Stiles bardzo nie chciał przyznać Lydii racji, ale Derek potrafił być zabawny, gdy chciał i nie był ani trochę inwazyjny, czego Stiles się początkowo tak bardzo obawiał. Hale przesiedział z nimi w barze mlecznym prawie godzinę dyskutując o superbohaterach i ani przez chwilę nie wydawał się znudzony. Jakby to, co mówił Scott to były najbardziej odkrywcze rzeczy jakie usłyszał w życiu i może tak było, jeśli nigdy dotąd nie interesował się komiksem.

- Batman czy Superman? – spytał Stiles, nie mogąc się w końcu powstrzymać i Derek spojrzał na niego podejrzliwie.

- Batman – odparł Hale wytrzymując jego spojrzenie.

Stiles kiwnął głową.

- Dobra odpowiedź – stwierdził z pewnym zadowoleniem.

- To był jakiś test? – spytał Derek.

Stiles wzruszył ramionami.

Scott spojrzał na niego, marszcząc brwi.

- Nie zapoznałem go z Batmanem. Na razie pozostaje po odpowiedniej Stronie Mocy – powiedział z wyraźną dumą w głosie Stiles.

Derek zerknął na zegarek, jakby spodziewał się, że ich czas powoli dobiega końca. I miał rację. Scotta należało odwieźć do pani Cavano w ciągu następnych paru minut. Deaton czekał na niego. Musieli dzisiaj zaszczepić kilka psów, więc nie mógł się spóźnić, nawet gdyby bardzo chciał.

- Miałem kilka pytań o tę stronę – zaczął Stiles, orientując się nagle, że jakoś ten temat uleciał mu niespodziewanie.

- Jutro spotykam się z wujem, ale może w piątek pogadamy? – zaproponował Derek.

Scott nagle oderwał całą swoją uwagę od jogurtu, który kończył.

- W piątek nie pracuję – powiedział ostrożnie, przypominając sobie, że Deaton wyjeżdżał na jakąś cało weekendową konferencję.

Planował spędzić popołudnie ze Scottem. Ugotowałby w końcu obiad i dla odmiany zaprosił do nich panią Cavano, chociaż staruszka pewnie sama skorzystałaby z wolnego czasu i poszła w końcu na swoje ukochane spotkanie bingo. Z drugiej strony zapraszanie Dereka do domu wydało mu się, jakieś zbyt szybkie. I znowu w jego głowie zadźwięczał głos Lydii, że trzyma ludzi na dystans.

Danny czy Isaac często u niego przesiadywali jeszcze przed wypadkiem. Obecnie wpadał tylko Jackson i Lydia. To nie tak, że mieli jakiś tłok i Scottowi na pewno przydałaby się druga osoba do rozmowy. Tym bardziej, że Martin nie miała podejścia do dzieci, a Jackson był dupkiem klasy A. Scott wydawał się też lubić Dereka i Stiles wcale nie był zaskoczony, bo Hale wysłuchał tyrady jego brata na temat tego, dlaczego Hulk jest beznadziejny.
Najwyraźniej argument 'jak dorośniesz to zrozumiesz', który tak często powtarzał, irytował Scotta niemożebnie i jego brat potrzebował stałego słuchacza, który nie podważałby jego zdania.

- Może wpadłbyś do nas? – zaproponował i prawie tego pożałował, gdy zobaczył zaskoczoną minę Dereka.

Hale najwyraźniej nie spodziewał się takiego zaproszenia.

- Mógłbym ugotować obiad. Chciałem ten czas spędzić ze Scottem, a wydaje mi się, że się dogadujecie – wyjaśnił niemrawo.

- Nie, jasne. Oczywiście – odparł Derek. – Znam adres. Albo mógłbym jak dzisiaj pojawić się pod twoją szkołą – zaproponował.

- Jeśli będziesz na trzecią pod naszymi drzwiami, to wystarczy – powiedział szybko Stiles.

Derek podrapał się po karku.

- Mam coś przynieść? – spytał w końcu Hale.

Stiles otworzył usta, żeby zaprzeczyć, ale Scott odłożył z brzękiem łyżeczkę na stolik.

- Jogurt – powiedział jego brat całkiem wyraźnie, najwyraźniej uważając rozmowę za zakończoną.

ooo

Melissa przeważnie sprzątała cały dom, gdy kogokolwiek zapraszała i Stiles początkowo tego nie rozumiał. Teraz jednak, gdy patrzył na rozłożone wszędzie zabawki Scotta oraz zegarek, doznawał lekkiej paniki. Kurczak i ryż powoli dochodziły w kuchni, a on miał niecałe piętnaście minut, żeby doprowadzić salon do jako takiego stanu.

Czuł się wciąż brudny po zajęciach z trenerem, który wycisnął z nich siódme poty, ale wiedział, że nie ma czasu na kolejny prysznic.

Scott próbował odrabiać zadania przy stoliku do kawy, ale najwyraźniej coś go przerastało, bo z zapamiętaniem gryzł ołówek.

- Wiesz, że nie musisz robić wszystkiego sam? – spytał Stiles, czując się jak ostatni hipokryta, bo to samo Lydia próbowała przekazać mu od miesięcy. – Jeśli tylko powiesz, pomogę ci – obiecał i jego brat skrzywił się.

Najwyraźniej w domu wyrastał mu mały indywidualista. Nie był pewien czy cieszyć się, czy martwić.

Dzwonek do drzwi oznajmił gościa, więc zerknął w dół na swoją koszulkę i po prostu podwinął rękawy. Fartuch ochronił go przed plamami.

Derek czekał na ganku, odwrócony plecami do drzwi, jakby spodziewał się, że ma jeszcze trochę czasu, aby obejrzeć okolicę. Możliwe, że część wścibskich sąsiadów właśnie z tego korzystała, ale Stiles miał to w nosie, bo Scott wydał z siebie zadowolony pisk i wciągał już Dereka do środka, zanim Stiles zdążył, cokolwiek powiedzieć.

- A, to dostałem… - zaczął jego brat.

- Obiad. Łazienka i wymyj ręce. Potem opowiesz Derekowi o urodzinach – zarządził, bo ostatnim czego chciał to breja z ryżu.

Derek uśmiechnął się krzywo.

- Mycie rąk dotyczy także ciebie – powiedział wrednie Stiles.

- Dzień dobry, tobie też – stwierdził Hale. – Prowadź łobuzie – dodał Derek do Scotta, który nagle nabrał chęci na mycie rąk.

Zdążył wynieść garnki z kuchni pełnej nieumytych naczyń zanim wrócili, więc przybił sobie mentalną piątkę.

- Jak szkoła? – spytał Derek, zajmując jedno z miejsc.

Stiles wzruszył ramionami.

- Nudna – stwierdził ostrożnie. – Ostatnia klasa – dodał, jakby to, cokolwiek wyjaśniało.

- Jakoś inaczej zapamiętałem ostatnią klasę – odparł Derek, wzruszając ramionami.

Stiles, nawet nie próbował sobie przypominać, kiedy dokładnie zginęła rodzina mężczyzny.

- Malia mówiła, że Lydia organizuje bal? – zaciekawił się Hale.

Stiles podrapał się nerwowo w przedramię.

- Dokładnie. Szkolne szaleństwo – wtrącił i nagle poczuł się jak idiota.

Normalnie usta mu się nie zamykały i Lydia czasami nawet fizycznie musiała zmuszać go do myślenia. Tymczasem nie wiedział, co powinien mówić przy Dereku. Mężczyzna zostawił swoją kurtkę przy wejściu i siedział teraz w koszulce z krótkim rękawem dając mu wgląd na całkiem imponujący biceps.

Scott zaczynał już kombinować z sałatą, więc musiał, chociaż kątem oka kontrolować, co się dzieje na talerzu jego brata.

- Dogadałeś się z wujem? – spytał mimochodem, chcąc jakoś podtrzymać rozmowę.

Derek skrzywił się nieznacznie.

- Peter najwyraźniej używa Malii, żeby mnie zmiękczyć. Wiesz, to wyrabianie wyrzutów sumienia, że nie widzieliśmy się tak długo – wyjaśnił cierpko mężczyzna.

- Nie wiem, jak długo byłeś we Florencji – zaczął Stiles.

- Pięć pełnych lat – odparł Derek. – To nie o to chodzi. Malia dorastała na rozmowach ze mną na skype. Wróciłem i po prostu jest inaczej. Wszyscy są inni – zauważył, patrząc tępo w przestrzeń.

Stiles doskonale rozumiał, to uczucie lekkiego wyobcowania, które nawiedziło go, gdy on wyskoczył na przód ze swoim życiem, a wszyscy pozostali wciąż przebywali w tym samym miejscu. Problem Dereka wydawał się inny. Hale wyjechał, i to Beacon Hills zmieniło się. Nie wierzył w to, żeby mężczyzna był tym samym nastolatkiem, który opuszczał miasto, ale nie znali się wtedy.

- Po, co wyjeżdżać do Florencji, jeśli masz całkiem dobry college pod nosem? – spytał Stiles, bo to, go głównie nurtowało.

Derek uśmiechnął się krzywo.

- To miłe, że nie założyłeś, że stąd uciekłem – stwierdził mężczyzna. – Chyba chciałem zrobić coś, czego nie robili inni. W Beacon Hills nie masz zbyt wielu opcji, a moja rodzina zajmowała się projektami architektonicznymi tak długo… Chyba chciałem zobaczyć, jak robią to inni – wyjaśnił Derek i wzruszył ramionami.

- I wróciłeś po pięciu latach bez tytułu – zauważył Stiles.

- Wyczuwam w twoim tonie naganę – parsknął Hale i Stiles zorientował się, że brzmi jak swój własny ojciec.

- Przepraszam – odparł bardzo szybko, ale czuł, że nieprzyjemne wrażenie nie znikło.

Nie wiedział, co powinien teraz jeszcze powiedzieć, ale Derek złapał nagle Scotta za nadgarstek i wyciągnął dłoń jego brata na stół. Sześciolatek miał piąstkę zaciśniętą na ogromnym liściu sałaty.

- Scott – jęknął Stiles, bo tylko na tyle mógł się zdobyć.

Jego brat zaczerwienił się wściekle, gdy Derek puszczał jego rękę.

- Miałem młodszą siostrę – wyjaśnił Hale. – Nie wiesz nawet w jaki sposób można wyemigrować papkę z groszku z talerza – dodał.

- I nie chcę wiedzieć – odparł szybko Stiles, bo Scott wydawał się mocno zainteresowany.

ooo

Pierwsze zlecenia przyszły zaskakująco szybko i zaliczki pozwoliły mu na wolne weekendy. Lydia marudziła, że powinien porozmawiać z Deatonem na poważnie na temat kliniki. Jeśli wszystko miało utrzymać się w ten sposób, mógłby zrezygnować z pracy i tam. Chociaż wydawało mu się to kompletnie nieodpowiedzialne. Umowy, które przysyłał mu portal nie dawały mu gwarancji ponownego zatrudnienia, więc to źródło dochodu mogło skończyć się równie szybko jak każde kolejne.

A zakupy ze Scottem dopiero go czekały, bo część spodni jego brata zaczynało sięgać kostek. Sam powoli orientował się, że jego garderoba musi zacząć się zmieniać, jeśli po szkole zamierzał faktycznie zacząć pracować na pełen etat. Koszulki z Iron Manem i Hulkiem nie zrobiłyby wrażenia na żadnym pracodawcy, w to nie wątpił.

Widywali się z Derekiem po kilka razy w tygodniu. Hale był zaskakująco łatwym rozmówcą i Stiles zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że Lydia miała rację. O wiele lepiej rozmawiało się z Derekiem, z którym mógł zrobić wspólne zakupy niż z Dannym, którego interesowały głównie wypady do klubów.

Chociaż wciąż Stilesa lekko irytowało jedno. Derek bardzo wiele czasu spędzał na graniu ze Scottem. W zasadzie akurat, to było dobre, bo Stiles w tym czasie mógł posprzątać dom czy po prostu ugotować obiad. Hale, jednak notorycznie przynosił Scottowi nowe gry, a to było kompletnie bez sensu, bo posiadali ich teraz całą ścianę, a jego młodszy brat nie miał nawet tyle czasu, aby zagrać w każdą, chociaż raz.

Derek musiał również, to zauważyć, bo gry zastąpiły szybko miśki, a potem deskorolka z ochraniaczami, z której Stiles wcale nie był zadowolony.

- Jak mam mu powiedzieć, żeby przestał? – spytał Stiles, Lydii, gdy tylko dostrzegł ją na korytarzu wybierającą wzór zaproszeń.

- Dlaczego miałby przestawać? – odparła Martin. – Cały czas chodziło ci o szczęście Scotta – zauważyła.

I tu miała rację, bo jego brat jakby się rozpromieniał, gdy nadchodziła sobota i wiadome było, że Derek pojawi się w okolicy południa. Może przyniesie deser do obiadu, który Stiles przygotuje albo coś innego, bardziej pluszowego.

ooo

Stiles obserwował, jak pokonują kolejnego złego bossa w jednej z bezkrwawych gier, a potem Scott podnosi rękę do góry zapewne oczekując przybitej piątki. I faktycznie ręka Dereka już tam była dokonując, co wieczornej tradycji.

- Scott? – spytał Stiles delikatnie.

- Jeszcze pięć minut – jęknął jego brat, spodziewając się zapewne, że pora już spać.

Derek odwrócił się z padem w dłoni, wyglądając na ich starej kanapie tak prawidłowo, że w Stilesa uderzyło, jak często spędzają razem czas. Po szkole najczęściej parkował po prawej stronie, bo Derek ewidentnie wolał lewą, gdy zajmował ich podjazd. Wiedział też, że Hale ma swój haczyk na skórzaną kurtkę, a dwa dni temu nie kupił brukselki, pomimo że planował zupę, bo Derek ostatnim razem próbował wyciągnąć ją z talerza niepostrzeżenie. Co, oczywiście się nie udało, bo jeśli chodziło o takie akcje, Scott był mistrzem.

- Zmykaj do łazienki, łobuzie. Muszę się zbierać do domu. Zobaczymy się jutro – powiedział Derek i jego brat rozpromienił się.

Widywali się w soboty i w niedziele. I te drugie spędzali z panią Cavano na spacerach po rezerwacie, żeby Scott całych dni nie spędzał przed telewizorem. Stiles nie wiedział, jak to się stało, i jak Derek wślizgnął się w ich codzienność, ale mgliście przypomniał sobie ich rozmowę z dzisiaj na temat jego postępów w szkole i pracy Dereka. To też brzmiało o wiele zbyt naturalnie i wiedział, że o to akurat nie mógł winić Lydii. Martin kazała mu się zaprzyjaźnić, a nie wprowadzać Dereka jako stały element ich życia.

Objawienie przyszło w najgorszym momencie.

Cichy tupot stóp Scotta na schodach ucichł, gdy jego brat wpadł do łazienki. Czekały na niego naczynia i Derek wyłączył, jak w każdy sobotni wieczór konsolę, a potem odłożył pad na stolik. Mężczyzna ruszył w kierunku swojej kurtki po drodze ledwo dotykając go swoim ramieniem i Stiles wciągnął mocniej powietrze do płuc.

Czasami zapominał jak wysoki był Derek. Z pewnością z pamięci nie wylatywały mu mięśnie mężczyzny.

Hale odwrócił się z kurtką w dłoni i uśmiechnął na pożegnanie. A Stiles pomyślał, że ma poważne kłopoty.