Souls wpatrywał się w niego, starając się nie zdradzać żadnych emocji, ale Derek widział, jak ręce mężczyzny zaczęły się trząść. Stiles wyjątkowo towarzyszył mu podczas tej rozmowy. Normalnie nie przepadał za trzymaniem swoich asystentów tak blisko, ale chłopak nie miał tendencji do chwalenia się talentami, których nie posiadał. W zasadzie zawsze głównie zachowywał ciszę, co Derek cenił, ponieważ Williamsowi na pewno nie było łatwo milczeć, biorąc pod uwagę, jak wiele normalnie mówił.

Potrafił do siebie mruczeć, nawet wtedy, gdy przeglądali tylko dokumenty.

- Panie Souls – zaczął ponownie. – Mark – dodał ostrzej i mężczyzna zbił usta w wąską linię z wyraźną dezaprobatą. – Jeśli chcesz, żebyśmy wygrali tę sprawę, musisz być ze mną szczery – przypomniał mu sucho. – Nie skomentowałeś zdjęć, które mecenas Williams dostarczył nam ostatnim razem.

- Nie będziemy o tym rozmawiać – odparł Souls.

- Jestem twoim prawnikiem, a to oznacza, że pracuję dla ciebie i nic, co powiesz w tym gabinecie nie wyjdzie poza jego ściany – ciągnął dalej niezrażony oporem.

Souls wstydził się lub był skrępowany tym, że elementy jego życia miłosnego wyciągnięto na wierzch, ale musieli przez to przejść. Stiles odwalił kawał dobrej roboty, wygrzebując dla niego podobne zdjęcia w sieci. I naprawdę miał ochotę pomęczyć jeszcze chłopaka, o to. Wysłał mu te maile czerwieniąc się, wręcz niemożliwie. Derek nie miał wątpliwości, że na strony tego typu przywiodła go niezaspokojona ciekawość i pewnie, to zostało w sferze czysto teoretycznej. Gdyby sądził inaczej, nie torturowałby Stilesa insynuacjami przez cały wieczór, gdy pracowali nad strategią działania.

Najtrudniejszym wydawało się być skłonienie Soulsa do rozmowy.

- Nie będziemy o tym rozmawiali. Oddaj mi zdjęcia, Derek – odparł Mark, utrzymując zwykłą opanowaną maskę, ale współpracowali ze sobą już wcześniej i nie był aż tak naiwny, żeby to kupić. – Załatwię, to po swojemu.

- W klubie? – spytał Stiles wprost.

Twarz Marka pociemniała.

- Przeprowadziliście śledztwo? – warknął Souls. – Co do cholery, Derek? – spytał ostro.

- Zwykła procedura – zapewnił go spokojnie, nie dając się ponieść emocjom. – Oddałem zdjęcia ekspertom. I oni orzekli, że to ty jesteś autorem obrażeń. Zdjęcia nie są podrobione. Zainteresowania mojego asystenta, jednak są odrobinę szersze. Stiles już wie. I ja wiem. Podejrzewam, że Kancelaria Williams&Williams również. Masz prawo do prywatności, Mark i wiem, że się obawiasz, że ta sprawa wyląduje na pierwszych stronach gazet…

- Nie zrobił pan nic złego – wtrącił pospiesznie Stiles.

Mark zaśmiał się i podniósł.

- Myślisz, że nie wiem, gówniarzu? – warknął Souls.

Stiles nawet nie drgnął.

- Usiądź – poprosił go Derek. – Ta sprawa znajdzie się na wokandzie, jeśli pozwolisz się temu rozwijać swoim torem. Chcemy dostać wasz kontrakt – wyjaśnił. – Do mojego oraz mojego asystenta wglądu. Według prawa naszego stanu, to twoja żona złamała prawo, szantażując cię efektem tego, na co sama wyraziła zgodę – ciągnął dalej. – Możemy ją oskarżyć. I zapewniam cię, że sprawa zakończy się odrzuceniem jej zarzutów. Podejrzewam, że wolisz ugodę, a nie sprawę w sądzie przeciwko niej, więc spiszemy, to jeszcze w tym tygodniu.

Souls spojrzał na niego z niedowierzaniem.

- Dodamy punkt, w którym będzie musiała milczeć na temat waszego życia seksualnego, twojego życia seksualnego ogólnie oraz nie będzie mogła nic upubliczniać. Będziesz bezpieczny i wolny, Mark. Nikt nie zobaczy więcej tych zdjęć i nie będzie artykułów o tobie jako o potworze, który zakatował żonę – rzucił, patrząc mu prosto w oczy.

- To nie może trafić do sądu – powiedział tylko Souls.

- Zapewniam cię, że tak się nie stanie, jeśli zrobisz to, o co cię proszę. I pamiętaj, że Williams nie zgodzi się na ugodę, jeśli nie dostanę podstaw do oskarżenia jego klientki – odparł.

Mark spoglądał na niego przez dłuższą chwilę, jakby zastanawiał się nadal, czy to w ogóle możliwe.

- Ile lat się znamy? – spytał. – Czy, kiedykolwiek cię zawiodłem, Mark?

- Sam przywiozę ci kontrakt – poinformował go w końcu Souls.

ooo

Stiles spoglądał nerwowo na zegarek, starając się, co prawda przebijać przez kolejną umowę spółek joint venture, która zaczynała przyprawiać go o ból głowy. Derek powinien być z powrotem dwie godziny temu. Mark wrócił jeszcze tego samego dnia ze swoim kontraktem i pracowali nieprzerwanie przez prawie półtorej dnia, wiedząc, jak ważny jest czas. Nie wiedział, kto chciał narobić więcej szkód, Cortez swojemu nadal-mężowi czy Richard ich kancelarii.

Stiles nie mógł się doczekać jakie plotki zaczną krążyć po mieście, kiedy rozniesie się, że jakimś cudem wybronili Soulsa przed oskarżeniem o znęcanie się i jeszcze załatwili mu rozwód na genialnych warunkach. Mark i tak zachował się w porządku. Gdyby chodziło o Dereka, ten zostawiłby Cortez z marnymi centami.

Stiles być może postąpiłby całkiem podobnie, biorąc pod uwagę na jak wielu poziomach Souls został zdradzony.

Spodziewał się, że sprawa zostanie rozwiązana jeszcze tego samego dnia. Ugoda była przez nich przygotowana, gotowa do podpisania i mieli mocne argumenty. Derek nie planował negocjować i nie zamierzał brać jeńców. Tymczasem, jednak nie wracali i zaczynał się po ludzku niepokoić.

Kiedy Hale w końcu znalazł się w swoim gabinecie, zamknął za sobą szczelnie drzwi i podszedł do biurka z miną, która nie zdradzała kompletnie nic.

- Udało się? – spytał w końcu wprost, ponieważ nie mógł się nie denerwować, kiedy Derek milczał tak uparcie.

- Nie – odparł Hale spokojnie i Stiles poczuł, że jego serce przestało bić na krótką chwilę. – Gdybym powiedział, że się udało, oznaczałoby to, że liczyliśmy na szczęście. A my nie liczymy na ślepy traf, Stiles. My wygrywamy – poinformował go, uśmiechając się kącikiem ust.

Stiles miał ochotę mu przyłożyć.

- Richard był w szoku, kiedy zobaczył kopię kontraktu oraz naszego pozwu. Cortez w zasadzie błagała, żebyśmy jej wręczyli do rąk długopis – wyjaśnił Derek. – Chyba zarzuty się jej nie spodobały. Podobnie jak fakt, że Mark może rościć o pieniężne zadośćuczynienie.

- Podpisała? – spytał z niedowierzaniem Stiles.

To było zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe.

- Nie, Richard zabrał papiery i przejrzy je ze sztabem doradców. Jednak już teraz wycofał pozew – odparł Derek, siadając w końcu na swoim fotelu.

Hale wyciągnął przed siebie nogi, odchylając się do tyłu. Przez chwilę mężczyzna wpatrywał się w sufit pocierając twarz rękami, jakby jednak mimo wszystko nie mógł uwierzyć, że faktycznie się z tego wykaraskali.

- Podpisze to, nie ma innego wyjścia – westchnął Derek, jakby sprawiło mu to prawdziwą ulgę.

I Stiles doskonale znał to uczucie.

Hale w końcu spojrzał na niego, a potem na zewnątrz i zmarszczył brwi. Zapewne Lydia przyglądała się im z drugiej strony, zwabiona faktem,jak wiele czasu poświęcili tej sprawie. Wcale nie pomagał fakt, że nie zdradził ani słowem, co planowali zrobić. Obiecali Soulsowi. Poza tym, to były prywatne sprawy faceta i jeśli ktoś zgadzał się na więcej niż kilka klapsów, to nie było w interesie Stilesa mówić o tym głośno.

Pracownicy kancelarii mieli nie poznać szczegółów, nigdy.

- Zyskaliśmy klienta dożywotniego – stwierdził Derek.

- I jakiś tuzin dupków, którzy faktycznie tłuką żony – odparł Stiles.

Hale wzruszył ramionami.

- Ktoś musi ich bronić – rzucił Derek jak zawsze, ewidentnie myśląc już o czymś kompletnie innym. – Kończymy dzisiaj wcześniej – poinformował go nagle.

- Dobrze się czujesz? – spytał Stiles, starając się zażartować, ale Derek go zignorował.

- Masz jakąś mniej oficjalną marynarkę? – zainteresował się mężczyzna, przyglądając mu się ciekawie. – Pomyślałem, że moglibyśmy zjeść dzisiaj kolację i przy okazji wypytałbym cię, kiedy i dlaczego zainteresowałeś się akurat takimi stronami internetowymi – dodał, uśmiechając się krzywo.

Stiles starał się mu posłać ostre spojrzenie, ale to nigdy mu nie wychodziło. Może, to była po prostu kwestia brwi. Jego były o kilka tonów za jasne.

- Chyba, jednak odrzucę twoją szczodrą propozycję – prychnął.

Derek spojrzał na niego zaskoczony.

- Masz plany na wieczór? – zdziwił się Hale.

Normalnie powinien się obrazić, ponieważ mógł przecież umówić się z kimś, ale fakty były takie, że obaj zapracowywali się do granic możliwości. Derek nie próbował go też obrazić. Zajęło mu chwilę zrozumienie tego i przefiltrowanie wszystkiego, co Hale przeważnie do niego mówił.

- Nie, ale nie jestem idiotą. Nie wyjdę z tobą na kolację, gdy zapowiedziałeś przesłuchanie wiszące w powietrzu – zakpił.

Kącik ust Dereka drgnął lekko.

- A, jednak cię czegoś nauczyłem – stwierdził Hale nie bez nutki humoru w głosie.

ooo

Stiles starał się nie rozglądać na boki, co nie wychodziło mu aż tak dobrze. Ewidentnie pierwszy raz był w aż tak dobrej restauracji i Derek nie żałował, nawet przez sekundę, że udało mu się załatwić rezerwację. Chłopak był zabawny, ale wytrącanie go z równowagi miało jakiś dodatkowy smaczek. Nie do końca chodziło o to, że chciał mu pokazywać świat, do którego Stiles nie miał dostępu normalnie. Lubił tę restaurację. Podziw Stilesa był, jednak dodatkowym bodźcem.

- Jeśli nie będę potrafił przeczytać karty dań... – zaczął chłopak.

- Zamówię za ciebie – obiecał mu bez mrugnięcia okiem.

Stiles faktycznie posiadał mniej formalną marynarkę. Wydawała się nawet dopasowana. Nic specjalnego, ale jednak wyglądał w niej przyjemnie. Nie pamiętał, kiedy ostatnio zrobił coś spontanicznego, ale wygrana w sprawie, która wydawała się z góry porażką robiła z nim coś dziwnego. To nie był łut szczęścia. Doszedłby do tego, że to pobicie śmierdziało, ale być może dokopałby się do prawdy po procesie. Dlatego zawsze zależało im na czasie w sprawach takich jak te, żeby obrona nie miała, kiedy przygotować się w pełni. Souls nie współpracowałby pewnie, gdyby nie został do tego zmuszony. Derek znał go i jego upartość.

- Wiesz w mojej szkole nie uczyli francuskiego, tylko hiszpańskiego – rzucił Stiles, ewidentnie zdenerwowany.

- Chicago – przypomniał sobie.

W końcu przeglądał jego CV.

- Tak, dokładnie. Chicago – potwierdził Stiles.

- Jesteś spięty – stwierdził, zerkając na niego znad menu.

Stiles przewrócił oczami.

- Nie wylałem na ciebie kawy przez te wszystkiego tygodnie… - zaczął chłopak.

- Wylałeś – przypomniał mu Derek. – Boisz się, że podpalisz obrus?

- Albo uderzę kelnera łokciem. Albo zamówię mózg cielęcy. Albo zrobię coś innego – wyjaśnił jednym tchem Stiles.

- Zamówię za ciebie – powtórzył, starając się go uspokoić, ale chłopak zerkał na boki, jakby nie do końca wierzył, że faktycznie znajdują się tu i teraz.

Czwartkowe wieczory bywały zatłoczone, ale kancelaria zawsze rezerwowała stolik w najlepszych restauracjach. John miał znajomości, które pozostały w schedzie po nim. Właściciel tej szczególnej był ich klientem od lat. Derek nie raz i nie dwa miał przyjemność pracować dla niego. Nie było ważnym, czy przy rezerwacji użyje nazwy kancelarii czy własnego nazwiska.

- Pewnie sądzisz, że marudzę – westchnął Stiles. – Myślałem, że skoro zapraszasz mnie w ostatniej chwili pójdziemy, gdzieś mniej…

- Mniej? – podchwycił Derek spokojnie.

- Mniej – odparł Stiles i zamachał rękami, prawie potrącając świeczkę.

Derek prychnął, stabilizując podstawkę bez najmniejszego problemu i jeśli dobrze dostrzegał, chłopak już zaczynał rumienić się ze wstydu.

- Pójdziemy następnym razem gdzieś 'mniej' – obiecał mu, nie wahając się, nawet przez chwilę.

- Nie zrozum mnie źle, to nie tak, że nie doceniam – zaczął pospiesznie Stiles. – Po prostu studenci nie chodzą na randki w takie miejsca – dodał. – Jestem trochę poza moim elementem.

- Wszystko, co nie jest sklepem z komiksami nie jest twoim elementem – stwierdził, nie wkładając w to ani trochę jadu.

Stiles wydął usta.

- Myślałem, że zapominamy o mojej koszulce – powiedział chłopak. – Poza tym zapewniam cię, że gdybyśmy byli w sklepie z komiksami, oczarowałbym cię. Byłbym bogiem konwersacji – poinformował go całkiem poważnie i Derek nie mógł się nie zaśmiać. – Naprawdę! No co? Nie wierzysz mi? Podaj mi swoją ulubioną postać – rzucił.

- Nie czytam… - zaczął, ale Stiles prychnął.

- Jasne. Każdy tak mówi. Widziałem cię w skórzanej kurtce – przypomniał mu chłopak takim tonem, jakby to było oskarżenie i argument w jednym.

- Batman – przyznał w końcu.

Usta Stilesa rozchyliły się lekko, kiedy wpatrywał się w niego z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. Derek miał ochotę spytać, jakiej odpowiedzi spodziewał się chłopak w zamian.

Nie kłamał. Niespecjalnie był fanem, ale czytał coś jeszcze w młodzieńczych czasach.

- DC? – spytał Stiles, jakby zadał mu okropny ból. – Nie wiem, czy mogę siedzieć z tobą przy jednym stole – dodał.

- Marvel może się schować – odparł, starając się nadać swojemu głosowi zdecydowane brzmienie.

Bunt w oczach Stilesa był jego nagrodą.

- Odwołaj to – syknął chłopak.

- Iron Man jest jak tuńczyk w puszce – stwierdził i miał dodać coś jeszcze, gdy dostrzegł znajomą figurę wchodzącą do restauracji.

Kierownik sali wskazał Deucalionowi jego stolik, który nie był aż tak daleko od nich. I może Stiles, jednak miał rację, że powinni byli się wybrać w miejsce 'mniej'. Nie tak pełne znajomych twarzy, byłych klientów i może również przyszłych. Chciał, jednak świętować zakończenie, cholernie, trudnej sprawy i nie znał bardziej odpowiedniej restauracji.

Jeśli Stiles martwił się również o rachunek, nie powinien. Derek zamierzał zapłacić, ponieważ to on wybrał lokal. Nie pozwoliłby mu na wydatki tego rzędu, chociaż ambicje Stilesa zapewne miały delikatnie ucierpieć. Zarabiał więcej i nie chciał, aby to był problem dla żadnego z nich. Tak po prostu było na tym świecie. I należało się z tym pogodzić.

Przynajmniej nawet przez sekundę przez głowę nie przemknęło mu, że Stiles był zainteresowany jego pieniędzmi.

Nie znał towarzyszki Deucaliona, ale kobieta wyglądała na kogoś z tego towarzystwa. Może kolejna prezes sporej firmy, która dopiero przeprowadziła się do Nowego Jorku i zamierzała poznać jak najwięcej osób. Nie było nic ważniejszego od networkingu, wbrew temu, co sądził Stiles.

- Coś się stało? – spytał chłopak.

- Zaraz ktoś do nas podejdzie – ostrzegł go lojalnie półgłosem, bo mieli tylko kilka sekund.

Starał się znad karty dań obserwować ostrożnie Deucaliona. Mógł spokojnie zacząć odliczanie. Raz. Dwa.

- Kogo ja widzę! – rzucił mężczyzna ze sztuczną radością w głosie.

- Deuc – odparł, podnoszą się nieznacznie, żeby uścisnąć jego rękę.

- Derek Hale we własnej osobie. Pozwól, że ci przedstawię nową wiceprezes mojego banku – powiedział Deucalion. – Kali. Niech cię nie zwiedzie młody wiek, to prawdziwy rekin wśród prawników – ciągnął dalej. – Kali Terrell, Derek Hale – przedstawił ich i jego wzrok niemal od razu spoczął na Stilesie, który również zrezygnował z krzesła.

Derek najchętniej usiadłby z powrotem, ale to oznaczałoby zaproszenie ich do stolika, a tego nie chciał za żadne skarby świata. Deucalion nigdy nie zrobił niczego nieodpowiedniego, ale po prostu miał, co do niego złe przeczucia. I ulżyło mu, gdy mężczyzna zrezygnował z ich kancelarii. Plotkowano, że sam John Stilinski był tego powodem, ale nigdy tego nie potwierdził.

- Przeszkadzam w interesach? – spytał Deucalion.

- Nie, jestem tutaj prywatnie – odparł spokojnie. – Stiles Williams, Deucalion Emery – rzucił, niespecjalnie wchodząc w szczegóły.

- Williams? – zainteresowała się Kali. – Williamsowie z Nowego Jorku? – dopytała.

Stiles spiął się tylko na chwilę, zanim zaśmiał się lekko.

- Jestem pewien, że jest tutaj więcej niż jedna rodzina o tym nazwisku. A ja jestem z Chicago – odparł chłopak.

Nie było, to kłamstwo i Derek w myślach gratulował mu wyjścia z opresji tak gładko. Noszenie tego nazwiska nie mogło być dla niego łatwe. Może na Harvardzie zadawano mu takie pytania przez cały czas.

- Znam tylko jednych Williamsów – stwierdziła Kali sucho, ewidentnie nie łapiąc żartu.

- No cóż, raczej nie pomogę – rzucił Stiles.

- Nie bądźmy tacy drobiazgowi – wtrącił Deucalion. – W końcu mamy nadzieję na świetną kolację. Co polecasz? – spytał.

- Musisz dopytać kelnera. Dopiero przeglądamy karty – odparł, nie dając się zepchnąć do roli, która nie była mu przeznaczona.

Kącik ust Deucaliona drgnął, jakby doskonale zdawał sobie sprawę, że przekraczał pewną linię. Zanim, jednak sytuacja stała się jeszcze bardziej krępująca, Emery objął swoją towarzyszkę ramieniem, popychając ją lekko w stronę czekającego na nich stolika.

- Życzę udanej kolacji z przyjacielem – rzucił na odchodnym mężczyzna i lekki ton nie zwiódł Dereka nawet na moment.

Stiles wziął spory łyk wody, starając się nie zerkać w bok, co mu się chwaliło. Nie wziął jednak do rąk z powrotem swojej karty. I Derek w zasadzie też stracił nagle apetyt.

- Chryste, to było okropne – zaśmiał się chłopak, trochę go zaskakując, bo Derek nie spodziewał się chichotu.

Może, jednak tak na nerwowe sytuacje reagował Stiles.

- Przepraszam – odparł. – Postaram się, żeby…

- Żartujesz? Wiesz jak ci współczuję? – prychnął Stiles. – Po tym weekendzie znajdę się w cudownej bibliotece otoczony książkami, które nie kłamią, nie zmieniają swoich zawartości i nie zadają trudnych pytań – wyjaśnił. – Daję ci tydzień i będziesz mi zazdrościł, ale nie… Przykro mi, ale nie każdy ma to błogosławieństwo zostać molem książkowym. Naprawdę cię lubię, ale nie zrobimy wyjątku nawet dla ciebie. Mamy jakieś zasady. Jesteś za przystojny i przede wszystkim nie śmierdzisz kurzem – poinformował go Stiles, jakby te fakty go dyskwalifikowały na całej linii.

Nie mógł się nie zaśmiać.