Stiles nie mógł powiedzieć, że nie przepadał za miejscami tego typu. Nie bywał w nich po prostu i Derek nie wydawał się zirytowany jego ewidentnym nieobyciem. Uśmiech Hale'a należał do tych małych, prywatnych grymasów, które widywał w kancelarii tak rzadko i miał nadzieję, że nie zostanie ich pozbawiony, gdy już raz przedostał się przez mury, które mężczyzna wokół siebie wybudował. Zresztą nie bez powodu.

Nie po raz pierwszy wyszli razem, ale dotychczas mogli jako wymówki użyć pracy. Spotykali się wcześniej w sprawie testamentu. Teraz Stiles jednak nie musiał być ostrożny i paradoksalnie denerwował się tylko bardziej.

- Zawsze się tak wiercisz? – spytał Derek.

- Tak – odparł, nie próbując tego ukryć.

Szczere odpowiedzi doprowadziły ich do punktu, w którym mogli sączyć o wiele za drogie wino, z kieliszków zapewne wykonanych z czystego kryształu. Deucalion przestał w końcu zwracać na nich uwagę i trochę mu ulżyło. Derek nie przepadał za facetem. Nie trudno było, to odgadnąć. Hale, jednak nie ukrywał również, że znaleźli się tutaj obaj, prywatnie. Nie trudno było dodać dwa do dwóch, żeby wiedzieć, iż zakres możliwości był mocno ograniczony. Nikt nie gapił się, jednak na nich, więc jeśli nie chodziło o dyskrecję, może Derek był dostatecznie mocno znany, żeby zostawiono ich w spokoju.

- Nie smakuje ci wino? – spytał Hale, jakby odgadywał jego myśli.

- To źle? – zainteresował się.

Derek wzruszył ramionami.

- Wolałbym piwo, ale to pewnie doprowadziłoby do zawału tutejszego kucharza – odparł Hale. – Umówmy się, że dopijemy tego sikacza dla dobra tego faceta i nigdy nie będziemy o tym mówić – rzucił Derek, mrugając do niego porozumiewawczo.

Stiles był pewien, że jemu akurat, to wino wydawało się wyborne, bo miał za sobą już drugi kieliszek.

- Taaa – prychnął.

- Konwenanse. Możesz mieć trochę racji – rzucił nagle mężczyzna. – Może będą dni, gdy będę ci zazdrościł spokojnej biblioteki – wyjaśnił, patrząc mu prosto w oczy.

- Jesteś za dobry w tym, co robisz – odparł Stiles.

Derek nawet nie próbował zaprzeczać. Fałszywa skromność i tak by mu nie pasowała.

- Zastanawiam się tylko… - zaczął Hale i urwał, co nie było do niego podobne.

- Nad? – spytał Stiles.

- Skrzywienie zawodowe – prychnął Derek. – Nie mogę przestać wybiegać w przód, próbując znajdować rozwiązania dla wyimaginowanych problemów – przyznał.

- Skoro masz rozwiązania, to i tak dobrze. Ja nie mam połowy odpowiedzi, które chciałbym mieć – przyznał bez żenady.

- Może nie na wszystko mam odpowiedź i to mnie jednak martwi – rzucił Hale. – Takich ludzi jak Deucalion będzie więcej – dodał, mrużąc lekko oczy, jakby chciał mu się uważniej przyjrzeć.

Jakby Stiles już nie czuł się obserwowanym. Derek miał talent do sprawiania, że ludzie czuli się przy nim jak na widelcu.

- Ludzi, których nie lubisz, a których spotkamy? Czy ludzi, którzy wspomną o mojej rodzinie? – spytał wprost.

Derek kiwnął głową, najwyraźniej wybierając obie opcje.

- Przeszkadza ci to? – spytał Stiles.

- To twoja rodzina – odparł Derek. – Za, którą nie przepadasz. Czy przeszkadza tobie?

Nie do końca czuł się z nimi dobrze, ale raczej udawało mu się unikać kłopotów. Znał cenę, kiedy wybierał studia, a potem miejsce stażu. Nie było nawet w połowie tak źle, jak sądził.

- Jesteśmy w miejscu 'bardziej', używając twojego wyszukanego słownictwa, bo to jest mój element – ciągnął dalej Derek. – Jeśli chcesz wrócić na uczelnię, żeby uciec przed nimi…

- Nie mam powodu, żeby uciekać – wszedł mu w słowo. – I nie ucieknę z płaczem, bo ktoś nazwie mnie bękartem – dodał, trochę zaskoczony, kiedy dostrzegł jak wzrok Dereka stwardniał.

- Richard cię tak nazwał? – upewnił się Hale.

- Nie wiem. Nie pamiętam – przyznał. – Nieistotne – wyrzucił z siebie i kącik ust Dereka drgnął lekko jak zawsze, gdy mężczyzna był czymś rozbawiony. – Obiecałeś, że nie będzie przesłuchiwania – jęknął. – Może powiesz coś o sobie? – zaproponował tylko w połowie żartując.

Derek wziął łyk wina, po którym się nie skrzywił.

- Jestem stąd – odparł Hale.

- Oryginalnie – stwierdził.

- Nie wiem, co chcesz usłyszeć – przyznał Derek.

I pytanie wcale nie było łatwiejsze.

- Słyszałeś pewnie plotki – podjął Derek ostrożnie. – Nie utrzymuję się z funduszu powierniczego, ale lubię myśleć, że nawet, jeśli takowy istniałby, i tak robiłbym, to co robię. Na moją reputację musiałem zapracować sam – dodał.

- Okropną reputację poganiacza niewolników – podpowiedział mu Stiles, chcąc wtrącić coś lżejszego. – Więc teoretycznie wiemy już, których tematów nie dotykać – stwierdził kiwając głową z mądrą miną. – To, gdzie widzisz się za pięć lat? – spytał, nie udając nawet, że nie zżyna z jakiegoś tygodnika dla kobiet.

Lydia czytała coś podobnego Allison całkiem niedawno.

- Jako partnera kancelarii – odparł Derek, nie kryjąc nawet, jak pewny swego był.

ooo

Stiles spoglądał na niego dość dziwnie i Derek nie mógł nie zastanawiać się, czy nie przesadził. Nie zamierzał kłamać. Nie chciał też obracać pytania Stilesa w żart. Nie umawiał się zbyt często, ponieważ za swój czas liczył ludziom słono. I nie zamierzał spuszczać z ceny. Boyd żartował czasami, że każdą znajomość traktowali jako inwestycję, ale tak było w rzeczywistości. I im dłużej znał Stilesa, tym bardziej zdawał sobie sprawę, że to mogło mieć sens. Pracował po godzinach i Williams wiedział już o tym. Nie przeszkadzało mu to również, skoro wytrzymywał, to do tej pory. Może jako jeden z nielicznych nie robiłby mu wymówek, bo znał jego realia. I wiedział, jak ważna dla niego była praca. Stiles sam miał swoje ambicje. Może komuś wydałyby się śmieszne, ale praca na uczelni nie bywała nudna. A Stiles miał talent oraz wiedzę. Łączył ich również nie tylko wspólny przedmiot. To mogło się udać, a przynajmniej miał takie wrażenie.

- Coś nie tak? – spytał niepewnie, kiedy milczenie się przeciągało.

- Myślałem, że usłyszę coś w stylu… wiesz… Za pięć lat widzę się w twoim łóżku – odparł Stiles półszeptem.

Derek nie mógł się nie zaśmiać. Nie przypominał sobie, aby wcześniej jego przepona pracowała tak wydajnie. Może po prostu nikt nie potrafił go rozbawić.

- To szczeniackie – stwierdził bez cienia skruchy, widząc, że jednak trafił na czuły grunt.

Stiles był od niego o kilka lat młodszy i może, to ruszało go bardziej niż różnice w ich sytuacji finansowej.

- Jednak za trzydzieści minut faktycznie widzę cię w moim łóżku – dodał dokładnie tym samym tonem. – To chyba magia.

Stiles przewrócił oczami.

- Nie sypiam z nikim na pierwszej randce – odparł chłopak.

- Kłamiesz – stwierdził i miało, to brzmieć jak żart.

Stiles wydął jednak wargi, spoglądając na niego tak, jakby go w tej chwili oceniał.

- Nie pomyślisz, że jestem łatwy? – zakpił chłopak.

- Nie. To się teraz nazywa nowoczesność – stwierdził bez wahania.

- Już wiem, dlaczego jesteś takim dobrym prawnikiem – prychnął Stiles. – Dobra, chodźmy do ciebie. Zawołasz kelnera? Nie wiem, czy traktuje się ich jak taksówkarzy – przyznał.

Derek nie tego oczekiwał. W zasadzie planował jedynie kolację. Chciał w następnym tygodniu odkupić od Boyda bilety na mecz. Stiles nie wyglądał na fana sportu, ale nie wypowiedział się negatywnie na temat podsuniętego gładko pomysłu, więc uznał to za wygraną. I naprawdę chciał w końcu wyjść gdzieś poza biuro.

- Poważnie? – upewnił się.

Stiles pochylił się płasko nad stołem.

- Błagam, powiedz, że masz piwo w lodówce, a do twojego mieszkania dowożą hamburgery – wyszeptał chłopak z desperacją w głosie.

Derek jedynie prychnął.

ooo

Stiles rozejrzał się ciekawie wokół, chociaż to nie był pierwszy raz, kiedy był w jego mieszkaniu. Isaac nie uszkodził na szczęście niczego, aczkolwiek Derek prawdopodobnie i tak nie zorientowałby się w tej kwestii. Nie zapraszał za często gości, ale gosposia pilnowała, aby jego lodówka była pełna.

Myślał, że faktycznie wypiją jakieś piwo, ale Stiles spojrzał na niego, jakby nie wiedział do końca, co miał zrobić. I może, to był kryptonit Dereka. Ale, to oznaczałoby, że był Supermanem, a naprawdę wolał Batmana.

Zanim zorientował się co robi, całował Stilesa z pewną niezręcznością, której powinien był się spodziewać. Nie pamiętał, kiedy ostatnio obejmował kogoś, ale ciało pod jego dłońmi było przyjemnie ciepłe. I kooperowało.

Stiles odchylił na bok głowę, może instynktownie układając się wygodniej do pocałunku i Derek miał ochotę się zaśmiać. Nie wiedział do końca, co go rozbawiło. Może jego własna nieporadność. Dłonie drżały mu lekko, a nie wypił zbyt wiele. Możliwe, że nie mógł się tego doczekać i kiedy nareszcie mógł położyć ręce na Stilesie, nie wiedział, po co sięgnąć najpierw.

Williams zresztą nie pomagał, skupiając się jedynie na skubaniu jego warg. Jego umysł pracował na takich obrotach, co zawsze. I wnioski napłynęły same. Od czasu jego studiów nie minęło, aż tak wiele czasu, więc pamiętał całe tygodnie w książkach i jedno-nocne przygody, bo związki były tylko dla ludzi, którzy mieli na nie czas. A studenci prawa żyli bez snu i jedzenia. Stiles nie był prawiczkiem, ale jego doświadczenie musiało być ograniczone czasem, przestrzenią akademika i nieliczną grupą, do której miał dostęp. Ludźmi, którzy dostrzegliby w kujonie potencjał, który Derek widział już pierwszego dnia.

- Hej – powiedział miękko. – Przenieśmy się do sypialni – zaproponował mu i Stiles uśmiechnął się do niego krzywo.

- Miałem obiecaną kolację – przypomniał mu chłopak, ale to nie było nie.

Derek znakomicie czytał między wierszami.

- Mój portier nie tknie twoich frytek – powiedział z przekonaniem.

Ralph miał niedawno zawał i nie mógł jeść takich świństw. Stiles zamówił zatykanie żył jednym tylko telefonem. I Derek pewnie powinien był pamiętać, że chłopak pożerał niesamowite porcje jedzenia.

Stiles prychnął i potarł ich nosy o siebie, co wcale nie powinno być ujmujące. Może naprawdę powinien uprawiać częściej seks. Lub po prostu wychodzić, gdziekolwiek. A może nieskrępowanie Stilesa działało na niego jak najskuteczniejszy afrodyzjak, bo czuł wyraźnie jak temperatura w jego mieszkaniu wzrasta.

- Nakarmię cię tym tłustym świństwem, później – dodał, ciągnąc go za sobą.

Pewnie mógłby całować Stilesa w drodze do łóżka, ale było coś w tym, jak po prostu tam zdążali. Niespiesznie, ale też bez ociągania. I w całkiem jasnym celu. Stiles zresztą zsunął z siebie marynarkę już za drzwiami jego sypialni, zanim zdążył je zamknąć. Ciemna koszula podkreślała tylko jego zwykłą bladość i pewnie powinien nosić odrobinę jaśniejsze odcienie. Może bardziej wpadające w grafit. Lydia zapewne wiedziała, to o wiele lepiej od niego.

- Świetnie dzisiaj wyglądałeś – pochwalił go i Stiles zaśmiał się, odchylając do tyłu lekko głowę.

- I mówisz to teraz, kiedy mnie rozbierasz? – spytał chłopak tylko z delikatną nutką kpiny.

Z jego punktu widzenia zapewne było to zabawne, ale Derek nie widział nic śmiesznego w kolejnych centymetrach kwadratowych jasnej skóry, którą odsłaniał. Najchętniej zostawiłby na niej swoje ślady. Może, nawet po ugryzieniach. Coś, czego Stiles nie zapomniałby łatwo, nawet po powrocie na uczelnię. Jasny przekaz był tak ważny, więc przesunął zębami po odsłoniętym ramieniu, ciesząc się, gdy chłopak zadrżał.

- Tak do końca nie jestem wiesz… - zaczął niepewnie Stiles.

- Hm? – spytał, nie odrywając ust od jego skóry.

- Nie do końca jestem w tym całym BDSM – przyznał w końcu.

- Świetnie. Musiałem oddać kajdanki – odparł, prostując się lekko, żeby mogli spojrzeć sobie znowu w oczy.

Źrenice Stilesa były rozszerzone. Zaczerwienione policzki, rozchylone usta. Nic, czego nie mógł się spodziewać, a jednak było coś nieuchwytnego w tym jak Stiles patrzył na niego. Derek nie był dobry w tej emocjonalnej grze, ale Williams był uczuciami. Był nieskrępowaną radością, pewną psotnością i całą ilością dość uzasadnionego sarkazmu. Jak zawsze otwarcie wpatrywał się w niego, niczego nie kryjąc i nie było nic bardziej pociągającego, niż ta nagość, której normalnie nie doświadczał.

- Musiałeś? – zdziwił się Stiles.

- Rozczarowany? – spytał.

Usta chłopaka wykrzywiły się w parodii wrednego uśmieszku.

- Nie, niespecjalnie – odparł Stiles ocierając się o niego własnymi biodrami.

W tak wąskich spodniach trudno było ukryć podniecenie. Derek zresztą nie zamierzał się krępować. Przytrzymał go za biodra, przyciągając o wiele bliżej, żeby mogli się w pełni poczuć. I oczy Stilesa rozszerzyły się jeszcze bardziej. Może z podniecenia albo szoku – to nie miało znaczenia, bo Derek całował go ponownie, nie wiedząc nawet, skąd brał się ten głód.

- Czy ty? Czy ja? – wyjąkał Stiles.

I najwyraźniej nie tylko on dał się ponieść, bo chłopak nagle swoimi trzęsącymi się palcami próbował rozpiąć jego koszulę. To nie mogło się udać. Nie miało prawa, więc Derek ściągnął ją przez głowę, żałując, że nie rozebrali się wcześniej. Skopał buty, a Stiles nie zawiódł, w lot chwytając co należało zrobić. Do kupki jego ubrań systematycznie dołączały ciuchy chłopaka aż zostali w samych bokserkach, za które Derek zresztą też pociągnął, bo nie zamierzał do tego powtórnie wracać.

- Czy ty… - spróbował Stiles ponownie, ale on nie miał ochoty ani cierpliwości na przygotowywanie czegokolwiek.

Kogokolwiek. Zbyt dużo czasu upłynęło od ostatniego razu i czuł, jak jego ciężkie jądra zwisały między jego nogami. Stiles cofał się w stronę łóżka, ewidentnie czekając na jakąś decyzję. Może było mu wszystko jedno. Derek nie był pewien, ale co do jednego nie można było się nigdy pomylić, więc położył się obok chłopaka, przysuwając swoje biodra jak najbliżej Stilesa. Objęcie obu członków ręką nie było łatwe, ale nie niemożliwe.

- Następnym razem – obiecał, mimowolnie pchając we własną dłoń.

Stiles coś czknął, co mogło być odpowiedzią. Albo po prostu podziękowaniem Bogu. Derek miał to gdzieś, bo chłopak zaczął go ponownie całować, dotykając teraz o wiele pewniej, jakby wraz z ubraniem zniknęły wszystkie jego opory. Miał ochotę zapytać czy dla Stilesa minęło równie wiele czasu, co dla niego, ale ten pocałunek był tak cudownie chaotyczny, że trudno było mu się skupić na czymś jeszcze. I dłoń Stilesa dołączyła do jego własnej, gorąca i trzęsąca się. Palce drugiej zacisnęły się na jego włosach, ciągnąc za nie, gdy walczyli językami – każdy w innym tempie, ale przynajmniej ze zgodnymi intencjami. I może, dlatego zgrywali się, bo należało mieć coś wspólnego.

Był trochę zaskoczony, kiedy Stiles zesztywniał – o wiele za wcześnie – dochodząc bezgłośnie, nadal z ustami przyciśniętymi do jego warg. Nie ugryzł go, ale pocałunek stał się twardy, nieskoordynowany, kiedy nic nie towarzyszyło ruchowi z jego strony.

- O Boże – westchnął Stiles. – Przepraszam – wyjąkał, ale Derek nie sądził, aby kiedykolwiek widział coś bardziej seksownego niż dochodzący Williams.

Było coś pierwotnego w tym, że Stiles nie mógł się powstrzymać. Zresztą z czym było walczyć?

Jego dłoń mokra od nasienia, poruszała się teraz szybciej. Stiles oddychał ciężko w jego ramię, głaszcząc napinające się mięśnie brzucha, na które Derek pracował dwa razy w tygodniu na siłowni. Czuł swój budujący się orgazm od samych czubków palców, co nie zdarzyło się już dawno. I na pewno nie bez konkretnej gry wstępnej, ale może ją stanowił ostatni tydzień. Nigdy nie sądził, że prawo jest w istocie seksowne, ale Stiles przygryzający skuwkę pióra stanowił wspaniały obraz.

Kiedy doszedł, Williams całował jego klatkę piersiową swoimi drobnymi ustami. O wiele za delikatnie, żeby zostawić ślady, a jednak doskonale, bo skóra Dereka mrowiła. Jego przeciążone połączenia nerwowe wydawały się stać w ogniu. Nie przestał nawet, kiedy Derek położył się płasko na plecach, z trudem łapiąc oddech.

Stiles zaśmiał się jedynie, nie pierwszy raz zresztą dzisiaj.

- Hm? – westchnął Derek, starając się nie rozcierać po sobie bardziej spermy, która zaczynała zasychać.

- Myślałem, że to będzie bardziej… - zaczął Stiles i urwał.

- 'Bardziej' – prychnął nie mogąc się powstrzymać. – Musimy popracować nad twoim językiem – odparł.

Stiles polizał jego sutek w akcie protestu.