przypominam, że całość jest betowana przez cudowną wrotkę777 :*:*:*


Isaac miał swoje sposoby, żeby doprowadzić człowieka do szału. Derek zabronił mu przyprowadzać jednorazowe przygody do jego, dość dobrze strzeżonego apartamentowca, więc w zamian Lahey zorganizował imprezę dla młodszej części jego piętra. Facet chyba nie pojmował do końca, że to pokolenie uważało ich za ludzi sukcesu, ponieważ osiągnęli, co tylko mogli, a jednocześnie ledwo przekroczyli trzydziestkę, co jednocześnie sprawiało, że byli stosunkowo młodzi.

Stiles nie wydawał się być pod wrażeniem jego osoby, kiedy spotkali się pierwszy raz. Chłopak nie był onieśmielony, a potem poznali się tylko z tej lepszej strony. Derek cenił jego uwagi i dość specyficzną osobowość, która była połączeniem prostolinijności i dziwnego uporu, który jako pierwszy przyciągnął jego uwagę. Jeśli, ktokolwiek dociągał na stypendium harvardzkim tak daleko, musiał być zdeterminowany.

Lydia była kompletnym przeciwieństwem Stilesa. Jej rodzice mieli pieniądze i sama nie musiała do niczego dążyć na siłę. Czuła się również w jego mieszkaniu jak w swoim własnym, sądząc po tym, jak siedziała na jego skórzanym fotelu.

McCall nie wiedział, gdzie podziać oczy i przycupnęli ze Stilesem dosłownie na skraju kanapy. Isaac otwierał już butelkę wina i uniósł w jego stronę kieliszek, jakby Derek marzył o czymś podobnym, po swoim cholernie, długim i stresującym dniu. Nawet Greenberg miał tyle instynktu samozachowawczego, żeby zatrzymać się w pół kroku do jego lodówki.

- Pan Hale – wyrwało się komuś.

Byli tutaj chyba wszyscy asystenci, których spotkał na jego piętrze Isaac i pewnie powinien był się czegoś podobnego spodziewać.

- Mogę cię prosić na słówko? – spytał, machając placem w stronę Laheya, który radośnie wcisnął otwarte wino w dłonie Allison Argent, która zapewne w tym momencie bardzo chciała być, gdzie indziej.

Isaac poszedł za nim do sypialni dość potulnie i to był podstęp. Lahey nigdy niczego nie robił bez konkretnego celu. Kiedy rozstawali się tego dnia, Stiles miał odprowadzić swojego profesora do windy i naprawdę wyglądał, jakby mu ulżyło, że pozbyli się go nareszcie. Isaac bywał intensywny i nie miał granic. Nie trudno było zgadnąć, ale uwaga, którą otaczał Stilesa nie była pożądana, a Williams nie radził sobie z narzucającymi mu się ludźmi.

- Musisz przemówić mu do rozsądku – powiedział Lahey, gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły.

- Muszę się dowiedzieć, dlaczego zaprosiłeś połowę pracowników mojej kancelarii do mojego mieszkania – odparł.

- Stiles rezygnuje z Harvardu – warknął Isaac. –Wiesz, co to jest? To jest największy błąd w jego życiu.

- Ale jest dorosły i to jego decyzja. Widziałeś go z McCallem. Są jak bliźniaki syjamskie – westchnął. – Myślisz, że potrafią funkcjonować osobno?

Isaac przewrócił oczami.

- Może zdrowe byłoby ich rozłączyć? – prychnął Lahey. – Widziałeś, co potrafi Stiles. Nie może zrezygnować z Harvardu. Nie ma lepszej uczelni. Gdzie osiągnie więcej? – spytał.

I miał rację. Dyplom otwierał drzwi. Stiles był cholernie zdolny, ale sala sądowa nie była miejscem dla niego. Widział Williamsa nawet w roli sędziego czy twórcy prawa. Jednego z tych profesorów, którzy nigdy nie wychodzą faktycznie praktykować, ale za to są nie do pokonania, jeśli o chodzi o teorię. Dlatego tak świetnie im się współpracowało. Derek potrafił prawo praktykować, a Stiles dawał mu fundament, ale jako stażysta Williams miał coś zyskać. Tymczasem nie potrafił go niczego nauczyć.

Niespecjalnie go to męczyło, bo Stiles złożył już rezygnację. I, kiedy powiedział, że zostanie w Bostonie, to otwarło dla nich całkiem inne drzwi. Afiszowanie się z tym jednak przed Isaakiem, gdy nawet nie wyszli na pierwszą randkę, nie miało sensu. Może zostałoby nawet źle zrozumiane, a Stiles na pewno nie chciał, aby źle o nim mówiono, skoro już nazwisko sprawiało, że był mylnie oceniany.

- Co chcesz, żebym ci powiedział? – westchnął. – Harvard to Harvard – dodał.

- Jesteś jego mentorem. Jesteś jego szefem – przypomniał mu Isaac. – Porozmawiaj z nim. Wyjaśnij mu, jak wiele osiągnie. Jeśli zostaje tylko dla McCalla, to idiotyzm. Jeśli zostaje dla jakiegoś idioty, to powiem mu, że to tymczasowe zauroczenie i nie ma sensu zaprzepaszczać swojej kariery. Szef wydziału przysłał mnie, bo mamy dla niego miejsce na doktoranckich. Nie mówi się o tym głośno i to jest tajne, Hale – dodał.

Kiedy wyszli z powrotem do salonu, Stiles i Allison wkładali pospiesznie naczynia do jego zmywarki, której chyba nigdy własnoręcznie nie użył. Gosposia miała przyjść jutro z rana, ale zapewne ta dwójka nie miała o tym pojęcia. McCall starał się robić dobrą minę do złej gry, gdy Greenberg próbował po prostu uciec.

Tylko Lydia nie widziała najwyraźniej problemu w tym, że jednak on ich nie zaprosił. Oddanie kluczy Laheyowi po raz kolejny okazało się błędem.

- Macie ochotę na coś na wynos? – spytał, starając się brzmieć spokojnie.

ooo

Stiles pojawił się w jego gabinecie, wyglądając dość niepewnie. Był świadom tego, że wszyscy przycichli, gdy wrócił. Isaac mógł na nich wymóc przyjście do jego mieszkania, ale jego kłamstwo, że podobno organizował wieczorek zapoznawczy szybko wyszło na jaw. Lahey twierdził zresztą, że jedynie to zasugerował. Jak każdy dobry prawnik nie pozwolił im mieć niczego na piśmie i to miała być ich pierwsza nauczka.

- Przepraszam za Isaaka – zaczął Stiles pospiesznie, podając mu poprawioną umowę.

Nie miał pojęcia, kiedy Williams miał czas, na to wszystko. A może po prostu, kiedy było się dobrym w papierach przychodziło, to bez trudu.

- Nic się nie stało. Studiowaliśmy razem jak zapewne wiesz – odparł, wskazując na krzesło przed sobą. – Martwi się o ciebie – ciągnął dalej, gdy Stiles z rumieńcem na policzkach usiadł. – Przemyślałeś dobrze decyzję o transferze? – spytał wprost, bo jeśli Harvard chciał Stilesa, aż tak bardzo, przeniesienie było niczym strzał w kolano.

Boston miał o wiele mniejszy prestiż.

- Tak – spokojnie odparł chłopak.

- Na pewno? – upewnił się ostrożnie. – To jest Harvard, Stiles. Oni nie żartują. Nie znajdziesz lepszego uniwersytetu z lepszym programem – ciągnął dalej. – Nie będę ci tego powtarzał w kółko, bo sam pewnie, to doskonale wiesz, ale nawet jako profesor, największe uznanie zyskasz tam. Wiem, że jesteście związani ze Scottem…

Stiles zaśmiał się krótko.

- Isaac cię na to namówił? – spytał wprost Williams. – Scott się przeprowadził, ale to nie jest tak, że nie umiem bez niego żyć. Melissa życzyłaby sobie, żebyśmy się nie rozdzielali, ale kiedy zrezygnowałem z pracy tutaj, wiedziałem, że nie będziemy się widywać każdego dnia. To nie jest tak, że mam duży wybór – dodał, biorąc głębszy wdech.

Wydawał się mocno zdeterminowany i Derek znał to spojrzenie. Stiles nie chciał mu czegoś powiedzieć. Nie na darmo praktykował prawo i prowadził rozmowy z ludźmi, którzy ukrywali całe majątki, żeby nie wiedzieć, jak wyglądała twarz człowieka, który nie chciał rozmawiać o pieniądzach. Nie pamiętał ile wynosiło stypendium na Harvardzie, ale Stiles nie mógł pracować, biorąc pod uwagę jego wyniki w nauce. Jeśli miał coś na weekendy, pewnie przeszkadzało mu to skupić się na ponadprogramowych zajęciach, na które zwracano uwagę przy wyborze kandydatów na staż. Ostatni rok był najcięższy. Egzaminy decydowały o być czy nie być. I spora część oblewała.

Jego komórki nerwowe pracowały jak zawsze na zwiększonych obrotach. Może i był pragmatykiem i cieszyło go, że Stiles zostanie w Bostonie, ale może, dlatego właśnie nie zauważył, że jednak chłopak rezygnował z Harvardu, na który dostał się pewnie po trupach. Podejmując wysiłek, który Derek akurat dobrze znał. Nie miało znaczenia, czy coś się między nimi rozwijało.

Isaac miał rację i cholernie, mu się to nie podobało.

- Jeśli chodzi o pieniądze… - zaczął ostrożnie. – Wiem, że stypendia nie są wysokie, ale uratowałeś naszą kancelarię przed sporymi kłopotami. Mógłbym porozmawiać z Chrisem na ten temat.

Stiles wpatrywał się w niego z niedowierzaniem.

- Proponujesz mi pieniądze? – spytał Williams odrobinę wyższym głosem.

- To, nie tak – odparł Derek pospiesznie. – Stypendium kancelarii. Harvard jest ważny, Stiles. Jeśli, to tylko pieniądze, one nie są problemem. Nie traktuj tego jak problem i nie myśl o tym w kategoriach, które właśnie przechodzą ci przez głowę. Wiesz, że nie bawię się w podobne rzeczy…

- Zastanawiam się tylko nad jednym – przyznał ostrożnie Stiles, marszcząc brwi. – Zrywasz ze mną zanim wyszliśmy na randkę? – spytał wprost.

- Co? – wyrwało mu się. – Nie. Po prostu jeśli rezygnujesz z Harvardu…

- Możemy się więcej nie widywać, a i tak zostanę tutaj – poinformował go spokojnie Stiles. – Muszę tutaj zostać, ponieważ życie się czasem układa w ten sposób. Zanim zacząłem z tobą pracować, zastanawiałem się czy nie rzucić studiów ogólnie. Scott mnie przekonał, żebym tutaj przyjechał i spróbował. Nie będę nigdy prawnikiem – przyznał bez goryczy, która może powinna się tam znajdować. – Lubię prawo. Zostanę profesorem. Nie, Harvardu – dodał.

- Przemyślałeś to – upewnił się. – To nie ma nic wspólnego z nami – wyjaśnił spokojnie. – Isaac wczoraj uświadomił mi, że moja radość z tego, że zostajesz, nie jest do końca odpowiednia. Tracisz ogromną szansę – powiedział.

Stiles kiwnął głową i uśmiechnął się krzywo.

- Harvard nie był dla mnie. Oni wszyscy są starzy. A Isaac… - zaczął Williams i urwał.

- Tak, wiem dokładnie, co nie tak jest z Isaakiem – westchnął Derek.

ooo

Stiles prawie połknął własny język, kiedy Lahey pojawił się koło jego biurka. Nic go nie ostrzegło i może, dlatego czuł się cholernie zdradzony. Scott, przecież powinien go uprzedzać o atakach tego typu. McCall, jednak radośnie uśmiechał się do Allison, która zapewne przyniosła mu skserowane umowy. Cudowny sposób na wykorzystanie jej tytułu z psychologii.

- Derek jest u siebie? – spytał Lahey.

- Jest na spotkaniu – odparł, chociaż Hale wyszedł tylko z Boydem na nie całkiem służbowy lunch.

Może rozmawiali ponownie o testamencie, chociaż ten temat wydawał się zamknięty, odkąd Chris stanął po ich stronie. Sytuacja kancelarii stabilizowała się, i to nie dzięki Argentowi. Chris nie radził sobie z kierowaniem czymś tak ogromnym. Był wolnym strzelcem, świetnie sprawdzał się na sali sądowej, gdy miał pod opieką jednego klienta, ale przy natłoku spraw się gubił się i może, dlatego Lydia ratowała mu tyłek, przynajmniej raz w tygodniu.

- To świetnie, bo przyszedłem do ciebie – stwierdził Isaac. – Boston…

- Boston, to jest to – odparł krótko. – Nie zmienię decyzji. I dzięki, że nasłałeś na mnie Dereka. Czułem się jednocześnie oceniany, przesłuchiwany i ochrzaniany. Możesz mi powiedzieć jak facet to robi? – zakpił.

- Jest prawnikiem. Mówiłem ci, że są niebezpieczni – powiedział Isaac, kręcąc z niedowierzaniem głową. – To nie nasz świat – dodał.

- Wiem – odparł Stiles, nie próbując się nawet kłócić.

ooo

Stiles nienawidził rozwodów. Przede wszystkim Derek wpatrywał się w niewiernych mężów i te płaczliwe żony wzrokiem bez wyrazu, nie oceniając ich nawet przez sekundę. Nie wyobrażał sobie, jak wiele spraw tego typu musiało przejść przez jego ręce, ale to pewnie było ryzyko zawodowe. Wielomilionowi klienci, których firmy obsługiwali rozwodzili się i te same przedsiębiorstwa stawały się przedmiotem sporu. Tym samym ich kancelaria trafiała w sam środek wojny, gdzie One chciały dostać prawdziwe dane na temat wartości firmy, a Oni próbowali się z tego wyplatać z twarzą.

Derek zawsze wydawał się tak cholernie spokojny, chociaż niektóre z tych kobiet i ich przerażająco czerwone paznokcie zatrzymywały się na skórze dłoni Hale'a o kilka sekund za długo, kiedy się żegnali. Nie był nawet pewien, czy Derek ukrywał swoją orientację. Sam nie powiedział ani słowa o sobie, ale przecież żyli w dwudziestym pierwszym wieku.

- Przygotuj jej spis majątku – polecił mu Derek zmęczonym głosem.

- Poważnie? Nigdy tego nie robimy – zdziwił się.

- Tak, ale ona wygra i jeśli chcemy dalej mieć ją jako klienta, musimy iść jej na rękę – wyjaśnił Derek spokojnie.

- Potrafisz, to ocenić po jednym rzucie okiem? – spytał z niedowierzaniem.

Derek wzruszył ramionami, a potem wydął usta i obrócił fotel lekko w lewo, spoglądając na niego całkiem poważnie.

- Networking – powiedział krótko Hale. – Od tygodni mówiło się, że mąż ją zdradza. Ona ma, na to dowody. To nie są szeroko znane informacje, ale czasem trzeba nadstawiać uszu, żeby nie popełnić głupich błędów – przyznał.

- Słuchanie plotek nazywasz networkingiem? – spytał z niedowierzaniem.

- Myślisz, że Lydia pracuje tutaj, bo jej szpilki wydają świetny dźwięk, kiedy chodzi po marmurowej posadzce? – prychnął Derek.

- Lydia połowę z tych plotek tworzy – odparł może odrobinę za ostro.

- To też narzędzie – stwierdził Derek.

- Raport będzie na jutro – poinformował go.

Derek kiwnął głową.

- Od jutra zaczyna się twój ostatni tydzień – podjął ostrożnie Hale. – Zostaw mi wolny czas w trakcie lunchu – dodał.

- Zamierzasz faktycznie zacząć ze mną jadać posiłki? – zakpił.

- Nie – przyznał Derek. – Wierz mi lub nie, ale mam stertę dokumentów do przejrzenia. Będziemy pracować. Długo pracować. W jednym z procesów, które prowadzę, obrońcą będzie Richard Williams. Musimy, to wygrać nie tylko dla klienta, ale również ze względów wizerunkowych – wyjaśnił. – Poza tym zaczynam się obawiać idioty, który cię zastąpi.

- Och, doceniasz moją pracę? – spytał trochę zaskoczony.

Derek uśmiechnął się krzywo.

- Nie, pozostałych uważam za idiotów. Byłeś znośny – odparł Hale.

- Czyli nie będziesz chciał, jednak zadzwonić po pomoc prawną, kiedy wrócę na uczelnię? – upewnił się.

Derek przewrócił oczami.

- Może nie od razu. Dwa dni urlopu i pewnie będę się skarżył na kolejnego asystenta – westchnął Hale.