betowała wrotka777 :*:*:*
Lydia zadeklarowała, że nigdy nie wstałaby w sobotę przed siódmą tylko po to, aby dostarczyć na drugi koniec miasta prezent dla Scotta, który wolałaby dać mu osobiście. I Stiles, jak najbardziej jej wierzył.
Scott wydawał się oczarowany wielkością pudełka, ale Stiles nie pozwolił mu go otworzyć. Wciąż istniały pewne priorytety, jak zaproszeni goście czy śniadanie. Na prezencie nie było żadnego podpisu, a charakteru pisma Stiles po prostu nie rozpoznawał.
Goście zaczęli się zbierać w ich niewielkim ogródku i pani Cavano zaczęła rozdawać trójkątne czapeczki, które z Lydią skończyli sklejać podczas jednej z przerw. Jackson przesunął stół na środek z jednym z ojców i chyba właśnie zamierzał wsadzić palec do owocowej sałatki, ale Lydia uderzyła go w rękę.
- Nie zjesz ani grama. Musisz zmieścić się w smoking na bal – warknęła i Stiles ostatkiem sił powstrzymał się, aby nie wybuchnąć śmiechem.
- To sałatka owocowa – mruknął Whittemore.
- Z sosem czekoladowym – sarknęła Martin.
Scott pisnął, gdzieś obok radośnie, gdy kolejny kolega z klasy przyniósł mu prezent i pudełko trafiło na dość spory stos. Tajemniczy podarek znajdował się na samym spodzie wraz z tym, co przyniosła Lydia z Jacksonem. Pani Cavano obiecała upiec tort i Stiles musiał przyznać, że kobieta była aniołem. Dwupiętrowe cudo wciąż tkwiło ukryte w jej lodówce.
Dzieciaki biegały po ogródku, więc Stiles zerkał od czasu do czasu, czy liczba na pewno się zgadzała. Mieszkali na skraju lasu, więc wolałby nie musieć powiadamiać o zaginięciach miejscowego posterunku. Tym bardziej, że czuł, iż chłopaki też szykują dla Scotta jakąś niespodziankę. Tara dwukrotnie upewniała się, czy dobrze pamięta datę urodzin jego młodszego brata.
Rodzice dzieciaków zebrali się przy stołach z poczęstunkiem marudząc o pracy i tym, co wymyśliły ich pociechy w ubiegłym tygodniu, ale Stiles jakoś nie czuł się dobrze uczestnicząc w takich dyskusjach. Zawsze miał wrażenie, że czekają, aż powie coś dziecinnego i nieodpowiedniego, a oni będą starali się usilnie nie zwrócić na to uwagi. Nie wiedział też, czy wypada mu wspominać o tym, że Scott czasami wpadał do jego pokoju w nocy po jakimś nieprzyjemnym koszmarze i zostawał tam przez kilka kolejnych dni. Pani Cavano powiedziała mu o kilku podobnych wypadkach podczas poobiednich niedzielnych drzemek.
- Przeglądałeś już tę stronę, o której mówiłeś? – spytała Lydia.
Jackson uniósł pytająco brwi.
- Chyba będę potrzebował zmienić pracę – wyjaśnił Stiles nie wdając się w szczegóły.
Whittemore przewrócił oczami.
- Nie możesz normalnie pracować u ojca Lydii? – spytał chłopak lekko znudzony.
- To samo mu powiedziałam! – dodała Lydia.
- Przyprowadziłaś go tutaj, żeby cię poparł? – spytał Stiles nie mogąc się powstrzymać.
Lydia postępowała przeważnie według wyznaczonych schematów, gdy chciała go do czegoś przekonać i chyba docierała do punktu trzeciego. Jeśli przeżyłby Jacksona, byłby bezpieczny. Dała mu w końcu czas do przemyślenia i naprawdę zdał sobie sprawę, że nie miał szans, dalej ciągnąć dwóch prac w takim wymiarze.
- Czekam na maila – powiedział, starając się brzmieć szczerze, chociaż fakty były takie, że od dwóch dni nie miał czasu sprawdzić swojej poczty.
Deaton operował dwa psy pod koniec tygodnia i konieczny był mu asystent przy obu razach. Stiles wątpił, aby zdążył nadrobić do poniedziałku szkolne zaległości, ale w zasadzie nie sądził też, aby klasówka z chemii wypadła, aż tak fatalnie, aby musiał ją poprawiać. Nie było w zasadzie najgorzej, odkąd Lydia z komórką w dłoni zażyczyła sobie jego pytań po tym, jak wypełnił kartkę swoim koślawym pismem.
Harris nie był zadowolony.
Coś mówiło Stilesowi, że w całą sprawę Lydia zamierzała uwikłać Marin Morell, szkolną psycholog, odkąd kobieta poprosiła go o rozmowę w pierwszy, wolny wtorek.
Nie czuł się uciśniony przez szkolne obowiązki czy Harrisa i naprawdę nie potrzebował akcji ratunkowej. Miał w zasadzie dość ludzi, którzy narzucali mu się ze swoją pomocą w ten sposób, w jaki robiła to Lydia. Naprawdę potrafił panować nad swoim życiem, chociaż może akurat panna Martin tego nie dostrzegała.
- Chyba czas powoli wnosić tort – stwierdziła Lydia i Stiles był podobnego zdania.
Dzieciaki zaczynały spoglądać w stronę drzwi wejściowych, jakby spodziewały się czegoś jeszcze. Stiles wiedział, że na urodzinach Sandry czy Amesa był klaun, ale Scott nie był typem, który lubił cyrk. Dlatego czapeczki urodzinowe miały naklejone postaci z komiksów.
Chwilę później odśpiewali Sto lat fałszując tak niemiłosiernie, że zaczynały boleć go uszy.
- Talent muzyczny ma ewidentnie po tobie – stwierdził złośliwie Jackson, ale Stiles nie potrafił być dzisiaj na niego zły.
Scott rzucił się na prezenty, więc Lydia pomagała mu, zabierając od niego pudełka i jego brat już po chwili, siedział otoczony miśkami wszelakich rozmiarów i robotami, których zapewne nigdy nie tknie. Martin od siebie przyniosła mu Iron Mana, postanowili kupić jedną z większych figurek, ale nie to przyciągnęło największą uwagę Scotta.
- Co, to? – spytał jego brat gapiąc się tępo w jasną skrzynkę i dwa pady.
Stiles zamrugał, bo raczej nie tego spodziewał się na ich liście prezentów.
- Konsola – odparł ostrożnie. – Taka jak nasza, ale…
- Ruchowa – podpowiedziała Lydia. – Czyli konsola nie całkiem dla nastolatka, ale dla dziecka – dodała.
Jackson przewrócił oczami.
- Zależy, jakich gier użyjesz, a sądząc po tych… - Spojrzała wymownie na kilka dołączonych płyt. – Na pewno jest przeznaczona jako prezent dla Scotta. Dalej nie wiesz od kogo? – spytała z miną, która świadczyła o tym, że rozgryzła już tą zagadkę.
Stiles podrapał się w przedramię.
- Alan? – To był czysty strzał w dziesiątkę. – Mówiłem mu, że muszę skończyć wcześniej z powodu urodzin Scotta. Albo koledzy taty z posterunku – strzelał dalej i zwątpił, gdy usłyszał policyjne syreny.
Tara pojawiła się na ich podwórku z szerokim uśmiechem.
- Kto chce włączyć syrenę w radiowozie? – spytała wesoło posterunkowa.
ooo
Położenie Scotta do łóżka było prawie niemożliwe. Adrenalina wciąż buzowała w żyłach dziecka i Stiles nie miał najmniejszych wątpliwości, że jutro skoro świt znowu zostanie postawiony do pionu.
Sprzątanie ogródka zajęło im prawie dwie godziny po tym, jak wszyscy wyszli i nie mógł uwierzyć w sterty brudnych naczyń, z którymi musiał zmierzyć się jutrzejszego dnia. Czuł niemal każdy mięsień na swoim ciele. Scott dał mu popalić prawie przez cały czas namawiając go do tego, aby zainstalował w końcu konsolę. Stiles prawdę powiedziawszy wcale nie był do tego skory. Wciąż uważał, że to jakaś pomyłka szczególnie, że dzieciak sąsiadów był fascynatem gier komputerowych i chyba nawet zamierzał poświęcić się grafice w przyszłości, więc jego rodzice zmieniali jego sprzęt za każdym razem, gdy wychodziło na rynku coś nowego.
Była prawie północ, gdy dotarł do swojego laptopa i otworzył pocztę. Zrobił to bardziej z przyzwyczajenia niż świadomie myśląc o mailu, którego miał dostać. Dlatego lekko zdrętwiał na widok wiadomości od Dereka. Ostatnia rozmowa z mężczyzną wróciła niemal natychmiast i nie bardzo wiedział, czy jego podejrzenia są słuszne.
- Scottie? – spytał niepewnie, widząc, że jego brat próbuje wślizgnąć się do jego łóżka.
Scott zesztywniał w połowie drogi, a potem rzucił się pod kołdrę, jakby tylko dzięki nakryciu miał go nie dostrzec.
- O czym rozmawiałeś ostatnio z moim kolegą? – spytał.
- Nie ma mnie tu – odparł jego brat.
- A gdybyś był? – spróbował Stiles.
Spod kołdry odpowiedział mu chichot.
- Którym kolegą? – spytał rzeczowo Scott.
- Z tym, z którym jedliśmy obiad – naprowadził go.
- Pytał, co lubię robić, i czy lubię superbohaterów – odparł Scott całkiem szczerze.
Stiles westchnął.
ooo
- Musisz przestać traktować ludzi, którzy próbują ci pomóc, jak wrogów publicznych numer jeden – powiedziała Lydia. – To nie tak, że każdy widzi w tobie sierotę bez oparcia emocjonalnego – wyjaśniła. – A nawet jeśli… Sądzisz, że to coś złego? Zastanawiałeś się, jak wyglądają twoje finanse? – spytała retorycznie. – Nie ma sensu naprawiać twojego starego jeepa. Bank zgodził się tymczasowo przesunąć spłatę hipoteki, a macie jeszcze długi dotyczące samego pogrzebu…
- Skąd? – zaczął i ugryzł się w język, bo oczywiście Lydia musiała wszystko wiedzieć.
Martin przewróciła oczami.
- Kiedy zaczniecie spłacać raty za dom? – spytała rzeczowo.
- Kiedy skończę szkołę – odparł całkiem szczerze i Lydia przystanęła w połowie parkingu.
- Co?!
Stiles rozejrzał się nerwowo wokół sprawdzając ile osób się na nich teraz patrzy. Lydia nie była najbardziej dyskretną osobą w tej szkole. Ani najbardziej cichą.
- Musielibyśmy przejąć spłaty od razu, ale… - urwał. – Najwyraźniej źle wyglądałoby wyrzucenie z domu dwóch sierot – syknął przez zęby.
Lydia otworzyła usta, a potem je zamknęła lekko zszokowana.
- Dlatego nie myślisz o Stanford – zrozumiała w końcu.
Stiles naprawdę nie miał ochoty na kontynuowanie tej rozmowy.
- Nie wiem. Nie wiem o czym myślę, a o czym nie. Niewykluczone, że sprzedamy dom – wyjaśnił, biorąc głębszy wdech.
Do tej pory nie myślał o tym, aż tak poważnie, ale mogli nie mieć wyboru.
- Myślałam, że pracujesz przez przepisy dotyczące opieki – ciągnęła dalej jego przyjaciółka.
Stiles uśmiechnął się wymuszenie.
- Renta po ojcu pokrywa część wydatków. Cieszy mnie, że nie miałaś dostępu do wszystkich akt tej sprawy – sarknął, pijąc do tego, jak wiele Lydia wynosiła z kancelarii swojego ojca.
Była jedną z lepiej poinformowanych osób w Beacon Hills. Oczywiście większości z tych informacji nie ujawniała, ale miała satysfakcję z samego ich posiadania.
- Stiles… - zaczęła Martin.
- Jest okej, Lyds. Teraz jest świetnie. Zarabiam i jesteśmy na bieżąco, na bilansie dodatnim, ale…
- Może tak nie być – dokończyła za niego i na jej czole pojawiła się poprzeczna zmarszczka. - Staż u mojego ojca nie załatwiłby sprawy – dodała.
- Nie – odparł kwaśno.
Pan Martin mógłby go przetrzymać na posadzie najwyżej pół roku, jednocześnie blokując mu możliwość pracy na pełen etat w innym miejscu, gdyby chciał takowy podjąć. Kancelaria w końcu nie należała tylko do niego. Jego wspólnicy cenili sobie długie i solidne umowy, z których trudno byłoby się wymigać.
Stiles czytał kilka z nich.
- Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego traktujesz każdego jak wroga – stwierdziła Lydia.
- Nie chcę jałmużny. Radzimy sobie – powtórzył jak zawsze, ale do Martin najwyraźniej, to nie docierało.
- Kupił Scottowi prezent. Nie proponował ci pieniędzy – sarknęła dziewczyna.
- Konsolę. Pieprzoną konsolę. Wiesz, kiedy byłoby mnie na nią stać? – spytał retorycznie.
- No właśnie. I Scott ma konsolę, której nie musiałeś kupować – stwierdziła Lydia.
- Nie w tym rzecz – warknął.
- A, rozumiem – prychnęła jego przyjaciółka. – Masz porobione limity dla ludzi, za ile ktoś może kupować wam prezenty. Stiles, to jest pryszcz. Nawet nie poczuł tego wydatku – sarknęła Lydia.
- Nie w tym rzecz – powtórzył uparcie.
Lydia westchnęła.
- A w czym? – spytała całkiem otwarcie.
- Nie wiem, dlaczego kupował Scottowi w ogóle prezent. Nie jesteśmy… nie wiem… sprawą charytatywną – warknął zirytowany.
- Wiem, bo radzicie sobie – powtórzyła z naciskiem, chyba odgadując jego starą śpiewkę. – Z tego, co pamiętam to stracił rodziców. Nie pomyślałeś może o tym, że on jeden wie, jak się czujesz? Może wie jak bardzo potrzebujesz przyjaciela? – spytała retorycznie kompletnie go zaskakując. – Mówiłeś, że nie wziął od ciebie numeru telefonu, więc to nie tak, że chciał cię poderwać. A nawet jeśli, to jesteś pełnoletni, a on jest tak seksowny, że sama zapewne mogłabym się skusić, gdyby nie wizja mojej kariery i Jackson, którego, muszę nieszczęśliwie przyznać, jednak kocham. Stiles, potrzebujesz przyjaciela. Nie dzieciaka ze szkoły średniej czy córki prawnika, która chodzi na dziesięciocentymetrowych szpilkach i chrzani, co dziesięć minut o balu…
- Lyds, wiesz, że tak o tobie nie myślę - wszedł jej szybko w słowo.
- Ja o sobie tak myślę, bo jestem w szkole średniej i moje problemy skupiają się głównie na tym, co założę na bal i jak będę mogła ci najskuteczniej narzucić pomoc. Nie chcę ci na siłę pokazywać, że potrzebujesz kogoś… Że potrzebujesz z kimś pogadać, kto zrozumiałby…
- Nie pójdę do Morell – warknął.
Lydia pokręciła przecząco głową.
- Tu nie chodzi o Morell. Stiles, odrzucasz każdą przyjacielską dłoń. Z kim widujesz się oprócz mnie? – spytała retorycznie.
Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio gdzieś wyszedł bez Scotta. Albo rozmawiał z kimś na inny temat niż ten dotyczący jego obecnej sytuacji. Lydia miała częściowo rację, ale to nie było też tak, że miał na to czas.
- Powiedz mi, co złego było w tej konsoli? – spytała szczerze Martin.
I Stiles nie bardzo nawet wiedział, co tak naprawdę go krępowało.
