Derek zamarł i spojrzał na swojego asystenta, nie do końca pewien czy dobrze słyszał. Nie sądził, aby Stiles kłamał. Nie w tak ważnej sprawie, ale wątpił, aby ktokolwiek zdołał w takim czasie przejrzeć dokumenty. Martin nie rozpisywał się tak szeroko jak John Stilinski, a i same zwroty akcji w testamencie sprawiły, że w odróżnieniu od 'Gry o tron' nie doczytał go do końca.

Składający się z siedemnastu części wolumin doprowadził Boyda do rozstroju nerwowego i szybko zrozumieli, że Stilinski zostawił im ciężki orzech do zgryzienia.

- Jest nie do podważenia – powtórzył powoli Derek, jakby rozsmakowywał się w tych słowach.

Stiles uśmiechnął się lekko, najwyraźniej dumny z siebie.

- Nie istnieją rzeczy nie do podważenia. Nie w prawie – powiedział pewnie Derek, ponieważ tego się nauczył w praktyce.

Był w stanie wybronić każdego i czasami naprawdę się za to nienawidził. Niestety, na tym polegała jego praca, a ją zamierzał wykonywać najlepiej jak potrafił.

- Ten testament jest nie do podważenia – powtórzył Stiles z pewnością w głosie. – Cała ta pisanina składa się w zasadzie na jeden czysty wniosek; pozostawiam mojemu synowi cały mój majątek. Jest krótko i zasadniczo. Tego uczono nas na Harvardzie, żeby proste słowa skomplikować do potęgi, aby postronni spędzili godziny na zrozumieniu wszystkiego. Nie można podważyć testamentu, ponieważ nie ma tam haczyków. Nie ma daty, do której powinien zgłosić się spadkobierca, jedynie wzmianka o synu.

Derek polizał wargi, zdając sobie nagle sprawę z tego, że rozmawiają na środku baru i jeśli ktokolwiek podsłuchałby ich w tej chwili, nie tylko straciliby pracę, ale on być może i prawo do wykonywania zawodu. Poufność stanowiła klucz jego fachu.

Zmęczenie dało się im obu we znaki. Stiles ledwo trzymał się na nogach i Derek nie mógł, kolejny raz nie zastanowić się nad tym, ile godzin w tygodniu chłopak pracował. McCall zapewne nie był z tego zadowolony; nie raz już słyszał, co Scott myślał o nadliczbowych godzinach Stilesa. Ta praca, jednak tak wyglądała i jeśli obaj chcieli się utrzymać w zawodzie – musieli to zrozumieć.

- Ktoś o tym wie? – spytał Derek krótko.

- Próbujesz mnie urazić? – odbił piłeczkę Stiles. – Scott nawet nie wie. Mówię tobie pierwszemu.

Derek skinął głową i zrobił kolejny wdech.

- Spadkobierca musi udowodnić, że jest synem Stilinskiego – stwierdził, gdy uderzyło go po raz kolejny, że nie znają nawet imienia dzieciaka.

Nie byli nawet pewni czy chłopak jest pełnoletni. Termin prawniczy równie dobrze mógł wyszukać w googlach. Nie chciał dowiedzieć się, że cała ta praca poszła na marne, ponieważ chłopak był jakimś gówniarzem, który i tak sprzeda kancelarię temu, kto da wyższą cenę. Jeśli Chrisa nie było stać, a podejrzewał, że tak było w rzeczywistości – Wiliamsowie ustawiali się pierwsi w kolejce.

- Jest wzmianka, że spadkobierca dostał dokumenty, których nie dostała reszta akcjonariuszy. List prywatny oraz aneks do testamentu, który ma prawo zignorować, jeśli sobie zażyczy – poinformował go Stiles.

O tym, jednak z Boydem wiedzieli od samego początku i mniej ich to niepokoiło, niż sam testament.

- Jak bardzo jesteśmy w dupie, jeśli ta kancelaria nie trafi w ręce spadkobiercy? – spytał Stiles spokojnie, co wcale go nie zaskoczyło.

Chłopak miał prawo wiedzieć, co działo się w firmie, skoro tak wiele ryzykował. Wilczy bilet dla niego mógł pogrążyć, nawet największe marzenia o pracy na uczelni. Isaac byłby najszczęśliwszy na świecie, gdyby Stiles po prostu wrócił na Harvard i pozostał przy jego katedrze. Derek każdego dnia dowiadywał się na nowo, dlaczego.

Stiles spoglądał na niego swoimi wielkimi, inteligentnymi oczami. Przez cały okres życia w Nowym Jorku Derek nauczył się, że podobne sylwetki i rysy twarzy kształtowało niewiele; papierosy lub kiepskie dzieciństwo, a sądząc po szczegółach z życia Stilesa, które prześlizgiwały się między słowami, podejrzewał, że chłopak niemile wspominał ten okres.

Musiał przyznać, że podziwiał jego upartość. Wielu w jego sytuacji zwróciłoby się do Wiliamsów, szantażując ich swoim niejasnym pochodzeniem. Stiles, jednak do wszystkiego dochodził sam. Ile pracy i wysiłku, go to kosztowało – pewnie tylko on jeden wiedział.

Byli w tym podobni do siebie. Jego start też nie był zbyt łatwy, ale tym lepiej smakowało zwycięstwo.

- Masz ochotę na kolację? – spytał Derek.

W barze nie mieli nic do jedzenia, a ta rozmowa miała potrwać dłużej.

Stiles uśmiechnął się lekko.

- Tylko nie coś pod krawatem – rzucił chłopak i Derek nie mógł nie prychnąć. – No co? Nie powiesz mi chyba, że uwielbiasz siedzieć w tych duszących kołnierzykach i koszulach zapiętych na ostatni guzik.

- Tajemnica dobrego dobierania rozmiaru koszuli – poinformował go Derek, ignorując fakt, że rzeczywiście zaraz po pracy zrzucał z siebie wykrochmalone rzeczy i przebierał się w zwykłe koszulki.

Może i były odrobinę lepszej jakości i stylu niż te, które nosił Stiles – jednak chłopak miał rację. Preferował skórzane kurtki i nie krępujące ruchu koszulki. Zapach sterylności w biurze doprowadzał go do szaleństwa i chociaż tak samo wyglądało jego mieszkanie – po prostu wiedział, że jego życie musi tak wyglądać. Image prawnika był tak samo ważny jak umiejętności.

Stiles przewrócił oczami, gdy wyszli ponownie na ulicę. Jego samochód stał zaparkowany nieopodal, więc zdecydowali się zajrzeć do włoskiej dzielnicy. Jego personalny trener zapewne miał dostać apopleksji słysząc, że o tej porze zdecydował się na makaron, ale przecież należało im się coś za dobrze wykonaną robotę.

- Mam tatuaż na plecach – powiedział Stilesowi i w zasadzie nie wiedział, dlaczego to zrobił.

Chłopak zresztą spoglądał na niego, marszcząc brwi z siedzenia pasażera.

- To metafora tego, że mogę być sobą, jeśli nikt tego nie widzi? – zainteresował się Stiles. – Pijesz do mojej orientacji? Nie sądziłem, że w dwudziestym pierwszym wieku, ktokolwiek będzie miał z tym problem, ale najwyraźniej przeceniłem…

- Zawsze tak szybko mówisz? – spytał Derek, wchodząc mu w słowo.

Zrozumiał zaledwie połowę. Zresztą Stiles dopiero teraz wziął oddech, jakby sobie nie zdawał sprawy, że wypowiadał wszystko w tempie karabinu maszynowego.

- Chyba naprawdę jestem zmęczony – stwierdził chłopak.

- Mogę odwieźć cię do domu – zaproponował Derek, chociaż kompletnie nie wiedział gdzie Stiles mieszka.

Nie zainteresował się tym wcześniej, ale podejrzewał, że wynajmowali coś z McCallem i ta dzielnica nie mogła być zbyt reprezentacyjna. Sądząc po gwałtownej reakcji Stilesa, miał rację.

- Nie musisz się wstydzić tego, gdzie mieszkasz – powiedział mu Derek. – Nie wszyscy w środowisku, to dzieciaki bogatych rodziców. Jeśli masz wiedzę i umiejętności, dojdziesz do czegoś, a wtedy to wszystko, co przechodzisz nie będzie miało znaczenia – dodał i zdał sobie sprawę, że Stiles nie wygląda na ani trochę zaskoczonego, jakby doskonale wiedział, co stało się z majątkiem jego rodziny.

Nie było, to zresztą zbyt wielką tajemnicą i wręcz spodziewał się po Lydii, że sprzedawała to każdemu nowemu jako newsa.

Musiał być naprawdę zmęczony, bo dopiero dotarło do niego, co Stiles mówił wcześniej o swojej orientacji. Nie zastanawiał się nigdy nad tym, ale chłopak zdecydowanie nie przypominał geja – nie ze środowisk, które Derekowi nie były obce. Homoseksualiści z bogatych rodzin wybierali zawody, które mocno wiązały się ze stereotypami o nich, wspierając w ten sposób swoich bliskich startujących do Kongresu, ale niekoniecznie środowiska, które walczyły z obrazem niedomytej lesbijki w wiecznie niepomalowanych paznokciach i chłoptasia, który lubił w tyłek.

Stiles nie potrafił się ubrać. Chociaż jego krawaty zyskały na jakości i kolorze, nadal nie do końca pasowały do marynarek czy koszul. Garnitury, wciąż nie były na miarę albo chłopak nie wiedział po prostu gdzie powinny być węższe, aby jak najlepiej zaprezentować jego sylwetkę.

- Rozumiem, że po kancelarii krążą plotki – stwierdził Derek cierpko.

- Staram się ich nie słuchać, ale czasami to trudne – odparł Stiles, zerkając na niego niepewnie.

- Najwyraźniej wiemy o sobie wiele rzeczy, których wiedzieć nie chcielibyśmy – dodał Derek i skręcił w prawo.

Jako stażysta często jadał w tej knajpce. Była bliska metra, tania, ale jednocześnie jedzenie w niej było smaczne. Jego stare mieszkanie mieściło się nieopodal. Miał ogromne szczęście – ktoś wcześniej w nim umarł i przez to straciło na rynkowej wartości. Deweloper zapewne teraz opowiadał o tym, że mieszkał tam chłopak, który stał się wielkim prawnikiem i przeprowadził się na Manhattan, jakby to miało znaczenie przy wybieraniu własnych, czterech ścian.

Derek nie wierzył w duchy. Nie wierzył też w sprawiedliwość.

Usiedli w rogu sali z menu w rękach i Stiles zerknął na niego znad karty dań.

- Christopher nie nadaje się na starszego partnera – zaczął Derek, ponieważ najwyraźniej cierpliwość nie była jedną z cnót chłopaka. – Nigdy się nie nadawał. Widać, to teraz, kiedy mamy kryzys i nikt nie wie, co ma robić.

Stiles westchnął.

- I, kto według ciebie powinien przejąć stery? – spytał ciekawie chłopak.

- Nie moje zdanie się tutaj liczy – odparł Derek.

- A, gdyby się liczyło – upierał się Stiles. – Przecież musicie mieć jakiś plan z Boydem. Nie wierzę, że tak po prostu marnujecie kilkanaście godzin, aby po prostu się poddać.

Derek uniósł brew, czekając, aż chłopak umilknie. Podobny bunt rodził się w nim na samą myśl o tym, że spadkobierca mógłby puścić ich kantem. Nie mieli żadnej pewności, jeśli o niego chodziło. Nieznane, jednak w tym jednym przypadku było lepsze, niż pewni swego Wiliamsowie.

- Mamy plan. Nazywa się Boston. Chicago. Waszyngton – rzucił Derek. – Żadna inna kancelaria w Nowym Jorku się nie liczy, a biorąc pod uwagę kontakty Wiliamsów, obawiam się, że z Boydem nie zdecydujemy się na branie udziału w tej szopce. Dlatego powinieneś też uważać na Richarda – dodał, ostrzegając lojalnie chłopaka.

Oczy Stilesa zrobiły się wielkie jak spodki, gdy dotarł do chłopaka sens jego słów.

- Jeśli Wiliamsowie przejmą miasto, wybierz sobie inne – odparł Derek, starając się nadać swojemu głosowi lekkie brzmienie.

Nie było tajemnicą, że Kate Argent go nie cierpiała po tym, jak odrzucił jej awanse. Nie przepadał za kobietami, które w ten sposób manifestowały swoją seksualność. To samo tyczyło się mężczyzn. Jeśli ktoś nie potrafił utrzymać penisa w spodniach, i przynajmniej zachowywać pozorów – trzymał się od niego z daleka. Jego wizerunek nie mógł ucierpieć. Już teraz patrzono na niego podejrzliwie, jakby był genetycznie zobligowany do popełnienia błędów ojca.

Nie zamierzał oczyszczać imienia rodziny. Zapominać o przeszłości. Musiał budować nową, ponieważ nie liczyło się nic innego.

Stiles spoglądał na niego niepewnie, a potem wbił wzrok w menu, ewidentnie jednak stracił apetyt i Derek nie potrafił go winić.

- Jeśli spadkobierca nie przejmie kancelarii sporo osób straci pracę. Dlatego robimy, to z Boydem. Nie chodzi o uczciwość czy niechęć, w którąś stronę. To po prostu kawał historii miasta. Braliśmy udział w największych rozprawach. John potrafił tak przemawiać na sali sądowej, że zamierano – poinformował Stilesa.

- Wyobrażam sobie – mruknął chłopak.

- Nie, nie wyobrażasz sobie. Wszystko, co umiem, nauczył mnie on – oznajmił mu Derek i Stiles podniósł wzrok znad karty dań.

- Więc, to jednak jest psia lojalność – odparł chłopak i Derek nie do końca wiedział, czy ten chciał go obrazić.

Pierwszy raz widział błyski złości w oczach Stilesa i nie mógł zrozumieć, skąd wzięły się tak nagle.

- To dlatego, że on też nie wychował swojego syna? – spytał Derek całkiem poważnie. – Utożsamiasz go z własnym ojcem? – dodał, chociaż wiedział, że nie powinien podejmować tego tematu.

Usta Stilesa utworzyły idealne „o", ale chłopak szybko je zamknął.

- Może, to naprawdę wygląda inaczej z tej drugiej strony, ale to nie twoja sprawa. Musisz się odciąć od myślenia, że John Stilinski jest dupkiem, który porzucił własne dziecko. Nie znamy jego powodów i nie powinno nas, to obchodzić. Interesuje nas tylko dobro kancelarii – poinformował go Derek krótko. – Jeśli chcesz być dobrym prawnikiem, to jest na to przepis. Nie interesuj się powodami. Nie wdawaj się w moralne rozważania. Rób swoje – dodał.

Stiles wpatrywał się w niego w ciszy, przez chwilę.

- I, to robisz, Derek? - spytał chłopak dziwnym tonem. – Robisz swoje?

Nie wiedział, jak odpowiedzieć, na to pytanie. Nie był bezdusznym dupkiem. Czasami naprawdę miał wątpliwości, dlatego wybierał sprawy, które kosztowały jego sumienie najmniej.

Stiles obserwował go dłuższą chwilę w milczeniu.

- Mam nie myśleć o nim, jak o własnym ojcu – powtórzył chłopak. – To będzie łatwiejsze niż myślisz – dodał cierpko.

Derek nie bardzo wiedział jak ma to skomentować.

- Nie wszyscy nie chcą poznać swoich rodziców. Nie wszyscy chcą dochodzić do wszystkiego sami. Nawet, jeśli spadkobierca przyjmie te pieniądze, nie możesz myśleć o nim, jak o kimś, kto się sprzedał. Pomyśl o tym, jak o zadośćuczynieniu za lata, gdy wychowywał się bez ojca. Może John, dlatego tak to wszystko rozplanował. Może wyjaśnił, to w prywatnym liście i chłopak po prostu dochodzi do siebie – dodał Derek, wzruszając ramionami.

Stiles spojrzał nieprzytomnie przed siebie i westchnął.

- Wolę moralnie jasne sytuacje, które nie wymagają ode mnie sprawdzania, co piętnaście minut, czy już przeszedłem na Ciemną Stronę Mocy czy po prostu Lord Vader jest moim ojcem – rzucił chłopak.

- To czyni z ciebie Luke'a - zauważył Derek.

Stiles uśmiechnął się do niego lekko i w zasadzie mógłby się przyzwyczaić do takiego jego wyrazu jego twarzy.

- Lubię tak o sobie myśleć, dlatego nie chcę już zostać prawnikiem – poinformował go chłopak i Derek nie mógł go winić.