Derek obudził się nie do końca na dźwięk alarmu. Po prostu dwie rzeczy wystąpiły dokładnie w tym samym czasie i trudno było je rozdzielić. Jego budzik zadzwonił i Stiles wierzgnął, uderzając go łokciem w żebra, na tyle skutecznie, że przeszedł od snu do stanu pełnego przebudzenia w zaledwie ułamek sekundy. Zapewne ból robił coś tak śmiesznego z ludźmi.

- Chryste – jęknął Stiles.

Derek miał ochotę się zaśmiać.

- Która jest? – spytał chłopak takim tonem, jakby jednocześnie wcale nie chciał wiedzieć.

- Piąta – odparł, podnosząc się z łóżka.

- Gdzie idziesz? – jęknął Stiles, próbując go przy sobie przytrzymać. – Jeśli teraz wstaniesz, to ja też będę musiał, a nie chcę – przyznał z rozbrajającą szczerością.

- To twój ostatni dzień – przypomniał mu bezlitośnie.

- Właśnie – powiedział radośnie Stiles. – Nie idźmy tam.

Derek nie mógł nie prychnąć.

- Jakim cudem wydawałeś się tak rozsądny jeszcze kilka godzin temu? – spytał retorycznie.

- Bo był wieczór i nie wiedziałem, że przede mną tylko parę godzin snu – odparł Stiles.

Derek naprawdę nie wiedział, dlaczego Williams zawsze starał się mieć ostatnie słowo. Przynajmniej, jednak podniósł się, więc były jakieś szanse na to, że zdąży na siłownię. Nie planował tego, że Stiles zostanie na noc, ale był koniec tygodnia i chłopak musiał się przebrać zanim znajdzie się w pracy. Tak zaplanował cały tydzień, żeby piątek był lżejszym dniem, ale i tak miał kilka spotkań, na które musiał się przygotować. Spodziewał się również telefonu od Richarda Williamsa w każdej chwili. Cortez musiała podpisać papiery w ciągu najbliższych kilku dni. Nie postawili tego warunku, ale w obecnej sytuacji, to jej zależało na polubownym załatwieniu sprawy.

- Nie chcesz skorzystać z prysznica? – spytał trochę zaskoczony, gdy zdał sobie sprawę, że Stiles się już ubiera.

- Nie – odparł chłopak. – Jeśli się wykąpię, to nie zasnę, a to jest mój plan jak tylko dotrę do domu -przyznał.

- Śniadanie? – rzucił niepewnie.

- Moje frytki! – krzyknął Stiles, przypominając sobie nagle o ich wczorajszym zamówieniu.

Skrzywił się na samą myśl o śniadaniu złożonym z samego przesmażonego tłuszczu. A, jednak trochę bawił go fakt, że Stiles przedkładał fast food nad jedzenie w jednej, z najlepszych restauracji w mieście. Porcje faktycznie nie były duże, ale nie znał kobiety z wyższych sfer, która nie byłaby na diecie.

- Kawa? – zaproponował, chociaż kofeina zapewne podziałałaby na Stilesa jeszcze skuteczniej niż prysznic.

Nie do końca chciał zatrzymać Williamsa w swoim mieszkaniu. Poranki po, zawsze były odrobinę krępujące i trochę dziwnym było, że między nimi nie wisiało żadne napięcie. Może na siłę starał się zrobić, to właśnie takim, bo to poszło po prostu za łatwo. Jeszcze nigdy nie był w sytuacji, w której nie musiałby się nad czymś napracować.

- Leć robić te okropnie zdrowe rzeczy, o które nawet nie pytam – rzucił Stiles, podnosząc z podłogi swoją marynarkę. – Postaram się nie zaspać do pracy – dodał, mrugając do niego porozumiewawczo.

Faktycznie, gdyby spóźnił się ostatniego dnia, to byłoby zabawne. Williams kilkakrotnie wpadał dosłownie w ostatniej chwili do biura, ale wtedy pracował nad testamentem i Derek nie powiedziałby mu na ten temat, złego słowa. W końcu zrzucili na niego z Boydem sporo dodatkowej pracy. Nadgodziny zapewne finansowo zrekompensowały odrobinę, ale Stiles pracował przez kilka dni na naprawdę zwiększonych obrotach. Williams stwarzał również wrażenie człowieka wiecznie na zakręcie, chociaż przychodził do pracy przygotowany. Nic nie wydawało się pod jego kontrolą. Derek nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek widział go spokojnego tak naprawdę.

Stiles cmoknął go w nieogolony policzek, zanim zniknął za drzwiami. Jego sportowa torba leżała już przygotowana na korytarzu, więc sięgnął po nią, zaczynając swój dzień.

ooo

Braeden wpadła w okolicy lunchu, żeby zapoznać się ze swoim nowym miejscem pracy. To Derek wprowadzał jego, więc czuł się dziwnie, kiedy przedstawiał ją oficjalnie Scottowi i pozostałym. Jej blizny na szyi przyciągały uwagę, ale nie wydawała się poruszona faktem, że Lydia krzywiła się, spoglądając na nie. Nie dla urody została zatrudniona i Stiles był pod wrażeniem jej pracy, kiedy po raz pierwszy rozmawiali ponad dwa lata temu.

- Podłoga się błyszczy – stwierdziła, jakby to było coś, co najbardziej przyciągnęło jej uwagę.

- Kiedy wróciłaś? – spytał ciekawie.

- Wylądowałam o czwartej – przyznała bez żenady.

Nie widział po niej zmęczenia. Sam czuł się fatalnie po nieprzespanej nocy i dość wczesnym poranku. Najchętniej zdrzemnąłby się przy swoim biurku. Adrenalina trzymałaby go zapewne wśród żywych, gdyby cokolwiek się działo, ale Derek nadal nie wrócił z porannego spotkania. Pierwszy raz od kilku tygodni nie miał pracy i wypijał kawę za kawą, czekając przy telefonie.

Czuł się dziwnie, wiedząc, że to jego ostatni dzień. Allison ukrywała pod swoim biurkiem bukiet kwiatów dla niego, na który pewnie złożyło się kilka osób. Prezenty pożegnalne były w dobrym stylu, chociaż nie mógł powiedzieć, aby szczególnie się polubili. Nadal odnosił wrażenie, że Lydia miała do niego żal.

Ostatni dzień w pracy był po prostu dziwny. Nie wiedział, za co się zabrać, ponieważ Braeden przejmowała jego obowiązki wraz z poniedziałkiem. Sprawa Cortez-Souls była zakończona. Każda kolejna znajdowała się w fazie sądowej, a posiedzenia ciągnęły się nieubłaganie, więc Derek przygotowywał się po prostu do każdego tuż przed, przypominając sobie, jedynie drobne szczegóły. W końcu drogę obrony obierali na długo wcześniej i należało nią po prostu podążać.

- Nie wiesz nawet jak jestem ci wdzięczna… - zaczęła Braeden.

- Nawet nie żartuj – prychnął. – Zaczniesz przeklinać już po pierwszy dniu pracy z nim – odparł.

- Naprawdę? - spytał Derek, prawie że do jego ucha.

Odwrócił się pospiesznie, stając z Hale'em twarzą w twarz. Musiał mieć naprawdę głupią minę, bo kącik ust Dereka drgnął lekko, kiedy mężczyzna walczył z uśmiechem. Pewnie nie lada satysfakcję sprawiło mu nakrycie Stilesa na plotkowaniu o nim.

- Jak spotkanie? – spytał, starając się jakoś przykryć swoje zmieszanie.

Derek uniósł brew do góry, jakby chciał spytać, czy Stiles naprawdę chce znać szczegóły jego super tajnej rozmowy dla dorosłych prawników.

- Hale – przedstawił się krótko Derek, zwracając całą swoją uwagę na Braeden, która przyglądała mu się ciekawie.

- Nie jesteś za młody na prawnika? – spytała rzeczowo, uścisnąwszy wyciągniętą w jej stronę dłoń.

- Nie jesteś zbyt stara na moją asystentkę? – odbił piłeczkę Derek.

Kącik ust Braeden drgnął lekko i Stiles miał wrażenie, że przygląda się dwóm, wzajemnie obwąchującym się alfom.

- Na pewno nie jestem dostatecznie ładna – odparła spokojnie.

Wzrok Dereka spoczął na jej bliznach tylko na sekundę, zanim wrócił do jej twarzy.

- Słyszałem o tym, co zrobiłaś w Gwatemali. Wprowadzisz mnie? – zaproponował Hale nie tracąc nawet sekundy.

Braeden skinęła lekko głową, zabierając swoją torebkę z jego biurka.

- Stiles, dwie kawy – rzucił Derek, mijając go.

I było prawie tak jak każdego dnia, prócz tego, że Hale tym razem spoglądał na niego ten ułamek sekundy dłużej niż zwykle.

ooo

Richard wysiadający z windy nie był przyjemnym widokiem. Kate Argent poprawiała jego kołnierzyk i Stiles miał ochotę przewrócić oczami. To nie tak, że facet już nie wyglądał perfekcyjne. Nie cierpiał pustych gestów. Spojrzał na Dereka przez szklaną ścianę biura, zastanawiając się, czy w ogóle używać interkomu. Hale zauważył jednak faceta i najwyraźniej zamierzał go powitać w drzwiach.

Stiles odczuwał nie tak znowu małą satysfakcję z tego, że to on pomógł przyskrzynić dupka. Najwyraźniej Richard postanowił pojawić się z porozumieniem podpisanym przez Cortez osobiście, co trochę go zaskoczyło. W końcu w pewnym sensie podcięli kancelarii Williams&Williams skrzydła.

Nic też nie wskazywało na to, aby Richard jakoś do siebie przyjął porażkę. Uśmiechał się o wiele za szeroko, błyskając tymi nienaturalnie białymi zębami na lewo i prawo.

- Richard – odparł Derek. – Zapraszam do środka – rzucił, nie proponując dupkowi nawet kawy.

Facet uśmiechnął się krzywo.

- Nie jestem tutaj w twojej sprawie, chociaż… - zaczął Richard i urwał, wydymając nieprzyjemnie usta. – Proponowałbym ci zaktualizować CV. Mam przeczucie, że będzie ci niedługo potrzebne – zakpił mężczyzna.

- Jak zawsze puste groźby. Richard, sądziłem, że przyniosłeś dokumenty już podpisane przez twojego klienta. Nie mamy wieczności – poinformował go Derek spokojnie, zaplatając dłonie na piersi.

Uśmiech Richarda nie zniknął nawet na krótką chwilę.

- I nie będziemy negocjować – dodał Derek, pewnie na wszelki wypadek, gdyby to nie było dostatecznie jasne.

Chris wyszedł ze swojego gabinetu z tak głęboką zmarszczką między brwiami, że prawie dorównywała Wielkiemu Kanionowi. Stiles podejrzewał, że Kate nie przepadała za bratem, ale teraz ewidentnie postanowiła nie zachowywać nawet pozorów. Przestawał się dziwić, że Chris z taką chęcią odniósł się do ich pomysłu odcięcia Richarda od ich kancelarii. Kate nie pojawiła się również wtedy.

- Może przejdziemy do twojego gabinetu? – zaproponował Williams i Stiles nienawidził tego, że współdzielili nazwisko.

Nie wiedział, co jest grane, ale Chris nie był szczęśliwy, gdy przepuszczał przodem siostrę. Derek rzucił mu zaniepokojone spojrzenie, kiedy wraz z innymi prawnikami ruszyli w stronę biura Argenta. Najchętniej zacząłby wyszukiwać informacje – w tym był doskonały. Nie wiedział, jednak nawet czego się chwycić. Sprawa Cortez-Souls była zamknięta. Nie było szans, aby Williams znalazł jakąś prawniczą lukę. Przejrzał wszystkie przepisy. Cortez zgodziła się na wszystko, co ta dwójka wyprawiała za zamkniętymi drzwiami. I Souls jej nie skrzywdził- a przynajmniej nie na tyle, żeby nie obejmował tego kontrakt.

- Co jest? – spytała Braeden.

- Nie mam pojęcia – przyznał szczerze.

Scott opierał się o kserokopiarkę, starając się nie wyglądać na zdenerwowanego, ale nie wychodziło mu to dobrze. Nawet nie udawali, że nie zerkają przez szklane ściany. Nie mogli usłyszeć ani słowa, ale uśmiech Richarda stawał się coraz szerszy z każdym dokumentem, który wyciągał na stół. Boyd, Derek i Chris przeglądali każdą kartkę uważnie i ich miny nie zdradzały wiele. Wiedział, jednak lepiej. Ramiona Hale'a zwisały lekko. Trzymał się mniej prosto niż zwykle.

- To przez tą sprawę, którą prowadziliście? – spytała Lydia wprost.

- Nie – odparł z przekonaniem, trochę zaskoczony, że zaatakowała go bezpośrednio.

- To pewnie przez to, że jesteś z nim spokrewniony – warknęła, ewidentnie go winiąc za wszystko.

Chciał znowu zaprzeczyć, ale nie był, aż tak tego pewien.

- Daj mu spokój – mruknął Scott.

- Wiesz, że obaj jesteście skończeni? – spytała Lydia, nie porzucając swojego ostrego tonu.

- Lyds – szepnęła Allison. – Daj im spokój. Mój ojciec nie dba o to, kto z jakiej rodziny jest. Stiles jest świetnym prawnikiem. Tylko, to powinno się liczyć – powiedziała.

I może, dlatego Scott tak szybko się w niej zakochał. Problem był w tym, że idealny świat Allison zapewne nie zakładał istnienia takich dupków jak Richard Williams.

- Nie sądzisz, że to trochę za duże zamieszanie, jak na tak błahy problem? – spytała Argent.

- Błahy? Wiadomo, że Richard go nie znosi. Kate mówiła od samego początku, że kiedy Richard przejmie kancelarię, pierwszym, co zrobi to zwolni Stilesa – warknęła Lydia.

- Myślisz, że chcą wykupić udziały? – spytał zszokowany.

Richard w tym czasie wyciągnął kolejne dokumenty, pospinane ze sobą. W zasadzie, to miało nawet sens. Derek od samego początku mówił, że Williamsowie chcą ich przejąć, ale nie sądził, że to będzie wyglądało w ten sposób. Prędzej spodziewałby się, że Kate poślubi Richarda i wtedy koleś przejmie udziały jako część majątku żony.

Spojrzał na Scotta, który wyglądał na spanikowanego, jak nigdy.

- Dziadek ostatnio nie dogaduje się z tatą – przyznała w końcu Allison.

Networking – tak nazwał to Derek. Pieprzone plotki, które jednak znajdowały bolesne potwierdzenie w rzeczywistości.

Lydia wy warczała coś nieprzyjemnego, ale już dawno przestał jej słuchać. Spoglądał na Scotta, który jedynie wzruszył ramionami. Nie wiedział nawet, jak długo stali, dopóki drzwi gabinetu Chrisa nie otworzyły się ponownie. Williams wyszedł przy akompaniamencie ostrego dźwięku szpilek Kate, odbijających się na marmurowej podłodze.

- Macie czas do środy – rzucił jeszcze Richard, a potem spojrzał wprost na niego, jakby chciał mu powiedzieć, że ma podwójną satysfakcję ze swojego triumfu.

Wiele nie potrafił wyczytać w twarzy wychodzących prawników, ale wystarczył mu rzut oka na ramiona Dereka, aby wiedzieć, że są w poważnych kłopotach. Gabinet Chrisa opustoszał i chociaż nikt nie powiedział ani słowa, ludzie z jakąś mniejszą werwą wrócili do pracy. Boyd mówił coś do Argenta, kiedy wskazywał na dokument przed sobą. Stiles jeszcze nigdy wcześniej nie chciał niczego tak bardzo przeczytać.

Ruszył w stronę swojego biurka, zanim zdążył się nad tym dobrze zastanowić. Słyszał Scotta tuż za sobą.

- Stary? – spytał McCall. – Jesteś pewien?

- To nie tak miało wyglądać, ale… - zaczął i urwał.

McCall zwinął pięść i wystawił ją kostkami w jego stronę, więc stuknęli się kłykciami.

- Zawsze pilnuję twoich tyłów, stary – przypomniał mu Scott, całkiem niepotrzebnie.

Kiwnął głową, bo tylko na tyle było go stać. Miał wrażenie, jakby zanurzył się tak cholernie głęboko, że nie potrafił wypłynąć. Nie miał pojęcia jakim cudem jeszcze oddychał, ale może fakt, że Richard zniknął z ich piętra pomagał. Wszedł bez pukania do biura Argenta, chociaż pewnie nie powinien. Lydia zresztą wyglądała na oburzona takim zachowaniem.

- Stiles – powiedział ostro Derek. – Nie teraz. Wszystko może poczekać.

Starał się uśmiechnąć, ale średnio mu to wyszło.

- Jasne, tylko pogadam z moim prawnikiem – odparł i to miał być żart, ale słabo wyszedł, nawet w jego własnych uszach.

- Czy to… - zaczął Hale, chyba tracąc cierpliwość.

Jeszcze nigdy się nie pokłócili. I nie do tego dążył.

- Boyd, wypełniłem papiery – powiedział, biorąc głębszy wdech i mężczyzna zabrał od niego teczkę niemal mechanicznie.

Jeden rzut oka, wystarczył. Boyd wgapiał się w niego z niedowierzaniem, więc podrapał się nerwowo po brodzie. Jego gardło było nieprzyjemnie suche. Nie wiedział, jak wydobyć z siebie głos, a musiał, bo Derek spoglądał na niego tylko z większą irytacją.

- Moim ojcem jest John Stilinski. Bardzo chciałbym, żeby to nie opuściło tych ścian – wykrztusił w końcu.