy wdech.
- Nie. Znajomego, jak znajomego spoza szkoły – odpowiedział ostrożnie.
Lydia zmarszczyła brwi.
- Nie masz znajomych spoza szkoły – stwierdziła i zmarszczka pogłębiła się jeszcze bardziej. – Chyba, że chodzi o Dereka Hale'a – dodała, mrużąc oczy, więc nawet nie zaprzeczał. – To dobry pomysł. Jesteś świetny w sprawach komputerów. Mógłbyś zamieścić swój profil, oczywiście bez szczegółów z życiorysu. Nigdy nie wiesz ilu ludzi na takich stronach to faktyczni pracodawcy, ale znajdują się tam przeważnie rankingi i chociaż częściowo sprawdzają wiarygodność – stwierdziła. – Powinieneś zaprosić go na bal – zadecydowała nagle, kompletnie wybijając go z rytmu.
- Pracodawcę? – spytał zdezorientowany i Lydia walnęła go nie tak delikatnie w ramię.
- Dereka – odparła krótko. – Ewidentnie stara ci się pomóc – zauważyła używając tonu, który wcale mu się nie podobał.
- Nie idę na bal – stwierdził, starając się brzmieć ostatecznie.
- Oczywiście, że idziesz na bal – westchnęła Lydia, ignorując go. – Ale masz rację. Bal jest zbyt inwazyjny. Zaproś go na urodziny Scotta.
- Na urodzinach Scotta będą tylko jego przyjaciele – warknął Stiles.
- Zjedliście razem obiad – nie poddawała się. – Scott go polubił.
- Skąd możesz wiedzieć czy Scott… - zaczął i urwał.
Lydia oczywiście przesłuchała nawet pięciolatka. Przed nią nikt nie był bezpieczny.
- Nie idę na bal, a Derek nie przychodzi na urodziny Scotta. Chyba ma imprezę powitalną w tym czasie – stwierdził, wbijając wzrok w datę wizyty u pediatry.
Jeśli Deaton zgodziłby się przesunąć odrobinę jego godziny pracy w następną środę mieli szansę zdążyć, nawet zjeść ze Scottem obiad. Jego brat na pewno się ucieszy.
ooo
Sobota przyszła o wiele zbyt szybko, jak każdy tydzień tego cholernego roku i Stiles poczuł, jak Scott wskoczył na jego łóżko, prawie łamiąc mu żebra.
- Koleś – jęknął Stiles, bo był pewien, że była nie później niż siódma rano.
Scott miał tendencje do bardzo wczesnego wstawania w weekendy, bo tylko wtedy mogli faktycznie się widywać, gdy Stiles wracał z pracy w barze. Nawet nie dziwił się bratu, który przeważnie siedział uwięziony z kotami pani Cavano. I chociaż wspólnie nazwali każdego, to w końcu nie była całkiem rodzina.
Piżama, którą miał na sobie jego brat, zaczynała robić się przykrótka, co oznaczało tylko kolejne zakupy. Nie sądził, aby przed końcem miesiąca wyskoczyły im jeszcze jakieś niespodziewane wydatki, ale wraz z urodzinami, które organizowali z Lydią, prawie przekroczyli limit. Nie zgodził się na kartę kredytową, którą proponował mu bank. Śmiesznym i podejrzanym było, że osiemnastolatkowi z pracą na pół etatu chcieli takową podarować w prezencie. Zapewne byłby, to pierwszy gwóźdź do ich finansowej trumny.
Widział niejednokrotnie, jak Lydia posługiwała się swoją kartką i nigdy nie chciałby pod koniec dnia dostać zawału na widok środków, które naruszył.
- Stiles! Śniadanie! – krzyknął Scott, skacząc po nim bez opamiętania.
- Wiem, stary. Jesteś, jednak już duży i myślę, że mógłbyś chociaż podjąć próbę ubrania się samodzielnie – powiedział, starając się nakryć poduszką.
Scott nie najgorzej radził sobie z ciuchami. Co prawda przeważnie i tak musieli wszystko obracać lub przewracać na prawą stronę, ale już powoli wybierał, co chce nosić. O ile przedszkolanka miała rację, należało nazwać to postępem.
- Jesteś już sześciolatkiem – poinformował go, starając się brzmieć poważnie i Scott zatrzymał się w dzikich skokach na chwilę.
- Urodziny! – krzyknął jego brat głośno, prawie pozbawiając go słuchu na kilka minut.
- Ta, ta… Dokładnie stary. Daj się bratu ubrać i będziesz miał urodzinowe naleśniki – obiecał i zamarł, bo nagle przed jego oczami pojawiła się Melissa, która zawsze robiła im takie o poranku.
Te urodzinowe były specjalne, bo miały na sobie świeże truskawki. To je wczoraj kupili z Lydią i Stiles nawet do końca nie pomyślał o tym, ile wspomnień obudzą.
Scott wpatrywał się w niego swoimi wielkimi oczami i Stiles czekał na pierwsze łzy, które jednak nie nadeszły. Jego brat uśmiechnął się jeszcze szerzej i zszedł pośpiesznie z łóżka z dzikim okrzykiem radości.
Stiles leżał jeszcze kilka chwil, wgapiając się tylko w sufit.
Dzwonek do drzwi zaskoczył go, więc ubrał kapcie i zbiegł na dół, dostrzegając, że Scott w swoim pokoju próbował właśnie dopasować jakoś garderobę. Otworzył, spodziewając się Lydii, ale nikogo na zewnątrz nie było.
Rozejrzał się wokół, lekko zdezorientowany, ale ulica wydawała się tak pusta, jak zawsze o siódmej rano w sobotę.
Zerknął w dół na wycieraczkę, gdzie stało ogromne pudło, opakowane w kolorowy papier.
Wszystkiego najlepszego Scott
Stiles zamrugał i rozejrzał się ponownie, ale nikt się nie pojawił.
