Stiles nie był nigdy dobry w okazywaniu uczuć. Potrafił gotować oraz sprzątać. Kupował Scottowi zabawki i organizował mu czas w ten sposób, aby jego brat nie miał kiedy przejmować się tym, że ich rodziców już nie było. Okazywał wdzięczność, jak nikt inny, gdy robił zakupy dla pani Cavano czy pielił jej grządki. Potrafił nawet znaleźć coś, co zadowalało Lydię, a to nie było zbyt łatwe.

Z Derekiem, jednak sprawa wyglądała całkiem inaczej. Mężczyzna zostawał coraz dłużej. Czasami Scott kładł się spać, a oni oglądali do późna filmy, które Hale zaczął kupować, ponieważ we Włoszech nie obejrzał niemal niczego przez ostatnie pięć lat i nadrabiał zaległości. Stiles nie potrafił mu odmówić, bo Derek spędzał wiele czasu ze Scottem, odciążając go. Znalazł mu pracę, kupował jego bratu zabawki, a czasem nawet przywoził gotowe obiady, gdy wiedział, że Stiles nie będzie miał czasu na zrobienie czegoś samemu.
Nigdy też nie wziął od niego żadnych pieniędzy, chociaż Stiles wbrew radom Lydii próbował wcisnąć mu chociaż resztę za zakupy.

Nie czuł się skrępowany, ale jednocześnie coś cały czas nie grało. Malia przyglądała mu się w czasie przerw, jakby wiedziała o wiele więcej niż mówiła i Stiles miał złe przeczucia, które wcale mu się nie podobały. Nigdy nie wierzył w podobne brednie, ale za każdym razem, gdy przyglądał się Derekowi bawiącemu się ze Scottem, coś ściskało się w jego klatce piersiowej.
Peter nazwał ich „projektem charytatywnym". Może faktycznie nim byli, chociaż bardzo starał się, aby nikt nigdy nie pomyślał, że czegoś podobnego potrzebowali. Może nie zdawał sobie sprawy, że faktycznie opieka, zainteresowanie, które Derek im dawał – było tym, czego brakowało im do tej pory. Hale poświęcał im uwagę, jednocześnie nie narzucając się na siłę. Nie pytał czego potrzebowali, ale po prostu był zawsze tam, gdzie Stiles nie dawał rady. Nie proponował, że popilnuje Scotta, aby on mógł ugotować obiad czy po prostu odrobić lekcje.
Nie wiedział jak, ale Derek stał mu się bliski. Było coś kojącego w tym milczącym mężczyźnie, który przecież nie był nawet wiele starszy od niego. Może w innym życiu, gdy Stiles poznałby go w klubie, pocałowaliby się w jakiejś alejce. Nie pozwoliłby mu na wiele, ale jednak mogliby mieć tę chwilę albo dwie dla siebie, które wspominałby jeszcze długo, gdy Derek dawno by już o nim zapomniał.

- Dołączysz do nas czy zamierzasz dalej stać w progu? – spytał mężczyzna, przerywając jego zamyślenie.

Stiles podrapał się po karku niepewnie. Był piątek. Scott nie musiał kłaść się za wcześnie, ale Derekowi zawsze jakimś cudem udało się zmęczyć jego brata tak bardzo, że odnosił go do jego pokoju jeszcze zanim nadeszła faktyczna godzina jego snu. Dzisiejszy wieczór wcale nie miał być inny. Scott już walczył z sobą i kontrolerem w dłoni. Pad wysunął mu się w końcu z rąk na miękki dywan.

- Idziemy do góry kolego? – spytał miękko Stiles.

Scott oczywiście zaprzeczył pospiesznie, ale to była z góry przegrana walka i wiedzieli to obaj.

- Zobaczysz się jutro z Derekiem – dodał i uderzyło go, że nie był do końca tego taki pewien.

Mężczyzna musiał w końcu zacząć pracę w rodzinnej firmie i jego czas miał pozostać ograniczony przez obowiązki. Stiles nie wyobrażał sobie zbyt odległej przyszłości, ale już ta całkiem bliska pozostawała pusta. Derek, jak każdy dorosły musiał zacząć swoje życie. Jego „projekt charytatywny" musiał w końcu stracić na znaczeniu. Stiles wiedział, że wszystko miało swój kres – życie nauczyło go, że koniec przychodził w najmniej spodziewanym momencie.

Wyszli ze Scottem na piętro i jego brat ruszył do łazienki, aby wymyć zęby. Od jakiegoś czasu nie dyskutował na ten temat, gdy Derek powiedział mu, że każdy szanujący się wilkołak musiał mieć ładnie prezentujące się kły. Podobno byli watahą, a przynajmniej tak twierdził Scott.

- Dobranoc, stary – rzucił Stiles, starając się nadać swojemu głosowi odrobinę humoru.

Scott nawet mu nie odpowiedział, dawno pogrążony we śnie.

Kiedy zszedł na dół, nie był nawet zaskoczony, że Derek dalej okupuje ich kanapę. Płyta z jakimś filmem musiała znajdować się już w odtwarzaczu i Hale próbował najwyraźniej ją odtworzyć. Stiles odkrył, że Derek wyjątkowo nie potrafi sobie radzić z techniką.

- To przez to, że w Europie mają inny system – powtórzył uparcie, gdy Stiles bezceremonialnie zabrał mu pilota.

- Skoro tak twierdzisz – prychnął.

Nie wierzył w to, ponieważ Derek miał też zaskakujące problemy z obsługą mikrofalówki. Widać było, że nie przywykł do używania podobnych sprzętów. Stilesowi nawet przez myśl przeszło, że Hale'owie faktycznie mieli tak wiele służby jak plotkowano. Malia wspomniała raz czy dwa o gosposi, ale ten dom był wielki. Stiles z łatwością potrafił wyobrazić sobie lokaja otwierającego drzwi i szofera.

Lydia zawsze śmiała się z tych pogłosek. Hale'owie nie byli brytyjską arystokracją i Stiles wiedział o tym, ale dom ukryty w rezerwacie, jednak działał na wyobraźnię wszystkich.
Oczywiście nieumiejętność obsługi mikrofalówki przez Dereka była łatwo wytłumaczalna. Mężczyzna takiej postury jak Hale musiał się zdrowo odżywiać, więc zapewne nie odgrzewał dań. Był oczytany, więc nie oglądał telewizji. Tajemnica – nawet największa – miewała łatwe rozwiązanie. Zresztą Stiles wątpił, aby Derek w swoim mieszkaniu trzymał piętnaście służących – każdą od czegoś innego.

- Co dzisiaj oglądamy? – spytał Stiles ciekawie.

Derek wzruszył ramionami.

- Jak w szkole? Co z Harrisem? – spytał Hale, spoglądając w jego stronę ostrożnie.

Stiles zrobił głębszy wdech. Lydia przekonywała go długo do złożenia skargi, więc to zrobił. Podpisało się pod nią tak wiele osób, że Harris został zawieszony. Nie wiedział, że Martin zbierała dodatkowo wsparcie od innych uczniów. Harris bywał dupkiem, ale sam musiał przyznać, że nie chciał jego zwolnienia. Znalezienie pracy w miejscowości takiej, jak Beacon Hills nie było łatwe. Sam natrudził się tak bardzo, że przechodziły go dreszcze na samą myśl o tym, że musiałby przez to przechodzić jeszcze raz.

Stała praca dawała stabilizację i nigdy nie spodziewał się, że tak bardzo będzie jej potrzebował w życiu. Przez wiele lat sądził, że po skończeniu szkoły weźmie rok urlopu i objedzie cały kraj. Wydawało mu się, to genialnym pomysłem, szalonym i pociągającym. Teraz nie potrafił sobie wyobrazić nie wiedzy o tym, co będzie jutro. Musiał planować. I robił to do tej pory nie najgorzej.

- Zawieszony – odparł krótko.

Derek skinął głową, nie oceniając go. I, to była kolejna rzecz, którą w nim lubił.
Czegokolwiek Stiles nie powiedział, nie słyszał do tego komentarza. Derek nie wywierał na niego presji jak Lydia i Jackson. Nie próbował go ulepszać, poprzez zmienianie jego podejścia do życia.

- Jak praca? – spytał Stiles.

Derek wzruszył ramionami. Stiles na końcu języka miał pytanie, czy Hale chce o tym porozmawiać, ale Derek już otwierał usta.

- Kiedyś chciałem założyć swoją własną firmę. Nie wyobrażałem sobie pracy w rodzinnym interesie. To byłoby tak mało ambitne iść utartym szlakiem – zaczął Derek patrząc w przestrzeń przed sobą.

- Wyjazd do Włoch pewnie miał być pierwszym krokiem – odgadł Stiles.

- Wyjazd do Włoch był ucieczką – westchnął Derek. – I wróciłem. I nic się nie zmieniło. W Beacon Hills jest coś dziwnego – dodał Hale i spojrzał tępo w ekran telewizora. – Może pomogę ci wymyć naczynia.

Stiles prychnął.

- Nie przesadzaj – odparł. – Poczekają do jutra…

- Słyszałeś, że to, co chcesz zrobić jutro powinieneś zrobić dzisiaj? – spytał Derek, podnosząc się z kanapy. – Poza tym jakoś nie mam ochoty na film – dodał, zaskakując lekko Stilesa.

Nim zdążył, cokolwiek powiedzieć, mężczyzna był już w drodze do kuchni, więc podążył za nim bez słowa. Derek bez wahania sięgnął po myjkę, jakby doskonale wiedział, gdzie leżała i może tak było, bo spędzał tutaj tak wiele czasu, że ostatnim razem nawet, to on robił im kawę, gdy Stiles sprawdzał wpisy w notesie Scotta, które przesłała mu wychowawczyni w przedszkolu.

Derek zadomawiał się i było to doskonale widoczne w tym, jak nie spinał się przebywając w jego domu. Kiedy wychodzili po zakupy albo Derek podjeżdżał po niego pod szkołę, zawsze był ostrożniejszy. Jego ruchy bardziej wyważone. Tutaj w kuchni Stilinskich, Derek poruszał się bez zastanowienia.

Stiles przejął od niego pierwszy talerz i wytarł go do sucha akurat w chwili, gdy kolejny był już umyty. Poruszali się jak zgrana drużyna, żadne ogniwo nie zawodziło. Scott spał na piętrze, przykryty kołdrą i od wielu dni nie miał koszmarów.

ooo

Lydia spojrzała na niego marszcząc brwi, jakby nie rozumiała, co Stiles do niej mówi. Może zresztą zwariował. Zaczynał się o to podejrzewać już w chwili, gdy Derek uścisnął jego ramię, gdy wychodził z jego domu dość późno. Dotykanie zaczynało się powoli. Derek początkowo tylko witał się z nim normalnym męskim uściskiem dłoni, który Stiles doskonale znał. Potem, czasami zawadzali o siebie, gdy mijali się w kuchni czy salonie. Kiedy siadywali na kanapie i oglądali filmy, ich ramiona stykały się z sobą na całej długości. Czasami nawet uda. Stiles zauważał to wszystko, ponieważ Derek był zawsze niezwykle ciepły.

- Mówisz mi, że się dotykacie – poinformowała go Martin tonem, którego nie potrafił rozgryźć.

- Jakoś weszliśmy w swoją przestrzeń osobistą – potwierdził Stiles.

Brew Lydii powędrowała tak wysoko, że zaczynał się martwić, że jej tak zostanie. Dziewczyna milczała o wiele za długo.

- Stiles – zaczęła i potrząsnęła głową. – Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale dostajesz paranoi – powiadomiła go. – Myślałam, że ta przyjaźń z Derekiem… Powiedzmy znajomość – poprawiła się, przewracając oczami. – Ci pomoże, ale na to nie wygląda. Jeśli on ci tak bardzo przeszkadza…

- Nie, nie, nie – wszedł jej w słowo Stiles. – Scott się do niego przywiązał…

- Stiles, ludzie odchodzą. Czasami wręcz muszą odejść, rozumiesz to? – spytała tak łagodnie, że Stiles poczuł, że coś zaczyna go dławić. – Taka jest kolej rzeczy. Nic nie jest wieczne…

- Nie, nie, nie – powtórzył uparcie, ale wizja tego, że i Derek odejdzie albo, co gorsze, po prostu pewnego dnia się nie pojawi, przesłoniła mu cały obraz.

Siedzieliby ze Scottem w pustym salonie, nie wiedząc, co zrobić. Jak, to się w ogóle stało. I, to on znowu musiałby to tłumaczyć to bratu, samemu nie rozumiejąc właściwie, jak się tam znaleźli. Kolejne dni byłyby dziwnie puste, bo brakowałoby im tego kogoś, kto tę pustkę, by wypełniał. Pani Cavano gotowała, ale nie zajmowała się Scottem tak idealnie. Nie potrafiła żartować ze Stilesem czy mu dogryzać.

Nie zauważył nawet, kiedy przestał oddychać. Otwierał usta, ale jego płuca jakby nie pracowały. Przepona odmówiła mu posłuszeństwa i dopiero teraz zaczynał się prawdziwy atak paniki. Nie mógł umrzeć, bo wtedy Scott trafiłby do jakiejś okropnej rodziny zastępczej i do końca życia przeklinałby brata nieudacznika, który zostawił go samego.

Zaczynało ciemnieć mu przed oczami. Słyszał, jak Lydia próbowała do niego mówić, ale nie rozpoznawał słów. Możliwe, że trzymała go za rękę, bo czuł, że ma ciepłe dłonie, a przeważnie podczas ataków jego ciało wychładzało się. Melissa zawsze mówiła mu, aby liczył do dziesięciu, ale teraz nie było nawet niej.

Coś ciepłego wślizgnęło się pomiędzy jego wargi i z przerażeniem zdał sobie sprawę, że patrzy na Lydię z naprawdę bardzo bliska. Jego policzki są mokre od łez, a jego przyjaciółka całuje go, co było tak irracjonalne, że nie mieściło mu się w głowie.

Oderwał się od niej i spojrzał na nią przerażony.

- Co…? – wyrwało mu się z ust, ale ona już wycierała kciukami jego policzki.

- Miałeś atak paniki – poinformowała go spokojnie, ale widział jak drżała.

Cieszył się tylko, że oboje wyszli porozmawiać na jeden z bocznych i prawie nieużywanych korytarzy. Nie pamiętał, kiedy dokładnie rozpoczęli tę tradycję chowania się tutaj, ale nawet Jackson nie znał ich kryjówki.

- Pocałunek pomógł – stwierdziła Lydia szorstko, starając się uspokoić.

- Nic mi nie jest – powiedział.

Potrząsnęła głową.

- Wątpię w to. Jak często je miewasz? – spytała szczerze i próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio nie mógł oddychać.

- To pierwszy od czasu śmierci rodziców – odparł. – Nie przydarzają mi się. Po prostu…

- Masz wiele na głowie – zakończyła za niego Lydia i ścisnęła jego rękę mocniej. – Wiem, Stiles. Wiem też, że nie zgodzisz się, abym cię teraz zabrała do lekarza – dodała. – Nie wracamy, jednak na lekcje. Jesteś kompletnie wypompowany. Drżysz – poinformowała go i spojrzała na jego ręce wymownie. – Odwiozę cię do domu. Powiem Danny'emu, żeby zrobił dla nas notatki. Pani Cavano dzisiaj miała wyjść do siostry, więc mogłaby odebrać Scotta po zajęciach. Zrób coś dla mnie i dla siebie, weź jeden dzień urlopu. Taki jeden dzień. Po prostu usiądź. Nie martw się przez chwilę niczym. Zajmę się Scottem. Wezmę go na przejażdżkę samochodem Jacksona, wiesz, że uwielbia, to porsche, od kiedy zwymiotował na nie watą cukrową, a Jackson płakał…

Stiles prychnął na samo wspomnienie.

- Moment. Jackson upierał się, że to wcale nie łzy – przypomniał sobie nagle.

Lydia przewróciła oczami.

- Wszyscy czasami płaczą, Stiles. Niektórzy tylko mają lepsze powody od innych – dodała.