Przyrzekł jej.

Do licha ciężkiego, powiedział jej osobiście, że będzie ją chronił!

Ale chronił przed czym? Co miał na myśli wypowiadając te słowa? Będzie ją bronił przed hollowami? Arrancarami? Shinigami? Quincy? Fullbringerami? Ludźmi? Przed sobą samą? Przed jakimkolwiek bólem? Przed nim?

Kim był, żeby to zrobić? Przecież był zwyczajnym nastolatkiem, nie mógł być jej cieniem. Nie mógł jej chronić przed wszystkim. Wiedział to, ale nie chciał się z tym pogodzić.

Umarła?

Czemu jego serce stało się tak nagle puste, gdy zostały wypowiedziane te słowa?

Umarła?

Nie.

Nie.

Nie!

Skąd ten gniew? Złość? Czemu wypowiada te słowa? Czemu nie idzie i nie prosi o pomoc? Nie jest sam, przecież ma przyjaciół. Przecież to wie.

Nie.

Nie.

Nie!

To on ją obiecał chronić, nie oni! To jego zadanie. Musi ją uratować!

Dlatego poszedł. Niechby cały świat go znienawidzi, jego to nie obchodziło. Musiał ją uratować, nawet za cenę swojego życia.

Dlaczego mu się tak śpieszyło? Dlaczego był tak niecierpliwy? Przecież nie ciążył nad nią żaden wyrok. Nie był ograniczony czasowo, a mimo to, biegł jak opętany. Był gotów pokonać każdą przeszkodę, zrobić wszystko, by tylko do niej dotrzeć, by wreszcie usunąć z serca tą niepewność. Tą męczącą pustkę.

Ona zawsze przy nim była. Każdego dnia widział ją w szkole. Widział jej uśmiech i słyszał jej głos. Zawsze była na wyciągnięcie ręki, dlaczego teraz jej nie ma? Czemu jej nie było, gdy się ocknął? Czemu go nie obudziła i nie powiedziała mu o tym? Czemu go zostawiła?

Dlaczego był tak wściekły? Dlaczego nie zastanawiał się na tym, co robił? Nie chciał niczyjej śmierci, ale nienawidził widoku, gdy ktoś inny ją dotykał. Mówił o niej jakby była przedmiotem.

Poświęcił wszystko. Nie obchodziły go moce shinigami. Chciał tylko, by wszystko było jak dawniej.

To znaczy jak?

Był uczniem liceum. Idąc do szkoły spotkał znajomych, witał się z nimi. Siedząc w klasie widział jak wchodzi do środka i wita go uśmiechem. Normalna codzienność.

.

.

.

Kiedy wrócił do domu na czas wakacji doznał szoku. Nie dlatego, że jego ojciec nie powitał go kopniakiem w twarz. Był mu nawet za to wdzięczny. Nie spodziewał się jednak zobaczyć w salonie Orihime, która razem z jego siostrami oglądała jakiś serial.

Uświadomił sobie, że zapomniał o czymś ważnym, co mu mówiła podczas świętowania jego urodzin. Był wtedy za bardzo pochłonięty jej osobą, by skupić się na tym, co mu mówiła. A teraz próbował zrobić coś, by nie wyjść na idiotę. Spojrzał na wychodzącego z kliniki ojca. Był zadziwiająco poważny. Widział w jego oczach, że chce z nim porozmawiać, więc udał się czym prędzej do jego gabinetu. Isshin usiadł na krześle przy biurku, nalewając sobie do szklanki wodę.

Ichigo usiadł naprzeciwko niego nie rozumiejąc, o co chodzi.

I wtedy jego ojciec zaczął mówić. Nie tylko o tym, że jego dziewczyna zamieszkała z jego rodziną, co prawdę powiedziawszy go nawet ucieszyło. Nie była ciągle sama i była na wyciągnięcie ręki. Oczywiście nic nie zrobili z jej mieszkaniem, po prostu było nieużywane. Dowiedział się też, że została ulokowana w jego pokoju, spała w jego łóżku, co gorsza mogła zajrzeć pod nie i znaleźć rzeczy, których nie chciał jej pokazywać. Ten problem został szybko jednak wymazany z jego głowy, gdy usłyszał o powodzie tych zmian.

Znał tą wściekłość. Ten wewnętrzny ryk pchający go do rozlewu krwi. Zawsze to czuł, gdy widział ją w niebezpieczeństwie. Może dlatego zabił Ginjou? To, że oszukał go dla własnych celów, jak zemsta nad Soul Society, było nieistotne. Przywykł do tego, że ludzie go wykorzystują dla własnych celów. Nie mógł jednak zdzierżyć, że do tego bawili się umysłami jego bliskich, że przez nich Orihime go zdradziła i płakała.

Orihime przez jego pobyt w domu mieszkała w pokoju jego sióstr, zupełnie jak Rukia swego czasu. Z tą różnicą, że niekiedy w nocy przychodziła i wtulała się w niego. Tak jak się spodziewał, nic mu nie powiedziała o prześladowaniach, czy próbach włamania się do jej mieszkania. Może uznała, że wie to od ojca, ale w jej przypadku bardziej prawdopodobne było, że nie chciała go martwić. Dlatego musiał z całych sił się powstrzymywać, by nie przetrząsnąć całego miasta i nie znaleźć osoby odpowiedzialnej za to. Nie chciał jej martwić. Teraz wreszcie żyła z jego rodziną, była bezpieczna.

Popołudniami odprowadzał ją do pracy, a wieczorami po nią przychodził. Mimo że mówiła mu, że nie musi tego robić, on uparcie kontynuował ten rytuał. Nie tylko dlatego, że stęsknił się za nią na tyle, że z trudem szło mu rozstanie się z nią choćby na moment. Pragnął ją. Każdego dnia coraz mocniej.

Głównym powodem tego było obserwowanie otoczenia: ilu mężczyzn spojrzy na nią, co będzie mówił ich wzrok, ilu z nich podniesie ręce z komórkami, by zrobić zdjęcia? Nigdy nie miał pamięci do imion czy twarzy. W tym wypadku jego umysł sam zapisywał ich na czarnej liście. Gdy tylko ich spotka sam na sam, pożałują tego, że zainteresowali się jego dziewczyną.

Jeszcze rok temu byłby dumny z tego, że Inoue wyznała mu swoje uczucie i została jego dziewczyną. Byłby takim pawiem, który puszył się pod wpływem zazdrosnych spojrzeń. Tak byłoby rok temu. Teraz wiedząc ile z tych cichych wielbicieli posuwa się o wiele za daleko, nie potrafił się szczycić swoim związkiem z nią. Musiał ją chronić. Nawet, jeśli ona go o to nie prosi.

Teraz zaś, gdy wakacje się kończyły i miał zaliczone spotkania z większością znajomych, nawet z Chadem, który przyjechał do Japonii ze Stanów, specjalnie po to, by spędzić z nim trochę czasu. Opowiedział mu nawet o hollowach i shinigamich w jego okolicy. Nie żeby go to jakoś specjalnie interesowało, ale odkąd postanowili sobie wszystko mówić, by już nigdy nie wpaść w taką sytuację jak z Tsukishimą, to siedział i słuchał cierpliwie. Nawet zdołał się trochę pośmiać z jego przygód.

Nie znalazł jednak osoby odpowiedzialnej za włamania do mieszkania jego dziewczyny, co mu kompletnie psuło nastrój. Nie znosił być bezsilnym w jakiejkolwiek sprawie.

-Kurosaki.- Chłodny męski ton odezwał się za nim, budząc w nim natychmiastową irytację.

-Ishida.- Mruknął pod nosem, odwracając się do niego.

Nie się nie zmienił przez te pół roku. Okulary ciągle te same, może trochę dłuższe włosy, ale nie pozbył się tego chłodu bijącego od jego osoby. Wypuścił powietrze, nie wiedząc, co ma właściwie mówić. Niby chciał poprawić z nim relacje, ale nie wiedział jak to ma zrobić bez zrywania z Orihime.

-Czy ona jest szczęśliwa?

Zaskoczył go tym pytaniem. Rozluźnił mięśnie, uśmiechając się mimowolnie. Definitywnie tęsknił za ich dawnymi relacjami. Czy była szczęśliwa?

-Tak jest szczęśliwa. Może czasem marudzi na brak wasabi na posiłkach, ale dużo się śmieje. Stała się silniejsza, bardziej niezależna.

-Wasabi, heh?- Uśmiechnął się nostalgicznie, siadając obok niego na schodku.- Zawsze wiedziałem, że ona cię kocha. I nieraz żałowałem, że nie potrafiłem jej odmówić.

-Hm? Odmówić?

-Na przykład wtedy, gdy poprosiła mnie, by ją sprowadzić na dach Las Noches. Zawsze chciała być blisko ciebie. Prawdopodobnie nie powinienem jej wtedy tam zabierać.

Ichigo milczał przez chwilę, wpatrując się migoczącą taflę rzeki. Nie powinno go to dziwić, że jego dziewczyna miała taki wpływ na Ishidę, skoro miał względem niej głębsze uczucie.

-Gdybyś tego nie zrobił, to pewnie wszyscy by zginęli w Hueco Mundo. –Powiedział żartobliwie, rzucając przed siebie kamyk.

-Naprawdę tak myślisz?

- Nie żebym nie doceniał kapitanów, ale walka z tym grubasem ich nieźle wymęczyła, a Ulquiorra był naprawdę silny i zwinny w porównaniu z tą bryłą mięcha.

-Pewnie masz rację.

-Jak studia? Bo wreszcie nie samymi hollowami człowiek żyje.- Odwrócił się do niego, z szerokim uśmiechem.

Ishida był zdumiony jego zachowaniem. Nigdy nie widział takiego rodzaju uśmiechu u niego. Nie mógł nic na to poradzić, odwzajemnił uśmiech, przeczesując włosy ręką.

-Są wrzodem na tyłku, ale jakoś sobie radzę.

-Pewnie otaczasz się takimi samymi smutasami jak ty?

-Kurosaki…- Warknął ostrzegawczo, czując jak fala irytacji ponownie go ogarnia.

-Przepraszam, samo jakoś… Wyszło..

-Nie tłumacz się w tak żałosny sposób. Nadal jesteś barbarzyńcą i nie wiem jak możesz jej zapewnić szczęście. Doprawdy, nieokrzesany goryl.

-Okrutny… -Mruknął urażony, wstając przeciągnął się leniwie.- Gorylem to może być Renji. Ja mogę być jedynie nieokrzesanym chomikiem.

-Chomikiem?

Ichigo zaśmiał się głośno, wpatrując się w niebo. Dawno nie czuł się tak lekko. Jakby wszystko wróciło do normy.- To długa historia.

-Niech zgadnę. Inoue cię tak nazwała?

Zamrugał zdumiony, odwracając się do niego. Zrobił naburmuszoną minę, wkładając ręce do kieszeni.

-Może…

Brunet zaśmiał się zasłaniając przy tym usta.

-Ishida-kun?- Orihime stanęła na szczycie schodów z siatką pełną różnego pieczywa.

-Inoue-san.- Chłopak wytarł z kącików oczu łzy i wstał, chcąc się przywitać.

Ichigo podszedł do niej, obejmując ją. Był trochę zły, że nie powiadomiła go, że wcześniej kończy, ale nie wyszło to wcale tak źle, jak sądził. Orihime objęła go, uśmiechając się łagodnie.

.

.

.

To było w październiku. Siedział w klasie i czekał aż Orihime przyjdzie, opowiadając jak było w pracy. Minuty mijały, a ona się nie zjawiała. Czuł rosnący niepokój. Gdyby mógł, wybiegłby ze szkoły i zaczął ją szukać, miał jednak za dużo nieobecności i tym razem Ochi-sensei mogła nie okazać się tak litościwa jak w pierwszej klasie, gdzie kazała mu tylko chodzić na dodatkowe lekcje.

Gdy wyjrzał przez okno, poczuł jeszcze większe przygnębienie. Ostatnio pogoda w ogóle nie dopisywała, co było dziwne zważywszy na klimat, w którym żył. Było deszczowo, rano witała go mgła, a po szkole było dosyć ciepło, nawet jeśli panowała mżawka. Nic więc dziwnego, że dużo osób zaczynało chorować. Klinika jego ojca wprost była wypełniona chorymi, którzy roznosili wokół zarazki.

Nagle do klasy weszła Tatsuki z wyjątkowo zmartwioną miną. Widział ją w takim stanie wtedy, gdy Orihime została uprowadzona do Hueco Mundo. W tej jednej chwili czuł jak serce staje mu w gardle. Co jeśli znowu została skrzywdzona?

-Ichigo!- Dziewczyna podeszła do niego pewnie, jednak nie dostrzegł u niej tego gniewu, co wtedy.

-Hej Tatsuki, co jest?- Próbował brzmieć normalnie, ignorować pytania, które same się cisnęły na język.

-Orihime jest chora, ma gorączkę, a ja nie mogę się nią zaopiekować. Mógłbyś to zrobić za mnie, skoro jesteś jej chłopakiem?

-Jasne.

Ulżyło mu. Całe napięcie z niego zeszło w jednej chwili. Jeśli chodziło o chorobę, to był w stanie jej pomóc. Przez cały dzień zastanawiał się, czy powinien ją zrugać, że za mało o siebie dba, czy może jednak machnąć na to ręką i nic nie powiedzieć. Nie była jego siostrą, nie była też Rukią i jak się nad tym dłużej zastanowił, nigdy nie podniósł na nią głosu. Nigdy na nią nie wrzasnął. Po prostu nie potrafił.

Nie chciał widzieć łez w jej oczach. Gdy widział je u każdego innego, to robił wszystko, by przestali, nawet jeśli to oznaczało wdanie się w bójkę z kimś silniejszym od niego. Jednak,gdy Inoue płakała, samemu mu się chciało płakać.Czuł się bezradny i mały. Dlatego obiecał sobie po tamtej nocy, że już nigdy nie pozwoli jej płakać.

Zapukał, czekając chwilę aż usłyszy jakiś ruch po drugiej stronie, jednak powitała go cisza. Chwycił za klamkę i ku własnemu zdumieniu zrozumiał, że drzwi są otwarte. Wszedł do środka, rozejrzał się po jej mieszkaniu, by znaleźć ją wreszcie w swoim pokoju, pogrążoną w gorączkowych omamach. Zazgrzytał zębami, próbując nie wrzasnąć. Nie mógł uwierzyć, że zostawiła otwarte drzwi. Zmierzył jej z marszu temperaturę.

-Czterdzieści stopni gorączki?! Czy Tatsuki jej w ogóle mierzyła temperaturę?- Mruczał poirytowany pod nosem, idąc do łazienki.

Znał rozmieszczenie jej mieszkania, pomagał jej wreszcie w przeprowadzce. Była to częściowo jego wina, gdy walczył z jej bratem pozbawił ją starego mieszkania. Poczuł się zobligowany do pomocy i w ten sposób wiedział, że wszystkie lekarstwa trzyma w łazience.

Zajrzał do szafki i odszukał plastry obniżające temperaturę. Nie było ich wystarczająco, ale mógł chwilowo ulżyć jej w cierpieniach. Zadzwonił do domu powiadamiając, że prawdopodobnie wróci późno. Obiecał też ojcu, że jak jej stan nie ulegnie poprawie, to zaprowadzi ją do ich kliniki. Próbował brzmieć dorośle i odpowiedzialnie, ale tak naprawdę martwił się. Orihime była sama w tym mieszkaniu, nie miała nikogo, kto by przy niej czuwał w takim czasie.

Gdy wrócił z pobliskiej apteki z dodatkowymi lekarstwami, udał się do kuchni, by zrobić coś do jedzenia, ale nieważne jak długo wpatrywał się w produkty, nie wiedział co ma zrobić. Kuchnia to był teren Yuzu, nie jego. I poza zwykłymi kanapkami nie potrafił zrobić nic normalnego.

-Cholera…- Mruknął pod nosem, chowając twarz w dłoniach.

-Ichigo?

Jej cichy zachrypnięty głos obudził go z samolinczowania swojej ignorancji. Poszedł do pokoju, wpatrując się w nią zatroskanych wzrokiem. Gdzieś po drodze zgubił całą złość, jaką miał względem niej. A przecież miał tyle rzeczy do powiedzenia. Usiadł przy jej futonie, siląc się na pokrzepiający uśmiech, ale po jej chichocie zrozumiał, że marnie mu to wyszło.

-Nie śmiej się tak…

-Przepraszam. Co ty robisz?

-Opiekuję się swoją chorą dziewczyną, masz jakiś problem?

-Nie. – Uśmiechnęła się delikatnie, zwiększając jeszcze mocniej rumieńce na jej policzkach.- Dziękuję.

-Nie masz za co mi dziękować. Nic poza naklejeniem tego plastra nie zrobiłem.

-Ale jesteś tu…

Spuścił wzrok, czując się głupio. Mógł zdać sobie sprawę, że nawet czyjaś obecność jest dla niej ważna, szczególnie gdy mieszka sama. Westchnął, zastanawiając się, co właściwie powinien zrobić, skoro przygotowanie posiłku było ponad jego siły.

Postawił przed nią kubek z herbatą i tabletki. Patrzył jak powoli połyka je, jedną po drugiej. Robiła to powoli, a ręce jej drżały tak, że było cudem to, że nie rozchlapała wokół siebie herbaty.

Przez chwilę panowała między nimi cisza. Dziewczyna nie miała siły na zrobienie czegokolwiek, więc położyła się z powrotem siląc się, by nie zasnąć, on zaś siedział wpatrując się w okno. Sam nie wiedział, kiedy zaczął mówić, nie tylko mówić, ale żartować sobie z Chada, Rukii, Renjiego, czy też Ishidy. A im więcej mówił, tym ona głośniej się śmiała. Szczególnie, gdy zrozpaczony stwierdził, że wcale mu tak daleko do okularnika nie jest, że w gruncie rzeczy są dosyć podobni z charakteru.

Nigdy nie należał do osób, które obgadywały kogokolwiek, ale tego dnia nie potrafił zamilknąć, mówił wszystko, co mu leżało na sercu, wyolbrzymiał niektóre fakty i śmiał się razem z nią.

.

.

.

Obudził się, przyciągając jeszcze bliżej siebie Orihime. Wtulił się w nią, próbując jeszcze zasnąć, zatrzymać czas. Nie chciał wracać do Tokio, być znowu od niej oddzielony. Miał też nadzieję, że jego ojciec nie postanowi mu zrobić swojej normalnej pobudki.

Czuł jak każdy mięsień jej ciała drży, jej dłonie zacisnęły się na jego koszulce. Budziła się powoli, nie wykonując żadnych ruchów, które mogłyby ich rozdzielić. Był nawet pod wrażeniem jak długo jej ciało potrafiło wytrzymać bez zmiany pozycji.

Dzisiaj były jej urodziny. A zarazem przedostatni dzień, który mogą spędzić razem. Gdyby tylko mógł, porwałby ją do Tokio ignorując, że powinna chodzić do pracy i na kursy. Najchętniej zamknąłby ją w swoim pokoju i nie wypuszczał, ale nie było to możliwe. Musiał się nią dzielić ze światem. Nie była wreszcie jego zabawką.

-Ichi…- Zamruczała cicho, podciągając się na tyle, że czuł na policzku jej oddech.

Zesztywniał momentalnie, próbując wygnać z głowy nieodpowiednie myśli, ale sposób, w jaki oplotła jego szyję i napierała piersiami na jego klatkę piersiową utrudniał mu to. Jego wzrok spoczął na jej rozchylonych lekko ustach, które zachęcały go wprost, by ją pocałował. Nabrał powietrza, decydując się wreszcie na odwagę, by ją pocałować, byli wreszcie ze sobą od ponad roku.

-Ichigooo! Śniadanie!- Drzwi huknęły ukazując w nich roześmianego bruneta w swojej białej piżamie w czerwone serduszka.

Zaczerwieniony, odsunął się od dziewczyny, spoglądając z chęcią mordu na swojego rodziciela. Orihime mruczała z niezadowolenia, szukając jego ciepła. Była zbyt przyzwyczajona do porannych zdarzeń w tym domu, by jakoś reagować.

-Zaraz zejdziemy.- Warknął wściekły, wygrzebując się z łóżka.

Mężczyzna zaśmiał się i wycofał się z zadowoleniem z pokoju. Ichigo podejrzewał, że psucie mu poranków, sprawia jego ojcu niesamowitą radość. Obejrzał się na skuloną dziewczynę, która w dalszym ciągu odmawiała wstania. Uśmiechnął się pod nosem, chwytając za kołdrę i zdejmując ją z jej ciała. Orihime jęknęła zaskoczona, siadając natychmiastowo. Spoglądała na niego z wyrzutem, krzyżując ręce na klatce piersiowej.

-Ichi to głupek. – Mruknęła urażona, wstając.

-Oj no, sama słyszałaś, że mamy zejść na śniadanie.

Nic nie powiedziała. Spojrzała na niego tylko po raz ostatni, wskazując ręką na jego bokserki i wyszła z trzaskiem. Zniżył wzrok na wypukłość wzdychając ciężko. A tak liczył, że tym razem obędzie się bez niespodzianek.

-To wszystko jej wina. Sama mi się wsunęła pod kołdrę, to co mam biedny zrobić?- Powiedział pod nosem, wybierając z szafy jakieś ubranie na dzisiejszy dzień.

-WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO, ORIHIME-CHAN!- Rodzina chóralnie powitała dziewczynę w kuchni.

Ichigo uśmiechał się tylko na widok jej łez i jak dziękuje wszystkim za trud. Podejrzewał, że to najlepsze urodziny, jakie miała od czasów śmierci jej brata. Miał nadzieję, że jego plan na jej urodziny przypadnie jej do gustu. Choć sam wolałby po prostu zaszyć się w jego pokoju, to wiedział, że jego dziewczyna lubi spędzać czas z innymi. Za długo była sama.

-No chodź, Hime, mamy przed sobą ciężki dzień.- Powiedział zaczepnie, chwytając ją za rękę.

-Jak to ciężki dzień?- Szła obok niego, próbując wyczytać coś z jego twarzy.

-Ano ciężki. Walka z Aizenem to pikuś przy tym.

Podniosła pytająco brwi, ale chłopak milczał jak zaklęty. Zatrzymali się dopiero w parku, by złapać oddech. Spoglądał na jej zdezorientowaną minę z rozbawieniem. Kompletnie nie wiedziała, jakiego może się spodziewać od niego prezentu urodzinowego. To była jedna z rzeczy, z których był dumny. Potrafił ją zaskoczyć przez to, że trudno było odczytać jego intencje. Mogła odczytać jego nastrój, czy odróżnić go od Kona, ale nic poza tym.

-Orihime! – Dziewczęcy głos odezwał się za nimi.

Odwrócili się, by zobaczyć Tatsuki idącą razem z koleżankami z liceum. Dziewczyna zapiszczała z radości, wyrywając się z uścisku Ichigo i pognała do nich. Nabrał powietrza, próbując stać spokojnie i nie robić nic głupiego, jak podejście do niej i zabranie jej gdzieś daleko od wszystkich. Wreszcie sam ich o to poprosił!

-Hej Ichigo!- Keigo z resztą pojawili się z drugiej strony, wszyscy byli w dobrych nastrojach i każdy miał jakiś podarunek dla solenizantki.

-Hej, zjawiliście się jednak?

-To oczywiste, Kurosaki, mówimy tu o Inoue. – Ishida poprawił swoje okulary przystając niedaleko niego.

-Widzę, że jak zwykle jesteś zabawny. –Burknął pod nosem, chowając ręce do kieszeni.

Usłyszał kolejny pisk dziewczyny, jak podbiegła do chłopaków, witając się z każdym. Płakała ze szczęścia, przyjmując kolejne życzenia z podarunkami. Nie mieli teraz takiej możliwości, by spotykać się ze wszystkimi, dlatego takie dni były wręcz pewnego rodzaju cudem.

-Orihime!- Kobiecy głos odezwał się za wszystkimi.

Oczy dziewczyny powiększyły się momentalnie, widząc niedaleko siebie blondynkę, która machała do niej energicznie, a obok niej szli Rukia, Renji i Toshirou. Ichigo zaśmiał się widząc jak dziewczyna upada na kolanach rycząc jak bóbr. Rangiku pognała do niej i przytuliła z całej siły.

-Yo, Ichigo.- Renji podszedł do niego ze swoim typowym zaczepnym uśmiechem.

-Yo.

Tak naprawdę nie zależało mu, by widzieć ludzi z Soul Society, ale cieszył się widząc jej szczęście.

Don't you know you're everything I have?
And I wanna live, not just survive, tonight.