Nic się nie zmieniło, Stiles tego dopilnował. Upewniał się na każdym kroku, że zachowuje się dokładnie tak samo jak zawsze. I może starał się za bardzo, bo Scott zaczął mu się podejrzliwie przyglądać, jakby zaczynał podejrzewać, że Stilesa podmieniono. Stiles, jednak był taki jak zawsze – lekko zakręcony, ale w gotowości.

Zauważał każde muśnięcia, najmniejsze dotknięcia, przypadkowe otarcia ich ciał. I może wariował, ale wątpił, aby Derek robił to nieświadomie. Widział Hale'a w towarzystwie innych ludzi; sporadycznie, przecież odwiedzała ich Lydia z Jacksonem, Malia nigdy nie przyjechała do jego domu, ale mijali się na szkolnym parkingu. Derek nie wdawał się z nimi w podobne kontakty, a jednak nie miał nic przeciwko temu, aby dotykać Scotta czy jego.
Może popadał w paranoję albo tak, jak twierdziła Lydia; robił coś z niczego. Ludzie na każdym kroku ściskali dłonie innych czy się obejmowali. Jackson nie potrafił utrzymać rąk przy sobie, gdy stali z Martin obok siebie. A oni z Derekiem nie byli wcale parą. Może jego umysł płatał mu figle i kazał mu zauważać podobne zjawiska, ponieważ częściowo miał nadzieję, że ten niewielki dotyk dla Hale'a znaczy tyle samo, co dla niego.

Stiles, jednak – gdy do głosu dochodziła świadomość – zdawał sobie sprawę z jakiegoś tysiąca różnic, z przepaści, która dzieliła jego i Dereka. Może i Hale nie kłamał, gdy twierdził, że nigdy nie jadł lepszych potraw. I może uwielbiał Scotta, bo nie oszukujmy się – trudno było nie mieć dla dzieciaka specjalnego miejsca w sercu, jednak to nadal było mało.
Malia zresztą nie żartowała z niego, a był pewien, że gdyby wychwyciła najmniejsze zainteresowanie swojego kuzyna jego osobą - cała szkoła, by o tym wiedziała. Użyłaby go do wspięcia się o, to ćwierć stopnia wyżej w szkolnej hierarchii. Już i tak podziwiano Dereka na szkolnym parkingu, ponieważ tak bardzo od nich odstawał. I nie chodziło tylko o wiek.
Hale zdawał się niedostosowany do realiów współczesnych. Jego stara komórka nie miała dostępu do internetu, Camaro, chociaż sportowe – wciąż było vintage. I Stiles nie chciał nawet wspominać o skórzanych czarnych kurtkach. Derek miał swój styl, i to tak daleki od jego własnego jak, to tylko mogło być możliwe. Stojąc już obok siebie na szkolnym parkingu, wyglądali śmiesznie i Lydia niejednokrotnie podejmowała próby zrobienia czegoś sensownego z jego włosami.

ooo

Właściwie powinien był się spodziewać takiego obrotu sprawy. Umówili się z Derekiem na niedzielny obiad, ale Hale w ostatniej chwili odwołał spotkanie, tłumacząc się Peterem, co Stiles doskonale rozumiał. Rodzina stała na pierwszym miejscu i byłby hipokrytą, gdyby miał do Dereka, jakiekolwiek pretensje. Scott był ewidentnie rozczarowany, a nadmiar jedzenia, i to cholernie, puste miejsce przy stole przypomniało mu nieprzyjemnie o nie tak dawnym znowu wypadku.

Czas zdawał się śmiesznie płynąć. Z jednej strony przez ostatnie tygodnie powinien był się pogodzić ze stratą rodziców, ale nagle wydawało się, jakby to było wczoraj. Scott też niepewnie patrzył na krzesło Dereka i chociaż wyjaśnił bratu, że Hale'owi nic nie jest – w zasadzie tak, to się odbyło ostatnim razem. Zjedli sami kolację, a informacja przyszła później.
Westchnął, widząc, że obaj stracili apetyt i klepnął Scotta w ramię, chcąc zwrócić uwagę dziecka na siebie.

- Może zjemy w salonie – zaproponował, chociaż właśnie łamał własną, cholerną, zasadę, którą wprowadził, gdy rodziców z nimi już nie było.

Chciał, aby Scott jadał normalne, familijne obiady, jak na tych wszystkich reklamach płatków śniadaniowych i margaryn. Każdy jeden posiłek odbywali przy tym kuchennym stole, a jedynie czas pizzy przewidziany był na salon, ponieważ przeważnie wtedy oglądali filmy albo grali na konsoli. Scott zmarszczył zatem brwi i spojrzał na niego niepewnie, jakby nie wiedział, o co chodzi.

- Dawno nie graliśmy – rzucił Stiles, wzruszając ramionami. – Nie stęskniłeś się za starym bratem.

- Nie umiesz grać w nowe gry – stwierdził Scott całkiem poważnie.

Derek przejmował bowiem zawsze drugiego pada. Stiles grał sporadycznie, przeważnie, gdy Scott spał już głęboko w swoim łóżku. Oczywiście nie włączyliby nic skomplikowanego, czy zbyt krwawego, chociaż sześciolatki obecnie były zaskakująco rozwinięte technicznie. Stiles w wieku Scotta nie do końca radził sobie z pilotem od telewizora, a jego młodszy brat potrafił obsługiwać bez problemu komputer i konsolę. Czasami nawet pomagał Derekowi, i to naprawdę były zabawne momenty.

Stiles zacisnął wargi w wąską kreskę, łapiąc się na tym, że jego myśli podążyły ponownie nie w tym kierunku, w którym powinny.

- Derek przyjdzie jutro? – spytał Scott niemal od razu, jakby czytał w jego, cholernych, myślach i Stiles, westchnął.

Nie chciał obiecywać Scottowi czegoś, co się nie spełni. Z drugiej, jednak strony Derek po raz pierwszy od początku ich znajomości nie pokazał się na niedzielnym obiedzie. Stiles czuł się trochę dziwnie przygotowując sałatkę owocową na deser, ponieważ przeważnie, to Hale dostarczał im coś słodkiego i zarazem zdrowego, jakby myślał o Scotcie przy wyborze słodkości.

- Tak – odparł w końcu dochodząc do wniosku, że znowu zaczyna mu odbijać.

To, że Derek raz się nie pokazał, nie oznaczało, że będzie tak już zawsze. Nie miał żadnych powodów, aby coś takiego przypuszczać.

ooo

Kiedy w szkole dostał SMS-a od Dereka, wiedział, że nie spodoba mu się jego treść. Obietnica złożona Scottowi dobę wcześniej stanęła mu gulą w gardle. Lydia zatrzymała się na korytarzu, zapewne lekko zdezorientowana tym, że przestał jej towarzyszyć. Odchyliła głowę, jak zawsze, gdy chciała pokazać, że nie tylko jest zaskoczona, ale również ma piękną szyję.
Wyjaśniła mu kiedyś, że większość kobiet potrafiło się dobrze zaprezentować w każdej sytuacji i ćwiczyły, to przed lustrem.

- Coś się stało? – zainteresowała się Martin.

- Derek nie przyjedzie do nas dzisiaj po południu – odparł, starając się brzmieć normalnie.

Jego ręce, jednak lekko drżały. Poszukał wzrokiem Malii, ale dziewczyna pewnie dawno przeszła do swojej sali. Z drugiej strony nie miał pojęcia czego po niej oczekiwał. Nigdy nie rozmawiali. Nigdy nie miał ku temu powodu. Wcale nie chciał usłyszeć też w odpowiedzi 'czego innego się spodziewałeś?' Albo 'Derek ma swoje życie, nie może się cały czas wami zajmować'.

- Wyjaśnił, dlaczego? – spytała Lydia ostrożnie.

- Ma coś do załatwienia – odparł.

Dokładnie tak brzmiał sms. Stiles nie był zbyt dobry w doszukiwaniu się we wszystkim drugiego dna. Fakt, że Dereka nie będzie i na tym obiedzie, był dostatecznie uderzający. Bywało tak, że czasami nie widzieli się w soboty, ale nie mieli nigdy dwudniowej przerwy.

- A, jeśli Scott pomyśli, że Derek nie żyje, a ja to przed nim ukrywam? – spytał, może niepotrzebnie na głos, bo Lydia spojrzała na niego zszokowana.

- Twój brat jest młody, ale nie głupi – odparła Martin. – I nie może sądzić, że każdy, kto się u was nie pojawia przez jakiś czas od razu ginie. Płakał, kiedykolwiek za mną albo za Jacksonem? – spytał i pewnie, to miało być pytanie retoryczne, ale Stiles nie potrafił się powstrzymać.

- Kto tęskniłby za Jacksonem – zażartował i jakoś zrobiło mu się lepiej.

Scott wychwytywał te małe różnice, odstępstwa od rutyny, którą przyjęli jakiś czas temu. W końcu czasami odbierała go z przedszkola pani Cavano, innym razem Lydia i Jackson. Czasami Martin zjawiała się z Derekiem. Rotacja ludzi nie była spora, ale jednak to uspokoiło Stilesa.

- Wyglądasz lepiej, ale czy wszystko w porządku? – spytała Lydia.

- Pytasz czy będę miał atak paniki? – odgadł bez trudu i wziął głębszy wdech. – Nie sądzę. To chyba byłoby głupie panikować dwa razy z tego samego powodu – powiadomił ją.

A może swoją racjonalną część. Nie był do końca pewien, ale przestał do siebie gadać, gdy tylko pojawił się w jego życiu Scott. Nigdy nie sądził, że po śmierci mamy jego ojciec znajdzie kogoś, kogo pokocha na tyle, aby wprowadzić ją do ich rodziny. Jeszcze mniej, prawdopodobne wydawało mu się posiadanie rodzeństwa, ale Scott pojawił się w jego życiu jak grom z jasnego nieba – trochę niespodziewanie i Stiles był pewien, że całkiem nieplanowo. Melissa, jednak była szczęśliwa, a jego ojciec znowu uśmiechał się w ten szczególny sposób.

Stiles nie musiał już rozmawiać z samym sobą i godzinami przesiadywał nad kołyską.

- Kiedy umarła moja mama – zaczął i wziął głębszy wdech – Za każdym razem, gdy mój ojciec spóźniał się po służbie, sądziłem, że dostanę telefon. Ten telefon – powtórzył, polizawszy swoje nagle suche wargi. – Nie wiesz, jak gówniani e żyje się w takim strachu. Za każdym razem myślałem, że zostanę sam. A potem pojawiła się Melissa i Scott, i jakoś tak… To się rozeszło – poinformował ją Stiles. – Nie wiem, jak Scott wszystko przyjmuje i rozumie. Nie chodzi o wiek, po prostu każdy przeżywa to inaczej.

Lydia słuchała go uważnie, a potem kiwnęła głową, jakby pojmowała w lot o, co mu chodzi.

- Nie możesz odcinać go od wszystkiego, co sądzisz, że jakoś go załamie. Załamywanie się jest częścią ludzkiego życia. Poza tym… Łzy nie są złe. Ludzie płaczą cały czas z bardziej błahych powodów. Jeśli nie będzie płakał po nich teraz, to kiedy? – spytała jego przyjaciółka trafiając jak zawsze w sedno.

- A może ja nie chcę, żeby w ogóle musiał płakać? – zaryzykował Stiles.

- Nie w tym życiu – odparła Lydia krótko, wbijając pusty wzrok w przestrzeń przed nimi.

ooo

Scott nie spytał o Dereka, gdy dostrzegł, że nie ma go w ich samochodzie. Ani potem, gdy siedzieli w salonie i jedli obiad, oglądając telewizję. Odrobili zadania, Stiles pozmywał, zerkając od czasu do czasu do salonu, ale Scott przestawił konsolę na pojedynczego gracza i nawet nie próbował go wciągać do gry. Było prawie tak, jak zawsze z tym, że Dereka nie było. Jego wieszak stał pusty. Na stoliku nie leżała jego wielka, stara komórka.

Stiles stanął w progu i obserwował, jak Scott próbował zestrzelić zwykłe kulki z planszy, ale szło mu coraz gorzej. Jego brat był tak zaabsorbowany telewizorem, że pewnie go przeoczył. Stiles miał w planach ograniczyć mu konsolę, gdy tylko znajdzie więcej czasu na wspólne czytanie bajek, ale obecna praca wciąż wymagała od niego, aby zdobył uznanie wśród innych. W tej chwili musiał się nadal starać o zlecenia, co też pochłaniało część jego czasu.

Komputer zresztą czekał na niego zaraz koło fotela, w którym przeważnie spędzał część wieczora, nie chcąc Derekowi i Scottowi zajmować przestrzeni. Obaj grali tak bardzo ciałami, jakby sami polowali na zmyślone kreskówko-we potwory. Scott zresztą nie raz, i nie dwa próbował ręcznie unieszkodliwić Dereka, aby tylko wygrać starcie. Chociaż Hale i tak przeważnie dawał mu wygrywać.

Scott pisnął radośnie i zamarł, orientując się, że nie towarzyszy mu drugi głos. Spojrzał na kanapę, jakby spodziewał się tam kogoś dostrzec, a potem na Stilesa.

- Derek przyjdzie jutro? – spytał jego brat.

Stiles wzruszył ramionami.

- Zadzwonię do niego, jeśli nie przyjdzie. Może jest chory i nie chce nas zarazić. Pamiętasz, jak miałeś grypę i pani w przedszkolu nie pozwoliła ci chodzić na zajęcia, żeby inne dzieci też nie chorowały? – spytał Stiles, czując się podle, że posuwa się do tak okropnego kłamstwa.

Scott zdawał się, jednak mu wierzyć, bo nagle wyglądał na naprawdę mocno zaaferowanego.

- Derek nie ma konsoli, prawda? – spytał jego brat. – Co robi, kiedy choruje?

Stiles nie wiedział nawet, jak wygląda mieszkanie Hale'a, co nagle wydało mu się naprawdę dziwne. Derek skutecznie wszedł w ich życie, ale nie dał nic od siebie. Nie znał nawet jego adresu. Nigdy nie podwoził Dereka, bo ten wolał zamawiać taksówkę w te nieliczne wieczory, gdy pożyczał samochód Malii.

Może nie powinno było go, to tak mocno uderzyć, ale jednak był zdziwiony, że dopiero teraz, to zauważył.

- Pewnie czyta – zaryzykował Stiles, ponieważ w tej sytuacji jedno kłamstwo więcej czy mniej nie robiło wielkiej różnicy. I tak już się czuł gównianie, gdy Scott ewidentnie zaczynał współczuć Derekowi.

Poznawał tę minę. Scott zawsze ją miał, gdy chciał zrobić coś dobrego. Jak wtedy, gdy próbował oddać Lydii swój sweter, gdy na dworze zrobiło się chłodniej. Dzieciaka nie można było nie kochać.

- Zadzwoń do niego i spytaj kiedy poczuje się lepiej – powiedział Scott z pewnością w głosie. – Niech na razie nie przychodzi. Nie chcę się…

- Zarazić – podpowiedział usłużnie Stiles. – Powiem mu – obiecał.

ooo

Derek kolejnego dnia wysłał mu następnego smsa. I sytuacja powtarzała się przez cały tydzień, aż do następnej niedzieli, gdzie nie dostał żadnej wiadomości. Lydia nazywała go idiotą, ponieważ przestał odpisywać. Nie było sensu tego ciągnąć. Ile lakonicznych 'ok' mógł wysłać? Jaki był tego sens.

Scott martwił się przedłużającą grypą Dereka i najwyraźniej opowiedział o niej pani Cavano, bo kobieta przyniosła im malinowy sok, aby uodpornić ich przed bakteriami. Nie wierzyła, jednak w tę bajeczkę, bo wychodząc, uśmiechnęła się do niego pocieszająco. Ten wyraz twarzy też znał.

Nadszedł kolejny poniedziałek i Stiles po prostu nie zadzwonił.