Stiles szczerze wierzył, że w końcu Derek straci cierpliwość i sam zapyta go o zajście podczas przyjęcia. Williamsowie byli znaną w świadku adwokackim rodziną i zapewne tylko przez łut szczęścia Derek nie zainteresował się jego nazwiskiem podczas ich pierwszej rozmowy.

Hale obserwował go coraz uważniej, gdy Stiles wchodził do jego gabinetu przynosząc mu dokumenty. Milczał jednak, bo jeśli Derek był w czymś naprawdę dobry, to w wyciąganiu zeznań samą ciszą. Stiles coraz gorzej znosił brak dźwięków, a gabinet Hale'a był najbardziej wyciszonym pomieszczeniem na tym piętrze.

- Możesz zapytać – powiedział w końcu Stiles, odkładając dokumenty na stolik.

Sprawa wydawała się z pozoru prosta, ale te handlowe w ciągu sekundy potrafiły przybrać najgorszy obrót. Po, to chyba produkowano tak obszerne Statuty Zarządu, aby odwołanie kogokolwiek graniczyło z cudem, a jeśli nie uda im się tego przeprowadzić w ciągu najbliższego miesiąca, prawie na pewno stracą klienta.

Derek spojrzał na niego znad swoich okularów.

- Nie interesuje mnie życie prywatne moich pracowników – powiedział spokojnie Hale i wrócił do czytania jakiejś mega długiej umowy.

Stiles tylko modlił się w duchu, aby nie musiał jej poprawiać. Czasami znajdował luki w dokumentach, które tworzył Derek, ale zdarzało się to o wiele za rzadko. Hale natomiast uważał najwyraźniej, że sam fakt, że nie znalazł błędu oznaczało, że szukał w złym miejscu albo zbyt krótko.

Scott marudził ilekroć widział go z kopiami i mazakami w ich mieszkaniu po godzinach pracy, ale Stiles naprawdę zaczynał to uwielbiać. Nigdy na siłę nie szukał dziury w całym, ale to zaczynało być przyjemne. Tym bardziej, że Derek docelowo przygotowywał go do tworzenia podobnych umów i statutów. Dokumenty, które dostawał od Hale'a były zapewne, pierwotnie pisane przez kogoś niższego stopniem w firmie, ale Stiles rzucił okiem na kilka podobnych. Ilość treści, którą nadpisywał Derek własnoręcznie, przewyższała nakład pracy każdego z tych praktykantów.

I może Scott uważał, to za męczące i niepotrzebne, ale to naprawdę fascynowało Stilesa, na jak wiele sposobów można było sformułować zdanie, aż do chwili, gdy jego niekorzystna lub inna interpretacja nie była już możliwa.

- Poważnie, możesz spytać – powiedział Stiles, ponieważ ostatnim czego chciał, to ta dojmująca cisza.

Nie chciał się też do końca łamać. Nie wiedział, dlaczego Derek tak często wymieniał asystentów. Hale wydawał się czasami szorstki w obyciu, ale w zasadzie nigdy go nie obraził. Na pewno mieli więcej klientów, niż ktokolwiek na tym piętrze, więc i nakłady pracy były większe, ale to był raczej powód do dumy. A, przynajmniej tak uważał Stiles.

- Plotki też mnie nie interesują – odparł Derek, jakby w ogóle go nie słyszał.

Od plotek była Lydia. To ona bardzo szybko skojarzyła ich nazwiska. I jeśli była, przez to trochę milsza, nie zamierzał na razie wyciągać żadnych wniosków. Wciąż ze Scottem nie zdecydowali czy zostaną w Nowym Jorku. Plan podbicia serca Allison utknął w martwym punkcie i Stiles od początku wiedział, że McCall nie powinien był przemierzać połowy kraju, tylko dlatego, że spojrzała na niego przychylniej. A, przynajmniej nie powinien był robić tego od razu po skończeniu studiów.

- Nie pytasz, bo sądzisz, że nie powiem ci prawdy? – zainteresował się Stiles i poczuł, że robi mu się gorzej.

To zwróciło uwagę Dereka. Mężczyzna ściągnął okulary z nosa i odłożył je na biurko. Gdyby wszystko było dobrze, siedzieliby naprzeciwko siebie. Tymczasem Stiles pochylał się nad niskim stolikiem do kawy, a Derek starał się usiąść wygodniej w swoim skórzanym fotelu, na który wydał o wiele za dużo, skoro już po godzinie bolały go plecy.

- Gdybyś zapytał, powiedziałbym ci. Nie mam zwyczaju kłamać – powiedział Stiles.

- Nie podjąłem jeszcze decyzji czy interesuje mnie, czy jesteś z nimi spokrewniony czy nie – poinformował go Derek, trudnym do odczytania tonem.

- Więc jestem zwolniony? – spytał Stiles może odrobinę podniesionym głosem.

Od cholernego przyjęcia minęły trzy dni, ale nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Derek mógł przez ten czas sprawdzać warunki jego zwolnienia. Jednak, jakoś nie chciało mu się, w to wierzyć.

- Niczego takiego nie powiedziałem – odparł Derek i był tak cholernie irytująco spokojny, że Stiles zacisnął usta w wąską kreskę, żeby tylko nie powiedzieć czegoś nieodpowiedniego. – Nie wiem, czy mnie interesuje czy jesteś z tych Williamsów, skoro ewidentnie nijak nie wpływa, to na twoją pracę – ciągnął dalej. – Isaac wspomniałby mi o czymś tak ważnym, a to oznacza, że on nie wie. Williamsowie nie studiują po cichu i nie utrzymują się na stypendiach. Nie szukają pracy podczas studiów – wymieniał spokojnie.

Stiles poczuł, że jego policzki płoną.

- Jestem tym Williamsem – powiedział bardzo cicho. – Richard jest moim wujem. Mało osób pamięta, że miał młodszą siostrę. Była moją matką. Wyprowadziła się z domu, a raczej uciekła z niego, gdy miała dziewiętnaście lat – wyjaśnił i gdy raz słowa popłynęły z jego ust, nie potrafił przestać mówić. – Zamieszkała w jednej z chicagowskich dzielnic, a obok nas mieszkali McCallowie.

- Nas? – spytał Derek.

- Byłem w drodze – przyznał sucho, starając się brzmieć, jak najbardziej neutralnie.

Po raz pierwszy w życiu opowiadał tę historię i nie zamierzał jej powtarzać.

Błysk zrozumienia w oczach Dereka był wszystkim czego mógł oczekiwać.

- Melissa jest ciotką, która zmarła w Newton. Przeprowadziliśmy się tam, gdy zdecydowaliśmy się studiować ze Scottem prawo, ale ona sporo chorowała i… - urwał. – Nie miałem i nie mam kontaktu z Williamsami, ale najwyraźniej jeden z nich startuje do Kongresu. Nie zamierzam mieć z nimi kontaktu, co jednocześnie oznacza, że nie zamierzam wykorzystywać swojego pochodzenia przeciwko nim – dodał, żeby mieli z Derekiem jasność.

Nigdy nie chciał stać się przedmiotem szantażu. Melissa sugerowała raz czy dwa, że mógłby poprosić ich o pieniądze, ale to oznaczałoby, że musiałby porozmawiać, chociaż z jednym z klanu.

Czekał na jakąkolwiek reakcję Dereka, ale mężczyzna przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, a potem kiwnął głową, jakby przyjmował, to wszystko do wiadomości.

- Jak mówiłem, nie jestem zainteresowany życiem prywatnym moich pracowników – powtórzył Derek spokojnie, nie wrócił jednak do przerwanego czytania. – Poproś Scotta, żeby przyszedł tutaj z Boydem, gdy tylko skończą spotkanie z klientem. Odwołaj nasze spotkania do końca dnia – polecił.

Stiles zamarł, bo to była kolejna rzecz, która wytrącała go z równowagi. Derek nigdy nie dawał normalnych odpowiedzi. Przeważnie, po prostu rzucał jakieś pozornie niepowiązane z sobą uwagi, a potem czekał na rozwój sytuacji.

ooo

Obserwowanie Stilesa nie dostarczyło mu żadnych, nowych informacji. Chłopak, jednak wydawał się wyraźnie spięty, gdy opowiadał o rodzinie. Nie sposób było nie zauważyć, że w ciągu kolejnych trzech dni jego garderoba zmieniła się nie do poznania. Wyblakłe krawaty o nijakich kolorach zostały zastąpione przez modne wzory i dość drogie materiały. Nie na tyle, żeby przykuć uwagę kogokolwiek, ale Stiles zaczynał dobijać do standardów biura. Derek nie pytał skąd chłopak miał pieniądze, ale możliwe, że mieszkali z McCallem w jakiejś obskurnej kawalerce. Sam pamiętał czasy, gdy utrzymywał się z pensji stażysty. I najchętniej zapomniałby o nich.

Boyd wszedł do jego gabinetu w jakąś dobrą godzinę później i wyglądał na mocno zaskoczonego tym spotkaniem. Przeważnie unikali dłuższych pogawędek pod okiem Chrisa, ale ta sytuacja była wyjątkowa.

- Wiem, kto przejrzy testament Johna Stilinskiego – powiedział Derek na powitanie.

Vernon zamarł centymetry nad kanapą, a potem spojrzał, na wciąż znajdujących się w pomieszczeniu asystentów. Scott i Stiles wpatrywali się w niego w lekkim szoku, który był uzasadniony. Nie rozmawiano o Stilinskim głośno, a o testamencie niemal nie wspominano. Tylko nieliczni widzieli go na oczy i jego domniemany potomek, na razie nie dostał go do rąk własnych. Chris, o to zadbał.

- Stiles – odparł krótko Derek. – Stiles przejrzy testament i znajdzie sposoby na jego podważenie go.

Chłopak wgapił się w niego z niedowierzaniem.

- Szukacie sposobu na obalenie testamentu? Przecież… Przecież spadkobierca nie zdecydował nawet, czy w ogóle go przyjmuje – powiedział Stiles.

Boyd prychnął.

- Stare zagranie. Kto nie chciałby pięćdziesięciu milionów? – spytał retorycznie Vernon.

- Pewnie jego nieślubne dziecko, które nie chce go znać – powiedział Stiles i naprawdę wyglądał na poddenerwowanego.

- Spokój – warknął Derek. – Nie szukamy sposobu, aby obalić testament, ale musimy być przygotowani na ewentualność, że ktoś, może to zrobić. Niezależnie od tego czy spadkobierca się ujawni i przejmie kancelarię czy nie – dodał, spoglądając na wszystkich. – Chris doprowadzi firmę do ruiny, a to oznacza, że ludzie stracą pracę. My, stracimy pracę – przypomniał im.

Błysk zrozumienia w oczach Stilesa był czymś naprawdę przyjemnym. Rzadko miał do czynienia z ludźmi, którzy faktycznie myśleli. Stiles zresztą w odróżnieniu od jego poprzednich asystentów, potrafił ciężko pracować i nie narzekał. Jako jedyny do tej pory faktycznie wywiązywał się ze swoich obowiązków.

Derek nie miał złudzeń, że praca u niego stanowiła wieczne wakacje. Czasami zostawali naprawdę do późna w biurze, ale jeśli ktoś nie nauczył się ciężko pracować za młodu, nie miał później szans w prawdziwym życiu. I Stiles stanowił tego idealny przykład. Ambicja, inteligencja i pracowitość w jednym człowieku.

- Sądzisz, że skoro w razie czego wszyscy razem wylecimy za niesubordynację albo coś podobnego, to ze Scottem będziemy lojalni? – spytał chłopak.

- Nie. Wiem, że nie masz powiązań z Williamsami, podobnie jak Scott, a nie mam takiej pewności, jeśli chodzi o pozostałych – przyznał spokojnie.

Nie chciał obrazić chłopaka. Po prostu, faktycznie wiele ryzykowali. Jego kariera wisiała na włosku. Jeśli, cokolwiek wydałoby się z ich ustaleń, mógłby liczyć wyłącznie na posadę obrońcy z urzędu. Boyd był w podobnej sytuacji. Obaj jednak wiedzieli, że jeśli Chrisowi uda się obalić testament, Williamsowie przejmą ich kancelarię.

- Koleś – wyrwało się Scottowi.

- Daj mi chwilę – powiedział Stiles.

Dokładnie tak jak Derek sądził, McCall był tutaj tym może i rok starszym, ale podporządkowującym się. Stiles miał cechy naturalnego przywódcy, które prawnikowi bywały pomocne. Chłopak pewnie nie rozpoznawał tego w sobie, wciąż skupiony na swoich wadach i kompleksach, które wyniósł z czasów, gdy nie mogli się ze Scottem pochwalić indeksami najlepszej uczelni w kraju.

Teraz, gdy poznał całą historię, wszystko zaczęło się układać w logiczną całość. Stiles wypełnił swoje CV dziesiątkami dokonań, a miał być z czego dumny. Może nawet te słowa pod koniec wytrenował przed lustrem, żeby brzmieć bardziej przebojowo. Derek jednak nie czuł się oszukany, bo chłopak miał talent i potrafił myśleć. Niezatrudnienie go byłoby ogromną stratą nie tylko dla firmy.

- Dobra – powiedział w końcu Stiles. – To nie tak, że moglibyście, cokolwiek robić za naszymi plecami – ciągnął dalej. – Zawsze wiem, gdy próbujesz się wcześniej urwać ze spotkań – dodał.

Derek nie mógł nie przewrócić oczami, bo zabrzmiało to naprawdę, jak oskarżenie. Tymczasem zdarzyło mu się, to najwyżej raz, ale Boyd miał być na sali rozpraw do późna, więc jedynie lunch pozostawał dla nich optymalnym terminem.

- Zrobimy to – podjął Stiles. – Totalnie przejrzę ten testament, a Scott będzie miał oko na wszystko – dodał.

McCall wyglądał na nieprzekonanego.

- Jeśli, to wyjdzie na jaw, powiemy, że nie mieliście z tym nic wspólnego – obiecał Derek, bo przynajmniej tyle mógł dla nich zrobić.

Pamiętał, jak sam był w ich wieku i bez pieniędzy. Z nazwiskiem, które bardziej ciążyło niż dawało profity. To John Stilinski wyciągnął wtedy do niego rękę i zamierzał jakoś uszanować, przynajmniej jego ostatnią wolę.

- Co wiemy? – spytał ciekawie Stiles.

- Spadkobierca na pewno przyjmie spadek – podjął Boyd. – Zaczął korzystać przed kilkoma dniami z funduszu, który Stilinski utworzył specjalnie na wszelki wypadek, gdyby sprawa się przeciągnęła. John musiał wiedzieć, że życie w Nowym Jorku jest drogie, ponieważ na tym koncie znajdują się dobre dwa miliony i są dostępne wyłącznie, gdy ktoś zna hasło, które John wysłał osobiście do swojego spadkobiercy – wyjaśnił.

Stiles zaczerwienił się lekko, jakby argumenty Boyda go osobiście urażały. Chłopak musiał się nauczyć, że nie zawsze się wygrywa. I nigdy nie powinien osobiście traktować takich sytuacji. To, że on nie chciał poznać swojego ojca, bo jak Derek mniemał – Stiles go nie znał, nie oznaczało, że ktokolwiek inny były równie, bardzo honorowy.

Pieniądze zmieniały ludzi nie do poznania. Stiles zresztą musiał zdawać sobie sprawę, że zachowanie Lydii powoli zmieniało się wraz z kolejnymi plotkami, które dotyczyły Williamsów. Jeśli wyszłoby na jaw, że chłopak nie był nikim więcej, jak niechcianym bękartem, Martin zapewne traktowałaby go, jak wszystkich z lekką wyższością – lub nawet otwartą wrogością, odkąd zapewne poczułaby się urażona i oszukana.

Kobiety bywały bezlitosne.

- Skupmy się na faktach. Jak wiele czasu mamy? I, co musimy zrobić? – spytał Scott, zwracając na siebie uwagę wszystkich.

Derek nie znał go zbyt dobrze. Podobnie jak pozostali asystenci, po prostu przemykał korytarzami. Ignorował ich, chociaż znał ich imiona. Niektórzy przebijali się mocniej niż inni, jak Lydia Martin, której nie sposób było nie zauważyć.

- Musimy przejrzeć cały testament w tym tygodniu – powiedział Boyd. – Pełną wersję mam ja, ponieważ jestem jego wykonawcą oraz każdy z akcjonariuszy, ponieważ to była wola Johna. Otworzył tak drogę wszystkim, którzy byliby zainteresowani podważeniem testamentu – dodał.

Stiles uśmiechnął się krzywo.

- Najwyraźniej wskazał też spadkobiercy ludzi, którym może faktycznie ufać – stwierdził chłopak tonem, którego Derek nie potrafił rozszyfrować.