Stiles nawet nie zauważył, że Derek bywał u nich codziennie. Wychowawczyni w przedszkolu Scotta znała go na tyle dobrze, żeby wypuszczać jego młodszego brata wraz z Hale'em. Pani Cavano jadała z nimi obiady i nawet nie komentowała faktu, że dorosły mężczyzna znajdował się pod jego dachem. Derek stał się stałym elementem ich krajobrazu i Scott, kiedy nie był odbierany przez Hale'a – zawsze czekał na niego koło drzwi, jakby spodziewał się, że Derek i tak przyjdzie, aby się z nim pobawić.
Stiles nie znał się na ludziach. Nie potrafił określić, kto jest jego wrogiem, a kto przyjacielem, ponieważ tak wiele zmieniło się w jego życiu od czasu śmierci rodziców, że nie za bardzo nadążał. Pani Cavano była zawsze wścibską staruszką, która donosiła na niego, gdy wymykał się po zmroku z domu i nie dogadywali się nigdy. A, jednak to ona pierwsza wyciągnęła do niego pomocną dłoń, więc egzystowali w tym dziwnym układzie, gdzie on robił zakupy i pomagał jej w ogrodzie w zamian za opiekę nad Scottem. Pani Cavano stała się dla niego prawie jak babcia, której nigdy nie miał. Jego młodszy brat zresztą nie mówił o niej inaczej.
A potem nastał czas Dereka, którego obaj nie potrafili zaszufladkować. Zaczynał łapać się na tym, że stawał w progu kuchni i spoglądał na szerokie ramiona mężczyzny zastanawiając się, czy Hale byłby w stanie go podnieść. Jakie w dotyku byłyby jego mięśnie. Zdawał się mieć zaskakująco twarde ciało, ale to mogło być złudzenie. Sam wyglądał na kościstego, ale był bardziej żylasty.
Derek zdawał się nie zauważać ich dysproporcji, ale nie zauważał i jego. Spędzał czas ze Scottem i rozmawiali naprawdę krótko. Przeważnie wtedy, gdy siadali do wspólnego posiłku. Niekiedy Derek proponował, aby wspólnie pozmywali naczynia, ale najczęściej zostawał z jego bratem w salonie, gdy on sprzątał.
Potem przeważnie odrabiał zadania, a Hale zajmował się Scottem. I wpadli z przyjemną rutynę, gdzie Stiles mógł obserwować Derek z daleka, dokładnie tak długo jak chciał. Nie miał pojęcia, co Hale robił przez resztę czasu, ale wydawało się to nieważne. Derek zawsze wychodził o jakiejś sensownej godzinie i mógł położyć Scotta spać, i może tak właśnie było najlepiej.
ooo
Listy z uczelni zaczęły przychodzić dość wcześnie. Nie otworzył żadnego i większość ukrył w swoim pokoju, gdzie nawet Lydia nie miała wstępu. Martin szykowała jakieś ogromne odwołanie w sprawie Harrisa, pod którym podpisała się cała klasa, więc nie zamierzał jej nawet powstrzymywać. Nawet Isaac w końcu podszedł do niego mówiąc, że zachowanie chemika jest po prostu nie w porządku. Przez częste szlabany spóźniał się do Deatona, aż weterynarz zaproponował w końcu, aby umawiali się na telefon. Alan rozumiał, że Stiles był w nie najłatwiejszej sytuacji, ale to wciąż nie usprawiedliwiało spóźnień. Czasami mieli zaplanowane operacje, a przesuwanie ich było o wiele zbyt skomplikowane. Zwierzęta nie czuły się dobrze pozostawione zbyt długo pod narkozą.
Lydia wciąż twierdziła, że powinien zrezygnować. Praca, którą dostał dzięki Derekowi była dla niego super prosta. Żył komputerem jeszcze rok wcześniej i przepisywanie cudzych prac dyplomowych wychodziło mu naprawdę szybko. A i pieniądze były z tego bardzo dobre. Propozycje wciąż napływały nie tylko ze Stanów, ale również reszty anglojęzycznych krajów. Czasami zgadzał się również na opracowywanie eksperymentów z fizyki czy chemii. Pomimo tego, co twierdził Harris, był naprawdę dobry ze ścisłych przedmiotów.
- Jaki masz plan na popołudnie? – spytała Lydia ciekawie, gdy wychodzili na parking.
Samochód Melissy stał się jego głównym środkiem transportu. Remont Dziecinki zdawał się bezsensowny, ale nie potrafił się tak po prostu pozbyć auta, które należało do jego matki. Derek obiecał zajrzeć pod maskę, ale Stiles wiedział, że jego niebieski jeep po prostu został skazany na wieczne zaparkowanie na podjeździe. Zastanawiał się nawet, czy nie wepchnąć samochodu do garażu, ale wciąż nie potrafił się na to zdobyć.
- A, więc to jest chłopak, który zajmuje uwagę mojego chrześniaka? – Usłyszał za sobą Stiles.
Zatrzymali się mocno zaskoczeni. Malia stała zaraz obok swojego ojca i Stiles mógł dostrzec zaskakujące podobieństwo. Oboje byli tak samo wysocy, a i typowe dla chyba wszystkich Hale'ów skrzywienie warg zapowiadające uśmieszek, zapewne musiało być przenoszone genetycznie. Peter nie miał, jednak tak gęstych, jak Derek brwi.
- Moje klucze – przypomniała ojcu Malia i mężczyzna przewrócił oczami.
Kluczyki od samochodu wylądowały, jednak w jej dłoni.
Dziewczyna bez słowa pożegnania skierowała się w stronę auta i Stiles nie bardzo wiedział, co powinien teraz zrobić. Peter przyglądał mu się o wiele zbyt intensywnie, aby to było normalne. Koszulka z głębokim dekoltem ukazywała całkiem przyjemnie umięśnioną klatę piersiową mężczyzny, więc może, to był po prostu znak rozpoznawczy wszystkich Hale'ów – wygląd modeli.
Sam zresztą czuł się nagi pod wzrokiem Petera, który obejrzał go od stóp do głów, a potem zatrzymał się na jego twarzy, jakby chciał go rozgryźć. Stiles, nie cierpiał takich ludzi.
- Jak tam charytatywny projekt mojego chrześniaka? Wspominał, że szukasz pracy. Może chciałbyś złożyć podanie do naszej firmy? – spytał Peter.
Stiles przygryzł wargę nie wiedząc nawet, co zrobić. Słowa 'charytatywny projekt' wracały nieprzyjemnie.
- Dziękuję, panie Hale – powiedział w końcu, a raczej wykrztusił.
- To nie będzie żaden problem – dodał Peter pospiesznie.
- Dziękuje, ale znalazłem pracę – wyjaśnił, starając się brzmieć na nieporuszonego.
Lydia przyglądała się im obu, a potem odchrząknęła, zwracając na siebie uwagę ich obu. Nigdy nie lubiła być ignorowana i Stiles w pełni rozumiał jej potrzebę ciągłej uwagi.
- Lydia Martin – przedstawiła się, wyciągając dłoń w stronę Petera.
Mężczyzna uścisnął jej rękę, nie odrywając wzroku od Stilesa. Normalnie, by go to rozbawiło, ale nigdy jeszcze nie czuł się tak obserwowany. I, to nie było coś przyjemnego. Peter, pomimo swoich słów wydawał się nie bardzo za nim przepadać. Może przeszkadzało mu, że Derek tak dużo czasu spędzał u niego w domu, zamiast nadrabiać czas, który spędził na rozłące z rodziną.
- Miła pogawędka – rzucił jeszcze Peter, zanim odwrócił się na pięcie i podszedł do czarnego mercedesa.
Zza kierownicy wyszedł mężczyzna i otworzył mu drzwi. Szofer zdawał się nieporuszony faktem, że zaparkował przed szkołą średnią w Beacon Hills, a wokół otaczają go tanie samochody tak charakterystyczne dla dzieciaków, które dopiero co zdobyły prawo jazdy.
- Ale pokazówka – zaćwierkała Martin.
- Nie wiedziałem, że stać ich na szofera – stwierdził Stiles, czując, że powoli zaczyna odzyskiwać głos.
Nie był największym fanem Petera Hale'a – tego był pewien. Derek zdawał się cichszy, mniej afiszował się z fortuną, którą miał. Stiles na kilka dni naprawdę zapomniał, że jego gość mógł być odwożony codziennie pod jego dom, a potem odbierany przez prywatnego szofera. Może w czasach przed Lincolnem miałby plantację bawełny i setki niewolników.
Stiles nie wiedział jakiej skali użyć, aby to w pełni do niego dotarło.
- Charytatywny projekt – powtórzył tylko, ponieważ teraz wszystko zaczynało wskakiwać na swoje miejsce.
- Co mówiłeś? – spytała Lydia, już zajęta swoimi notatkami.
- Muszę zabrać Scotta na zakupy – skłamał.
ooo
Derek przyszedł tego dnia do jego domu, jak zawsze i Scott czekał na niego przed drzwiami jak wierny psiak. Obiad zaczynał się dogotowywać, ale Stiles nie potrafił się skupić. Hale śmiał się za głośno i oddychał za głośno. Kanapa za bardzo skrzypiała, a koszulka Dereka była o wiele zbyt obcisła. Zadanie z fizyki, które leżało przed nim nie miało więcej sensu niż pięć minut wcześniej. Czuł, że coś, co mu umykało, nareszcie znalazło swoje miejsce i nie był do końca pewien, czy naprawdę potrzebował tych informacji.
Derek spojrzał na niego z padem w dłoni i jego zielone oczy zdawały się takie błyszczące. Stiles uśmiechnął się lekko, ponieważ Scott coś paplał, że znowu udało mu się pokonać mężczyznę. Kolejna piątka w powietrzu i jego brat był nagle najszczęśliwszym dzieckiem na świecie.
- Wszystko w porządku? – spytał nagle Derek, wyrywając go z zamyślenia.
Stiles nigdy nie był dobry w kłamaniu.
- Spotkałem twojego wuja pod szkołą. Chyba pożyczał Malii samochód – oznajmił Derekowi.
Hale zesztywniał lekko, ale niemal natychmiast wzruszył ramionami.
- Peter nie przepada za tym, że jego mała córeczka prowadzi sama – wyjaśnił Derek.
Stiles polizał wargi, wiedząc, że mężczyzna jest zbyt skupiony na ekranie, żeby widzieć jego twarz.
- Zaproponował mi pracę – przyznał szczerze w końcu.
To nie to go gryzło, ale w zasadzie pytanie Dereka, czy byli jego „projektem charytatywnym" zdawało się dziwne. Czym innym bowiem byli? Derek był dla nich obcy. Stiles mógł się do niego przywiązać o wiele za bardzo. Może wpatrywał się w niego trochę za długo, ale Derek traktował go jak dobrego kumpla. Scott mógł uwielbiać Hale'a, ale też byli co najwyżej partnerami w zbrodni, gdy kombinowali, jak usunąć brokuły z talerza. Stiles nauczył się, że nienawidzili ich obaj.
Derek, jednak tym razem zatrzymał grę pomimo protestów Scotta i spojrzał na niego, marszcząc brwi.
- Poważnie? – spytał mężczyzna.
- Tak – odparł Stiles. – Musiałem odmówić – poinformował Dereka, zastanawiając się, gdzie w ogóle prowadzi ta rozmowa. – Nie mam czasu, a może uda mi się też zrezygnować z pracy u Deatona – przyznał.
Derek uśmiechnął się lekko.
- Cieszy mnie to – odparł Hale. – Scott cały czas narzeka, że jesteś przepracowany – dodał.
- Scott… - zaczął Stiles, ale w zasadzie nie wiedział, co dodać.
Scott miał rację. Może i pracował za wiele, ale nie mieli innego wyjścia. Ich konto dalej nie robiło dobrego wrażenia, a wraz z ostatnim dniem szkoły miały nadejść tylko nowe rachunki.
Derek wpatrywał się w niego, czekając aż będzie kontynuował, ale co miał zrobić Stiles.
- Obiad zaraz będzie – poinformował ich.
Derek zdawał się zawiedziony, ale to mogło być tylko wrażenie.
ooo
Mogło mu się wydawać, ale Hale zaczął spędzać u nich więcej czasu. Pani Cavano przestała go prosić o drobne prace w ogrodzie i szybko zdał sobie sprawę, że Derek naprawił jej płot. A to miało być jego pierwsze weekendowe zadanie. Nie skomentował tego, ponieważ Lydia groziła skopaniem mu tyłka, a jej wysokie szpilki równie dobrze mogły zostać narzędziem zbrodni. Chyba widział to w Criminal Minds, gdy jednego wieczoru Scott położył się wcześniej, bo bardzo długo biegał po podwórzu i gdy Derek przyszedł, jego młodszy brat był wyczerpany.
Nie inaczej było i tego dnia. Siedzieli zatem z Derekiem na jego kanapie, spoglądając tępo w telewizor. Nie pamiętał, kiedy ostatnio miał tyle czasu, aby po prostu coś obejrzeć. Scott, przeważnie wtedy wybierał jakieś kreskówki, a seriale dla dorosłych naprawdę nie nadawały się dla dzieci w jego wieku.
- Może jakiś film? – spytał Hale niepewnie.
- Nie jestem pewien czy mamy, cokolwiek – odparł Stiles, wahając się wyraźnie.
Nie wyglądało na to, aby Derek zamierzał wychodzić. Było dość wcześnie i obaj wiedzieli, że w piątkowe wieczory mogli posiedzieć dłużej. W soboty nie chodził już do baru, więc nie musiał odsypiać.
Filmy okazały się tak stare jak się spodziewał. Jego rodzice kupowali tylko klasykę. Posiadał też coś, co brzmiało jak 'Jezus z Nazaretu' i na pewno było pozostałością po odwiedzinach dalekiej kuzynki Melissy, którą Stiles chciał naprawdę mocno wyrzucić z pamięci.
Przyjechała tuż po pogrzebie rodziców twierdząc, że ich wypadek był jego winą, ponieważ był gejem i powinien błagać Boga o wybaczenie swoich grzechów, inaczej on zabierze też Scotta. Stiles miał w nosie takiego Boga, co też jej rzekł, ale to Lydia wyrzuciła ją ze stypy.
- Nic ciekawego – odparł, odwracając się.
- Więc… - zaczął Derek. – Podoba ci się ta nowa praca? Osobiście nigdy nie byłem dość dobrze obeznany z komputerem, ale jak człowiek nie ma wyjścia – dodał Derek i wzruszył ramionami.
Stiles już tego pierwszego dnia, gdy się spotkali zauważył, że Hale nie był mówcą. Zdarzało mu się wyrzucać z siebie wiele słów, ale najchętniej porozumiewał się niedokończonymi zdaniami, przewracaniem oczu i wzruszeniem ramion. Stiles, nawet rozumiał ten dziwny kod.
- Jest wspaniała – przyznał bez żenady. – Okazało się, że wklepuję w klawiaturę więcej słów niż przeciętny student oraz, że większość studentów to idioci – dodał, ponieważ głównie za inżynierów przepisywał sprawozdania z badań.
Derek roześmiał się lekko i może Stiles był po trochu szalony, ale ten dźwięk zawsze robił z nim coś dziwnego. Kiedy siedzieli obaj na kanapie widział też niewielkie zmarszczki mimiczne w kącikach oczu mężczyzny, które kiedyś miały zmienić się w coś o wiele głębszego. Stiles, jednak wątpił, aby Derek nawet z nimi wyglądał źle.
Sprawdzał roczniki ostatnich klas szkoły średniej w Beacon Hills tylko po to, aby zobaczyć jak Derek wyglądał pięć lat wcześniej i musiał przyznać, że upływ czasu mu służył. Sądził też, że ta dziwna opalenizna była efektem włoskiego słońca, ale pomylił się. Derek zawsze miał dość ciemną karnację, co tylko podkreślało jak bardzo zielone były jego oczy.
Tacy ludzie nie powinni istnieć. Stiles był pewien, że stworzono ich tyko po to, aby torturować ich jeszcze bardziej.
- Jak w szkole? – zainteresował się Derek.
- Dobrze. Lydia postanowiła wywalić z pracy naszego chemika – przyznał, zastanawiając się, czy Hale w ogóle wie o kim mówił.
- Harrisa – wtrącił Derek i Stiles kiwnął głową. – Wspominała. I dobrze. Skoro jest dupkiem – dodał Derek i wzruszył ramionami.
Stiles zdawał się być od tego gestu dziwnie uzależniony.
